video-jav.net

Droga krzyżowa. Tak było

Wydaje nam się, że dobrze znamy przebieg drogi krzyżowej Chrystusa. A jednak, powinniśmy mieć świadomość, że tradycyjny opis w wielu miejscach nie pokrywa się z faktami

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prawda czasu i prawda ekranu

Kiedy na ekrany kin wszedł film Mela Gibsona pt. „Pasja” reakcja, jak pamiętamy, była różna. Niektórzy zarzucali filmowi nadmierne epatowanie przemocą, zbyt dużą ilość lejącej się krwi, pokazywanej w zbliżeniach i często w zwolnionym tempie. Tryskała obficie z rozszarpywanego uderzeniami flagellum ciała Jezusa. Esteci wskazywali na drastyczność tych scen, twierdząc, że to może zaciemniać ewangeliczny przekaz. Potem świat obiegła wiadomość, że papież Jan Paweł II, po obejrzeniu „Pasji”, zaaprobował film, mówiąc „jest tak, jak było”.

papież Jan Paweł II, po obejrzeniu „Pasji”, zaaprobował film, mówiąc „jest tak, jak było”

Niemal natychmiast pojawiła się też informacja zaprzeczająca temu doniesieniu, bo jedna z katolickich agencji informacyjnych w Stanach Zjednoczonych, powołując się na anonimowego urzędnika watykańskiego, poddała w wątpliwość autentyczność wypowiedzi Jana Pawła II. Inni z kolei bronili poprzedniej wersji i w konsekwencji do dziś nie wiemy, jak było naprawdę z tymi słowami papieża. W każdym razie środowiska chrześcijańskie zareagowały na ten film z zainteresowaniem i to nie tylko katolicy, ale również w dużej mierze protestanci.

Pamiętam, że w ramach spotkań ekumenicznych, organizowanych cyklicznie w Lublinie, brałem udział w międzywyznaniowej dyskusji właśnie na temat „Pasji” Mela Gibsona. Gospodarzem tego spotkania był pastor baptystów. Po nabożeństwie, przy kawie, herbacie i ciastkach, podzieleni na grupy mieliśmy ekumenicznie podyskutować o tym, co dało nam obejrzenie „Pasji”. Zazwyczaj można było usłyszeć głosy, że film pozwala zrozumieć ogrom miłości Boga do człowieka, korespondujący z ogromem cierpienia Chrystusa, bo im bardziej męka jest ukazana, tym bardziej widzimy miłość Boga. I przyznam, że z pewnym zdumieniem przyjąłem wypowiedzi kilku moich protestanckich przyjaciół, którzy stwierdzili, że po raz pierwszy powstał film, który pokazuje, jak było naprawdę. Film, który wiernie trzyma się przekazu ewangelicznego i dokładnie rekonstruuje ostatnie godziny życia Jezusa. Po zwolennikach zasady Sola Scriptura tego się nie spodziewałem, bo obraz Gibsona nie jest bynajmniej wiernym przeniesieniem na ekran Ewangelii, ale filmem, który oprócz wyobraźni, bazuje głównie na mistycznych wizjach bł. Anny Katarzyny Emmerich, a jego schemat oparty został w bardzo widoczny sposób na stacjach drogi krzyżowej, odprawianej co piątek w okresie Wielkiego Postu przez katolików.

Trailer “Pasji”

W filmie Jezus upada właśnie trzy razy (ni mniej, ni więcej), podczas drogi na Golgotę spotyka swoją Matkę, a pewna kobieta wyciera mu twarz lnianą chustą. I wszystko odbywa się dokładnie w takiej kolejności, jak w stacjach drogi krzyżowej. Szkopuł w tym, że w Biblii nie ma żadnej wzmianki o tych kilku epizodach Męki Pańskiej, choć akurat upadki Jezusa są na tyle prawdopodobne, że pewnie miały miejsce.

12
Stacje II, IV, VI, VII, i IX zaczerpnięte zostały z apokryfów, czyli utworów niekanonicznych, powstających często pod wpływem pobożności ludowej. Apokryfy „uzupełniły o nowe szczegóły ewangeliczny opis męki i ukrzyżowania, który – co tu kryć – w Ewangeliach jest dość powściągliwy.

Stacje II, IV, VI, VII, i IX zaczerpnięte zostały z apokryfów, czyli utworów niekanonicznych, powstających często pod wpływem pobożności ludowej. Apokryfy „uzupełniły o nowe szczegóły ewangeliczny opis męki i ukrzyżowania, który – co tu kryć – w Ewangeliach jest dość powściągliwy.

Kto wymyślił Weronikę?

Jeśli chodzi o postać, którą Kościół od wieków przywołuje w czasie rozważań VI stacji drogi krzyżowej, jest prawie pewne, że święta [Weronika nigdy nie istniała]. Nie występuje ona w Martyrologium Rzymskim, a badania naukowe zawsze zaprzeczały istnieniu takiej osoby. Nie wspomina też o niej żadna Ewangelia.

Według opowieści wspomnianej w apokryfie „Vindicta Salvatoris” („Zemsta Zbawiciela”) z VI w., pewna jerozolimska kobieta na widok zbitego i osłabionego skazańca, upadającego pod ciężarem krzyża, przecisnęła się przez tłum i białą chustą otarła mu twarz. Skazańcem tym był Jezus, który odwdzięczył się, pozostawiając na chuście odbicie Swego bolesnego oblicza.

Droga krzyżowa. Tak było

Pierwsze opowieści o owej kobiecie, która wytarła twarz Jezusa, pojawiły się dopiero w IV wieku. Początkowo nie miała ona własnego imienia, ale z czasem nazwano ją Weroniką, od zbitki dwóch słów – łacińskiego „vera” (prawdziwy) oraz greckiego „eikon” (wizerunek). Nie brakowało jednak ludzi snujących spekulacje, jakoby imię Weronika pochodziło w rzeczywistości od greckiego imienia Berenike. Tę Berenike zaś z kolei utożsamiano (nie wiedzieć czemu) z kobietą cierpiącą na krwotoki, którą uleczył Jezus (por. Mk 5, 25-34).

W wizjach bł. Anny Katarzyny Emmerich (przypominających relację „na żywo” z procesu Jezusa, drogi krzyżowej, śmierci na krzyżu i zmartwychwstania) Weronika nazywa się z kolei Serafią. Była ona rzekomo żoną Syracha, jednego z członków „Wielkiej Rady”, ale już wcześniej należała do wyznawców Jezusa. Kiedy okazało się, że na chuście, którą otarła twarz Jezusa, odcisnęło się Jego oblicze, zaczęto ją też z czasem nazywać Weroniką.

Pewien ksiądz powiedział mi kiedyś, że nie ma dla niego żadnego znaczenia, czy w Biblii, jest mowa o Weronice, czy też nie, bo jemu wystarczającym dowodem są objawienia, jakie miała Katarzyna Emmerich. Skoro widziała, to tak było! Tertium non datur!. No cóż… Dla wielu ludzi łatwiejsze jest przeczytanie książki „Żywot i Bolesna Męka Pana Naszego Jezusa Chrystusa” , gdzie wszystko jest wyjaśnione i nie ma żadnych zagadek, niż lektura Pisma Świętego. Ja, rzecz jasna, jako biblista, takiej postawy zaakceptować nie jestem w stanie, bo po cóż w ogóle potrzebna byłaby egzegeza i objaśnianie trudnych miejsc Pisma Świętego, jeśli wszystko byłoby już wyjaśnione przez niemiecką mistyczkę, stygmatyczkę i wizjonerkę, żyjącą w XIX wieku. Ba! Można nawet postawić pytanie, czy potrzebowalibyśmy w ogóle Nowego Testamentu?

A może powinny być zupełnie inne stacje?

istnieje nowsza wersja drogi krzyżowej, bardziej oparta na Biblii i rezygnująca z informacji apokryficznych, która zatwierdzona została przez papieża Benedykta XVI w 2007 roku

Nie wszyscy wiedzą, że istnieje nowsza wersja drogi krzyżowej, bardziej oparta na Biblii i rezygnująca z informacji apokryficznych, która zatwierdzona została przez papieża Benedykta XVI w 2007 roku. Nowe stacje i związane z nimi rozważania opracował ks. prof. Gianfranco Ravasi, członek Papieskiej Komisji Biblijnej i późniejszy kardynał, opierając się wyłącznie na Ewangeliach i realizując postulat „ubiblijnienia” liturgii. Jeśli ktoś jest ciekawy, poniżej podaję zestawienie nowych i starych stacji tych dwóch wersji drogi krzyżowej:

Stacja I – Agonia Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (zamiast: Jezus skazany na śmierć);

Stacja II – Zdrada Judasza (zamiast: Jezus bierze swój krzyż na ramiona);

Stacja III – Jezus skazany na śmierć przez Sanhedryn (zamiast: Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem);

Stacja IV – Trzykrotne wyparcie się Jezusa przez Piotra (zamiast: Jezus spotyka swoją Matkę);

Stacja V – Jezus osądzony przez Poncjusza Piłata (zamiast: Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi);

Stacja VI – Ukoronowanie koroną cierniową (zamiast: Weronika ociera twarz Jezusowi);

Stacja VII – Jezus bierze na ramiona krzyż (zamiast: Jezus po raz drugi upada pod krzyżem);

Stacja VIII – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi (zamiast: Jezus spotyka kobiety);

Stacja IX – Jezus spotyka kobiety (zamiast: Jezus po raz trzeci upada pod krzyżem);

Stacja X – Ukrzyżowanie Jezusa (zamiast: odarcie Jezusa z szat);

Stacja XI – Jezus obiecuje Raj dobremu łotrowi (zamiast: przybicie Jezusa do krzyża);

Stacja XII – Spotkanie Jezusa z Matką, stojącą pod krzyżem (zamiast: śmierć Jezusa na krzyżu);

Stacja XIII – Śmierć Jezusa na krzyżu (zamiast: zdjęcie z krzyża);

Stacja XIV – Złożenie Jezusa do grobu (bez zmian).

Czemu nikt w Polsce nie odprawia drogi krzyżowej w taki sposób, mimo iż została ona zaakceptowana przez tak wybitnego teologa jak Ratzinger, który nie bez powodu jako papież dał wiernym zielone światło? Przecież postulat bardziej biblijnej drogi krzyżowej jest niewątpliwie chwalebny! A jednak zaproponowana zmiana, nie zyskała uznania. Ktoś mógłby zażartować, że ten rewolucyjny pomysł upadł po podliczeniu kosztów związanych z ewentualną wymianą obrazów w kościołach. Tymczasem odpowiedź, dlaczego się to nie przyjęło, jest bardzo prosta. Ta nowa, bardziej biblijna, droga krzyżowa była od samego początku skazana na porażkę w konfrontacji z tradycyjną, opartą częściowo na apokryfach.

Droga krzyżowa. Tak było

Przyznam, że ja, kiedy dowiedziałem się o nowej drodze krzyżowej, byłem początkowo jej entuzjastą. Z mojej inicjatywy na wyjazdowych rekolekcjach wspólnoty muminkowej zdecydowaliśmy się poprowadzić nabożeństwo właśnie według tej nowej wersji. To był oczywiście pewien eksperyment. Uznałem, że tak diametralnie odmieniona droga krzyżowa, może stać się szansą na zupełnie nowe jej przeżycie. Mogła nas wyrwać z pewnego skostnienia i sztampowości. W pewnym sensie tak było, odniosłem wrażenie, że ludziom brakowało tych trzech upadków podczas dźwigania krzyża, spotkania z Matką i Weroniki ocierającej twarz Jezusa z krwi zalewającej Mu oczy. I powiem szczerze… Mi także tego brakowało po tych kilkuset drogach krzyżowych, w których miałem okazję uczestniczyć wcześniej i w których to wszystko było zawsze tak oczywistym elementem – jak tulipany w Holandii i wierzby płaczące w moich rodzinnych stronach.

Stacje drogi krzyżowej opracowane przez Gianfranco Ravasiego są oczywiście bardziej zgodne z Biblią, ale stacje, z których zrezygnowano z powodu ich apokryficzności, są z kolei bliskie sercu i wzruszające… Są (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi) częścią naszej tożsamości.

Dlaczego Jan “wykasował” Szymona z Cyreny?

Jeśli chodzi o prawdę historyczną, warto wspomnieć, że w przeciwieństwie do wielu obrazów ukazujących drogę Jezusa na Golgotę, rzymska literatura źródłowa zaprzecza jakoby skazany na ukrzyżowanie przenosił na miejsce egzekucji cały krzyż. Dźwigana była jedynie poprzeczna belka, podczas gdy prostopadła była osadzona w miejscu ukrzyżowania.

Pomysł, że to Żydzi (z czystej złośliwości) zrobili dla Jezusa specjalny, solidny krzyż, który musiał nieść w całości, jest dość kuriozalny, ale tak to sobie wyobrażała Katarzyna Emmerich i tak też pokazał to Mel Gibson. [Najprawdopodobniej Jezus dźwigał „tylko” poprzeczną belkę, opierając ją na barkach za głową], do której miał przywiązane ręce. Pamiętajmy jednak, że taka belka ważyła w granicach 30-40 kilogramów, a Jezus był po wyjątkowo okrutnej chłoście. Rzymskie flagellum posiadało rzemienie zakończone kawałkami ołowiu, kośćmi i haczykami. Po chłoście czymś takim plecy Jezusa musiały być krwawą miazgą z pogruchotanymi mięśniami. Oprawcy stwierdzili najwidoczniej, że Jezus nie zdoła sam zanieść ciężkiej belki na miejsce kaźni i wyznaczyli mu jako pomocnika, przypadkowego Żyda wyciągniętego z tłumu, niejakiego Szymona z Cyreny. W końcu byli okupantami i mogli sobie pozwolić na coś podobnego.

Droga krzyżowa. Tak było

Epizod ten znajdziemy w zgodnym przekazie Marka, Mateusza i Łukasza (por. Mt 27,32; Mk 15,21 i Łk 23,26). Dlatego podczas lektury Ewangelii według św. Jana w sposób szczególny może uderzać całkowity brak Szymona z Cyreny. A przecież z Ewangelistów, to właśnie Jan jako jedyny był naocznym świadkiem męki Jezusa. Nieobecność Cyrenajczyka wynika jednak z faktu, że opis męki Jezusa u Jana jest podporządkowany pewnej idei teologicznej.

Jak wiadomo, po uwolnieniu Barabasza, nastąpiło ukoronowanie Chrystusa cierniową koroną i okrycie go purpurowym płaszczem. O ile jednak synoptycy informują, że żołnierze poznęcali się nad Jezusem, po czym ubrali Go z powrotem w Jego własne szaty, to Jan nic o tym nie wspomina, sugerując, że Jezus wszedł na Golgotę w koronie cierniowej i odziany w purpurę (zob. J 19, 2–3; por. Mt 27, 27–30; Mk 15, 16–19). Dzieje się tak, gdyż w Ewangelii Jana wszystkie szczegóły mają za cel ukazać Jezusa jako Króla.

Jan pisze, iż Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata (J 19, 13). Takie tłumaczenie tego tekstu jest najczęstsze, ale użytą w tekście greckim formę czasownikową można tłumaczyć nie tylko jako: „usiąść”, ale też jako „posadzić”. Mamy więc dwie możliwości. Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i usiadł na trybunale albo Piłat wyprowadził Jezusa na zewnątrz i posadził Go na trybunale. Chociaż historycznie sąd nad Jezusem odbył Piłat i to on wydał na Niego wyrok skazujący, to autor czwartej Ewangelii, chce pokazać, że prawdziwą osobą, która sprawowała wtedy sąd, był Jezus – Król Żydowski. Z tego samego powodu u Jana zostało mocno zaakcentowane, że Jezus sam niósł swój krzyż: On sam dźwigając krzyż wyszedł na miejsce zwane Miejscem Czaszki, które po hebrajsku nazywa się Golgota (J 19,17). Biblia Tysiąclecia tłumaczy: „On sam dźwigając krzyż”, jednak bardziej poprawne wydaje się tłumaczenie, iż, Jezus sam niósł krzyż dla samego siebie. Nie niesie On krzyża – narzędzia swojej kaźni, jak skazany na śmierć, ale jak ktoś, kto zna wartość i ważność niesionego narzędzia, będącego wręcz znakiem triumfu i władzy.

Ojcowie komentujący to wydarzenie napiszą wręcz, że Chrystus niesie krzyż jak król berło, na znak chwały, jaką jest powszechne panowanie nad wszystkimi rzeczami. Niesie krzyż jak zwycięzca trofeum swojego zwycięstwa (Św. Tomasz z Akwinu, Komentarz do Ewangelii św. Jana, tł. T. Bartos).

Szymon z Cyreny po prostu nie pasował Janowi do jego koncepcji. Czy to oznacza, że Jan przeinaczał fakty? Bynajmniej. On chciał jak najdokładniej wyjaśnić wiernym, kim jest Jezus i co oznacza jego ukrzyżowanie w perspektywie teologicznej.

Droga krzyżowa. Tak było

Na krzyżu, ale bez cierpienia?

Kiedy byłem małym chłopcem, bardzo wówczas jeszcze niewinnym (miałem ok. 11 lat), przeczytałem po raz pierwszy „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jarosława Haszka i pamiętam, że jeden fragment troszeczkę ugodził w moje dziecięce uczucia religijne, przepełnione szacunkiem wobec sacrum. Pozwolę sobie teraz ten fragment zacytować, w nadziei, że obecnie nikogo on nie zgorszy: Syn Boży natomiast był to (…) młody, wesoły mężczyzna z pięknym brzuszkiem, przysłoniętym czymś w rodzaju majteczek kąpielowych. Robił wrażenie sportowca. Krzyż trzymał z taką gracją, jakby to była rakieta tenisowa.

Wydawało mi się wtedy (jak już wspominałem, byłem bardzo niewinnym chłopcem), że takie niefrasobliwe pisanie o Jezusie jest niestosowne, nawet jeśli jest to tylko opis świętego obrazka, który wisiał w kaplicy. Trzeba jednak przyznać, że faktycznie znajdziemy w sztuce sakralnej i ikonografii przykłady ukazywania drogi krzyżowej, lub Jezusa wiszącego na krzyżu, które banalizują i wygładzają Jego mękę. Zdarzało mi się widzieć takie drogi krzyżowe, na których Jezus niósł krzyż, jakby był on ze styropianu. Można i tak. Czasami idzie za tym oczywiście pewien zamysł teologiczny. Pierwsze krucyfiksy nie bez powodu ukazywały Jezusa na krzyżu jako króla w pełni majestatu i chwały, bez jakichkolwiek śladów cierpienia, za to w królewskiej szacie. Jak wspominałem, już Ewangelia według świętego Jana symbolicznie postrzegała przecież ukrzyżowanie jako intronizację. Dopiero z czasem wizerunek Jezusa na krzyżu uległ zmianie, być może pod wpływem ascetycznych praktyk, z których słynął monastycyzm na Wschodzie, albo w reakcji artystów na monofizytyzm, herezję interpretującą naturę Chrystusa jako czysto boską, a zatem nie podlegającą też bólowi.

Droga krzyżowa. Tak było

Na przeciwległym biegunie należy zaś umieścić słynny obraz „Ukrzyżowanie” Matthiasa Grünewalda, który tak został opisany przez Waldemara Łysiaka: Ciężar wiszącego olbrzyma niemal rozrywa Jego korpus w pasie na dwie połowy, a żylaste, nienaturalne długie ramiona, wyrwane ze stawów, gną do dołu poprzeczną belką krzyża (…). Stopy, potworne jak stopy tragarza-giganta i zbite ze sobą jak bryły gliniastej ziemi, wiszą nad podnóżkiem przewiercone żelazną drzazgą, a ich palce szczerzą się do widza niby końska czaszka klawiaturą upiornych zębów. Czymś jeszcze bardziej ekspresyjnym są paluchy dłoni konwulsyjnie i szponiasto rozczapierzone, przypominające zęby muszli z morza południowego lub widły, którymi Syn drapie niebo Ojca (Waldemar Łysiak „Malarstwo białego człowieka” T. 3, rozdz. 25).

Kilka przerażających faktów o śmierci Jezusa

Agonia na krzyżu w niczym nie przypominała bowiem wesołej sceny z filmu „Żywot Briana”, w której wszyscy ukrzyżowani Żydzi śpiewają sobie optymistyczną piosenkę: „Always look on the bright side of life” („Zawsze patrz na jasną stronę życia”).

Ewangelie nie musiały opisywać drastycznych szczegółów, ponieważ wtedy ludzie dość często widywali konających na krzyżu skazańców i wiedzieli, co to oznacza. Jednym z głównych celów tej okrutnej metody egzekucji była jej wartość odstraszająca, dlatego wiele ofiar było krzyżowanych wzdłuż ruchliwych arterii komunikacyjnych miasta.

Droga krzyżowa. Tak było

Niejaki Quintilian napisał nawet swoistą instrukcję: kiedykolwiek krzyżujecie winnego, w większości wybierajcie zatłoczone drogi, gdzie wielu ludzi może zobaczyć i być poruszonym przez strach.

Żydowski historyk Józef Flawiusz określił ukrzyżowanie jako „najbardziej wstrętną ze śmierci”. Z kolei Cyceron w I w n.e. napisał, że „ze wszystkich kar, ta przez ukrzyżowanie jest najbardziej okrutna i najbardziej poruszająca”. Był to sposób zadawania śmierci, który przerażał do tego stopnia, że żadnego obywatela rzymskiego nie wolno było skazać na śmierć krzyżową (i dlatego np. św. Paweł uniknął tego losu, w przeciwieństwie do św. Piotra). Męki, jakich doświadczał ukrzyżowany, były niewyobrażalne. W przypadku rąk gwoździe wbijano między kości nadgarstka, gruchocząc je, rozrywając mięśnie, a także często przeszywając główny nerw. Rozdzierający ból powodowało również wbijanie gwoździ do stóp, najczęściej przez pierwszą lub drugą przestrzeń śródstopia. Mogło wtedy dochodzić do uszkodzenia nerwu strzałkowego jak i gałązki nerwu podeszwowego. Stopy układano jedna na drugiej i przybijano jednym, specjalnie dłuższym gwoździem niekoniecznie w naturalnej pozycji. Postać z Całunu Turyńskiego ma np. zwichniętą jedną stopę. Aby zapewnić „solidność” konstrukcji między gwoździe a ciało czasami wkładano małą deseczkę. Dłonie i stopy należą do najbardziej unerwionych części ciała. Ponadto cały ciężar ciała spoczywał właśnie na przebitych kończynach, a każde poruszenie dodatkowo potęgowało nieznośny ból. Jednak skazaniec musiał ciągle podciągać się wzwyż, aby zaczerpnąć powietrze i nie udusić się. Ciężar ciągnący ciało w dół na rozciągniętych ramionach i zgiętych kolanach wymuszał bowiem ustawienie mięśni międzyżebrowych w pozycji wdechowej i uniemożliwiał wydech. Aby dokonać wydechu ofiara musiała wznieść ramiona i opierając się na stopach rozprostować kolana. Ten manewr wywoływał z kolei przeszywający ból przebitych stóp i nadgarstków z podrażnionych i uszkodzonych gwoźdźmi nerwów oraz ból poranionych pleców, ocierających się o nieheblowane, surowe drzewo krzyża. Dlatego, jeśli chciano skazańcowi skrócić mękę, wystarczyło zgruchotać mu pałką nogi poniżej kolan, a wówczas bez możliwości podpierania się stopami i nie mając siły dłużej dźwigać się tylko na rękach, umierał on z uduszenia. Taki akt „miłosierdzia”, jak pamiętamy, został okazany łotrom po lewej i prawej stronie Jezusa.

Czy ta wiedza ma dla nas jakieś znaczenie? Ma, bo uświadamia nam dobitnie potworność śmierci na krzyżu.

W jednej z pieśni śpiewamy: „Zbawienie przyszło przez krzyż, ogromna to tajemnica”. Pomyślmy o tym w kontekście tego, jakie przerażenie budził krzyż. Tymczasem to narzędzie do zadawania okrutnej śmierci, stało się dla nas najświętszym symbolem zbawienia i znakiem nadziei. To jest coś, co wydaje się urągać zdrowemu rozsądkowi, a jednak w taki właśnie sposób działa Bóg.

Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Pierścień, upadek i zwycięstwo? O czym pisał Tolkien

Co by było, gdyby historia zbawienia dokonała się w tolkienowskim Śródziemiu?

Wojciech Teister
Wojciech
Teister
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem, Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach, Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych, Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie, Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie. /tł. Maria Skibniewska/


Ten krótki wiersz, który otwiera „Władcę Pierścieni” doskonale znają miłośnicy twórczości J. R. R. Tolkiena. Czy to jednak nie dziwne, że głównym bohaterem tego wstępu nie są elfowie, hobbity, ludzie czy czarodzieje? Zamiast nich, wybitny pisarz rozpoczyna dzieło swojego życia od kilku wersów na temat niepozornego pierścionka, który na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od prostej obrączki ślubnej. A jednak, to wokół losów tego kawałka złota toczy się jedna z najbardziej pasjonujących i poruszających opowieści, jakie kiedykolwiek poznał świat.

Czym jest w rzeczywistości Jedyny Pierścień? Jaka jest jego rola i wpływ na losy tych, którzy go noszą, ale też na dzieje świata? I jeszcze pytanie najważniejsze: czy to jedynie magiczny artefakt wymyślony przez genialnego pisarza, czy raczej metafora czegoś, z czym mamy okazje spotykać się w naszej codzienności?

Kilka faktów

Na początek kilka faktów. Jedyny Pierścień został wykuty przez Saurona – potężną istotę duchową, o naturze zbliżonej do natury anioła. Należał on do tej grupy duchów, które zbuntowały się i wypowiedziały posłuszeństwo swemu stwórcy – Illuvatarowi. Zamiast wcielać w życie boski plan harmonii, wolał realizować ukrywaną przed światem, a palącą się w jego sercu żądzę władzy. W tym celu Sauron oszukał ludzi i elfów: przekazał im wiedzę pozwalającą stworzyć pierścienie władzy. Jednak w tajemnicy sam stworzył pierścień, w którym zawarł całą swoją nikczemność, splatając ze złotym artefaktem swoje siły duchowe. Pierścień Jedyny miał mu pozwolić przejąć kontrolę nad pozostałymi pierścieniami. Gdy ludzie i elfy odkryli jego zamiary rozpoczęła się wielka wojna. Sauron został pokonany w bitwie, jednak Pierścienia nie zniszczono. Diabelski przedmiot przetrwał, a wraz z nim przetrwał duch jego twórcy. Trafił w ręce Isildura, dziedzica królestwa Gondoru. Ten jednak został zabity w zasadzce, a Pierścień przepadł bez wieści. Po blisko trzech tysiącach lat trafił przez ręce Golluma i Bilba Bagginsa do hobbita imieniem Frodo.

Wtedy jednak duch Saurona zaczął odzyskiwać siły, odbudował swoją fortecę i potężne armie. Wszystko to dzięki Pierścieniowi. Jedynym rozwiązaniem i szansą na ostateczne pokonanie Czarnego Władcy stało się zniszczenie Pierścienia w arcytrudnej misji. Frodo przyjął beznadziejne zadanie. Wyprawa, której celem jest zniszczenie Pierścienia Władzy jest fabułą „Władcy Pierścieni”. I w tym momencie możemy już zastanowić się nad uniwersalnym znaczeniem śmiertelnie niebezpiecznej błyskotki.

Pierścień, upadek i zwycięstwo? O czym pisał Tolkien

Co autor miał na myśli?

Ważna uwaga: Tolkien nie cierpiał alegorii. Wielokrotnie zaznaczał, że nie powinno się stosować prostych schematów do tłumaczenia „co autor miał na myśli” pisząc „Władcę” czy „Hobbita”. A jednak nie wykluczał doszukiwania się uniwersalnych znaczeń w opowieści. W Liście nr 131 pisał tak:

Nie lubię alegorii – świadomej i zamierzonej alegorii – a jednak każda próba wyjaśnienia sensu mitu czy baśni musi posługiwać się językiem alegorycznym. (I, oczywiście, im więcej opowieść ma "życia", tym bardziej będzie podatna na alegoryczne interpretacje; podczas gdy im lepiej będzie zrobiona zamierzona alegoria, tym bardziej będzie do przyjęcia jako zwykła opowieść).

Opowieść o hobbitach, Gandalfie, elfach i Gondorze, o walce dobra ze złem w Śródziemiu dosłownie tętni życiem. Bardzo wiele motywów z „Władcy Pierścieniu” czytelnik zauważa w swoich codziennych zmaganiach. I choć człowiek XXI wieku zamiast  płaszcza z Lothlorien nosi goretexową kurtkę, a przewiązany u pasa miecz zastępuje nowoczesny smartfon, to rozterki w gruncie rzeczy przeżywamy podobne. Spróbujmy więc wyjaśnić mit stworzony przez oksfordzkiego profesora.

Proste serce hobbita

Jaka jest natura dobra i zła? Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla ocalenia tego, co kochamy? – to pytania, które równie mocno wybrzmiewają w Edoras i Minas Tirith, co w Warszawie, Krakowie, Tychach czy Koziej Wólce.

Jak to jest z Pierścieniem? Co tak naprawdę oznacza? I gdzie szukać go w naszej rzeczywistości? Interpretacji jest kilka. Najpopularniejsza z nich mówi, że Pierścień to metafora grzechu. Z jednej strony atrakcyjny i budzący pożądanie. Na pierwszy rzut oka zachwyca pięknem. Co więcej, daje temu, który go nosi, niewidzialność, wyostrza w pewien sposób zmysły i podtrzymuje jego funkcje życiowe tak, że jego posiadacz pozornie się nie starzeje. Z drugiej strony jednak ma podstępne działanie: wyniszcza bohatera od środka, uzależnia go od siebie, a co najistotniejsze wkłada w szpony ciemnych mocy.

Z czasem demony Śródziemna przejmują stopniowo kontrolę nad każdym, kto nosi Pierścień. W tym sensie hobbici są wyjątkowi. Wykazują nadzwyczajną odporność na działanie artefaktu. Nie oznacza to, że śmiertelnie niebezpieczna błyskotka nie ma na nich wpływu, ale działanie Pierścienia na Bilba czy Froda zdaje się być powolniejsze niż byłoby w przypadku ludzi lub elfów. A wszystko dlatego, że proste serce hobbita w żaden sposób nie pragnie władzy, ale jest skierowane ku temu, co dobre i piękne – prostemu wiejskiemu życiu.

I chociaż w takim wyjaśnieniu natury Pierścienia mamy do czynienia z wieloma cennymi spostrzeżeniami, to jednak warto wprowadzić pewne rozróżnienie. Niuans, który pozwoli bardziej oddać chrześcijańską koncepcję grzechu, zawartą w Tolkienowskim arcydziele.

Pierścień, upadek i zwycięstwo? O czym pisał Tolkien

Pierścień to nie grzech

Pierścień nie może być grzechem z prostego powodu – grzech jest aktem woli człowieka, konkretnym działaniem, w którym stworzenie oddala się od swego Stwórcy. Tymczasem Pierścień Władzy to materia, kawałek metalu, który choć jest wypełniony demoniczną mocą, która ma wielki wpływ na bohaterów, to jednak jest w stosunku do nich elementem zewnętrznym.

Czym więc – z perspektywy chrześcijańskiej – jest Pierścień? Nie grzechem, ale raczej pokusą. Dlaczego? Sama pokusa nie jest jeszcze grzechem. Katolik poddawany pokusie ciągle jest w stanie Łaski uświęcającej, tak długo, jak długo nie ulega pragnieniu grzechu. Pokusa jest pewną okolicznością, która wystawia na próbę naszą wierność Bogu, ma na celu złamanie naszej wolności. Człowiek, który jest jej poddawany jeszcze nie zgrzeszył, ale jeśli pokusa jest długotrwała, to systematycznie osłabia jego wolę. A wtedy o upadek już bardzo łatwo. Dlatego też podstawową radą udzielaną osobom borykającym się od dawna z tymi samymi grzechami jest właśnie unikanie pokus – sytuacji, która naraża na upadek. Na przykład alkoholowych imprez w przypadku alkoholików.

Z Pierścieniem jest podobnie. Samo jego posiadanie jeszcze nie wystawia Froda na pastwę Saurona i jego Nazguli. Systematycznie jednak osłabia wolę hobbita, czyniąc go coraz bardziej podatnym na chęć założenia Pierścienia na palec. Ale już ta czynność – użycie mrocznego artefaktu – sprawia, że młody Baggins staje się bezbronny wobec sił ciemności.  

Pierścień, choć przesiąknięty diabelskimi mocami – podobnie jak pokusa – jest jedynie okazją. Okazją, która nie jest jeszcze upadkiem, bo upadek nie jest czymś zewnętrznym względem człowieka. Decyzję o upadku zawsze podejmuje człowiek. Inna sprawa, że długotrwałe pozostawanie w stanie pokusy (przechowywanie Pierścienia) czy często powtarzające się grzechy (zakładanie go) sprawiają, że wola osoby jest coraz słabsza. Aż w końcu zupełnie zanika. I właśnie dlatego Frodo musi zniszczyć Pierścień.

Pierścień, upadek i zwycięstwo? O czym pisał Tolkien

Frodo – bratnia dusza

Niektórzy czytelnicy zastanawiają się również, czy przez fakt zniszczenia Pierścienia, Frodo nie jest w pewnym sensie metaforą Jezusa Chrystusa, który pokonuje grzech i szatana. W przypadku twórczości Tolkiena to byłoby jednak zbyt proste rozwiązanie. Zresztą zupełnie nie wpisujące się w koncepcję wielkiej opowieści o hobbitach. Frodo, a wcześniej Bilbo, nie uosabiają Syna Bożego, ale zwykłych prostych ludzi, którzy czasem stają przed wielkimi wyzwaniami. Największym z nich jest walka o zachowanie wewnętrznej wolności i ostateczny wybór dobra. A raczej Dobra.  Aby to zrozumieć nie wystarczy przeczytać Władcy. Trzeba sięgnąć głębiej do twórczości profesora i zajrzeć do „Silmarillionu”. W tej mitologii Tolkienowskiego świata przedstawiona jest historia upadku – moment, w którym Melkor i kilka innych duchów o naturze podobnej do aniołów odmawiają posłuszeństwa swojemu stwórcy – Illuvatarovi. Jednym ze zbuntowanych jest właśnie Sauron.

Porażka Saurona jest w rzeczywistości przesądzona już w chwili buntu. A chociaż Frodo nosi w sobie pewne cechy, które w literaturze można by określić mesjańskimi, to jednak nie można go nazwać „Chrystusem Śródziemia”. Jest raczej obrazem człowieka, który zmaga się z pokusą wyboru Boga lub Jego odrzucenia. Hobbit, podobnie jak człowiek, nie pozostaje na tej drodze sam – otrzymuje od Stwórcy pomoc, m. in. w postaci Gandalfa (pełniącego rolę „anioła stróża”), wsparcia elfów czy wiernego przyjaciela Sama Gamgee.

Władca nie jest opowieścią o samym momencie zbawienia (śmierci i zmartwychwstania Jezusa), ale o tym, co dzieje się później – to historia o tym, czy człowiek zbawienie przyjmie czy odrzuci. I dobrze, że tak jest. Dzięki temu, że Frodo przedstawia postać prostego, zmagającego się z pokusami hobbita, zdecydowanie łatwiej każdemu z nas znaleźć w nim bratnią duszę. To może bardzo pomóc w chwili, gdy sami będziemy stali przed wyborem, czy założyć swój Pierścień czy jednak go odrzucić i wybrać wolność. Skoro prostemu hobbitowi się udało, to jest nadzieja, że i mnie się uda.

Wojciech Teister

Wojciech Teister

Zobacz inne artykuły tego autora >
Wojciech Teister
Wojciech
Teister
zobacz artykuly tego autora >