7 kroków do rozpoznania powołania kapłańskiego

Odpowiedź na pytanie, czy ktoś jest powołany do kapłaństwa, nie jest oczywista. Poniższe refleksje mają ją przynajmniej w jakiejś mierze ułatwić

ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Wszyscy stanowimy święte i królewskie kapłaństwo (por. Lumen gentium, 10), tzn., że wszyscy ochrzczeni są powołani do tego, by ze swojego życia czynili miłą Bogu (Rz 12,1). W tym sensie nie ma się nad czym rozwodzić: jesteś ochrzczony(a) – jesteś powołany do kapłaństwa.

 

Jednak obok kapłaństwa powszechnego Chrystus ustanowił również kapłaństwo, o którym Urząd Nauczycielski mówi często: „kapłaństwo służebne” – a więc takie, którego członkowie stawiają się do szczególnej i wyjątkowej posługi w Kościele.

 

Oto 7 kroków do rozpoznania powołania.

 


 

Krok 1: Głos sumienia

 

Dla wielu ludzi mieć powołanie oznacza usłyszeć wezwanie od Boga. Nazywam to głosem sumienia, gdyż Bóg rozmawia z nami w naszym wnętrzu właśnie poprzez sumienie. Jeśli powołanie pochodzi od Boga, nie może być czymś urojonym czy też wykombinowanym przez nas samych. Jak się o tym przekonać, jeśli nie poprzez sumienie?

 

Najważniejsze rzeczy w życiu są najmniej uchwytne. Chrześcijanin nie powinien czuć się tym faktem zdeprymowany. Przypomnijmy sobie historię uczniów zmierzających do Emaus (Łk 24,13-35). To, co najważniejsze w spotkaniu uczniów z Jezusem – rozpoznanie Zmartwychwstałego – dokonało się dokładnie wtedy, gdy Jezus przestał być dla uczniów zmysłowo postrzegany: „Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu” (Łk 24,31).  Ten paradoks: rozpoznanie Jezusa dokładnie wtedy, gdy staje się On nieobecny, często powtarza się jako zasada w życiu duchowym. Dla nas znaczy to tyle, iż jest możliwym prawdziwie rozpoznać głos Boga także wtedy, gdy jest on nieuchwytny, wycofany. Innymi słowy, nie muszę doświadczać żadnego prywatnego objawienia (choć nie przeczę, że początkiem dróg wielu duchownych, były i są takie doświadczenia), gwiazdy na niebie nie muszą mi się ułożyć w napis: „Idź do seminarium”, nie musi uderzyć mnie piorun – nie musi się dziać nic niesamowitego w moim życiu, by móc o sobie zgodnie z prawdą powiedzieć, że jest się powołanym.

 

 

Głos sumienia jest zazwyczaj subtelny. Czasem wiem wprost, co mi mówi: „Nie jedz tego pączka!”. Niestety, sumienie rzadko wygłasza pełne zdania. Częściej przemawia do nas językiem wyrzutów sumienia, tj. wewnętrznym niepokojem i ich odwrotnością – pokojem w sercu. Sumienie nie odnosi się tylko do konkretnych czynów, ale do tego, kim jesteśmy i jacy się stajemy. Sumienie może mi poprzez język wyrzutów i pokoju serca mówić: „Nie jesteś teraz sobą”, „To nie jest twoja droga”, itd. Jeśli sumienie w ten sposób podpowiada danej osobie, że jej tożsamością jest bycie księdzem, jeśli myśl o byciu księdzem jest źródłem pokoju (mimo całej świadomości ciężaru tego powołania), a myśl o wyborze innej drogi (mimo, że nie musi się ona wiązać z niczym grzesznym) rodzi wyrzut, iż zdradza się samego siebie i do pewnego stopnia Boga (piszę: „do pewnego stopnia”, gdyż jestem przekonany, że nawet wtedy, gdy nie odpowiadamy na Boże wezwanie albo wybieramy inne drogi, niż te, które On dla nas zaplanował, to nie jest to definitywny koniec przygody z Bogiem. Bóg ma zawsze w zanadrzu plan B.), to znaczy, że sumienie wzywa do kapłaństwa.

 

Wiem, że powyższa odpowiedź nie rozwiązuje wszystkich niejasności. Sumienie to sprawa skomplikowana, przede wszystkim dlatego, że poprzez sumienie przemawia nie tylko Bóg. Ten kanał komunikacji jest często zakłócany przez inne ośrodki nadawcze: takim „agentem wpływu” na sumienie może być babcia, która byłaby szczęśliwa i wreszcie dumna z wnuczka, jeśli pójdzie on „na księdza”, ksiądz proboszcz, który na emeryturze będzie mógł się chwalić, że miał o dwa powołania więcej niż proboszcz sąsiedniej parafii, czy też otoczenie, które lubi wywierać presje: „Myśleliśmy, że pójdziesz do seminarium, bo zawsze kręciłeś się przy kościele”. To dlatego głos sumienia wzywający do kapłaństwa sam w sobie nie równa się pewności, że to Bóg powołuje mnie do kapłaństwa (niemniej jest to bardzo mocny tego znak). Potrzebne są jeszcze dalsze kroki na drodze rozeznania.

 


 

Krok 2: Miłość do Kościoła

 

Trzeba kochać dziewczynę, by móc myśleć o związaniu się z nią na całe życie w małżeństwie. Podobnie, trzeba miłować Kościół, żeby móc myśleć o poświęceniu mu całego swego życia. Innymi słowy, jeśli ktoś czuje na widok sutanny rosnącą irytację, zwykłych wiernych nazywa „moherami”, instytucje kościelne go drażnią, a mimo to twierdzi, że jest powołany do kapłaństwa, może chcieć przemyśleć sprawę jeszcze raz. Kapłaństwo jest pracą w instytucjach kościelnych, z innymi księżmi i dla wiernych, takich, jakimi oni są, a nie takich, jakimi ktoś chciałby, żeby byli. Ktoś, kto myśli o sobie jako o anty-klerykale będzie się bardzo męczył w kapłaństwie.

 

 

To nie tylko kwestia zmęczenia czy dobrego samopoczucia, bo ostatecznie nie one decydują o autentyczności powołania. To kwestia urealnienia głosu sumienia oraz konkretności powołania. Pan Bóg, kiedy powołuje, jest konkretny. Wiadomo, o co Mu chodzi: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Nie ma tu niedomówień. Z drugiej strony, kiedy mówimy o powołaniu do kapłaństwa, to wciąż poruszamy się w sferze abstrakcji, gdyż kapłaństwo jako takie jest czymś ogólnym. Gdy daną osobę pociąga przykład konkretnego księdza, wtedy opuszcza sferę abstrakcji. Może to być ksiądz – święty z przeszłości, ale być może nawet lepiej, gdy jest to ksiądz, którego się zna, a którego przykład, zachowanie i praca skłania do pomyślenia: „Chciałbym tak samo”. Wzory osobowe mogą się zmieniać w ciągu naszego własnego rozwoju – to jasne, niemniej, gdy ktoś jest w stanie w ten sposób ukonkretnić swoje roszczenie do bycia powołanym do kapłaństwa, to otrzymuje kolejny pozytywny znak w rozpoznawaniu swej drogi. Ktoś, kto nie czuje się przywiązany do Kościoła, kto nie jest w nim osadzony, może mieć spore problemy w ukonkretnianiu swego powołania. To dla niego znak ostrzegawczy: być może jeszcze buja w obłokach.

 


 

Krok 3: Duch służby

 

Możliwe, że ktoś zdziwił się, słysząc, że dokumenty Kościoła określają duchowieństwo mianem: „kapłaństwa służebnego”. Faktem jest, że częściej słyszy się np. o kapłaństwie urzędowym czy hierarchicznym, jednak to, że ulubioną formułą Soboru Watykańskiego II było „kapłaństwo służebne” ma swe proste uzasadnienie: kapłaństwo jest służebne, gdyż księża otrzymują święcenia, aby służyć wiernym (wystarczy przypomnieć sobie, co powiedział Jezus kłócącym się o pierwszeństwo Apostołom – Mt 20,25-28). To dlatego niektórzy ojcowie duchowni, którzy w seminariach towarzyszą klerykom w rozeznawaniu ich powołania, twierdzą, że najlepszą formą praktyk duszpasterskich jest ta, która sprawdza gotowość do służby. Innymi słowy szpital, dom starości czy hospicjum to znacznie lepsze miejsca rozeznawania powołania niż parafia czy szkoła. Tam sprawdza się to, czy przyszły duszpasterz będzie miał zapach owiec, o co dopomina się papież Franciszek (por. Evangelii gaudium, 24).

 

 

Nie są to tylko pobożne ogólniki. Wielu młodych ludzi zmaga się z pytaniem, czy to, co biorą za powołanie do kapłaństwa, nie jest jakąś formą ucieczki przed wymaganiami życia? Co prawda, prestiż społeczny i status materialny księdza spadły dziś (szczególnie w dużych miastach) poniżej średniej krajowej, to jednak wciąż ta droga życia gwarantuje bezpieczeństwo i stabilność. Jak sprawdzić, czy moje motywacje są czyste? To właśnie tu decydującą sprawą jest stosunek do służby. Ktoś, kto ma takie pragnienie, nie ucieka przed trudami życia. Wręcz przeciwnie – z całą świadomością wychodzi im naprzeciw.

 


 

Krok 4: Umiłowanie sakramentów

 

Wrócę jeszcze raz do tekstów Soboru Watykańskiego II. „Dekret o posłudze i życiu prezbiterów”, wprowadzając podział na kapłaństwo powszechne i służebne, prosto wyjaśnia na czym polega służebność tego drugiego: „Pan (…) ustanowił niektórych sługami, by w społeczności wiernych na mocy święceń mieli świętą władzę składania Ofiary i odpuszczania grzechów” (pkt. 2). Istotą kapłaństwa służebnego jest sprawowanie sakramentów i głoszenie Słowa Bożego: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19b) wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy, „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone” (J 20,23a), „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15), wypowiedziane po Zmartwychwstaniu – to najważniejsza część testamentu Jezusa zostawionego Apostołom. We wszystkich innych zadaniach Kościoła księdza może zastąpić świecki.

 

 

Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo szczególnie fascynuje go praca z młodzieżą, musi pamiętać, że może zajmować się tym (również w Kościele) bez przyjmowania święceń. Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo pochłania go gorliwość o niesienie Ewangelii tym, którzy nie znają Chrystusa, to też warto pamiętać, że w ewangelizacyjnej misji Kościoła można uczestniczyć będąc i świeckim. Solą życia księdza, główną jego treścią są sakramenty i Słowo Boże. Zastanowienie się nad tą prawdą jest ważnym momentem rozeznawania powołania. Może ona uświadomić wielu osobom, że tak naprawdę gonią w swym życiu za czymś innym, niż kapłaństwo. Z drugiej strony upodobanie w liturgii, szczególnie liturgii Eucharystii, radość z uczestnictwa w niej, stanowią poważne pozytywne znaki wezwania do Bożej służby. Nie ma nic przypadkowego w tym, że najwięcej powołań wywodzi się ze służby liturgicznej.

 


 

Krok 5: Powołanie do ojcostwa

 

W sensie negatywnym kryterium to znaczy, że kapłaństwo nie jest dla ludzi z różnych względów niezdolnych do założenia rodziny. Dla księdza być ojcem znaczy w pierwszym rzędzie rodzić wiarę wśród wiernych: własnym przykładem życia, modlitwy, głoszeniem Słowa Bożego. Księża są ojcami, gdyż jak mówił Sobór Watykański II, gromadzą rodzinę Bożą. Zadaniem księdza jest przywracać ludzi Bogu Ojcu. „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi” (Mk 1,17) – powiedział Jezus powołując Szymona Piotra i Andrzeja. W sensie pozytywnym kryterium powołania do ojcostwa duchowego znaczy bycie wezwanym do łowienia ludzi dla Boga.

 

 

Ojcostwo (również to duchowe) to branie na siebie odpowiedzialności za innych ludzi, przewodzenie im, troska o nich i ochrona przed niebezpieczeństwami. Innymi słowy, jeśli powołany do kapłaństwa jest równocześnie powołany do ojcostwa, to powinien odnajdywać w sobie takie cechy, jak życzliwość wobec ludzi, stałość ducha, słowność, stabilność emocjonalną, kulturę osobistą. Powyższa lista nie jest jakimś nieosiągalnym ideałem – w skrócie chodzi w niej o to, by rozeznający powołanie był dojrzałą osobą.

 


 

Krok 6: Racjonalna ocena tego, czy jest się powołanym

 

Już słyszę pomruki niezadowolenia: jak to? Czyż powołanie jako przychodzące do człowieka z góry nie przekracza tego, co nasz ograniczony intelekt może pojąć? Czyż „mądrość tego świata nie jest głupstwem u Boga” (1 Kor 3,19a)? Zgoda. Kiedy upieram się przy tym, że intelekt winien być zaangażowany w ocenę powołania, nie chodzi mi o to, że decyzja o pójściu do seminarium winna być chłodno wykalkulowana. W minimalnym sensie mowa w tym kryterium o tym, że rozeznawanie powołania nie może być wyłącznie kwestią czucia. Uczucia mają to do siebie, że, prędzej czy później, mijają. Kiedyś minie i subiektywne uczucie powołania. Czy ksiądz, któremu mija takie uczucie, ma stwierdzić, że już nie jest powołany i iść w świat?

 

 

Racjonalna ocena powołania jest czymś dwuznacznym, gdyż bardzo łatwo zamienia się w racjonalną ocenę tego, czy się do kapłaństwa nadaję, a każdy trzeźwo myślący, kto staje przed ogromem wymagań i oczekiwań wobec posługi kapłańskiej, musi stwierdzić, że się nie nadaje. Bardzo często tego typu rozważania służą wielu autentycznie powołanym przez Boga jako szlachetna wymówka, by uchylić się przed Bożym wezwaniem. Trzeba zatem uważać, by ten krok rozeznawania nie zamienił się w konkurs kompetencji.

 

Z drugiej strony, powtórzę, pytań typu: „Czy jestem powołany do bycia ojcem?”, „Czy chcę służyć innym?”, „Czy chcę być rybakiem ludzi?” nie można zostawić tylko subiektywnej ocenie tego, co aktualnie czuję. Decyzja o pójściu drogą kapłaństwa jest decyzją całego człowieka, a ponieważ rozum jest tym, co stanowi o naszym człowieczeństwie, dlatego i rozum winien być włączony w proces podejmowania tej decyzji.

 


 

Krok 7: Poddanie się ocenie Kościoła

 

W dziwny dla nas sposób wybierano w przeszłości biskupów. Kiedy w IV wieku powstał spór między arianami a katolikami, kto ma zostać nowym biskupem Mediolanu, na miejsce zamieszek w celu zapewnienia spokoju przybył namiestnik prowincji, Ambroży. Wtedy cały lud (ponoć pod wpływem dziecka) zaczął wołać: „Ambroży biskupem!”. I Ambroży biskupem został. Historia nie do końca nie przystaje do współczesnych realiów. Przechowuje ważną i dziś prawdę: to ostatecznie Kościół wybiera sobie ludzi, którzy będą mu służyli. Kiedy przyszło uzupełnić grono Dwunastu po zdradzie i śmierci Judasza, to Piotr wraz z pozostałymi Jedenastoma ustalili kryteria przyjęcia do swego grona kolejnej osoby (Dz 1,21-22). Historia ta pokazuje też ufność, że decyzji Kościoła towarzyszy i jest potwierdzana przez wolę samego Boga: „Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś” (Dz 1,24).

 

 

W rozeznawaniu powołania nie wystarczy więc moja ocena. Musi ona zostać jeszcze potwierdzona przez Kościół, co dziś w praktyce oznacza przez biskupa diecezji, któremu doradza w tej kwestii rektor seminarium duchownego. Niektórym może się to wydać niesprawiedliwe. Nie jest niczym miłym być przekonanym, że spełnia się wszystkie sześć wymienionych wcześniej kryteriów, a na koniec usłyszeć od innych osób, że jednak nie.

 

Z drugiej strony, tak jak głos sumienia, choć ważny, jest najmniej uchwytny, tak ocena Kościoła jest najbardziej konkretnym kryterium powołania i z tego względu niezwykle księżom potrzebnym. Jak pisałem wcześniej, uczucia mijają, zachwyty mijają, nachodzą za to wątpliwości, czy się nadaję, czy podołam, czy nie ulegam jakiejś iluzji, czy się nie okłamuję? Właśnie wtedy księdzu przychodzi z pomocą fakt, że Kościół swego czasu pozytywnie wypowiedział się na temat jego powołania. Oczywiście, by wybór przez Kościół w ten sposób utwierdzał w powołaniu, potrzebna jest szczerość i przezroczystość kandydata do kapłaństwa wobec Kościoła (przede wszystkim do przełożonych seminaryjnych) w czasie lat rozeznawania tego powołania w seminarium duchownym.

 


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
ks. Marek Dobrzeniecki

ks. Marek Dobrzeniecki

(ur. w 1980 r. w Warszawie) – kapłan Archidiecezji Warszawskiej, przyjął święcenia kapłańskie w 2009 roku. Obronił doktorat na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Fryburskiego (w Szwajcarii). Od 2014 roku wykłada filozofię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie oraz w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Od 2014 roku zastępca redaktora naczelnego „Warszawskich Studiów Teologicznych”. Od 2015 roku pracuje w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu – Sanktuarium Diecezjalnym bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Księża z mojej listy

Erudyci, artyści, męczennicy ale nade wszystko ciężko tyrający mężczyźni, należący do jednej z najbardziej zapracowanych grup zawodowych

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Próbowałam kiedyś ułożyć listę księży, których w życiu spotkałam. I byłam zdumiona – trzech męczenników, erudyci, dusze artystów, ale nade wszystko ciężko tyrający mężczyźni, należący do jednej z najbardziej zapracowanych grup zawodowych wszystko z miłości do Kogoś, kogo nawet na oczy nie widzieli.

Listę otwiera kapucyn, ojciec Robert Prustow, proboszcz mojej sofijskiej parafii, widywany w dzieciństwie z rzadka, bo nie byłam jeszcze ochrzczona. Był rekordzistą wśród bułgarskich księży, bo siedział szesnaście lat w więzieniu za „szpiegostwo na rzecz Watykanu”. Księży katolickich w Bułgarii było około stu w chwili gdy komuniści doszli do władzy i wszyscy trafili do więzienia, kilku zostało zabitych, pozostali – po torturach i procesach – musieli odsiedzieć długoletnie wyroki. Ojciec Robert odsiedział i zgłosił się do pracy w tej samej parafii, w której go aresztowali.

O tym wszystkim dowiedziałam się od jego współbrata, ojca Franca Nonowa, który nie bał się już opowiedzieć mi o biciu i że w trakcie przesłuchania pękł mu bębenek, więc resztę życia nie dosłyszał. Niziutki, cichy, pokorny, sprawiał wrażenie, że przed chwilą zeskoczył z fresków Giotta w bazylice w Asyżu, bo miał coś w sobie z pierwszych towarzyszy świętego Franciszka. „Nie wytrzymałem bicia” – tłumaczył się i wspominał, jak w łagrze księża musieli najpierw potajemnie wyprodukować choć minimalną ilość wina z winogron i używając skórek od chleba odprawiali Mszę świętą na leżąco. Przy porannej toalecie w umywalniach celebrans mówił dyskretnie: „Dokonało się”, co oznaczało, że można było podejść do konfratra i potajemnie przyjąć Komunię świętą.

 

Mój starszy brat ksiądz

 

Gdy przyjechałam na studia do Polski i w pewnym momencie zrozumiałam, że powinnam przyjąć chrzest, kolejny ksiądz, którego spotkałam też był niesamowity. Nie mogę twierdzić, że to był czysty przypadek, bo prosiłam kolegów, żeby skontaktowali mnie z jakimś kapłanem, może tym, do którego chodzili na lekcje religii, bo opowiadali mi, że jest cierpliwy i potrafi każdego wysłuchać i ma czas na rozmowy z młodzieżą. I tak oto pewnego wieczoru zapukałam do furtki domu księdza Jana Twardowskiego, o którym właściwie nic nie wiedziałam – że jest poetą, zna wielkich ludzi ze świata, ale jest też pustelnikiem, który kontempluje Pana w samym centrum ponad milionowego miasta. Gdy się spotkaliśmy opowiedziałam mu wszystko absolutnie szczerze, nie zatajając pomysłów i wyobrażeń, ocierających się o herezję, może podświadomie chciałam go przetestować i trochę tym prowokowałam, zastanawiając się, czy nie wyrzuci mnie z drzwi. I na ten emocjonalny słowotok zareagował zdaniem, które mnie ścięło: Ja panią ochrzczę. Niby nic, a w tych słowach był nieprawdopodobny komunikat: Bóg kocha cię absolutnie, niezależnie od twojego grzechu, głupoty i bezczelności. Przyjęłam chrzest.

Mijały lata, księży spotykałam coraz więcej, miałam kolejnych spowiedników, poznałam dominikanów, w tym ojca Jacka Salija, który był dla mnie wymagający i taktowny, ale spod zwojów bawełny zawsze ukazywało się ostrze prawdy. Do dziś jest dla mnie uosobieniem wiary, szukającej zrozumienia, intelektu, który dzięki kontemplacji poznaje Boga i dzięki temu zmienia świat. I osobą, która pozwalała mi zrozumieć, dzięki czemu kultura łacińskiego chrześcijaństwa jest tak wspaniała i wypełniona blaskiem.

A potem praca w Katolickiej Agencji Informacyjnej stwarzała masę okazji, by z księżmi rozmawiać, robić wywiady i lepiej ich poznawać. I byli wśród nich męczennicy, był biskup Ignacy Jeż, który dwa i pół roku spędził w obozie w Dachau za to, że odprawił Mszę świętą za duszę swojego proboszcza, księdza Józefa Czempiela, zgazowanego w pobliżu obozu.

Biskup Ignacy był niezwykle pogodny, miał poczucie humoru, twierdził, że wycieczkę do Dachau zafundował mu sam Hitler. Jego absolutna wiara w miłość Boga i w to, że świat niezależnie od ludzkich zbrodni, należy do Niego, były źródłem jego pogody. Opowiadając o swoich przygodach, bo tak mówił o obozowych latach, wspomniał noc, spędzoną we Wrocławiu w drodze do Dachau. Dzielił celę z polskimi oficerami, więźniami Oflagu. Wieziono ich na proces do Berlina, a mieli być sądzeni za bunt w obozie jenieckim. Sprawa była stuprocentowa, wyroki śmierci pewne. Ksiądz Ignacy Jeż całą noc ich spowiadał, a wspominając to zdarzenie powiedział wiele lat później: Być może dlatego trafiłem do Dachau – żeby ich wyspowiadać.

 

 

Spotykałam też i nadal spotykam księży całkiem zwyczajnych, których jest najwięcej. Takich, za których, jak to mówią, człowiek nie dałby kilku groszy, a okazują się wspaniałymi spowiednikami, trafiającymi w sedno problemów życiowo-duchowych, czy ludźmi gorliwej modlitwy. Spotkałam księdza, który jako dziecko miał kłopoty z mówieniem, więc chodził pod krzyż w rodzimej miejscowości i prosił Jezusa żeby dał mu na tyle zdolności, by przyjęli go do seminarium, gdyż bardzo chce Mu służyć.

Inny był obiektem drwin w seminarium, bo był tak przeciętny i pozbawiony polotu, że nikt nie dawał mu szans, a gdy został proboszczem rozwinął skrzydła, parafianie wyczuwali, jak bardzo gorliwość o dom Pański go pożera i parafie, do których trafiał ożywały, powstawały nowe wspólnoty i wierni z innych parafii przyjeżdżają, bo człowiek prawdziwej wiary zawsze przyciąga.

Na swej drodze spotkałam nawet biskupa, który opowiadał o swojej totalnej bezradności, gdy już zgodził się przyjąć proponowany mu urząd, ale rzekł sobie w sercu, że skoro Bóg tego od niego chce, to on będzie służył. A zdziwionemu znajomemu, który szczerze stwierdził, że przecież niczym się nie wyróżnia, spokojnie wyjaśnił, że i owszem, ale Kościół właśnie takich zwykłych ludzi szuka, bo rządzi w nim tak naprawdę Duch Święty.

I to jest chyba najlepsze podsumowanie opisu księży z mojej listy, która jest bardzo długa i są wśród nich tacy, którzy upadli i odeszli. Byli i są wśród nich ludzie wybitni, męczennicy, którzy naśladując Mistrza szli za Nim na Golgotę, ale też ludzie bardzo przeciętni, bez wielkich talentów i chwil wielkiej próby. Wszyscy jednak bardzo pragnęli mi pomóc w dostrzeżeniu Boga – jego miłości absolutnie wariackiej i bezwarunkowej, ale też wymagającej wzrostu, wysiłku i ascezy. Byli wrażliwymi poetami i zdyscyplinowanymi naukowcami, których rozum poszukiwał Boga. Widziałam u niejednego zmęczenie, smutek i udrękę, bo odczuwali ciężar grzechu tysięcy ludzi i widziałam, co to jest łaska stanu, dzięki której wciąż mieli nadzieję. Bardzo różni, również słabi, jak powierzone owieczki, toczyli swoje ludzkie zmagania i walki. Nieraz pragnęli zobaczyć efekty swego wysiłku, walczyli z osadem goryczy po kolejnym odrzuceniu i szyderstwie.

Ich prawdziwe zwycięstwa zaczynały się w chwili, gdy oddawali się Duchowi Świętemu, i o tym mówili z pokorą. Dzięki Niemu potrafili pomóc wiernym w zbawieniu duszy, choć jedynie przypominali o drogowskazach.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >