Nasze projekty

Abp Ryś: Pandemia pokazała słabości naszego Kościoła. Trzeba zacząć od kerygmatu

„Liczę na to, że teraz, w tym popandemicznym czasie będziemy znacznie ostrzej widzieć potrzebę nowej ewangelizacji” – mówi abp Grzegorz Ryś w rozmowie z KAI. Ostrzega, że inaczej nie wrócą do kościołów ludzie, których wiara miała charakter nawyku kulturowego, a nie osobistego doświadczenia Jezusa.

źródło: Episkopat.pl

Biskup podkreśla, że teraz ci ludzie potrzebują wspólnoty i potrzebują rozmowy, tym bardziej, że do tego dochodzi u wielu temat „zgorszenia Kościołem instytucjonalnym”. Zapowiada 6-ty Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji, w Łodzi od 6 do 12 września, pod hasłem: „Miasto – rewitalizacja”.

Krytyki Kościoła się nie obawiam, gdyż dzięki niej możemy zmierzyć się z prawdą o sobie. Jeśli ktoś widzi zło w Kościele i o tym mówi, nie ma w tym nic złego. Chciałbym jednak, żeby mówił to w przekonaniu, że można za ten Kościół wziąć odpowiedzialność i go z tego kryzysu wyprowadzić – dodaje.

Abp Ryś mówi też o reformach jakie należy przeprowadzić. Szansą jest kolejny synod. A to dlatego, że „sami biskupi nie dokonają wystarczających zmian w Kościele, ale też nikt nie zrobi tego bez biskupów”. Zresztą, taki właśnie, najpowszechniej synodalny model Kościoła zaproponował nam ostatnio w konkretny sposób papież Franciszek, zapraszając wszystkie struktury eklezjalne (do poziomu parafii, i małych grup w nich, włącznie) do udziału w Synodzie Biskupów – tłumaczy metropolia łódzki.

Reklama
Reklama

Marcin Przeciszewski, KAI: Porozmawiajmy o jednej z najważniejszych spraw dla Kościoła dziś jaką jest nowa ewangelizacja. Zresztą Ksiądz Arcybiskup odpowiada za Zespół ds. Nowej Ewangelizacji przy Episkopacie.

Abp Grzegorz Ryś: Najważniejszy jest Pan Jezus, bo co to za nowa ewangelizacja, która nie miałaby w centrum Pana Jezusa.

Proszę zatem powiedzieć czym w istocie jest proces „nowej ewangelizacji”, gdyż pojęcie to towarzyszy Kościołowi od czasów posoborowych.

Reklama
Reklama

W Kościele podstawowym pojęciem jest „ewangelizacja”. Jednak takie rozumienie nie było powszechne przed Soborem Watykańskim II. Mówiło się raczej o „propaganda fide” (propagowaniu wiary). Paweł VI użył pojęcia ewangelizacji najpierw we wstępie do „Wprowadzenia do sakramentów wtajemniczenia dorosłych”, a następnie w adhortacji „Evangelii nuntiandi” z 1975 r., będącej zwieńczeniem synodu biskupów o ewangelizacji.

Natomiast termin „nowej ewangelizacji” z ust papieskich padł po raz pierwszy w roku 1979, podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, a dokładnie w Nowej Hucie (w Mogile).

Dlaczego akurat tam?

Reklama

Trzeba było prorockiego charyzmatu Jana Pawła II, by w Polsce w 1979 r. mówić o potrzebie nowej ewangelizacji. Wtedy wszystkim wydawało się, że jedynym problemem jest komunizm, a innych problemów Kościół w Polsce nie ma i mieć nie będzie. Zwłaszcza w Nowej Hucie, którą przecież niedawny Biskup krakowski znał doskonale i wiedział z jakim męczeństwem Kościół się tam rozwinął w okresie komunizmu.

Wezwanie do nowej ewangelizacji wielokrotnie wracało u Jana Pawła II; natomiast Benedykt XVI nadał mu także formę instytucjonalną, ustanawiając Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Za tą nazwą kryje się przekonanie, że choć ten nurt jest już mocny oddolnie, to trzeba mu nadać ogólnokościelną „recognicję”, czyli oficjalne uznanie i pokazać, jak jest ważny.

Gdy chodzi o definicję nowej ewangelizacji, to najprecyzyjniej sformułował ją Benedykt XVI. Mówił, że nowa ewangelizacja jest tym fragmentem ewangelizacji, który jest dziś skierowany do Kościołów i społeczeństw o dawnej metryce chrześcijańskiej. A więc do takich części świata, gdzie Ewangelia była głoszona wieki temu, gdzie funkcjonują dawne struktury chrześcijańskie (od ściśle kościelnych, przez edukacyjne i charytatywne, aż po polityczne, chadeckie), a pojawia się pytanie czy za tą „fasadą” kryje się osobista wiara ludzi. I stąd ważnym akcentem było zwołanie przezeń synodu biskupów: „O nowej ewangelizacji dla przekazu wiary”, który był jednym z ostatnich akcentów jego pontyfikatu.

Z kolei Franciszek będąc przekonany o potrzebie nowej ewangelizacji, używa zamiennie tego pojęcia z pojęciem „nawrócenia pastoralnego” (duszpasterskiego), do czego wzywa cały Kościół. Pojęcie to przywiózł do Rzymu z synodu biskupów Ameryki Łacińskiej i Karaibów w Aparecidzie z 2007 r. Włączył je do swej pierwszej, programowej adhortacji „Evangelii gaudium”.

Cytując Benedykta XVI mówi Ksiądz Biskup o „fasadzie chrześcijańskich struktur”, charakterystycznej dla dawno zewangelizowanego świata Zachodu. A jak jest u nas, w Polsce?

W Polsce Jan Paweł II mówił o potrzebie nowej ewangelizacji 42 lata temu – nie bez powodu. Jeśli papież pochodzący stąd wołał o nową ewangelizację, a myśmy przez 40 lat dyskutowali, czy ta potrzeba jest realna, to trzeba zrobić mocny rachunek sumienia.

Spróbujmy go więc zrobić.

Weźmy za przykład ks. Franciszka Blachnickiego, który był w Polsce wielkim prorokiem ewangelizacji. Kilkadziesiąt lat temu, w latach 70-tych mówił o potrzebie ewangelizacji i prowadził rekolekcje ewangelizacyjne. Powtarzał, że nie wystarczy zwyczajne duszpasterstwo, gdyż nie czyni ono Kościoła rzeczywiście obecnym w świecie. To są bardzo ostre teksty, tylko po 50 latach prawie nikt już ich nie pamięta. Może dobiegający finału jego proces beatyfikacyjny coś pomoże.

Osobiście liczę na to, że teraz, w tym popandemicznym czasie będziemy znacznie ostrzej widzieć potrzebę nowej ewangelizacji.

To znaczy?

Pandemia pokazała, gdzie są słabości naszego Kościoła. Pokazała wyraźnie to, co w naszym Kościele było doświadczeniem albo przeważnie, albo wręcz wyłącznie kulturowym, a co było rzeczywiście obszarem osobiście przeżywanej wiary. Teraz słychać zewsząd pytanie: czy ludzie wrócą do Kościołów? Oczywiście, że nie wrócą, jeśli chodzili tam wcześniej jedynie z pewnego nawyku kulturowego. Półtora roku jest dostatecznie długim czasem, aby wytworzyły się nawyki odwrotne. Kiedy pandemia będzie wygasać, a biskupi nie będą już dawać dyspensy i wezwą do powrotu do kościołów, obawiam się, że wielu zapyta: dobrze, ale właściwie dlaczego i po co mam wracać, co na tym zyskam? Do tego dochodzi wielki temat zgorszenia Kościołem instytucjonalnym, przestępstw osób duchownych i naszą nieudolnością czy brakiem koniecznej determinacji w zmaganiu się z nimi.

Co w związku z tym można i należy zrobić?

Trzeba zacząć od kerygmatu: od Jezusa i od pozytywnego doświadczenia wspólnoty wiary. W Łodzi na wrzesień szykujemy się z dużą ewangelizacją. Jej fragmentem będzie m.in. spotkanie młodych na stadionie. Chcemy im stworzyć najpierw szansę spotkania – głębokiego i angażującego – ale przede wszystkim „realnego” – po trwającym półtora roku siedzeniu przy komputerach i wyłącznie spotkaniach „on-line”.

Teraz ci ludzie potrzebują wspólnoty i potrzebują rozmowy. Bez obwiniania młodych za to, że ich więź z Kościołem osłabła. Nie chodzili z powodu ograniczeń, korzystając z dyspensy. Słuszniej jest – tak myślę – robić rachunek sumienia sobie samemu (w gronie duszpasterzy), i zapytać choćby o dostępność transmisji liturgii z parafialnego Kościoła, albo o jakość szkolnej katechezy „on-line”. Z jednej strony słychać w tym zakresie o licznych i fantastycznych wręcz inicjatywach ewangelizacyjnych przeniesionych do sieci; z drugiej – o wielkich zaniedbaniach i rezygnacji – być może, również dlatego, że nie brakowało głosów twierdzących apodyktycznie, że transmisja nie jest realnym uczestnictwem i warta jest „funta kłaków”.

W tej sytuacji – nie wystarczy proste zwołanie młodych ludzi „na mszę”. Te metody już nie wystarczą. Przyjdą najbardziej wierzący, kilkanaście procent, a reszta?… Pierwszym elementem „resetu” – po tej izolacji – musi być więc doświadczenie spotkania, wspólnoty. Tego młodzi potrzebują i to może być ich droga powrotu. Wewnątrz tego doświadczenia potrzebne jest odkrycie obecności i bliskości Jezusa, który słyszy ludzkie pytania (wyostrzone przez trudne doświadczenia); owszem, daje na nie odpowiedź – nie doktrynerską i ideologiczną, lecz dotykającą życia, umysłu i serca. Potrzebne jest spotkanie głęboko osobiste i angażujące – ufamy, że również w formie sakramentu pojednania i pokuty, które dopiero otworzy drogę ku Eucharystii.

Stąd pomysł zorganizowania w Łodzi kongresu nowej ewangelizacji?

Pomysł Kongresu jest wcześniejszy. W Łodzi od 9 do 12 września odbędzie się 6. Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji. Jest on poświęcony ewangelizacji miasta i towarzyszy mu hasło: „Miasto – rewitalizacja”. Poprzedzony zostanie siedmioma dniami intensywnej modlitwy tzw. „Jerychem”. Będzie to 7 dni i 7 nocy adoracji eucharystycznej w kilku miejscach. Młodzi wymyślili także Jerycho rowerowe wokół Łodzi. Pewnie się z nimi również wybiorę. Objedziemy to miasto modląc się za nie. Inni (jeszcze młodsi) planują Łódź obiec wokół i w trakcie modlić się za nią. Swoje własne Jerycho chcą organizować także siostry zakonne. Z tej „masowej” modlitwy będzie wyrastał kongres. Ewangelizacja nie może być jakimś tanim chwytem. Musi być to doświadczenie wiary, które wyrasta z Ewangelii.

Kongres trwać będzie 4 dni. Pierwszy będzie ofertą głównie dla księży. O pastoralnym nawróceniu parafii będzie mówić abp Jorge Carlos Patrón Wong, sekretarz Kongregacji ds. Duchowieństwa. W ubiegłym roku Kongregacja wydała ważny dokument nt. nawrócenia pastoralnego w parafiach i na jego podstawie zaprezentuje on wizję życia kapłańskiego. Następnie będą dwa dni rekolekcji, warsztatów i wykładów poświęconych temu, co to znaczy ewangelizować miasto. Punktem wyjścia będzie adhortacja „Evangelii gaudium”, w której Franciszek pisze (poczynając od pkt. 72), że miasto ewangelizuje się w ten sposób, że nie przynosi się Jezusa z zewnątrz, ale odkrywa Jezusa, który tu jest. Papież pokazuje dwa równie uprzywilejowane, co „zakryte” obszary obecności Pana, są to peryferie i kultura. Ważne jest by Go tam odkryć. Dodaje, że współczesne miasta stanowią uprzywilejowane miejsce dla nowej ewangelizacji.

11 września po południu w ramach Kongresu odbędzie duże wydarzenie ewangelizacyjne na Stadionie „Orła”. Jego momentem spinającym będzie muzyczny projekt ”Dekalog” skomponowany w 2017 r. przez Marcina Pospieszalskiego i artystów z całego świata. W niedzielę 12 września, kiedy w Warszawie będzie beatyfikacja Matki Róży Czackiej i kadr. Stefana Wyszyńskiego, uczestnicy Kongresu będą śledzić ją tutaj, a wieczorem będzie wspólna Eucharystia.

Nazajutrz czeka nas (wspominane wyżej) duże spotkanie młodych, na tym samym stadionie. Inspirowane będzie fragmentem Ewangelii św. Łukasza o uzdrowieniu sługi setnika. Jest to mocna Ewangelia, gdyż zaczyna się od pytania, które każdy młody może sobie postawić: kogo chciałby polecić Jezusowi? Kto jest tym bliskim, który cierpi, i o którym chciałby powiedzieć Jezusowi. A drugie pytanie brzmi: czy ja sam jestem godny spotkać się z Jezusem? Jest to tekst otwierający na doświadczenie sakramentu pokuty. Jeśli wraz z młodymi przejdziemy przez te dwa momenty, modlitwy za innych oraz stanięcia przed Jezusem z pytaniem: czy jestem godny, to znajdziemy się w kluczowym dla wiary doświadczeniu. Finalizować się to może w Eucharystii i Komunii św.

Bezpośrednio po zakończeniu Kongresu rozpoczniemy w katedrze ewangelizacyjne rekolekcje dla księży z całej archidiecezji, a następnie w kilkunastu jubileuszowych kościołach odbędą się podobne rekolekcje dla wiernych. Ostatnim akordem będą ewangelizacyjne rekolekcje dla sióstr zakonnych i osób konsekrowanych.

Będziemy od nowa ogłosić Ewangelię całemu łódzkiemu Kościołowi. Jest to niesłychanie potrzebne po ponad roku pandemii. Jeśli nie odnajdziemy się w osobistej relacji z Jezusem, to skąd ma się wziąć przebudzenie do pełni życia pastoralnego, duszpasterskiego?

Tak będzie w Łodzi. A co z resztą Polski?

Liczę, że nasz Kongres Nowej Ewangelizacji będzie spotkaniem środowisk z całej Polski, które są zaangażowane w ewangelizację. Będziemy też zapraszać księży i świeckich odpowiedzialnych za istniejące struktury nowej ewangelizacji ze wszystkich diecezji. Struktury są, tylko trzeba tchnąć w nie nowe życie.

A skądinąd wiele się dzieje. W ubiegłym roku powołana została do życia Krajowa Służba Komunii Charis. Jest ona polskim odpowiednikiem i partnerem ogólnokościelnej Charis, utworzonej z inicjatywy Franciszka. Na czele Charis w Polsce stoi grupa 14 osób z różnych kościelnych rzeczywistości. Można powiedzieć, że wszystkie one przynależą do tego nurtu w Kościele, który najczęściej bywa określany pojęciem „strumień łaski”, pochodzącym od kard. Suenensa. Są tu wspólnoty Odnowy, Ruch Światło–Życie, Szkoły Nowej Ewangelizacji, ogólno-kościelne, międzynarodowe wspólnoty jak np. Chemin Neuf; jest też reprezentacja ponad setki innych, krajowych wspólnot ewangelizacyjnych. Przy Krajowej Służbie funkcjonuje nieformalny zespół 4 biskupów: Adam Wodarczyk, Andrzej Siemieniewski, Andrzej Przybylski i ja. Pierwszym przykładem działania służby Charis jest trwający jeszcze kurs on-line pt. „Kurs służebnego przywództwa”, a wzięło w nim udział półtora tysiąca ludzi z całej Polski.

Dzieją się rzeczy, w które nawet trudno jest uwierzyć. Alpha Polska przygotowała kursy Alpha on-line. Nieraz się ich pytam, jak to teraz robicie, bo kursy Alfa przewidują na początku każdego ze spotkań wspólny posiłek? Widać, że to, co robione było w realu, teraz musi być adaptowane do możliwości jaką stwarza sieć. W sferze nowej ewangelizacji widać olbrzymią aktywność przez ten rok. Oprócz kongresu od blisko 10 lat prowadzimy tzw. OSE, czyli Ogólnopolską Szkołę Ewangelizatorów; zrobiliśmy już cztery edycje, a niebawem będzie kolejna. Spośród międzynarodowych projektów ewangelizacyjnych, przeszczepiliśmy na nasz grunt także projekt „24 godzin dla Pana” – to trwające dobę nabożeństwo pokutne poprzedzające IV niedzielę Wielkiego Postu. Jego inicjatorem jest papież Franciszek, który chciał, aby stworzono możliwość przystąpienia przy tej okazji do spowiedzi wielu ludziom. Nasza Rada jest też odpowiedzialna za polskich misjonarzy miłosierdzia, którzy wciąż działają.

Mówię o tym, aby pokazać, że ta praca w skali ogólnopolskiej się dzieje i że jest ona dynamiczna. Nie brakuje w tym środowisku propozycji, które są skierowane do całego Kościoła. Mamy też bliskie kontakty z Papieską Radą Nowej Ewangelizacji, która do tego, co się dzieje w Polsce, odnosi się z dużym szacunkiem. Jej przewodniczący abp Rino Fisichella albo osobiście przyjeżdża na każdy nasz kongres, albo przysyła znaczącą reprezentację.

Ale generalnie, czy czas wychodzenia z pandemii nie powinien wszędzie być – tak jak w Łodzi – czasem intensywnej nowej ewangelizacji?

Mam nadzieję, a raczej jestem pewien, że każdy biskup, odpowiedzialny za to w swojej diecezji, będzie chciał ten czas wykorzystać.

Warto bardziej zaangażować do tej pracy świeckich. Niezależnie od tych przykładów, które Ksiądz Arcybiskup podawał, są oni wciąż – jak mówił Jan Paweł II – „śpiącym olbrzymem”.

Niewątpliwie, w Polsce ciągle mamy Kościół mocno klerykalny, gdzie wciąż niemal wszytko zależy od księży. Ale to będzie się zmieniać, nawet w sposób wymuszony. Bardzo potrzebny jest intensywny namysł nad przyszłością oraz adekwatne i celowe działania. Bowiem czeka nas duży problem i to całkiem niedługo.

Jaki?

Powiem znów na przykładzie Łodzi. Kościół łódzki jest Kościołem, w którym liczba księży w przeliczeniu na ilość wiernych, jest najmniejsza w Polsce. Wynika stąd przede wszystkim wielka konieczność troski o powołania. Praca z młodzieżą (bez niej nie ma przecież mowy o powołaniach) jest dla nas jednym z priorytetów. Mamy również (od 2 lat) seminarium Redemptoris Mater dla alumnów (także cudzoziemców) z Drogi Neokatechumenalnej, a także seminarium 35+, dla starszych. Trzy lata temu otwarliśmy w diecezji możliwość formacji do diakonatu stałego. W tej chwili na tej drodze znajduje się 16 mężczyzn.

Jednak – niezależnie od tych wszystkich działań – proces ubywania księży będzie się pogłębiał, i to w całej Polsce. Za 7 – 10 lat na emeryturę zaczną odchodzić najliczniejsze roczniki księży, czyli te z lat 80. Kończyłem seminarium w 1988 r. w grupie 66 święconych kapłanów. Tymczasem dziś niewiele seminariów w Polsce ma 66 kleryków na wszystkich latach razem. Kiedy duże liczebnie roczniki księży zaczną przechodzić na emeryturę, nie będzie już kim ich zastąpić. Kiedy wówczas proboszcz przyjedzie do biskupa, aby dał mu wikarego, to biskup odpowie, że go po prostu nie ma.

Oznacza to, że trzeba podjąć refleksję: co dalej, jak Kościół powinien funkcjonować przy mniejszej liczbie kapłanów? Paweł VI w „Evangeii nuntiandi” napisał, że „ewangelizuje Kościół”, a nie jedna osoba, czyli kapłan. Trzeba więc będzie odpowiedzieć na pytanie: co jest niezastępowalną funkcją księdza, a czego w parafii mogą podjąć się świeccy. Powiedziałbym, że każdy ksiądz będzie musiał się otworzyć na pochodzący od Ducha Świętego trud rozeznawania i towarzyszenia ludziom świeckim, którzy są powoływani przez Pana Boga i są przez Niego wyposażani w odpowiednie zdolności i charyzmaty. Ksiądz nie może się tego bać. Powinien się tym cieszyć, pomóc im w formacji, a potem ich posłać. Nie powinien ich nadzorować, tylko umiejętnie im przewodzić. Wciąż mamy wizję władzy, która wszystko kontroluje, a w ten sposób nikogo do ewangelizacji się nie poprowadzi.

Czyli otwiera się wielka przestrzeń dla świeckich?

Świeckich zaangażowanych i uposażonych przez Ducha Świętego mamy w Polsce tysiące. Ludzi, którzy chcieliby włączyć się do ewangelizacji, ale nierzadko rozbijają się o ten model Kościoła, który Franciszek nazywa klerykalnym. Dopóki nie nastąpi tu „ewangeliczny reset” w duchu właściwej eklezjologii, to niewiele się ruszy. Wciąż będziemy utyskiwać, że dzieje się to, co na Zachodzie: postępujący proces sekularyzacji. A kto nam powiedział, że u nas ten scenariusz musi się realizować, a zwłaszcza w tej samej mierze?! Trzeba to wszystko poddać analizie i wyciągnąć wnioski.

Co jeszcze musi się zmienić w naszym Kościele?

Musi się zmienić przekonanie, że wspólnoty w Kościele są „rzeczą opcjonalną”. W myśleniu wielu księży „konieczne” jest: odprawienie mszy, konfesjonał, pogrzeb, kancelaria; dopiero, jeśli „starczy czasu”, to zaangażuję się w jakąś wspólnotę. Tymczasem, to wszystko jest ważne, ale o tyle, o ile docelowo służy budowaniu wspólnoty. Ks. Blachnicki mówił, że Kościół dopiero wtedy staje się rzeczywiście obecny w świecie, kiedy jest zrealizowany w konkretnej, braterskiej wspólnocie.

W diecezji krakowskiej, za czasów kard. Wojtyły, każdy ksiądz miał obowiązek zaangażowania we wspólnocie oazowej. Dziś ta wspólnotowa rzeczywistość jaką Duch Święty nam ofiarował jest na tyle bogata i różnorodna, że nie wierzę, że ksiądz się nie może się odnaleźć w którejś z nich.

Wspólnoty dziś są tym bardziej potrzebne, im bardziej ludzie w Polsce mają trudne, wręcz gorszące doświadczenie Kościoła. Jeśli ktoś został w Kościele zraniony czy zmanipulowany, albo stał się ofiarą przestępstwa, to na takie doświadczenie nie ma innego argumentu, jak tylko doświadczenie przeciwne. Nie mogę temu człowiekowi powiedzieć: Kościół nie jest taki jak ten, z którym Ty się zderzyłeś! Muszę wiedzieć, gdzie mam tego człowieka skierować, aby mógł doświadczyć innego Kościoła.

Jest też inny problem, mianowicie poczucie pewnej bezdomności w Kościele ludzi, którzy mówią, że nie ma tam dla nich miejsca z powodu sojuszu Kościoła z jedną opcją polityczną. Wśród warszawskiej inteligencji jest to zjawisko dość częste.

Mam zasadę, że nie dyskutuję z czyimś doświadczeniem. Kiedyś pewien bardzo poważny człowiek przepytywał mnie o sojusz Kościoła z partią rządzącą. Zapytałem go czy zna poglądy polityczne poszczególnych biskupów? Przeszliśmy dość długą listę biskupów i okazało się, że wcale nie jest to takie jednoznaczne. Mamy więc do czynienia z pewnym stereotypem.

Osobiście, problem widzę gdzie indziej: myślę, że najbardziej nam szkodzi objawiający się nieraz boleśnie brak ludzi, którzy za nasz Kościół chcą wziąć odpowiedzialność, zwłaszcza tam, gdzie wyraźnie pokazała się jego słabość i grzech. Dotyczy to zarówno świeckich jak i hierarchów.

Brak włączania się świeckich do odpowiedzialności wynika niejednokrotnie z ich krytycznego spojrzenia, na to, co się w Kościele dzieje. Co Ksiądz Arcybiskup powiedziałby tym ludziom?

Krytyki Kościoła się nie obawiam, gdyż dzięki niej możemy zmierzyć się z prawdą o sobie. Jeśli ktoś widzi zło w Kościele i o tym mówi, nie ma w tym nic złego. Chciałbym jednak, żeby mówił to w przekonaniu, że można za ten Kościół wziąć odpowiedzialność i go z tego kryzysu wyprowadzić. Nie samemu, rzecz jasna, tylko w Duchu Świętym i wraz z innymi. Zło nie powinno nas obezwładniać! Są tacy, co mówią, że Kościół jest w permanentnym kryzysie od 20 wieków. Nawet, jeśli to przesada, to jednak z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, iż Kościół niejednokrotnie przechodził kryzysy nieporównywalnie większe niż nasz obecny.

A czy nie obawia się Ksiądz Arcybiskup, że po okresie oddalenia od Kościoła spowodowanego pandemią, mogą powrócić ci głębiej wierzący, a inni tzw. katolicy kulturowi, po prostu odpadną? Kraje Zachodu ten proces mają już za sobą i powstał tam inny model Kościoła.

Ważne, żeby nie czytać tego modelu w taki sekciarski sposób, że oto zbierzemy się w gronie kilkunastu procent głęboko wierzących, a tę „resztę kulturową” mamy w nosie. To jest narracja, która jest heretycka i idiotyczna. Te kilkanaście procent głębiej zaangażowanych jest w Kościele po to, żeby wyjść ku innym i zaprosić ich ku osobistemu doświadczeniu Boga i spotkaniu z Nim.

Benedykt XVI powiedział kiedyś (a papież Franciszek wielokrotnie to już powtórzył), że wiara chrześcijańska nie jest bynajmniej decyzją etyczną, nie jest decyzją kulturową czy światopoglądową, tylko jest doświadczeniem spotkania osoby z Osobą.

Jest też łaską…

Ale tej łaski nie brakuje, tylko jest tak, że niejednokrotnie robimy w Kościele wszystko inne, ale nie to, co najistotniejsze. Wtedy jesteśmy tymi, którzy zatrzymują przepływ łaski. To nie jest tak, że Jezusa brak jest w Kościele, jest obecny na każdym stole eucharystycznym, problem polega na tym, że skutecznie możemy Go obezwładnić (tak z kolei pisał Paweł VI).

Czy widzi Ksiądz Arcybiskup potrzebę zwołania w Polsce kolejnego Synodu Plenarnego, który byłby m. in. miejscem szerokiej dyskusji o Kościele w aktualnej sytuacji?

Tak. Rozmawiałem o tym z wieloma biskupami. Dlaczego jest potrzebny synod? Dlatego, że sami biskupi nie dokonają wystarczających zmian w Kościele, ale też nikt nie zrobi tego bez biskupów. Dlatego potrzebny jest synod możliwie szeroki, otwarty na każdego, kto chce rozmawiać o Kościele w odpowiedzialny sposób, chcąc się zaangażować. Zresztą, taki właśnie, najpowszechniej synodalny model Kościoła zaproponował nam ostatnio w konkretny sposób papież Franciszek, zapraszając wszystkie struktury eklezjalne (do poziomu parafii, i małych grup w nich, włącznie) do udziału w Synodzie Biskupów. To coś więcej niż jedynie „szerokie konsultacje”; to rzeczywiście „wspólna droga” wszystkich uczniów Chrystusa, słuchających się wzajemnie z uwagą i odnajdujących się w jednym Duchu, w komunii jednego Ciała Chrystusa. Również Kościół latynoamerykański, znany z niezwykle ważnych zgromadzeń biskupów (jak Puebla czy Aparecida), prowadzi aktualnie synod tą samą metodą – aż po swoje wspólnoty podstawowe.

Czyli towarzyszy Księdzu Arcybiskupowi nadzieja?

Absolutnie tak. Inaczej zamknąłbym się w Tyńcu.

ag/KAI/Stacja7

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę