Nasze projekty
fot. Note Thanun / Unsplash

Rodzicu, nie bój się świata!

Chrześcijaństwo nie jest opowieścią o strachu. Chrześcijaństwo to doświadczenie kroczenia w obecności Zwycięzcy i Władcy, wobec którego pierzchną wszelkie moce, zwierzchności i lęki. Źródła nadziei są większe od źródeł strachu.

Reklama

Zabrałam dzieci ze szkoły katolickiej

Zwykle o tej porze roku walczę z pokusą, aby nie napisać tekstu zatytułowanego „Dlaczego zabrałam dzieci ze szkoły katolickiej”. Nie robię tego, bo – poza chwytliwym clickbaitem – nie byłoby w tym tekście niczego szokującego ani rozczarowującego.

Wręcz przeciwnie – katolicka szkoła, do której chodziły nasze dzieciaki, była naprawdę świetna – do dzisiaj pozostaję w kontakcie z wieloma wspaniałymi rodzinami, które tam poznałam, a z samą dyrekcją łączą mnie więzi przyjaźni. A jednak zabraliśmy stamtąd dzieci i zapisaliśmy je do zwykłej rejonowej podstawówki.

Ten krok zakończył naszą odyseję po placówkach przedszkolno-szkolnych, która obejmowała wszystkie możliwe warianty edukacji: od prywatnych przedszkoli, przez społeczne szkoły, aż po edukację domową. Nasza najstarsza córka lubi się z nami droczyć i raz na jakiś czas pyta, czy mamy świadomość, że ona kolejny rok szkolny rozpoczyna w tej samej placówce, i czy aby na pewno nie zamierzamy przerwać tej passy kolejnym rodzicielskim pomysłem. Odpowiadamy zwykle, że nie próbowaliśmy jeszcze zagranicznej szkoły z internatem.

Reklama
Reklama

Skąd brała się w nas ta potrzeba ciągłych poszukiwań? Z chęci dania dzieciom tego, co najlepsze? Z pragnienia zapewnienia im optymalnych warunków do rozwoju? Na pewno też, ale przez lata główną dominantą tamtych decyzji był we mnie po prostu lęk. Przed okropnymi ludźmi, którzy skrzywdzą moje wrażliwe dzieci, przed nieodpowiednim towarzystwem, które namiesza im w głowach i nie doceni ich wyjątkowości, przed zamkniętymi na dialog nauczycielami, którzy nie uwzględnią wszystkich moich matczynych obaw. Wszechogarniający, paraliżujący lęk… przed światem.

Moment, w którym zdałam sobie z tego sprawę, zakończył nasze nerwowe próby znalezienia dla naszych dzieci raju na ziemi. Nie mogłam pozwolić, żeby dłużej kierował mną lęk, bo wtedy niechybnie tak samo zaczęłyby działać nasz dzieci. A z wszystkich rzeczy na ziemi najmniej chciałabym, żeby odziedziczyły po mnie strach i zalęknienie. Bo te ostatnie nie mają nic wspólnego z naszą wiarą.

Neopogaństwo u bram i inne strachy

Podczas wakacji usiłowałam po raz drugi przeczytać do końca bardzo popularną w niektórych kręgach książkę „Opcja Benedykta”. O ile zgadzam się z niektórymi tezami autora, o tyle wydźwięk całości jest dla mnie bardzo trudny.

Reklama
Reklama

Oto – zdaniem autora – toniemy jako chrześcijanie w morzu neopogaństwa i jedyne, co może nas uratować, to współczesne arki – ekskluzywne chrześcijańskie przestrzenie, które ocalą przed zatonięciem nie tylko nasze dziedzictwo, ale przede wszystkim nas samych. Czyli twórzmy chrześcijańskie szkoły, uniwersytety, a nawet całe chrześcijańskie osiedla i uciekajmy póki czas. Czytając Roda Drehera, zdałam sobie sprawę, że autor nie mógł swoją książką lepiej trafić w czasie.

Strach, który wzmagał się w ostatnich latach w chrześcijańskich kręgach wobec ideologii gender, skrajnego konsumpcjonizmu, indyferencji moralnej, osiągnął swój kulminacyjny punkt w czasie pandemii. I dziś, na początku nowego roku szkolnego, wielu z nas tkwi w okowach paraliżującego strachu. Odmieniamy słowa Apokalipsa i Antychryst przez wszystkie przypadki, rozsyłamy znajomym łańcuszki modlitewne z niezrozumiałymi groźbami, że „kto przerwie ten łańcuszek…”, oglądamy wreszcie na YT filmy o teoriach spiskowych, w które zaczynamy święcie wierzyć.

W lipcu trafiliśmy całą rodziną przez przypadek na konferencję jednego z najpopularniejszych polskich kaznodziejów. Po 10 minutach wysłuchiwania o Antychryście i nieuchronnym  końcu świata, który zwiastują zamknięte kościoły, mąż powiedział mi do ucha „Zbieramy się stąd. Nie chcę, żeby dzieci słuchały dłużej tego Kubusia Fatalisty”. Uśmiechnęłam się do niego i jak zwykle podziękowałam Bogu za mojego osobistego św. Józefa, który mówi nie za wiele, ale robi to, co trzeba. Bo jedyne, co pozostaje nam zrobić wobec zalewającej nas fali strachu, to stanowczo odwrócić od niej wzrok i spojrzeć wyżej.

Reklama

Chociażby nie wiem jak wzburzone było morze naszego życia – Chrystus jest tym, który po tym morzu chodzi i ma moc je uspokoić. Bo taka jest nasza wiara. Chrześcijaństwo nie jest opowieścią o strachu. Chrześcijaństwo to doświadczenie kroczenia w obecności Zwycięzcy i Władcy, wobec którego pierzchną wszelkie moce, zwierzchności, strachy i lęki. Źródła nadziei są większe niż źródła strachu.

fot. Andrew Ebrahim / Unsplash

Nasze dzieci nie są nasze

Ale wróćmy jeszcze do naszych worków z paputkami, śniadaniówek i nieuchronnej konfrontacji naszych dzieci ze światem. Mamy je wypuścić z bezpiecznej przestrzeni naszego domu i włożyć w gorący tygiel świata. Nie jest nam łatwo. Wielu z nas ma już za sobą kilka bezsennych nocy, wielu słyszy od tygodnia „Mamo, ale dlaczego ja muszę iść do przedszkola?” albo – w wersji trudniejszej – „Nigdzie nie idę. Nienawidzę szkoły! Chcę być w domu!”.

Zamiast snuć marzenia o kozach w Bieszczadach i edukacji domowej, unieśmy spokojnie nasze matczyne kiecki i wypuśćmy spod nich nasze dzieci. Pamiętacie? One nie należą do nas – i to akurat w tej całej trudniej sytuacji jest najbardziej pocieszające. To, co pomogło mi przezwyciężyć lęk przed hipotetyczną krzywdą, jakiej mogą na świecie doświadczyć moje dzieci, to przede wszystkim wiedza o psychologicznych mechanizmach obronnych. Patrzyłam na moje dzieci przez pryzmat własnych zranień z dzieciństwa. Miałam taką kalkę myślową w głowie, że skoro mnie prześladowała banda chłopaków w podstawówce, to to samo spotka moje córki, skoro ze mnie śmiano się na wuefie, to tak samo będą wyszydzane moje dzieci.

CZYTAJ TEŻ: Rodzice doskonali

Dzięki Bogu w którymś momencie odkryłam, że moje dzieci nie żyją moim życiem, ale własnym. Że moje zranienia nigdy nie będą ich udziałem nie dlatego, że nie spotka ich w życiu nic złego, ale dlatego, że ich sytuacja jest zupełnie inna. Mają innych rodziców, inne otoczenie, inną psychikę, inne doświadczenia z przeszłości, a przede wszystkim one nie są moje – one należą do Dobrego Boga, który podczas chrztu każdego z nich obiecał mi, że będzie ich strzegł jak źrenicy oka, że będzie ich Pasterzem i obrońcą. I wreszcie najważniejsze odkrycie – to samo zostało obiecane także i mnie. I spełnia się każdego dnia.

Ile procent świata zbawił Jezus?

Czy to oznacza, że Pan Bóg uchroni nasze dzieciaki od wszelkiego bólu? Nie, ale to oznacza, że da im siłę do przejścia przez każdą ciemną dolinę bez wyjątku, a nam pokaże w Matce Bolesnej najlepszy sposób na towarzyszenie naszym dzieciakom. Bo taka jest nasza wiara. To, dlaczego tak bardzo buntuję się na wizję świata przedstawioną w książce „Opcja Benedykta”, wynika z fałszywego aksjomatu, który leży u podstaw wszystkich opartych na strachu rewelacji, które niestety bardzo rozpanoszyły się ostatnio w Polsce. Pan Jezus zbawił i ukochał cały świat, a nie tylko jakieś jego enklawy.

Miłość Pana Jezusa obejmuje każdego człowieka, nawet tego, który błądzi. Zapraszam do zajrzenia do Katechizmu Kościoła Katolickiego pod numer 301. Obawa przed światem powinna prowadzić nas do rozważnego przyglądania się ideologiom, trendom i modom, ale nie do odrzucenia i zanegowania go w całości. I choć czasem pewnie będzie trzeba zabrać dziecko z jakiegoś środowiska, chyba nie warto odrzucać go a priori.

Kto tu się naprawdę boi?

Co zatem mamy robić, jeśli chcemy pomóc naszym dzieciom odnaleźć się w świecie? Pewnie najlepiej byłoby zacząć od siebie.

Czy nie jest tak, że boimy się o nasze dzieci, bo sami wciąż boimy się świata? Warto przyjrzeć się naszym postawom względem sąsiadów, nauczycieli w szkole, znajomych. Ile jest w nas otwartości na ich odmienność, a ile bezpodstawnego oskarżania, frustracji, obwiniania? Wszędzie tam, gdzie na pierwszy plan wysuwa się w nas myślenie „Wszystkiemu winni są oni”, warto zastanowić się, z czego to przeświadczenie wynika?

Kiedy stawimy czoła już naszym lękom, warto pójść dalej i przyjrzeć się temu, w jakiego Boga wierzymy, jaki obraz Boga mamy w sobie? Skąd w nas przekonanie, że wrażliwy, empatyczny i wychowany na Ewangelii człowiek jest słabeuszem, którego porwie i zmiecie gwałtowna fala świata? Przecież umiejętność wysłuchania kogoś, pochylenia się nad czyimś zranieniem i proste nazywanie swoich uczuć to cechy ludzi najodważniejszych i najdzielniejszych. Kłamstwo, obgadywanie, brutalna walka o swoje to zawsze oznaka czyjegoś głębokiego zranienia, czyjegoś lęku, który najprościej wyrazić agresją. To nie pycha i walka o swoje są oznaką ludzkiej siły, ale pokora i uznanie własnej niewystarczalności. Bo wtedy nasze braki może wypełnić Boża moc, a wobec niej trzęsie się całe piekło.

Jeśli boimy się, że świat zniszczy nasze dzieci, bo wychowaliśmy je w wierze katolickiej, to prawdopodobnie sami nie wiemy, jak mocna i niezależna staje się osobowość człowieka przemienionego przez Chrystusa.

Raj na ziemi istnieje!

I wreszcie ostatnia, ale najważniejsza sprawa – to nie jest tak, że na tej ziemi nie jesteśmy w stanie znaleźć dla naszych dzieci prawdziwego raju. Takie miejsce istnieje. Jest to miejsce, w którym dzieciaki mogą czuć na sobie miłujące spojrzenie samego Boga i nieustannie doświadczać Jego wsparcia. Miejsce, gdzie mogą odpocząć i zregenerować siły przed powrotem na poligon, jakim niewątpliwie dla nas wszystkich jest świat. Tym miejsce jest nasz dom.

Jeśli stworzyliśmy naszym dzieciom taką przestrzeń, w której czują się bezwarunkowo kochane, akceptowane i wysłuchane w każdym swoim lęku, słabości i zwątpieniu, wtedy naprawdę możemy być o nie spokojni. One poradzą sobie, choćby rozstąpiła się pod nimi ziemia, bo my – wierzący w Chrystusa rodzice – nauczyliśmy je latać.


WIĘCEJ ARTYKUŁÓW TEJ AUTORKI:

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę