video-jav.net

O Mistrzu, kurze i zbieraniu winogron

– Nie wiem – odpowiedział po dłuższym milczeniu staruszek – czy jest możliwe uchronienie dziecka przed złym wpływem. Wydaje mi się, że nie. Świat jest, jaki jest. Ale można próbować je uodpornić. Zaszczepić tak, jak szczepi się maluchy na odrę czy różyczkę.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Górska, kamienista droga stawała się z każdym metrem coraz bardziej stroma. Od godziny poruszali się już bez samochodu, który musieli zostawić na poboczu po tym jak ostry kamień przebił drugie koło. Nie sądzili, że będzie aż tak gorąco. Wachlowali się znalezionymi w samochodzie folderami z biura podróży i szli. Łysiejący mężczyzna w garniturze, kobieta w ogromnych okularach przeciwsłonecznych i młody, na oko 15-letni chłopak. Mistrz dostrzegł ich już u podnóża góry.

Kiedy wreszcie dotarli do jego pustelni – położonej na zalanym słońcem płaskowyżu – skończył podcinać winogrona i z szerokim uśmiechem wyszedł im na spotkanie. Był niewysoki, całkowicie łysy i bardzo stary. Miał na sobie roboczy fartuch w drobne niebieskie prążki. Wytarł w niego pośpiesznie ręce i szerokim gestem zaprosił gości do stołu. Byli zmęczeni, ale przede wszystkim speszeni. Tyle słyszeli o Mistrzu. O jego mądrości i przenikliwości. A teraz patrzą na uśmiechniętego staruszka, który zachowuje się tak, jakby czekał specjalnie na nich od wielu, wielu tygodni i teraz nie może posiąść się z radości, że wreszcie ma ich przy sobie.

 

Od dawna przygotowywali się na spotkanie z Nim. Bardzo chcieli dokładnie opowiedzieć Mu o wszystkim. Nie pominąć niczego, co byłoby w ich historii ważne. Tak bardzo potrzebowali pomocy. Ale oto siedzą ze ściśniętym gardłem przy stole i patrzą jak nalewa im do kieliszków wino i częstuje swoim ulubionym serem. A potem siada naprzeciwko nich i spokojnie się im przygląda.

– Mistrzu… – zaczął niewyraźnym głosem mężczyzna, ale staruszek nie pozwolił mu skończyć.

– Tam – wskazał ręką przed siebie – za winnicą jest druga pustelnia. Troszkę większa od mojej. Zostańcie ze mną 3 dni. Tylko proszę wybaczcie niedogodności. U mnie łatwiej o zieloną trawę niż o elektryczność – uśmiechnął się zakłopotany i odszedł.

Nie za bardzo wiedzieli co i jak mają robić. W swojej chatce na stole znaleźli tylko małą kartkę z ledwo widocznym napisem „Silentium”.

– To co? – powiedział zdenerwowany chłopak – wspinaliśmy się na to pustkowie, żeby teraz być cicho???

– Na to wygląda – odpowiedzieli zdumieni rodzice.

 

I tak rozpoczął się ich niecodzienny pobyt u Mistrza. Wbrew ich oczekiwaniom następnego dnia nie wydarzyło się nic szczególnego. Mistrz cały dzień spędził w swojej winnicy. Przycinał pędy, usuwał chwasty. Pod wieczór zauważyli, że idzie po wielkie wiadra i zamierza podlewać winorośl. Mężczyzna i kobieta podbiegli do niego, aby mu pomóc. Wzięli wiadra i przez kilka godzin aż do zachodu słońca ciężko pracowali. Kiedy skończyli Mistrz popatrzył na nich i zapytał:

– Dlaczego nie przyszedł z wami wasz syn?

– Ach, Mistrzu – odpowiedziała kobieta – jeszcze się w życiu napracuje.

Staruszek pokiwał głową i usiadł na dużym kamieniu. Kiedy małżonkowie już mieli odejść, zatrzymał ich i zapytał:

– Czy wasze życie jest proste?

Spojrzeli po sobie i jednogłośnie pokiwali przecząco głowami.

– To dlaczego okłamujecie własne dziecko? Przecież jego życie będzie też trudne – przerwał i popatrzył w stronę ich chatki. – Coś mi się wydaje, że już jest. Nie bójcie się. Dzieci są dużo dzielniejsze niż się wydaje. A każdy człowiek ma wpisaną w siebie chęć do podejmowania rzeczy trudnych. Mówcie mu i przyzwyczajajcie póki jeszcze jest czas, że dostanie w życiu po kościach.

 

Nastała noc, a w niej wydarzyło się to, co było nieuniknione. Padły baterie w komórkach. Poranek był przeto niezwykle nerwowy. Chłopak nie szanując reguły milczenia krzyczał na rodziców jak oszalały. Nie zauważył kiedy podszedł do niego Mistrz z małą kurką na ręku. Chłopak zdołał wykrzyczeć jeszcze coś o modelu zasilanym baterią słoneczną kiedy nagle poczuł, że w jego kieszeń od spodni ktoś wrzuca jakieś małe kamyki. Odwrócił się zdenerwowany i zobaczył Mistrza, który, jak gdyby nigdy nic, wsypywał mu do kieszeni ziarno. Skinął na chłopaka głową i powiedział:

– Chodź, proszę! Chcę ci coś pokazać.

Odeszli od rodziców na kilka kroków, a potem Mistrz postawił kurkę na ziemi i poprosił chłopaka, żeby wysypał jej kilka ziarenek. Kurka wydziobała je do ostatniego. Mistrz poprosił, aby chłopak wysypał jeszcze trochę ziarenek. Znowu zniknęły wszystkie.

– Rozumiesz? – zapytał chłopaka.

Nastolatek przewrócił tylko oczami.

– Wysyp proszę ostatni raz – powiedział łagodnie Mistrz.

Chłopak rzucił niedbale to, co zostało mu w kieszeni. Kurka rzuciła się na to ziarno tak samo łapczywie, jak na pierwszą porcję.

– Widzisz? – Mistrz wskazał zwierzątko. – Ta kura nie może sobie powiedzieć nie. Zwierzę tego nie potrafi.

Chłopak spojrzał na Mistrza z lekkim rozbawieniem.

– Dzisiaj – mówił dalej staruszek – wydaje się ludziom, że muszą mieć to, co mogą mieć. Muszę mieć to, co mogę mieć. Wydaje ci się, że jest to właściwe myślenie?

Chłopak wzruszył ramionami i burknął:

– Na pewno moim rodzicom tak się nie wydaje.

– Powściągliwość twoich rodziców to najlepsza odtrutka na tę filozofię. Nie chodzi o to, żebyś nie miał, ale, żebyś nie musiał mieć. A to zasadnicza różnica.

Rodzice wyraźnie się ożywili. Pojawił się nawet u nich uśmiech zadowolenia. Staruszek schylił się i wyzbierał szybkim ruchem wszystkie ziarenka, jakie jeszcze zostały małej kurce do zjedzenia.

– Ale nie wolno zabierać nie dając w zamian czegoś cenniejszego – powiedział w ich stronę, po czym wyjął z kieszeni fartucha kawałeczek czerstwego chleba i położył go przed kurką.

– Mistrzu! – zaoponował mężczyzna – dla tego pokolenia nie ma nic cenniejszego od rzeczy materialnych.

– Czyżby? – Mistrz popatrzył na chłopaka, który z lekko drwiącą miną chciał już, już przytaknąć, ale powstrzymał się bo dostrzegł w oczach staruszka głęboki smutek.

– Oto mężczyzna – powiedział do nastolatka wskazując mu jego ojca – który zostawił swoją firmę, gdzieś tam na dole drogi samochód i wspinał się tu w niewygodnym garniturze. Oto kobieta, która nie pamięta już, kiedy spała spokojnie i od kilku miesięcy uparcie szukała sposobności, żeby cię tu przywieść. Masz mamę i tatę. Masz Dom.

Rodzice spojrzeli wystraszeni na syna, bo bardzo bali się jego kolejnej opryskliwej odpowiedzi, ale chłopak stał spokojnie. Przypomniał sobie, jak niedawno przyszli do niego koledzy i zamiast grać w jego nową grę, przesiedzieli cały wieczór w kuchni rozmawiając z jego mamą.

 

Trzeci dzień zaczął się bardzo wcześnie. Jeszcze przed wschodem słońca, Mistrz rozpoczął przygotowania. Tego dnia miało się odbyć winobranie. Pracowali tym razem wszyscy. Nawet chłopak. Wczesnym popołudniem, kiedy byli już zmęczeni do granic możliwości, chłopak spojrzał ze złością na Mistrza i powiedział:

– Po co w ogóle Mistrzowi te winogrona? Nie lepiej zostać przy kurkach?

Mistrz roześmiał się tak głośno i serdecznie, że cała złość w jednej chwili opuściła chłopaka.

– Bo widzisz, mój drogi – ja to lubię. Nawet bardzo. Uprawianie winogron, ich nawożenie, podcinanie, podlewanie daje mi radość. A radość – inaczej niż przyjemność – trzeba sobie zrobić. Na radość trzeba zapracować.

 

Kiedy zbliżał się wieczór małżonkowie przyszli pożegnać się z Mistrzem.

– Nasz syn… – zaczął niepewnie ojciec – nasz syn czasem zachowuje się tak, jakbyśmy go wcale nie kochali.

Mistrz pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Spójrzcie jakie dzieci go otaczają. Ilu ma wokół siebie rówieśników z rozbitych rodzin, albo z takich domów, gdzie najważniejsza jest praca. On chłonie frustracje i lęki tych dzieci.

– Czy można mu jakoś pomóc? Czy możemy jakoś uchronić go przed tym światem?

– Nie wiem – odpowiedział po dłuższym milczeniu staruszek – czy jest możliwe uchronienie dziecka przed złym wpływem. Wydaje mi się, że nie. Świat jest, jaki jest. Ale można próbować go uodpornić. Zaszczepić jak szczepi się maluchy na odrę czy różyczkę

– Zaszczepić przed światem? – kobieta popatrzyła na Mistrza zmieszana.

– Przed chorobą, która trawi dzisiaj całe społeczeństwa. Polega ona na tym, że ludzie nie wiedzą po co żyją.

– Mistrzu, jak? Jak to zrobić?

Staruszek wstał z ławeczki i podszedł do zbocza. Długo milczał patrząc w horyzont, a potem uśmiechnął się i wskazując w dal odpowiedział:

– Pokażcie mu przyszłość. Powiedzcie, że będzie żył długo 60, 70 lat. I zapytajcie jak chce ten czas przeżyć. I jeszcze jedno; powiedzcie mu już dzisiaj, że kiedyś będzie ojcem. I że nie spotka go w życiu nic wspanialszego.

 

Pamięci Ojca Karola Meissnera OSB, na podstawie konferencji o wychowaniu dzieci.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Nie zabieraj swoich dzieci do Nazaretu

W uczciwym podejściu do doświadczeń z własnego dzieciństwa leży klucz do szczęścia w naszych małżeństwach i w naszych rodzicielskich zmaganiach.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Bardzo dużo w Kościele mówimy o Nazarecie. Duchowość nazaretańska, Ruch rodzin nazaretańskich. Sama przez lata określałam swoje macierzyństwo jako „Moje wielkie NIC czyli nazaretańskie wszystko”. Nazaret to synonim życia prostego i ukrytego, to gloryfikacja codziennej służby jako drogi do chwały. Jednym słowem to tajemnica szczęścia.

Ale to nie jedyne oblicze Nazaretu. To przecież też miejsce, w którym Pan Jezus nie mógł zdziałać żadnego cudu. To miejsce, które na obecność Mesjasza „uniosło się gniewem”, to wreszcie miejsce, w którym chciano Jezusa – już na samym początku działalności – zabić. Nazaret w tym ujęciu to niełatwy powrót do przeszłości. To synonim ran, zadanych nam w okresie, w którym byliśmy najbardziej bezbronni; we wczesnym dzieciństwie.

 

 

Jesteśmy szczęściarzami. Żyjemy w czasach, w których psychologia skutecznie potrafi wytłumaczyć mechanizmy, jakie rodzą się w nas na skutek takich właśnie zranień. Najczęstsze źródła naszej dziwnej, często niewytłumaczalnej agresji, naszych lęków, naszych natręctw leżą właśnie tam – w naszym Nazarecie. Często jesteśmy tego nieświadomi dopóki nie pojawią się w naszym życiu dzieci. Nasza nieuleczona przeszłość obudzi się ze zdwojoną siłą właśnie w kontakcie z nimi. Ich działania będą wywoływać w nas emocje z przeszłości. Jeśli, przykładowo, pochodzimy z domu, w którym królowała łagodność, stłuczony przez naszego malucha talerz wywoła uśmiech i wyrozumiałość. Jeśli natomiast pochodzimy z domu, gdzie panował tzw. pruski wychów – ta sama sytuacja obudzi w nas gniew. Czasem irracjonalnie duży w stosunku do przewinienia. To z kolei zrodzi w nas potężne uczucie winy. Tak dzieje się zawsze, kiedy w niekontrolowany sposób „wyłazi z nas przeszłość”, kiedy niepotrzebnie zabieramy do własnego Nazaretu naszych najbliższych. Gniew, który wylaliśmy na naszego malca nie był gniewem dla niego, ale dla zbyt surowego taty, nauczyciela czy brata, który zawsze robił nam na złość.

Pan Jezus naprawdę nie musiał wracać do Nazaretu. Nie musiał się narażać na szyderstwa i powątpiewania jakich tam doświadczył. Całe Kafarnaum rozpowiadało już o Jego cudach. Mógł spokojnie ominąć to nieżyczliwe miejsce. A jednak tam wrócił. Po co? Wrócił dla nas. Żeby nam pokazać, że z własną przeszłością nawet On musiał się skonfrontować. W jaki sposób?

 

„Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował” (Łk 4, 16a). Czyli po pierwsze: POWRÓT. Jeśli chcesz aby twoje dziecko było szczęśliwe, a ty byś po prostu był dobrym rodzicem nie ma innej drogi. Trzeba wrócić do swojego domu rodzinnego.

„W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać” (Łk 4.16b). Czyli po drugie: KONFRONTACJA. Nie wystarczy wrócić. Trzeba swoją przeszłość sprowokować. Dokopać się do niej i stanąć twarzą w twarz z każdym znaczącym zranieniem, które może rzutować na nasze dorosłe życie.

I wreszcie ostatni krok: ODEJŚCIE. „On jednak, przeszedłwszy pośród nich, oddalił się” (Łk 4,30). Aby uwolnić się od przeszłości nie wystarczy się z nią rozliczyć, ale trzeba ją opuścić. Zamknąć drzwi domu rodzinnego. Wziąć z niego tylko to, co było dobre (nawet jeżeli miałoby to być tylko własne życie), a resztę zostawić. I odejść.

 

 

Czy to jest łatwy proces? Nie. Czy jest bolesny? I to jak! Znam jednak wielu ludzi, którzy wyruszyli w tę podróż. Z kierownikiem duchowym, ze współmałżonkiem czy z psychologiem u boku stawili mężnie czoła Nazaretowi. I chociaż wszyscy będziemy raz po raz potykać się o nasze zranienia to jednak cel jest jeden i wart każdego trudu. Ku wolności wyswobodził nas przecież Chrystus!

Może i nie jest to typowy wpis pod hasłem „Jak skutecznie przekazać dzieciom nasze wartości”, ale to właśnie w ten sposób postanowiłam zacząć tę nową rubrykę na stacji7. W uczciwym podejściu do doświadczeń z własnego dzieciństwa leży bowiem klucz do szczęścia w naszych małżeństwach i w naszych rodzicielskich zmaganiach. Możemy jako małżonkowie, jako rodzice obdarowywać swoich najbliższych nieprawdopodobnymi skarbami. Możemy być jak ptaki, które swoim lotem poderwą ich aż pod niebo. Ale tylko jeśli odrzucimy zbędny balast. Balast, który czasem tylko spowalnia nasz krok, ale zdecydowanie częściej uniemożliwia oddech.

 

Jak to zrobić? Jak wrócić do Nazaretu, rozprawić się z nim i skutecznie z niego odejść? Jak zweryfikować nasze doświadczenia i precyzyjnie ocenić które były dobre i warte powtarzania, a które są ciężarem hamującym nasz rozwój? Pytania te są kluczowe i zbyt ważkie by podejmować nawet pobieżną próbę odpowiedzi na nie w tym miejscu. Pozwólcie, że wskażę Wam książkę, która jest oczywiście jedną z wielu na ten temat, jednak – i to nie tylko w mojej opinii – bardzo dobrą. Przywędrowała do naszego domu przez przypadek, a okazała się motorem wielkich zmian. Jej autorzy (ze względu na swoją drugą, bestsellerową pozycję) będą stale obecni w tej rubryce. Kochani, oddaję Was w ręce Moniki i Marcina Gajdów, a książka, o której piszę to „Rozwój. Jak współpracować z łaską?”. Nie traktuje ona tylko o zranieniach z dzieciństwa; znajdziecie w niej dużo więcej. Nie oczekujcie recenzji – przeczytajcie. Dla siebie, dla współmałżonka a przede wszystkim dla Waszych dzieciaków.

 

 

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >