video-jav.net

Życie nad urwiskiem

Kiedy obudzą Cię w środku nocy i zapytają czego najbardziej potrzebują Twoje dzieci, co odpowiesz?

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ogromne góry, niedostępne szczyty, urwiska i czarne jak otchłań przepaści, a ponad nimi mosty. Jedne stabilne i stosunkowo krótkie, inne prowizoryczne, chwiejne, pełne dziur, i dodatkowo bardzo długie. Łączące naprawdę odległe szczyty. A pośrodku każdego z mostów dziecko. Co jakiś czas najdłuższe mosty rozrywają się i dziecko, które na nich było spada w czarną przepaść. Co jakiś czas mosty najkrótsze, te o najmocniejszej konstrukcji zanikają bo góry, które łączyły stapiają się w jedną bryłę i dziecko może wreszcie zejść z mostu na ziemię.

Gdyby ktoś obudził  Cię w środku nocy i zapytał, czego najbardziej potrzebują Twoje dzieci, co odpowiesz? Prawdopodobnie większość z nas odpowie, że miłości. Może zapracowany tata odpowie, że obecności. Może zbyt nerwowa mama odpowie, że cierpliwości. Ale czego tak naprawdę najbardziej potrzebują nasze dzieci?

Człowiek, który wierzy Bogu, opiera na Nim swoje życie. Mówi wówczas, że Bóg jest jego skałą, że to On jest fundamentem istnienia. A na czym opiera się istnienie dziecka? Gdybym miała stworzyć legendę do tego przerażającego opisu z pierwszego akapitu to: Górami są rodzice, trwałością konstrukcji – ich wzajemna miłość, ale tym, co najważniejsze – długością mostu jest ich jedność. Im jej więcej tym most krótszy, albo nawet zanikający. Im jej mniej, tym most bardziej chwiejny, niestabilny i coraz dłuższy. Na takim moście pomiędzy nami – rodzicami siedzi każde z naszych dzieci. Czego tak naprawdę potrzebują nasze dzieci? Potrzebują naszej jedności.

Kościół od wieków wskazuje na to, że rodzina ludzka została stworzona na obraz i podobieństwo samej Trójcy Świętej. Zwykle, gdy to słyszę myślę o miłości, ale całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że doświadczając miłości zbawczej Pana Jezusa, doświadczając miłości stwórczej Boga Ojca, doświadczając miłości sprawczej Ducha Świętego, doświadczam czegoś jeszcze. Doświadczam JEDNOŚCI. Nie ma ani jednej sekundy w wiecznym istnieniu Boga, w której Syn stanąłby przeciwko Ojcu, a Duch odwrócił się plecami do Syna. Nigdy nad naszymi głowami nie doświadczyliśmy nawet cienia sporu Trójcy Świętej. To, że oddychamy Jej miłością jest wtórne w stosunku do tego, jak wiele pewności daje nam to, że „Ja i Ojciec jedno jesteśmy”.

Jako rodzice jesteśmy powołani przede wszystkim do jedności. To jest nasze najważniejsze zadanie względem naszych dzieci. Nie miłość, nie obecność, nie cierpliwość, nie wierność, nie uważność, nie dom z ogrodem, nie wakacje pod palmami i nie kocyk z alg morskich. Nasze dzieci jak powietrza potrzebują jedności swoich rodziców. Ich jednego głosu i jednego serca.

Wszyscy wiemy, jakim dramatem dla dziecka jest rozwód rodziców. To oczywiście ten najbardziej przerażający obraz spadającego w przepaść dziecka. Ale czy naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego jak wiele w życiu naszego dziecka zależy od jakości naszej małżeńskiej relacji?

Czasem łatwiej jest syknąć nad uchem dziecka „Tata jest głupi, nie przejmujemy się nim” niż podejść do współmałżonka i spróbować sytuację wyjaśnić między sobą. Czasem łatwiej jest wziąć nadgodziny, zapisać się na serię dyżurów, wyjechać na miesięczną delegację niż próbować wytłumaczyć żonie dlaczego jej zachowanie tak nas rani. I niby pozornie nic się nie dzieje. Przecież nikt nie mówi o rozwodzie, nawet nie ma kłótni, a ciche dni wypełniamy, na złość nieobecnego współmałżonka, super atrakcjami dla dziecka. Ale most, na którym ono siedzi robi się coraz dłuższy a poczucie bezpieczeństwa naszego malucha coraz bardziej kruche.

Spotkałam niedawno mamę, która szlochała mi w rękaw opowiadając o swoim mężu i o jego braku cierpliwości dla dzieci. Opowiadając o jego chęci rozstawiania dzieciaków po kątach i o niepohamowanej potrzebie karania, powiedziała znamienne zdanie: „Nam naprawdę będzie lepiej bez niego”. Odpowiedziałam, że jej być może tak, ale na pewno nie dzieciom. Koleżanka była ogromnie zaskoczona i zbulwersowana. Nie spodziewała się, że ja – orędownik wychowywania bez kar – wezmę stronę jej męża. Odpowiedziałam, że biorę stronę ich dzieci. Bo one jak powietrza potrzebują zgody swoich rodziców. Kiedy emocje opadły dojechał do nas jej mąż. Byli w nie najlepszej formie, ale zaczęliśmy spokojnie rozmawiać. Jej relację już znałam, ale jego słowa mnie poruszyły: „Ja po prostu chcę, żeby dzieci nas szanowały, a ona pozwala im na wszystko”. Podrążyliśmy temat i po pewnym czasie ta skłócona para odkryła, że problem był pośrodku. Ona pochodziła z domu, w którym dzieci były trzymane niezwykle krótko i dlatego nie chcąc skazywać swoich na podobny los, jak ognia unikała stanowczego tonu i jawnego sprzeciwiania się pociechom. Co – jak łatwo się domyślać – spowodowało znaczne rozluźnienie w domu i szkodliwą arogancję starszych dzieci względem rodziców. Karanie ich przez męża, było tak naprawdę jego – może i niefortunną, ale jednak – próbą ratowania całej rodziny.

Tamte dzieciaki nie potrzebowały pobłażliwości mamy, ani surowości taty. Tamte dzieci potrzebowały tej rozmowy swoich rodziców i ich wspólnego stanowiska.

O. Karol Meissner OSB komentując IV przykazanie mówił, że zawiera ono w sobie prawo dziecka do obojga rodziców. Zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę, że to my – rozżalone żony, zniechęceni mężowie jesteśmy pierwszymi, którzy tego prawa własne dziecko pozbawiają. Łatwiej przychodzi nam uderzyć we współmałżonka niż spróbować go zrozumieć. Zaślepieni złością, pełni rezygnacji budujemy w naszych domach, czasem na całe dziesięciolecia, fronty. Po cichu stawiamy wokół wykluczonego współmałżonka mur i uczymy dzieci nowych reguł gry. I wydaje nam się, że to miłość. Że chronimy je w ten sposób przed zbyt nerwową mamą, albo nadmiernie pedantycznym tatą. A nie widzimy przerażenia w oczach dziecka, bo most, na którym go posadziliśmy w dniu poczęcia jest coraz dłuższy i coraz bardziej niebezpieczny.

Z okazji zbliżających się Świąt podarujmy naszym dzieciakom największy prezent – porozmawiajmy ze sobą. Jeśli istnieją w naszym domu mury i podziały, jeśli od lat wybuchają między nami napięcia, spróbujmy je odnaleźć, ponazywać i może po raz pierwszy zamiast szukać winnego, znajdźmy rozwiązanie najlepsze dla naszych dzieci. Może uda się wyskoczyć gdzieś razem i powspominać narzeczeńskie wygłupy? Może uda się usiąść wieczorem na kanapie z kubkiem herbaty i powiedzieć sobie tak po prostu, że jest nam ze sobą dobrze?

A potem weźmy dzieciaki na dobry deser i obiecajmy sobie, że sprowadzimy je z tego mostu na stały ląd.

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Adopcja. Uwierzyć, że jest w tym jakiś sens

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych

Polub nas na Facebooku!

Artykuł napisany przez parę oczekującą na zakończenie procedury adopcyjnej

 

Pobierając się, marzyliśmy z mężem o dwójce wspaniałych dzieci, które mogłyby biegać i psocić w naszym domu. Obydwoje przypominaliśmy sobie, jakimi dziećmi byliśmy, i chcieliśmy przekazać życie i wychowywać kiedyś nasze dzieci, widząc w nich cząstkę siebie. Naszym wielkim pragnieniem było podzielić się tym, co mamy najcenniejszego – miłością i dobrem. Biorąc ślub, nie byliśmy już najmłodsi, mieliśmy po 40 lat i pełną świadomość, że to nie najlepszy, ale też nie najgorszy wiek na rozpoczęcie wspólnego życia. Długo szukaliśmy, by w końcu znaleźć siebie nawzajem. Gdy spotkaliśmy się, wiedzieliśmy jednak, że to właśnie na siebie czekaliśmy przez wszystkie te lata. Wiedzieliśmy również, że czas – zwłaszcza ten biologiczny – ucieka nam dość szybko.

Lekarze, pod opieką których staraliśmy się o potomstwo, mimo naszego wieku nie widzieli powodów do obaw, nasza kondycja i wyniki badań dawały nadzieję, że szybko doczekamy się dziecka. Mijały jednak miesiące, a nasza frustracja pogłębiała się coraz bardziej. Podczas wizyt w gabinetach lekarskich otrzymywaliśmy coraz to różniejsze propozycje. Wreszcie otrzymaliśmy i tę „najłatwiejszą” w naszej sytuacji z medycznego punktu widzenia – in vitro.

Żyjąc przez rok pod dyktando wskazówek lekarzy, widząc, jak bardzo wpływa to na nasz związek, nie chcieliśmy przystać na takie rozwiązanie. Po pięciu latach studiów biologicznych doskonale zdawałam sobie też sprawę z niedoskonałości tej metody. Trudno było nam jako ludziom wierzącym zgodzić się na życie ze świadomością zamrożonych w ciekłym azocie embrionów, których nigdy nie wychowamy, bo z całej puli wybierzemy tylko te 2 lub 3, którym pozwolimy się urodzić. Daleka jestem od oceny kogokolwiek, ale wiem, jak bardzo w swoim wielkim pragnieniu dawania miłości można zapędzić się i stracić moralną czujność.

 

Wiedzieliśmy z mężem, że nie możemy dać się zwariować, że nie stawiając sobie i lekarzom granic, zniszczymy naszą relację, bliskość i miłość, którą można rozwijać, patrząc rzeczywiście w tę samą stronę, żyjąc w jedności i szczerości.

 

 

Jedna z koleżanek w pracy właśnie adoptowała siedmiomiesięcznego chłopca. Wiedząc o naszych staraniach, zadała mi kiedyś pytanie: „Dlaczego nie spróbujecie iść tą drogą? Niczego nie tracicie, niczego nie przekreślacie w swoim życiu, a możecie zyskać wspaniałą szansę na miłość i rodzicielstwo”. Pamiętam, że poczułam wtedy, jakby pomogła mi wyrazić to, czego do tej pory nie wypowiedziałam słowami. Nie wiedziałam również, jak na taki pomysł zareaguje mój mąż. Z drżeniem serca zapytałam go o pogląd na temat adopcji. Mimo że podobnie myślimy, postrzegamy świat i mamy podobne pragnienia, zawsze istniało ryzyko, że ten temat będzie dla niego trudny, a decyzja o otwarciu się na przyjęcie i pokochanie adoptowanego dziecka niemożliwa. Po pierwszej rozmowie daliśmy sobie czas na przemyślenie, zmierzenie się z własnymi obawami i znalezienie w sobie odwagi i chęci do podjęcia takiej drogi rodzicielstwa.

 

Zbliżały się Światowe Dni Młodzieży, śródmieście Krakowa pęczniało od gromadzących się młodych, rozśpiewanych ludzi, w powietrzu czuć było, że w mieście i w ludziach dzieją się rzeczy piękne i wielkie. Nam właśnie w tym czasie udało się zgromadzić dokumenty niezbędne do ubiegania się o przyjęcie na kurs dla rodzin adopcyjnych. Gdy tłumy młodzieży zmierzały na krakowskie Błonia, my z kołaczącym sercem szliśmy na Rajską do Ośrodka Adopcyjnego, by złożyć nasze papiery. Czuliśmy wielką radość i ulgę zarazem. Mając przekonanie, że nie wszystko od nas zależy, ze spokojem postanowiliśmy czekać na to, co przyniesie czas. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować – zwłaszcza mnie, ze względu na to, że jestem osobą dość żywiołową i niecierpliwą. Mąż był jak żeglarz czekający na dobry wiatr, ja trochę jak majtek, który chce płynąć, wiosłując przez środek oceanu.

 

We wrześniu 2016 roku koleżanka, która wcześniej poddała nam pomysł kursu adopcyjnego, zaproponowała, byśmy wybrali się z jej rodziną na wizytę do Żmiącej, do ośrodka prowadzonego przez Fundację Dzieło Pomocy Dzieciom z ulicy Rajskiej. Tam wbrew naszym obawom nie zobaczyliśmy stereotypowego domu dziecka, jaki pewnie każdy ma przed oczami, słysząc o takiej placówce. Naszym oczom ukazał się piękny dom na wzgórzu, a w nim trzydzieścioro cudownych dzieci, utalentowanych, chętnych do zabawy i ufnych – mimo wcześniejszych doświadczeń – w to, że świat i ludzie nie są źli.

 

 

Od listopada zaczęliśmy brać udział w tak zwanych grupach wsparcia dla rodziców adopcyjnych i rodzin przygotowujących się do kursu. Wizyta w ośrodku na Rajskiej stała się oczekiwanym i obowiązkowym punktem dnia w każdy pierwszy wtorek miesiąca. Oprócz wiedzy, z jakimi sytuacjami możemy się zderzyć, spotkania te dawały nam też kontakt z parami, które adoptowały już dzieciaki. Przez kolejne miesiące mogliśmy obserwować, jak rozwijają się dzieci, które trafiły do nowych rodzin, mieliśmy możliwość wysłuchania porad, jak radzić sobie w różnych życiowych sytuacjach. Staliśmy się mocniejsi i jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w naszej decyzji. Ja zyskiwałam dodatkowo pewność i wewnętrzny spokój, że nie siedzimy bezczynnie, czekając na zaproszenie na kurs.

 

Nadszedł maj, po jednym ze spotkań grupy wsparcia dowiedzieliśmy się od pani dyrektor Ośrodka Adopcyjnego, że prawdopodobnie na przełomie września i października zostaniemy zakwalifikowani na kurs dla rodzin adopcyjnych. Udział w kursie musiał być poprzedzony testami psychologicznymi i rozmową sprawdzającą naszą motywację, które miały odbyć się w czerwcu. Termin testów przypadkowo wypadł w rocznicę naszego ślubu, tym bardziej cieszyliśmy się, że mogliśmy ją tak właśnie świętować. Założyliśmy z mężem, że podczas procesu kwalifikacji będziemy totalnie szczerzy i naturalni, bez upiększania czegokolwiek i umawiania się co do odpowiedzi na potencjalne pytania. Opłaciło się. Testy i rozmowa były dla nas wartością dodaną, potraktowaliśmy je jako okazję do pogłębienia wiedzy o sobie samych i o naszym małżeństwie.

 

Jesień przywitała nas w Beskidzie Wyspowym. Przez kolejnych 5 tygodni jeździliśmy do ośrodka w Żmiącej, gdzie od soboty rano do niedzielnego popołudnia uczestniczyliśmy w zajęciach: spotkaniach ze specjalistami, rodzinami adopcyjnymi, i konfrontowaliśmy nasze oczekiwania sprzed kursu z tym, czego możemy doświadczyć w bezpośrednim kontakcie z dziećmi, które nie mogą dorastać w swoich biologicznych rodzinach. Niesamowite było obserwować, jaką siłę ma dobro ofiarowane drugiemu człowiekowi, zwłaszcza dzieciom. Myśleliśmy, że trudno będzie nam przejść przez te tygodnie wypełnione pracą, zajęciami domowymi i wyjazdami na kurs. Czas minął jednak w mgnieniu oka, zmęczenie rekompensowała radość dzieci i poczucie dobrze wybranej drogi.

 

 

Teraz jesteśmy po kursie i kwalifikacji. Znajomi i rodzina powtarzają: „Najtrudniejsze już za wami”, my jednak mamy świadomość, że czas przed nami – próby naszej cierpliwości w oczekiwaniu na propozycję adopcji, podejmowania decyzji i otwierania się na życie – będzie o wiele trudniejszy i wymagający większej odpowiedzialności niż wszystkie działania, które podejmowaliśmy do tej pory. Mamy jednak pewność, że warto było uwierzyć, że to wszystko w naszym życiu ma sens i nie dziej się bez przyczyny!

 

Iwona i Przemek

 


 

Serdecznie zapraszamy na

XII Małopolskie Spotkanie Rodzin Adopcyjnych

pod honorowym patronatem Pana Jacka Krupy Marszałka Województwa Małopolskiego
i Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego Metropolity Krakowskiego

 

Spotkanie odbędzie się w niedzielę 3 grudnia 2017 r. przy ul. Kopernika 26 w Krakowie. Tradycyjnie rozpocznie się Mszą Św. w intencji rodzin w Bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa oo. Jezuitów o godz. 14.00

Oprawa muzyczna i krótki koncert po Mszy św. – Krakowski Chór Akademicki pod dyrygenturą Janusza Wierzgacza.

 

Następnie w auli im. G. Piramowicza SJ Akademii Ignatianum zapraszamy na wykład  „Rodzicielstwo adopcyjne – krok po kroku”. Prelegentami będą Państwo Maria i Robert Kowalscy.

Poza częścią wykładową uczestnicy będą mogli zrelaksować się podczas występu Gościa specjalnego – Pana Karola Dziedzica. Będzie też okazja do nieformalnych, indywidualnych spotkań uczestników przy poczęstunku.

Bardzo serdecznie zapraszamy do udziału i skorzystania ze wszystkich lub wybranych punktów programu XII Małopolskich Spotkań Rodzin Adopcyjnych.