Nasze projekty

Radość nas ocali

Jestem ogromnie wdzięczna kardynałowi Wyszyńskiemu, że podpowiadając rodzicom, co najlepiej przekazać w spadku swoim dzieciakom, wymienił właśnie radość.

Reklama

Wasze dzieci są waszymi, ale są wzięte z Bożego… Temu co jest z Bożego, trzeba dać Boże. Trzeba im dać wiarę, miłość ku Bogu i nadzieję. Macie w miłości przekazać waszym dzieciom radość, którą posiadacie. Może niejedno z Was nie ma nic do zapisania swym dzieciom w dziedzictwie, ale może „zapisać” swą żywą wiarę, gorącą miłość ku Bogu i nadzieję. Dając to, dacie bardzo wiele, bo dacie zasadę równowagi, ładu i porządku, dzięki czemu możecie być pewni, że wasze dzieci nie zagubią się na zawiłej drodze codziennego życia.

Sługa Boży Kard. Stefan Wyszyński, Spokojni o chleb dla licznych ust… Do rodziców katolickich, Inowłódź, 23 VIII 1964


Ten cytat jest tak wspaniały, tak kompletny, że wystarczyłby nie tylko za cały artykuł, ale też i za niejeden wykład o wychowaniu… Czytam go od kilku godzin na okrągło i wciąż nie mogę się nadziwić, jak brzemienne w treść jest każde jego zdanie. I znowu mam ochotę wyzwać na pojedynek każdego, kto twierdzi, że prymasa Wyszyńskiego trzeba przekładać na język współczesny… Proroków nie powinno się poprawiać, proroków wystarczy słuchać. Wyciągnę z tego cytatu tylko jedno zdanie: „Macie w miłości przekazać waszym dzieciom radość, którą posiadacie” i spróbuję spotkać się z tymi wszystkimi uczuciami, które we mnie obudziło.

Reklama
Reklama

Radość nasza codzienna

Są czasem takie słowa, które ktoś wypowie niby przypadkiem, a nam pod ich wpływem, niespodziewanie otwierają się nieznane lądy, całe przestrzenie utajonych światów. Tak było ze mną, kiedy kilka lat temu stałyśmy z moją siostrą nad brzegiem jeziora i patrzyłyśmy na nasze pluskające się w wodzie pociechy. W pewnym momencie Kasia powiedziała, ot tak „Kurczę, jakie to jest rewelacyjne mieć dużo dzieci”, a ja poczułam się tak, jakbym dostała obuchem.

Długo zastanawiałam się potem, co wtedy wydarzyło się nad tym jeziorem, aż wreszcie doszłam do wniosku, że we mnie chyba nie było takiego nastawienia do dzieci. Jasne, że ja się zawsze nimi cieszyłam, ale gdzieś podświadomie, gdzieś podskórnie dzieci były dla mnie przede wszystkim trudem. Nie mam kłopotu z przyznaniem się do takiej postawy, bo czasem w macierzyństwie naprawdę bywa ciężko. Szczególnie, kiedy dzieciaki rodzą się rok po roku i człowiek zwany matką zamiast żyć, czasem toczy walkę o przetrwanie. I mi w tamtym momencie naprawdę było ciężko, ale jednak ten tekst Kasi mnie otrzeźwił.

Zdałam sobie sprawę, że – pomimo tego ogromnego trudu – dzieciaki to jest jedna z najpiękniejszych przestrzeni życia, jakiej kiedykolwiek mogłam doświadczyć. Bezsprzecznie tak! I momentalnie pojawiło się we mnie mocne postanowienie, że nie pozwolę, aby ten codzienny kierat, ten – nierozerwalnie związany z dużym domem – amalgamat czynności posiłkowo-specerowo-pralnianych odebrał mi to, co największego mogą dać nam dzieci – radość!

Reklama
Reklama

Najwspanialszy dar

Kilka dni temu usłyszałam wypowiedź starszego mężczyzny, ojca dziewiątki dzieci, dziadka ponad dwadzieściorga wnucząt, który mówiąc o rodzinie, wskazał właśnie na radość. Powiedział, że to ona jest najwspanialszym darem, jaki przynoszą ze sobą do naszego życia dzieci. Myślę, że niewiele brakowało, a zdałabym sobie z tego sprawę za późno.

Gdybym za bardzo skupiła się na kieracie, mogłabym już zawsze widzieć tylko gary, które trzeba umyć, a nie garnki, w których można dla kogoś ugotować ulubiony rosołek. Mogłabym widzieć tylko stertę prania, a nie ulubiony sweterek, który w trybie pilnym trzeba wyprać, wysuszyć i włożyć z powrotem do szafki, bo ktoś mały koniecznie właśnie w nim musi teraz przemierzać świat. Słuchając tego niezwykłego ojca, pomyślałam, czy ja przypadkiem nie piszę za dużo o służbie dzieciom, a za mało o tym, co się wyrabia w rodzicach, którzy rzucą wszystko na jedną szalę i dadzą się ponieść szaleństwu rodziny.

Reklama

Najpierw zwykle jest szok, potem zmęczenie, czasem tak duże, że śpi się na stojąco albo na podłodze przy łóżeczku dziecka. Potem jest stopniowe uczenie się siebie przez poznawanie świata dziecięcych wzruszeń, strachów, radości, ale też przez przyglądanie się naszym rodzicielskim reakcjom i postawom wobec tego całego małego-wielkiego kosmosu zdarzeń.

Radość trzeba trenować

Aż nagle rodzic odkrywa, że coś zmienia się w nim bezpowrotnie, że zapada na jakąś nieuleczalną chorobę i że wcale nie ma ochoty zdrowieć – łapie go w swoje objęcia niewymowna radocha – uczucie o tyle ciekawe, że trzeba się nieźle napracować, żeby je poczuć. Bo radość nie przychodzi do nas łatwo. Łatwo przychodzi tylko przyjemność. Radość wiąże się z wysiłkiem i jest nierozerwalnie związana z trudem. Każdy, kto trenuje, wie, o czym mówię.

Zwykła fizyczna praca mięśni potrafi przysporzyć nam endorfin, które pozwalają szczerzyć się do każdego mijanego przechodnia, a co dopiero będzie się dziać, kiedy wyciśniemy siódme poty z najważniejszego mięśnia naszego ciała – jedynego, w którym przecina się to, co ziemskie, z tym, co niebiańskie – serca. A rodzicielstwo to prawdziwy ultramaraton dla serca.

Na linii startu biegu zwanego „rodzina” najważniejszą osobą wciąż jeszcze jesteśmy my. Wciąż najbardziej liczą się nasze pragnienia, marzenia, potrzeby, nasze ścieżki kariery i rozwoju. Ale potem, im bieg jest dłuższy, zaczynamy gubić wszystkie te zbędne kilogramy miłości własnej. Najpierw nas to złości, potem przeraża, a na końcu, jeśli wytrzymamy i nie przerwiemy przedwcześnie biegu, sami zaczniemy pozbywać się zbędnego balastu egoizmu.

Będziemy przyspieszać proces umierania „starego człowieka”, bo nasze serce będzie już po brzegi przepełnione radochą, którą naprawdę można znaleźć na dnie garnka i w przesypującym się koszu na pranie. I wtedy właśnie wydarzy się w nas to, o czym pisze Prymas – staniemy się posiadaczami radości, która będzie już na zawsze jakimś permanentnym odniesieniem dla naszego ducha. I chociaż nieraz życie rzuci nas jeszcze w pobliże Kalwarii, do tej radości zawsze – jak strzałka w kompasie do północy – będziemy wracać.

Radość to nasz obowiązek

Jestem ogromnie wdzięczna kardynałowi Wyszyńskiemu, że podpowiadając rodzicom, co najlepiej przekazać w spadku swoim dzieciakom, wymienił właśnie radość. Jednym z powodów, dla których sięgnęłam po jego pisma, było zdjęcie, na którym siedzi obok kard. Wojtyły i trzyma w dłoniach małego szczeniaczka. Psiakowi jest tak dobrze, że nie zważając na okoliczności – zasypia na kolanach Prymasa. Widać, że ta scena szczerze bawi przyszłego papieża, sam Prymas, ubrany w słomkowy kapelusz, spogląda na pieska również z nieukrywaną radością.

Wracałam do tego zdjęcia wielokrotnie, bo czułam, że trwale burzy narosły we mnie obraz Prymasa jako niedostępnego interrexa. Do tego zdjęcia dołączyła wkrótce opowieść Marii Okońskiej o zwyczaju Kardynała Wyszyńskiego dotyczącym placków ziemniaczanych. Zapisała w swoich wspomnieniach, że, co do zasady, jadał on niewiele i zachowywał przy stole podziwu godną ascezę z jednym wyjątkiem – kiedy na stół wjeżdżały placki ziemniaczane, urządzał najprawdziwszy konkurs na to, kto zje ich więcej! Podobnie miała się rzecz z pączkami. Ilekroć na Miodowej w Warszawie zjawiali się studenci, ksiądz Prymas organizował podobny konkurs, tylko tym razem z pączkami w roli głównej! Świadkowie opowiadają, że brzuchy pękały i od pączków, i od śmiechu.

Człowiek, który przeżył trzyletnie więzienie, który zmagał się ze skrajną niepewnością co do swojego losu, zapisał po latach: „Ból Wielkiego Piątku trwa jeden dzień, a radość Zmartwychwstania i zwycięskiej Miłości, która nie umiera – trwa wiecznie…!”. Myślę, że radość nie jest jakimś przywilejem dusz wybranych – ona jest naszym chrześcijańskim obowiązkiem. I jeśli marzy się nam, żeby nasze dzieci pobiegły śladami Ewangelii, to chyba nie możemy ich bardziej zachwycić niebem, jak właśnie żyjąc radośnie.

Trzeba tak żyć, tak kochać, tak pracować, żeby nasze serce wypełniła aż po brzegi radocha. Taka, która nie cofa się przed wzięciem szczeniaczka na kolana, ani przed plackowo-pączkowymi zawodami.

Melodia naszego domu

Kilka lat temu usłyszałam przejmujące świadectwo rodziców, których wszystkie dzieci złożyły akt apostazji. Do dziś pamiętam ze szczegółami całą ich historię. Wśród wielu wątków, które poruszali, pojawiła się też nadmierna powaga panująca w ich domu. Gdyby ktoś wszedł do naszego domu, jaką usłyszałby melodię? Co grają ściany naszych pokoi? Czym nasiąkają nasze dzieci? Czy jest to przede wszystkim dyscyplina, nadmierne oczekiwania, a może smutek, złość, jakieś wypalenie?

Karmimy nasze dzieci tym, czym sami jesteśmy wypełnieni. Wiem aż za dobrze, że czasy, w których żyjemy, trudny okres pandemii nie napawają optymizmem. Ale z drugiej strony – czy nie na takie czasy szykowaliśmy nasze dusze, uczestnicząc w młodości w Lednicy, w pielgrzymkach, w rekolekcjach ignacjańskich? Czy te czasy są naprawdę aż tak trudne, żeby miało zabraknąć w naszych duszach wiary w zmartwychwstanie? A skoro jeszcze tli się w nas nadzieja, to szkoda czasu na smutek i zniechęcenie. Idzie wiosna!

Weźmy więc czym prędzej ekipę za miasto, poturlajmy się z nimi z górki, urządźmy konkurs na zjedzenie cytryny bez jednego grymasu i zróbmy wszystko, żeby w nas samych wygrała radość. Bo przecież Dobry Bóg nigdy nas nie wypuści ze Swoich rąk, więc zamiast się nadmiernie martwić, można spokojnie pójść w ślady tamtego szczeniaczka ze zdjęcia i bezpiecznie zasnąć… albo rozejrzeć się za pączkami.

ZOBACZ POZOSTAŁE TEKSTY Z CYKLU „KOBIETA CZYTA PRYMASA”

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę