Nasze projekty
Family Enjoying Snack In Café Together

Rodzice doskonali

Czy istnieje model rodzica doskonałego? Każdy w odruchu zacznie pewnie zaprzeczać. A jednak nie mogę się uwolnić od przeświadczenia, że taki model istnieje. Zaczyna się i kończy na miłosierdziu.

Reklama

Żyjemy w czasach nieustannego rodzicielskiego coachingu. Dosłownie z każdego kąta wyskakują specjaliści gotowi udzielać nam porad jak wychowywać nasze dzieci. I z jednej strony chwała im za to! Mają dyplomy psychologiczne, pedagogiczne. Mają akademicką wiedzę, doświadczenie i kilkanaście kursów NVC za sobą. Ale mają też niestety czasem coś jeszcze – przekonanie, że ich porady są więcej warte od mojej, rodzicielskiej intuicji i, że warto ich słuchać w każdym wypadku. Nawet jeżeli ten wypadek nazywa się MOJE dziecko. No właśnie. Moje. Ze mnie zrodzone, moim trudem niesione. Moje dziecko. Nie jestem głucha na świat rodzicielskiego coachingu. Niesłuchanie dobrych, inspirujących ekspertów i zamykanie się na współczesną wiedzę psychologiczną, byłoby, w moim wypadku, oczywistym przejawem pychy. Nie zmienia to jednak faktu, że po pierwszą i ostateczną radę w sprawie dzieci idę zawsze do Boga. 

Podczas ostatnich ŚDM zasłuchiwałam się w hymn „Błogosławieni miłosierni”. Rekompensowałam sobie chyba w ten sposób niemożność osobistego uczestniczenia w tym wielkim święcie Kościoła. I kiedyś, pewnie po sto czterdziestym piątym odsłuchaniu refrenu, zadałam sobie pytanie: „Czy ja jestem miłosierna?”. Czy ja – mama czwórki (już prawie piątki) dzieci – taka jestem? Od tamtego czasu, nie mogę uwolnić się nie tyle od tego pytania, ale od przeświadczenia, że istnieje model doskonałego rodzica. Ten model zaczyna i kończy się na miłosierdziu.

„Bądźcie doskonali”

Jak ognia boimy się doskonałości. I słusznie. Perfekcjonizm jest drugim imieniem diabła. Wszyscy jak jeden mąż należymy do klubu nielotów; małych i nieporadnych istot. Nie jesteśmy w stanie o własnych siłach zrobić nawet kroku, a jednak Chrystus mówi właśnie do nas – „Doskonałymi bądźcie, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski” (Mt 5,48). Żart? Naigrywanie się z naszej słabości? Oczywiście, że nie. To zdanie wyrwane z kontekstu może tak wyglądać, ale kiedy spojrzymy w którym momencie zostaje wypowiedziane, staje się jasne, że o jedno tylko Chrystusowi chodziło. Nie o bezgrzeszność, nie o moce cuda czyniące, nie o wzorową religijność, ale o miłosierdzie. O to, żeby moje serce nabierało szerokości, długości i głębokości serca Boga. Boga, który sprawia, że słońce Jego wschodzi nas złymi i nad dobrymi. Boga, który zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Tak, jestem nielotem. Sama z siebie mogę tylko upaść, ale codziennie doświadczam przeogromnej Mocy z wysoka, która czyni moje serce coraz bardziej łagodnym i coraz bardziej spokojnym.

Reklama
Reklama

Co znaczy dla mnie być doskonałym rodzicem? Po pierwsze – uczyć się odpuszczać. Odpuszczać swój plan dnia, kiedy ktoś z katarem potrzebuje moich kolan i dłoni. Odpuszczać kazania wychowawcze na rzecz spokojnego wysłuchania winowajcy aż do końca. Odpuszczać – wreszcie – wszystko to, co nie jest potrzebne moim dzieciom, ale mojemu choremu ego: wyprasowane bluzeczki, równo zaczesane włoski, wysoki połysk w domu i nieskazitelny makijaż na mym licu. Dla mnie być miłosierną mamą, to znać hierarchię, na której szczycie jest miłość.

Po drugie mieć wzrok snajpera. Daleki, sięgający ponad horyzont. Wzrok, który każe patrzeć na dziecko w perspektywie całego jego życia. Dzisiaj możesz być skończonym nieznośnikiem, wystawiającym moje nerwy po wielokroć na krańce wytrzymałości, ale kiedyś pokonasz swoje wady, kiedyś stawisz im czoła i przekłujesz je w swój największy sukces, a moją rolą – jako rodzica – jest widzieć to w tobie już teraz. Widzieć i pomagać ci stawać się lepszym, ale w sposób łagodny i cierpliwy. Ja naprawdę mogę sobie pozwolić na to, żeby moje dziecko było tylko (i aż!) dzieckiem. Nie chcę, żeby rosło z bolesnym pęknięciem w sercu, bo kiedyś domagano się od niego zbyt wiele i zbyt szybko. W jego gniewie, w jego nadmiernej złości, w jego nieuporządkowaniu, w jego zapominalstwie widzę siebie sprzed 30 lat. Cnota, jak mała roślinka, potrzebuje czasu do wzrostu. A moje spojrzenie jest gwarantem tego, że kiedyś ta mała, czasem trudna, istotka jeszcze nas wszystkich zadziwi.

Reklama
Reklama

Po trzecie, miłosierny rodzic to dla mnie człowiek nieustannego rozwoju. Papież Franciszek w Amoris Laetitia pisze o tym, że nie ma miłości bez rozwoju. Rozwój jest immanentną cechą miłości. Jeśli jestem kochana naprawdę, będę chciała dla tego, kto mnie kocha się rozwijać, zmieniać na lepsze. Jeśli kocham, będę mieć odwagę stawiać wymagania. A przecież ja – skończony nielot – jestem kochana przez mojego Boga miłością nieskończoną, Codziennie doświadczam Jego wiary we mnie, Jego spojrzenia sięgającego dalej niż mój grzech i słabość. Dlatego dla Niego, dla mojego męża, a przede wszystkim moich dzieci wymagam od siebie. Bo dzieci są nieustanną prowokacją do rozwoju. One całym swoim cudownym, nieporadnym, rozbrajającym, szczerym do bólu byciem wyrywają mnie z moich stref komfortu. I każą walczyć o jeszcze większą uważność, jeszcze większą cierpliwość, jeszcze większą ofiarność.  Ale czasem ta prowokacja do rozwoju przychodzi też z niespodziewanej strony…

Miłość i wyrozumiałość ponad wszystko

W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, dzieci zafundowały nam Mszę, jakiej długo nie zapomnimy. Wszelkie kataklizmy od pilnej potrzeby fizjologicznej, przez przenikliwy lament nad niezabraniem zabawki, po kluczowe pytanie „Mamusiu, kiedy będzie koniec?” zadane w czasie konsekracji, kosztowały nas bardzo, bardzo dużo. Kiedy szłam do komunii musiałam wyglądać jak wypluty Irysek. Miałam ochotę uciec przed moimi dziećmi na drzewo i nigdy już z niego nie schodzić. Kiedy padłam na kolana i jedyne co przychodziło mi do głowy, to zacząć płakać nad sobą i moim pożałowania godnym położeniem (jedno na ręku, drugie wykorzystało maminą bliskość podłogi i postanowiło przytulić się z impetem omal nie przewracając mnie na plecy), usłyszałam w głębi serca cichą prośbę „Podziękuj im. Podziękuj, że przychodzą do Mnie”.

Reklama

Odebraliśmy to z mężem jako program dla naszej rodziny, nie tylko na Wielki Post. I chociaż nie zawsze nam wychodzi i czasem nerwy biorą górę, cel jest jeden – miłosierdzie. Szerokie serce, szerokie ręce i spokój ponad wszystko. Ktoś mnie niedawno zapytał jak wygląda nasza rodzinna modlitwa z 7,6,4 i 2-latką, a ja odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że często przedkładamy nad rodzinny różaniec, wspólną piosenkę z pokazywaniem, zakończoną wielkim rodzinnym „tuliakiem”. Jakoś tak nam się wydaje, że o to mogło chodzić Panu Jezusowi. Że ponad wszystko ma nas przenikać miłość i wyrozumiałość. Nie oznacza to, że w naszym domu nie ma obowiązków, zasad ani wymagań i, że nasze dzieci mają przyzwolenie na zachowywanie się w kościele jak mali Jeźdźcy Apokalipsy. Nic z tych rzeczy.

Zapewniam, że i zasady i obowiązki w naszym domu są, ale wymuszanie respektowania ich na dzieciach za wszelką cenę, jest na dłuższą metę pozbawione sensu. Jeżeli nie sprawię, że moje dzieci same będą chciały zrobić coś dobrego, skażę się na porażkę. Bo może dla zadowolenia mamy, będą wykonywać wszystko bez szemrania, ale kiedy tylko pozwoli im na to wiek, zrzucą z ulgą wszelki nałożony na ramiona balast. Łącznie ze ścieleniem łóżka i…. wymuszaną od najmłodszych lat modlitwą. Nie, porażką nie jest głośne „Siusiu!!!” w czasie Ewangelii, porażką jest mój gniew wylany na biednego dwulatka, który zapamięta z tej sceny tylko jedno – Kościół to niemiłe miejsce, gdzie mama się na mnie strasznie denerwuje. I to – w ostatecznym rozrachunku – będzie moją największą przegraną.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę