Nasze projekty
fot. Feedyourvision/Pexels.com

Szkoła. Mamo, tato, przygotowaliście… siebie?

Można spojrzeć nieco inaczej na to, w jaki sposób pomóc dziecku w ogarnięciu przed-szkolnych emocji. Mamo, tato – zacznij od… siebie!

Reklama

To, co myślisz, a konsekwentnie – jak mówisz o szkole do swojego dziecka i o nim samym w roli ucznia, ma ogromny wpływ na jego przekonania na te tematy.

„Boję się o Ciebie”

Prosisz o modlitwę w intencji dobrego rozpoczęcia roku szkolnego wszystkie babcie, ciocie i kilkanaście zakonów kontemplacyjnych. Twój ksiądz proboszcz został zobowiązany do wrześniowego poświęcenia tornistrów już na początku maja. Bajki terapeutyczne o lękach szkolnych nie mieszczą się na półce. Z pewnością pierwszaka należy ostrzec przed przemocą starszych, zazdrością młodszych, zgubieniem telefonu i potknięciem na schodach. Jednak zamiast konstruktywnych słów, dziecko słyszy głównie: „nie martw się”, „nie bój się”, „gdy coś się stanie – zawsze możesz zadzwonić”.

Tylko czy aby na pewno dziecko się boi? Bo może ono jest pełne entuzjazmu. Chce poznać nowe miejsce, kolegów, koleżanki. Dla niego to „awans” z przedszkola, czuje się dojrzalsze, kompetentne, gotowe na nowe wyzwania (to znaczy dziecięce: „jestem już duży/duża”). Oczywiście, jeśli dziecko werbalizuje lęki, staje się wycofane, trudniej mu rozstać się z rodzicem – tak, sięgamy po arsenał biblioterapeutyczny i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy… Ale radosnego pierwszaka nie stawiajmy przed komunikatem: „Nie bój się”, bo zrozumie: „Powinienem się bać”.     

Reklama
Reklama

Zdrowy rozsądek to najlepsza broń wobec wszelkich skrajności. Na pewno dobrze jest ustalić z dzieckiem „procedury awaryjne”. Dając pierwszakowi szansę ich współtworzenia (np. „Jak myślisz, co można zrobić, gdy ktoś zgubi się i nie będzie potrafił znaleźć drogi do klasy?”) dodatkowo uczymy go logicznego myślenia i wzmacniamy jego poczucie kompetencji. Niech nasza pociecha wie również, do kogo może się zwrócić w nagłych i trudnych sytuacjach, gdy pomoc rodzica nie będzie na wyciągnięcie ręki (wychowawca/ znajomy starszy uczeń/ pedagog szkolny). Warto też od czasu do czasu zapewniać o naszej gotowości do rozmowy o każdym problemie, a także sukcesie – dla równowagi.    

„Mam plan na Twoje życie”

A może w drugą stronę – jesteś rodzicem ogromnie dumnym z rozpoczęcia szkoły przez dziecko. Ten temat powraca w każdej rozmowie ze znajomymi, członkami rodziny, wspólnoty religijnej i mieszkaniowej. Często dzieje się to w obecności Twojej pociechy, więc współrozmówca szybko zwraca się w jej stronę: „Tak, idziesz do szkoły?” (po lekturze wcześniejszych akapitów, modlisz się w duchu, by nie padło: „Nie boisz się?”). Poza tym często przejeżdżacie obok budynku szkoły podstawowej, mieszkań przyszłych korepetytorów i wymarzonego (przez Ciebie) liceum. Mimochodem rzucasz nazwy dobrych uniwersytetów. Przesadzam? Byłam świadkiem takiej trasy i rozmowy. Przyszli studenci mieli 5 i 6 lat.   

W zdrowej dumie z osiągnięć rozwojowych dziecka nie ma nic złego. I ono powinno odczuwać radość z rozpoczynania kolejnego etapu życia. Problem polega na tym, że rodzic za bardzo je „podkręca”. Nadmierne podkreślanie ważności szkoły, nauki, przyszłości zabija w dziecku radość z „tu i teraz”. Ono nie stanie się wartościowym człowiekiem dzięki wykształceniu – już nim jest.

Reklama
Reklama

„Mało mnie to obchodzi”

„No właśnie” – odpowie kolejny typ rodzica – „nie ma się co przejmować”. Wszystko jedno, czy dziecko będzie profesorem, czy zamiataczem ulic – byle było szczęśliwe. Ważne, że my je kochamy i akceptujemy takie, jakie jest. Będzie się chciało uczyć, to będzie, a nie, to nie. Dziecko słyszy, że szkoła nie jest ważna, ma tylko być porządnym człowiekiem.  

Pozornie brzmi dobrze. Tak z szacunkiem do wolności dziecka, jakby uwalniając je (i siebie) spod presji pogoni za wykształceniem. Wszystko gra, dopóki nie zacznie się robić skrajnie, tzn. uznamy szkołę za nieistotny dodatek do życia. Jak to może wyglądać w praktyce? Gdy częste wizyty u rodziny czy znajomych przeciągają się do późna w nocy, w konsekwencji czego dzieci idą do szkoły niewyspane. Nastolatek angażuje się w kolejny wolontariat, choć ma duże zaległości w nauce. Gdy zajęcia dodatkowe zajmują całe popołudnia, więc uczeń zabiera się za zadania domowe w czasie, gdy powinien szykować się do snu. Niektórzy bohaterowie tych sytuacji jakby nie zauważali, że głównym zadaniem rozwojowym dziecka w wieku szkolnym jest właśnie… nauka szkolna. Odebranie należnego jej miejsca skutkuje nie wykorzystaniem potencjału dziecka, „uśpieniem” jego talentów, osłabieniem umiejętności ogólnych związanych z procesem nabywania wiedzy (ćwiczenie pamięci, planowanie pracy, i wiele innych). Podsumowując: nauka nie powinna być szczytem listy priorytetów, ale i nie ogonem. Istotny jest balans.

Którędy droga?

To tylko kilka postaw, jakie mogą się pojawić na początku września. Rozpoczęcie ważnego etapu życia wiąże się najczęściej z całym koktajlem wrażeń. Tym bardziej, gdy to nowe otwarcie dotyczy naszego dziecka. Ono również jest pełne emocji, myśli, marzeń i obaw. My, rodzice, chcemy pomóc mu je ogarnąć – i wspaniale. Zacznijmy jednak od siebie. Podobnie jak w samolocie: najpierw nakłada się maskę tlenową sobie, potem dziecku, tak i Ty rodzicu – przewietrz głowę; opanuj własne emocje, nim zabierzesz się za pomoc swojemu pierwszakowi, drugoklasiście… maturzyście…

Reklama

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę