Skradzione święta

Słodycz Bożego Narodzenia, która działa na nerwy wielu wierzących, może przekazywać coś, co u swych początków ma autentyczne doświadczenie religijne

ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Chrześcijanie mają czasem wrażenie, że skradziono im święta Bożego Narodzenia. To, co obserwujemy w tych dniach w sklepach i jarmarkach świątecznych; to, czego słuchamy w radiach czy to, co oglądamy w telewizji, nijak ma się do treści, które wierzący starają się uczynić przedmiotem własnej refleksji w czasie świąt.

W próbie odbicia Bożego Narodzenia z rąk popkultury przypomina się nieraz, że współczesne przeżywanie Narodzenia Pańskiego polało komercyjnym lukrem wcale niesłodką historię: historię, która zapowiada, że życie Syna Bożego na ziemi będzie znaczone odrzuceniem przez własny lud (czego symbolem bezskuteczne szukanie noclegu w Betlejem przez Józefa i Maryję), cierpieniem i bólem (które zaczyna się już od narodzin w skrajnie nieprzyjaznych warunkach) oraz ofiarą krwi przelaną dla Niego przez niewinnych (tak jak betlejemskie dzieci, będą ją później przelewać kolejne pokolenia męczenników). W tej perspektywie słodycz atmosfery Bożego Narodzenia – dzwoneczki, które słyszymy w co drugim utworze granym teraz w radiach; ckliwe i nierealistyczne historie, oglądane w hollywoodzkich filmach, komunały wygłaszane w trakcie łamania się opłatkiem – to wszystko jawi się jako drastyczne niezrozumienie świętowanych treści.

Mimo wszystko trzeba bronić tezy, że zmysł wiary prostych ludzi, który niejednokrotnie w przeszłości zdradzał zaskakująco głębokie zrozumienie dla doktryny Kościoła (przypomnę, że jednym z motywów ogłoszenia dogmatu o Wniebowzięciu Maryi był ówże zmysł wiary, na który powołał się papież Pius XII), i tym razem nie zawodzi. Dokładnie właśnie ta słodycz Bożego Narodzenia, która działa na nerwy wielu wierzących, dbających o to, by nie zagubić tego, co najistotniejsze w świętach, może przekazywać coś, co u swych początków ma autentyczne doświadczenie religijne.

 

eefmc1ug_k8-ben-white

Nikt nie będzie polemizował z tezą, że można spojrzeć na życie Jezusa Chrystusa jako na życie pełne miłości i ofiary. Oczywiste jest dla nas poświęcenie Jezusa dla ludzi: to właśnie nasze zbawienie było motywem Jego Wcielenia; odarcia się z majestatu Boskości i ukrycia się w ludzkiej naturze, które świętujemy w trakcie Bożego Narodzenia. Umyka nam jednak czasem fakt, a przynajmniej rzadziej mówi się o tym w homiliach, że życie Jezusa było również przepełnione miłością do swego Ojca. Wg znanej średniowiecznej teorii św. Anzelma grzech pierwszych ludzi stanowił nieskończoną obrazę dla Boga. Była ona tak wielka, że mogła zostać naprawiona i zadośćuczyniona tylko przez nieskończoną ofiarę. Tą ofiarą była oczywiście ofiara Jezusa na krzyżu. W tej perspektywie wydarzenia na Golgocie jawią się jako motywowane przede wszystkim miłością Jezusa do Boga Ojca.

Rozważając więc historię i misję Jezusa Chrystusa; dostrzegając, że jest ona determinowana miłością do Boga Ojca i do ludzi, dwa wydarzenia będą wysuwały się na pierwszy plan i stosownie do tego będą one najmocniej zaznaczone w kalendarzu liturgicznym Kościoła. Owe wydarzenia to Wcielenie, które jest najmocniejszym dowodem miłości Syna Bożego do rodzaju ludzkiego oraz Śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa jako dowody Jego Synowskiego oddania względem Boga Ojca. W tej optyce Betlejem to sprawa relacji Boga do człowieka, a Golgota jest bardziej wydarzeniem dziejącym się w obrębie Trójcy Świętej (niewątpliwie korzystamy z owoców tego wydarzenia, ale, jak wskazywał Anzelm, musiało się ono dokonać niejako poza nami, gdyż nie potrafiliśmy sami zadośćuczynić obrazie Boga).

Powoli staje się więc jasne, czemu chrześcijanie łatwiej przyjmowali w historii orędzie Bożego Narodzenia niż przesłanie Wielkanocy. Wielkanoc ogłasza skreślenie zapisu dłużnego, jaki istnieje poprzez grzech. Wyobraźmy sobie, że Urząd Skarbowy stwierdził, iż pomyliliśmy się wypełniając formularze podatkowe na niekorzyść państwa, i teraz wzywa nas do siebie. Na miejscu okazuje się jednak, że nie ma co się martwić – nasz dług został właśnie anulowany. Radość i ulga. Podobną radość (tyle że większą) głosi Wielkanoc. Wydaje się jednak, że Boże Narodzenie dotyka naszych serc nawet mocniej, gdyż mówi o nieskończonej miłości Boga do nas.

 

Infant Jesus nativity decoration on a bed of straw against glowi

 

Prawdopodobnie każdy z nas lubi słyszeć, że coś negatywnego jest mu darowane, ale dopiero usłyszenie wyznania miłości jest czymś, czego każdy z nas tak naprawdę pragnie. Słowa: „kocham cię” wypowiedziane zgodnie z prawdą roztkliwiają najtwardsze serca i burzą najgrubsze duchowe mury. Podejrzewam, że to jest powód, dla którego Boże Narodzenie chwyta za serce. Pewnie dlatego też akurat Bożemu Narodzeniu zawsze towarzyszyła specyficzna atmosfera ciepła i dobra. Jak widać, może ona wynikać, wbrew pozorom, z głębokiej refleksji nad misją Jezusa Chrystusa. Owszem, zgadzam się, dziś czasem tej słodyczy jest za dużo, czasem ma się wrażenie, że sama atmosfera zastąpiła treść i doktrynę, że wręcz uległa pewnemu zwyrodnieniu. Nie będę przeczył temu, że gdy George Michael wyśpiewuje nam o „Last Christmas”, to nie ma na myśli powyższych refleksji toczonych na marginesie teorii św. Anzelma.

Popkulturowa otoczka Bożego Narodzenia odcięła się od duchowych korzeni tego, co przeżywane w Kościele, ale nie znaczy to, że my – chrześcijanie – musimy w rewanżu odcinać się od otoczki.

Ogołacanie na siłę świąt z prezentów, choinek, dzwoneczków, światełek i innych rzeczy, które dla wielu wiernych nie licują z powagą świąt, mogłoby świadczyć, że nie potrafimy ucieszyć się i rozkoszować tym prostym przekazem, jaki Bóg ma dla nas w tych dniach: „Kocham was”.

Tytuł tego tekstu jest nieco prowokacyjny: o wyższości Bożego Narodzenia ma według powyższego wywodu świadczyć to, że prawda doktrynalna rozważana w trakcie tych świąt jest bliższa ludzkiej naturze, bardziej na nas oddziałuje, mocniej nas wzrusza niż treści, które są tematem refleksji świąt Wielkanocy. Oczywiście, co pewnie nie będzie wielkim zaskoczeniem dla czytelnika, spór jest dość pozorny.

Miłość do człowieka tak wielka, by stać się jednym z nas, nie stoi w sprzeczności, jak dowodził ks. Józef Tischner w swej polemice z Heleną Eilstein, z miłością do Ojca, która pragnie Mu zadośćuczynić, bowiem w miłości Jezusa do Ojca zawiera się również miłość do wszystkiego, co Ojciec stworzył, a więc i do ludzkości, a w miłości Jezusa do człowieka kryje się także miłość do Tego, który go stworzył, a więc do Ojca. Boże Narodzenie i Wielkanoc świętują tę samą Bożą miłość, wydobywając tylko na światło dzienne inne akcenty. Nie chodzi więc o prowadzenie beznadziejnego sporu o tym, co ważniejsze. Chodzi o to, by nie mieć wyrzutów sumienia wtedy, gdy oddamy się atmosferze świąt. Nie będzie to znaczyło, że ulegliśmy emocjom, czy też, że zignorowaliśmy dramat Maryi rodzącej swego Syna wśród zwierząt. Po prostu daliśmy sobie szansę, aby przeniknęło nas to podstawowe przesłanie Narodzenia Pańskiego: przesłanie o przyjściu Emmanuela – Boga który tak bardzo nas kocha; który tak bardzo chce być blisko nas, że stał się człowiekiem.

 

Wesprzyj nas
ks. Marek Dobrzeniecki

ks. Marek Dobrzeniecki

(ur. w 1980 r. w Warszawie) – kapłan Archidiecezji Warszawskiej, przyjął święcenia kapłańskie w 2009 roku. Obronił doktorat na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Fryburskiego (w Szwajcarii). Od 2014 roku wykłada filozofię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie oraz w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Od 2014 roku zastępca redaktora naczelnego „Warszawskich Studiów Teologicznych”. Od 2015 roku pracuje w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu – Sanktuarium Diecezjalnym bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Święta Rodzina. Tajemnica sukcesu

Mieli bardzo niewiele. Uciekali przed Herodem. Syn, gdy miał dwanaście lat zgubił się. Mając 33 lata skończył życie haniebną śmiercią, przewidywaną dla niewolników. Klęska, porażka, dramat...

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Józef pochodził z domu i rodu Dawida, poślubił Maryję z Nazaretu, Ona urodziła w Betlejem Jezusa. Zgodnie z obyczajem pierworodny został obrzezany, później ofiarowany w Świątyni Jerozolimskiej, uciekali przed Herodem, który chciał zgładzić Dziecię, po kilku latach wrócili do Nazaretu. Gdy Jezus miał dwanaście lat, zgubił się w czasie dorocznej pielgrzymki z okazji Święta Paschy do Jerozolimy.

 

Historie, jakie zdarzają się tysiącom, setkom tysięcy rodzin. Ale oni byli świadkami niepojętych wydarzeń, związanych z tym Chłopcem. Urodził się po zapowiedzi anioła bez udziału męża i choć byli w Betlejem nieznanymi przybyszami, zaraz potem przybiegli pasterze, by oddać hołd Nowonarodzonemu, tajemniczy magowie ofiarowali Mu mirrę, kadzidło, złoto, w świątyni prorokini Anna i starzec Symeon śpiewali ku jego chwale. Józef miewał sny. Aniołowie mówili mu w tych snach, jak chronić Maryję i Dziecko. A gdy po zgubieniu się wreszcie odnaleźli Go w Świątyni Jerozolimskiej, byli zdumieni, że siedział między nauczycielami i rozmawiał z nimi jak równy z równym.

 

Pewnie Ojciec i Matka dziwili się i często nie rozumieli, co się dzieje i nie pojmowali Jego słów. A On mimo tego był im poddany, a Jego Matka rozważała wszystkie te wydarzenia w swoim sercu.

 

krolowie

Kadr z filmu “Syn Boży”

 

To garść faktów, ale tyle przy tym niewiadomych. To, czego nie odnotowali Ewangeliści, przekazuje Tradycja – Józef był cieślą, zmarł przed wyruszeniem Jezusa w świat, by głosić Dobrą Nowinę.

 

Uruchamiam wyobraźnię i sięgam po dzieła sztuki, bo artyści, hojnie obdarowani talentem przez Boga, odwoływali się do swej intuicji, tak jak mistycy, spragnieni każdego, najdrobniejszego szczegółu o Umiłowanym. I odkrywam, że o wiele łatwiej mi wyobrazić ich sobie Świętą Rodzinę ozdobioną złotem i odzianą w purpurę i bisior niż pomyśleć, że Maryja chodziła po wodę do studni, gotowała, przędła i tkała, a Józef pracował w warsztacie. Wszystko z powodu wielowiekowego uwielbienia, które sytuowało ich w podniebnych przestworzach.

 

bosch_adoracja

Tryptyk “Pokłon Trzech Króli”, Hieronim Bosch, olej na dębowej desce, ok. 1494 r., Muzeum Prado, Madryt, Hiszpania

 

Patrzę na dzieła malarskie i widzę, że bardzo wielu spośród artystów traktuje Maryję i małego Jezusa jak jedność, wspólną bryłę, sugerującą jedność, Józef zaś, przeważnie bardzo stary, jest osobny i oddalony, trzyma dystans. W tryptyku Boscha suszy pieluszki przy ogniu, gdzieś w kącie, w obejściu rozwalającej się szopy podczas gdy Trzech Króli oddaje hołd Jezusowi. Nie akceptuję tej intuicji, pewnie podyktowanej troską o to, „by ludzie sobie nie pomyśleli”, za to z satysfakcją patrzę na scenę zaręczyn, namalowaną przez Rafaela.

 

Raphael_Marriage_of_the_Virgin

“Zaślubiny Marii z Józefem”, Rafael Santi, olej na desce, 1504 r., Pinacoteca di Brera, Mediolan, Włochy

Są przedstawieni jako ludzie młodzi i piękni, piękny mężczyzna i śliczna kobieta, którzy pokochali się z całego serca, chcą się pobrać i być ze sobą szczęśliwi. Dlatego bardziej przekonują mnie sceny, ukazujące bliskość tych dwojga, gdyż zewnętrzne gesty świadczą także o jedności psychicznej i wspólnocie duchowej. Są i tacy twórcy, którzy namalowali Świętą Rodzinę w mroku nocy, a jedynym źródłem światła jest Dziecko, zaś blask, który z Niego promieniuje, oświeca Jego zachwyconych rodziców. Maryja i Józef  patrzą w tym samym kierunku. Wielu rzeczy nie rozumieli, ale byli pewni, że to niezgłębione Dziecko ich przewyższa i że mają Mu służyć. I to umacniało ich wspólnotę małżeńską, więź i dążenia.

 

Obraz Murilla „Święta Rodzina z ptaszkiem” pokazuje zwyczajność ich dnia codziennego. Mały Jezus trzyma ptaszka, pokazuje go pieskowi z podniesioną łapą, bo chce rozbawić domowego przyjaciela. Tym razem Jego Matka jest na drugim planie, przy kołowrotku, a Jej mąż pochyla się nad Synem. Tak, po tułaczce wrócili, stworzyli dom, osiągnęli stabilizację, jakiej potrzebuje każdy człowiek by mógł normalnie się rozwijać. Co wiemy o ich stanie posiadania? Mieli dużo, czy mało? Żyli bardzo skromnie. Maryja urodziła swe Dziecko w warunkach poniżej minimum socjalnego, w stajni, choć to z powodu braku miejsca w gospodzie, nie pieniędzy. Do Świątyni przynieśli w ofierze parę synogarlic, bo nie stać ich było na hojniejszą ofiarę – baranka. Potem byli uciekinierami z tobołkami, wreszcie wrócili w rodzinne strony. Ich życie wypełniała ciężka praca, modlitwa, dramaty i tajemnice. Musieli całkowicie zmienić swoje życiowe plany, oddać się całkowicie do dyspozycji Boga, zaakceptować niewiadomą.

 

the-holy-family-with-the-little-bird

“Święta rodzina z ptaszkiem”, Bartolome Esteban Murillo, olej na płótnie, Museo del Prado, Madryt, Hiszpania

 

A co z ich szczęściem? Ale czym jest szczęście? Osiągnięciem sukcesu? Mieli bardzo niewiele, ich syn skończył swe życie haniebną śmiercią, przewidywaną dla niewolników, czyli klęska i niepowodzenie. Z drugiej strony nigdy nie było drugiej takiej rodziny, z takim ładunkiem miłości, na którą sumę składała się miłość Wcielonego Boga, Jego Niepokalanej Matki i błogosławionego Opiekuna. Takiej kumulacji miłości nie mogli sobie wyobrazić ani Ewangeliści, mistycy, artyści i my, ludzie współcześni. „Niewątpliwie jaśniała w tej Rodzinie wzajemna miłość, świętość obyczajów i pobożne ćwiczenia – jednym słowem wszystko, co rodzinę może uszlachetnić i ozdobić” – napisał papież Leon XIII.

 

Jeszcze raz im się przyglądam. Skupionym, pogrążonym w mroku, który rozproszy ich Syn. Odkryli tajemnicę szczęścia – że nie polega na sukcesach i sile, a całkowitym oddaniu się w ręce Boga. Pobożni kaznodzieje zachęcają, żeby ich naśladować. I nie dodają już, że niezależnie od czynników zewnętrznych osiągniecie sukces. Będziecie naprawdę szczęśliwi.

 

Wesprzyj nas
Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >