Noś ładne ciuchy!

Bóg jak zwykle z tego co człowiek schrzanił, wyprowadza dobro. Ze znaku hańby i oddzielenia robi fantastyczne narzędzie przeżywania świata i komunikacji. Biblia to nie "Vogue", ale o stroju mówi się tam bardzo często. Pełno tam zachwytów nad pięknem tkanin, kolorów, biżuterii. Służą budowaniu kontaktu między ludźmi, ale też rozpoznawaniu w pięknie śladów Boga.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Wtrącimy się do wszystkiego, dnie i noce spędzamy wszak na kombinowaniu, jak tu uprzykrzyć wam życie. Jakieś dziesięć lat temu zaczęliśmy więc wieszać w polskich kościołach tablice informujące, że Boga oraz bliźnich bardzo obrażają krótkie spodnie, klapki i nagie ramiona.

Wiadomo, Bóg na widok nagich ludzkich ramion ma mdłości, mężczyzna automatycznie się podnieca, kobieta zazdrości, dziecko się gorszy. "W progi Boże wejdź w godnym ubiorze" – piszemy na tle przekreślonych podkoszulków. Tylko – co to znaczy "godnym"? Wielu ludzi, z którymi o tym rozmawiałem słysząc to słowo z miejsca dopisuje w głowie synonimy: "schludny", "powściągliwy", "niewyzywający". I przekłada to na praktykę kombinując, że podstawowym strojem organizacyjnym wyznawców Jezusa Chrystusa jest pozbawiony barwy (a najlepiej i kroju) garnitur i takaż, możliwie jak najbardziej maskująca kobiece kształty, garsonka.

Udostępniono dzięki uprzejmości firmy Obyczajny strój

I znów zaczynamy od końca. Mówimy czego nie wolno, zamiast pokazywać, że to co wolno, się opłaca. Przez tę nieobjaśnioną planszę na drzwiach kościoła po raz kolejny wysyłamy sygnał – katolicyzm to religia zakazów i ograniczeń po śmierci obiecująca Disneyland, przez najbliższych kilkadziesiąt lat fundująca nam jednak bieg przez płotki z kolczastego drutu. Kto słyszał w kościele choćby pół kazania, sensowną przedmszalną czy pomszalną katechezę, przypominającą prawdę doskonale znaną już w Starym Testmencie, że ubiór człowieka jest taką samą formą jego komunikacji ze światem jak gestykulacja czy mowa? Tym co masz na sobie (albo czego nie masz) opowiadasz siebie, odsłaniasz swój stosunek do tych, których spotykasz. I tu naprawdę nie chodzi o to, ile zer widniało na rachunku za te ciuchy.

Wiele razy, w Stanach, w Brazylii, w Azji, widziałem biedaków czy bezdomnych, którzy nie mieli na sobie nawet pięciu złotych, widać jednak było, że nie utracili szacunku dla samych siebie, ba – że wciąż cieszą się życiem, mają "power" by tworzyć – skomponować swoje prawie nic tak, że Trinny i Susannah mogłyby się u nich uczyć.

Przez ponad trzydzieści lat mojego bycia w polskim Kościele nie słyszałem ani razu nic sensownego o tym, jak mój, świeckiego, strój może wpisać się w przeżywanie liturgii (disclaimer: szacunek dla księdza profesora Przyczyny, który w ramach krakowskiej Szkoły Kaznodziejów organizował zajęcia ze stylizacji dla księży). Starsze pokolenie rozwiązywało ten dylemat intuicyjnie na dwa sposoby. Jedni mieli po prostu w szafie ubranie "kościółkowe", podkreślając nim wyjątkowość okazji, inni wykorzystywali niedzielną eucharystię w charakterze wybiegu, pozwalającego na forum społeczności zaprezentować najnowsze tekstylne nabytki i trendy. Jak ów "godny" strój powinien wyglądać dzisiaj, w świecie w którym jest znacznie mniej konwenansów, znacznie więcej dostępnych opcji? Mamy wyganiać z kościoła australijskiego surfera, który idzie się pomodlić prosto z plaży? A co z joggerami, których na porannych mszach można spotkać niemal w każdej zachodniej metropolii?

Moja robocza koncepcja da się streścić w dwóch punktach. Tam gdzie można (bo czasem nie można), mówimy "nie" uniformizacji, wprowadzaniu kościelnego dress – code'u, bo będzie to miało tyle sensu, co przymusowe przebieranie wszystkich pierwszokomunijnych dzieci w alby, by gdy tylko zejdą "z radaru" Pana Jezusa, mogły je zrzucić i nadal brylować zamożnością rodziców. Bez garnituru też da się wyrazić dwie rzeczy, o które chodzi – osobowość i szacunek. Widywałem w kościołach hiphopowców i fanów stylu rasta, którzy byli w stanie ubrać się tak, żeby nie wyglądać jak przebierańcy, ale czuło się, że włożyli pracę w to, żeby podkreślić wagę spotkania. Wyobrażam sobie na tej samej mszy i świętego Jana Chrzciciela i Miuccię Pradę (gdyby chciała przyjść). Od ostatniego Soboru na uczcie z naszym Bogiem możemy używać własnej mowy. Módlmy się więc i tym, jak się ubieramy (a nie przebieramy).

Noś ładne ciuchy!

Po drugie – fajnie by było zobaczyć wreszcie w stroju nie tylko doczesny wór, który z konieczności obleka wszystkich Adamów świata po tym, gdy zgrzeszli. Bóg jak zwykle z tego co człowiek schrzanił, wyprowadza dobro. Ze znaku hańby i oddzielenia robi fantastyczne narzędzie przeżywania świata i komunikacji. Biblia to nie "Vogue", ale o stroju mówi się tam bardzo często. Pełno tam zachwytów nad pięknem tkanin, kolorów, biżuterii. Służą budowaniu kontaktu między ludźmi, ale też rozpoznawaniu w pięknie śladów Boga. Zwrócenie uwagi na strój (podobnie jak na zapierający dech krajobraz, na cudowne niebo, piękną kobietę, śliczne dziecko, przystojnego faceta) może być drogą, którą wrócimy do myśli, że otwarcie na piękno to niezwykle istotny wymiar przeżywania wiary. Chrześcijański Zachód jest pod tym względem mocno upośledzony. My koncentrujemy się na funkcjonalności, nasza sakralna architektura, malarstwo, muzyka, dewocjonalia to często wielka teologiczna dysputa, kakafonia sensów i znaczeń. Zmysł piękna ocalał na Wschodzie. Kto ma wątpliwości – niech porówna sobie choćby strój liturgiczny używany w dowolnej cerkwi z ornatem katolickiego księdza.

Bez przypomnienia sobie, że mój strój to ja i że Bóg to piękno, nie zrozumiemy nigdy fraz non stop przewijających się przez Nowy Testament i zachęcających byśmy "ubrali się w Chrystusa". By stał się on naszą tożsamością, jedyną taką pełnią, która niczego nie zabiera, ale daje. Której im w naszym życiu więcej, tym nas więcej.

Noś ładne ciuchy!

Może wstyd się przyznać, ale ta prawda dotarła do mnie dobitnie po lekturze książki "Fashioned by faith" napisanej przez amerykańską modelkę Rachel Lee Carter. Europejski czytelnik nie do końca zrozumie pewnie "hardkorową" religijność amerykańskich protestantów (mąż pani Carter potraktował dosłownie zdanie mówiące, że kto pożądliwie patrzy na kobietę już dopuścił się z nią cudzołóstwa, i w ramach profilaktyki odwraca się gdy w telewizji idą reklamy z epatującymi tym i owym paniami). Jest też jednak coś pociągającego i spójnego w wizji Carter, która określa się mianem "modowego freaka" i doradza młodszym koleżankom jak wziąć z mody to co najlepsze, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Carter akurat poprzeczkę zawiesiła sobie wysoko – choć kosztowało ją to sporo nie reklamuje np. bielizny, wychodząc z założenia, które przyświeca też wielu muzułmańskim kobietom (wyśmiewanym w Europie) – chce, żeby jej ciałem zachwycał się tylko jej mąż. Oraz – uwaga – nie chce dawać facetom okazji do grzechu (zawarte w książce świadectwa amerykańskich nastolatków i młodych mężczyzn przekonują, że za oceanem droga od spojrzenia do zberezieństwa jest chyba dużo krótsza niż w reszcie świata; druga możliwość: oni widzą coś, na co my jesteśmy już ślepi). Między stringami (i tylko nimi) a burką jest rzecz jasna ocean możliwości, Carter jasno określa swoją nań pozycję, a najlepsze jest to, że wkładając ową mentalną burkę nadal wygląda bardzo atrakcyjnie (a ja daję słowo, że gdy patrzyłem na jej zdjęcie na okładce, nie miałem zdrożnych myśli).

Piękna kobieta. Piękne, spójne wnętrze.

Nowa reguła mody: i Prada i hit lumpeksu wygląda pięknie na człowieku, który ubrał się w Chrystusa.

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

Każdy ma swoje guilty pleasures. Ja na przykład mam słabość do telewizyjnych metamorfoz. Każdego dnia, kiedy patrzę bezradnie w swoją szafę pełną przypadkowych rzeczy, po cichu marzę o tym, że i mnie weźmie kiedyś na warsztat jakiś tvn-owski stylista, który dzięki swojej wiedzy, doświadczeniu i voucherowi do Arkadii zapełni moją garderobę zgrabnymi zestawami na każdą okazję.

Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >

Koniec z adidasami, z workowatymi spodniami i zmechaconymi swetrami. A przede wszystkim koniec z nieudanym życiem, bo wbrew nazwie w modowych metamorfozach nie chodzi przecież o modę. Nowa turkusowa spódnica to nie zwyczajny ciuch, ale perspektywa szybszego awansu w pracy, a gustowne ponczo w pepitkę to przepustka do lepszych relacji z dziećmi, które przecież wstydzą się wyjść na ulicę z matką w płaszczu sprzed trzech sezonów.

Niektóre programy, jak choćby znane w Polsce "Trinny i Susannah rozbierają" jawnie aspirują do tego, by stać się formą terapii – w tym przypadku małżeńskiej. Format show zakłada, że za pomocą nowego image'u znudzona para rozwiąże swoje problemy i na nowo zapała do siebie płomiennym uczuciem. Prowadzące przekonują, że nowy strój może zdziałać cuda dla zaniedbywanej od wielu lat relacji, szczęśliwe uczestniczki jak mantrę powtarzają zdania: "Moje życie się zmieniło" i "Jestem inną kobietą", a w głowie skołowanego widza pojawiają się kolejne pytania – czy stary człowiek w nowych ciuchach jest już nowym człowiekiem? Czy ładni nigdy nie miewają kompleksów? Po co chodzimy do psychologa, skoro wystarczy shopping?

Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

Zgubne konsekwencje takiego uproszczonego myślenia widać w programach, takich jak „Extreme Makeover” czy „Łabędziem być”, w których uczestniczka show, chodzący kłębek kompleksów, zwraca się z prośbą o pomoc do grupy rozmaitych specjalistów. Lekarze, terapeuci, trenerzy i styliści naradzają się nad jej przypadkiem, ale wcale nie próbują przekonać ją, że mimo fizycznych niedoskonałości jest wartościowym człowiekiem. Zamiast tego poddają nieszczęsną kobietę dziesiątkom rzeźniczych operacji plastycznych, wybielaniu, przedłużaniu, prostowaniu, falowaniu i obowiązkowemu odchudzaniu, po których już tylko kod genetyczny odróżnia ją od innych łabędzi. "Jestem szczęśliwa", mówi potem biedaczka przez gruby make-up, ustami na zawsze pozbawionymi mimiki przez kwas kiełbasiany.

Przekonanie, że wielka zmiana życiowa przychodzi z zewnątrz, jest prostą konsekwencją kultury "przed i po", która przywędrowała do nas ze Stanów Zjednoczonych. To pochodzący stamtąd mit "od pucybuta do milionera" sprawił, że wszyscy wysyłamy losy Lotto, wierzymy w "pięć minut sławy", "bycie we właściwym miejscu we właściwym czasie" i "pierwszy dzień reszty mojego życia". Wierzymy w "przed i po", które przecina życie na pół, tak jak skalpel przecina powłoki ciała zdeterminowanej brzyduli.

Przed i po, czyli „stary człowiek” w nowych ciuchach

"Przed i po", "Before and After" to nieprzypadkowo także tytuł jednej z warholowskich grafik. Ta czarno-biała praca z 1961 roku składa się z dwóch portretów młodej kobiety. Obrazki różnią się tylko jednym szczegółem – na pierwszym, twarz zwieńczona jest wydatnym nosem o żydowskiej linii, na drugim zastępuje go nieduży i lekko zadarty damski nosek. Różnica jest mała, ale uderzająca, bo nos to przecież nie tylko nos, ale i określony bagaż doświadczeń – strach, wstyd, bezsilność, wykluczenie i ostracyzm. Czy wraz z nosem znika piętno nosa? Dla Warhola odpowiedź jest jasna, choć kultura współczesna jakoś nie może mu uwierzyć.

Natalia Schiller

Zobacz inne artykuły tego autora >
Natalia
Schiller
zobacz artykuly tego autora >