кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

7 szans na przyznanie się do wiary, których nie wykorzystujemy

W sytuacjach, w których nasze świadectwo odważnej wiary mogłoby zmienić nastawienie do Kościoła wielu naszych rówieśników, wstyd i lenistwo wygrywają z naszym apostolskim zapałem.

Damian Krawczykowski
Damian
Krawczykowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Większość z nas doskonale zna losy apostołów Jezusa, zwłaszcza te po Jego zmartwychwstaniu. Wiemy jak wiele czynili, z jaką mocą świadczyli o Chrystusie, ile mieli w sobie zapału do głoszenia Dobrej Nowiny oraz jak wiele Bóg działał przez ich ręce. Wracając do naszych czasów, patrząc na nas młodych katolików, których zapewne Jezus tak samo chciałby widzieć w gronie swoich apostołów, którzy odważnie będą głosić Jego miłość światu, zauważam jak często o tym wszystkim zapominamy.

W sytuacjach, w których nasze świadectwo odważnej wiary mogłoby zmienić nastawienie do Kościoła, wielu naszych rówieśników, wstyd i lenistwo wygrywają z naszym apostolskim zapałem. Pierwsi apostołowie oddawali swoje życie za wiarę, a nam tak trudno przychodzi przyznawać się do Pana, w tak prostych codziennych czynnościach.

 

Krzyżyk na szyi – zewnętrzny znak przynależności do Jezusa, noszenie go nie jestobnoszeniem się z wiarą, ale odważnym przyznawanie się do Boga. Dlaczego tak często wybieramy modne zawieszki, kiedy możemy mieć przy sercu znak naszego zbawienia?

Modlitwa przed posiłkiem – nie jest dziwną, nic nie wnoszącą tradycją, ale znakiem naszego zaufania do Stwórcy. Czemu tak często wygrywa z nami zakłopotanie, gdy możemy ukazać, że nie wstydzimy się wiary w Boga i że to w Nim pokładamy całą naszą ufność?

Znak krzyża przy kościele – to nie popisywanie się wiarą, ale hołd oddawany naszemu Panu. Dlaczego tak często zwycięża z nami wstyd, przechodzimy obok kościoła śmiejąc się z głupkowatych żartów znajomych, podczas gdy możemy dać żywe świadectwo naszej wiary?

Piątkowy post – nie jest rodzajem cudownej diety, ale nauką rezygnowania z siebie. Czemu tak często wybieramy lenistwo i objadanie się, kiedy możemy wzrastać w wierze i odważnie świadczyć wśród innych, wybierając postne posiłki tego jednego dnia w tygodniu?

Pamiętanie o Bogu w wakacje – coniedzielna obecność na mszy świętej także w czasie urlopu, nie jest fanatyzmem religijnym, ale czerpaniem łask z Nieba. Dlaczego tak często wybieramy poranne odsypianie, czy leżenie na plaży, podczas gdy możemy ukazać, że wiara jest dla nas najważniejsza?

Stawanie w obronie Kościoła – bronienie wartości chrześcijańskich i dobrego imienia naszej wiary, nie jest zacofaniem, ale byciem prawdziwym mężczyzną i prawdziwą kobietą. Czemu tak często wybieramy przemilczenie tematu, gdy możemy odważnie obronić naszą wiarę i zaświadczyć o Jezusie?

Odzież ewangelizacyjna – noszenie jej nie jest wywyższaniem się, ale głoszeniem Dobrej Nowiny we współczesnym świecie. Dlaczego tak często wybieramy ubrania ze światowymi, pustymi hasłami, podczas gdy możemy Bożymi cytatami na koszulkach, czynić ten świat bardziej chrześcijańskim?

Czasami naprawdę nie potrzeba wiele mówić, aby przyprowadzić rówieśników do Jezusa. Czasami wystarczy zwykły przykład odważnego świadectwa naszej żywej wiary. Pytanie tylko, czy wystarczy nam na to wszystko odwagi?

Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże».” Łk 9 26-27


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Damian Krawczykowski

Damian Krawczykowski

Katolicki publicysta, pisarz młodego pokolenia. Jest autorem książki "Apostołowie w dresach", współpracuje m.in. z Tygodnikiem Katolickim "Niedziela", "Wzrastaniem", "Rycerzem Niepokalanej" oraz "Szumem z Nieba". Koordynuje projekt ewangelizacyjny "Akademia Apostołów".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Damian Krawczykowski
Damian
Krawczykowski
zobacz artykuly tego autora >

Nie jestem pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili

Chyba każdy z nas lubi być lubianym. To miłe, gdy ludzie szukają naszego towarzystwa, proszą nas o radę, wyrażają podziw dla naszych dokonań. Jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto – eufemistycznie rzecz ujmując - nie pała do nas sympatią. Czy to powód, by się załamywać? W żadnym wypadku! Ale z drugiej strony - jak tu czasem się nie załamać?

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Po pierwsze, poczucie własnej wartości

Zdrowe poczucie własnej wartości to jeden z fundamentów szczęśliwego życia. Kształtuje się od najmłodszych lat. Kiedy znam swoją wartość, wiem, że nikt nie ma prawa mnie krzywdzić, pomiatać mną, gardzić. Nie wchodzę w relacje z osobami, kóre nieustannie krytykują wszystko co robię, co myślę, co czuję, podcinają mi skrzydła, najlepiej wiedzą, co jest dla mnie dobre. Wiem, że mam prawo do błędów i potknięć i że mam prawo szukać pomocy. Wiem, że jestem warta, wart miłości i wszystkiego dobrego, co mnie w życiu spotyka. Wszelkie uwikłania w toksyczne relacje wiążą się z podświadomym przekonaniem, że nie zasługuję na nic lepszego. A to nieprawda. Wartości człowieka nie mierzy się wysokością zarobków, poziomem wykształcenia, długością nóg ani sprawnością fizyczną. Każdy z nas jest ukochanym dzieckiem Boga, każdego z nas Jezus kocha tak mocno, że umarł za nas na krzyżu.

Po drugie, przyjmowanie krytyki

Krytyka nie jest zła. Pozwala wrócić na ziemię, gdy bujamy zbyt długo w różowych obłoczkach samouwielbienia. Ale krytyka jest po to, by od czasu do czasu ściągać nas w dół, a nie by nieustannie trzymać przy glebie na łańcuchu. Krytyki warto wysłuchać, z boku zawsze lepiej widać, a upojeni naszymi wizjami często nie potrafimy rzetelnie ocenić, czy pomysł ma ręce i nogi.

Nie należy zakładać, że krytyk ma złe intencje. Często wytyka słabe punkty z sympatii do nas, bo np. ma większe doświadczenie w danym obszarze. Zatem dobrze jest wysłuchać uważne, przemyśleć gruntownie i… zrobić po swojemu, jeśli uznamy zarzuty za absurdalne. To w końcu nasz pomysł, nasze życie, my za nie odpowiadamy.

Po trzecie, odporność na hejt

Hejt to najgorsza odmiana krytyki, najbardziej zjadliwa, często kompletnie od czapy. Odporność na hejt to chyba jedna z najcenniejszych umiejętności poruszania się w świecie wirtualnym, bo cała rzesza osób nigdy nie powiedziałaby w twarz tego, co tak prędko i ochoczo napisze o nas w Internecie. Przekonałam się o tym niejeden raz. Gdy wymyśliłam i koordynowałam akcję charytatywną na rzecz ciężko chorego Mikołajka, spotkałam się z zarzutem, że robię to dla lansu. Bywało, że przypadkowy czytelnik mojego bloga na podstawie jednej notki wyrabiał sobie (i prezentował publicznie) opinię na temat mojej osoby i nader rzadko była ona w stylu „jaka ty jesteś wspaniała!”. Czy przez to stałam się mniej wartościowa? Czy ucierpiała na tym istota tego, czym się zajmuję? Skąd! Przez chwilę było mi przykro, ale otrząsałam się jak pies po kąpieli i szłam dalej robić swoje. Przez lata wypracowałam zdrowy dystans do siebie i świata: nie jestem idealna, ale znam swoje zalety, wiem, w czym jestem dobra i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Nie nadajesz na tych samych falach? Trudno. Nie ma obowiązku, żebyśmy się lubili, a twoja opinia nie jest dla mnie wiążąca.

Cóż zresztą ja, mróweczka! Wielu krytykuje świętego Jana Pawła II, jego przeciwnicy przeprowadzili zamach na jego życie. Nawet sam Pan Jezus był nieustannie hejtowany przez faryzeuszy. Czy zmienił przez to swoje postępowanie, czy dostosował się do oczekiwań społecznych?

No właśnie.

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził

Tak mawiały nasze babcie i mamy – i miały rację. Nie będziesz podobać się wszystkim, nie wszyscy będą cię lubili, nie każdy doceni twoje starania. Musisz to wiedzieć i nie możesz z tego powodu rozdzierać szat. To jest jak pogoda, zupełnie nie masz na to wpływu. Nie możesz wszystkich swoich działań uzależniać od cudzych oczekiwań, bo ogladając się na to, co powiedzą inni, nie zrobisz nic. Wyobraź sobie, że szykujesz się do wymarzonej podróży. Ktoś mówi: „jedź!”, a ktoś inny „nie jedź!”. I co robisz? Drepczesz w miejscu, przepakowujesz się bez końca w oczekiwaniu na akceptację całego świata. Prawdopodobnie nigdy się jej nie doczekasz. To dotyczy wszystkich działań i wszystkich decyzji, przed którymi stoimy. W ostatecznym rozrachunku to są NASZE decyzje i sami musimy je podjąć, bez względu na to, co świat na to. Niekiedy bardzo paraliżuje nas obawa, co ludzie powiedzą. Coś powiedzą zawsze i wszędzie, bo ludzie tak mają, ale czy to naprawdę ma aż takie znaczenie, żeby dla cudzej aprobaty zrezygnować z marzeń?

Przecież to nie ma sensu.

Choćbyś był jak anioł: dobry, szlachetny i krystalicznie uczciwy, zawsze znajdzie się ktoś, kto przypisze ci złe intencje, skrytykuje, dokuczy, będzie jak natrętna mucha, bzycząca: bezzzzzz sensu ten pomysł, bezzzzznadziejnie to zrobiłeś, bezzzznadziejnie wyglądasz…

Taką muchę radzę potraktować humanitarnie: szeroko otworzyć okno i niech leci w świat. A żeby nie wróciła, w oknie dobrze jest zamontować moskitierę. Jej rolę doskonale pełni poczucie własnej wartości.

Zatem:

Po pierwsze, poczucie własnej wartości…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >