Prymas Wyszyński „od siebie” o odwadze

„Strach zapukał do drzwi. Otworzyła mu… odwaga i nikogo tam nie było” - to jedno z najbardziej znanych powiedzeń Prymasa Wyszyńskiego, który w swoim życiu miał się czego bać.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o odwadze
„Strach zapukał do drzwi. Otworzyła mu… odwaga i nikogo tam nie było” - to jedno z najbardziej znanych powiedzeń Prymasa Wyszyńskiego, który w swoim życiu miał się czego bać.

W czasie okupacji niemieckiej kilka razy o włos umknął aresztowaniu i śmierci, władze komunistyczne zorganizowały zamach na niego już gdy wracał z ingresu w Gnieźnie (1949), a potem – wiemy dobrze: aresztowanie, trzyletnie odosobnienie, perspektywa procesu, być może wywiezienia do Związku Sowieckiego. A jednak, w jego wspomnieniach z okresu więziennego znajdujemy obraz człowieka, który – przy całym niewątpliwym cierpieniu fizycznym i psychicznym – daje sobie radę z obawami przed tym, co może go spotkać.

 

Największym brakiem apostoła jest lęk. Budzi on nieufność do Mistrza, ściska serce i kurczy gardło.

Czy lęk może wpływać na działalność ewangelizacyjną?

Największym brakiem apostoła jest lęk – zanotował Prymas w „Zapiskach więziennych”, a słowa te zacytował św. Jan Paweł II w swojej książce „Wstańcie, chodźmy!” – Bo on budzi nieufność do Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? Uczniowie, którzy opuścili Mistrza, już Go nie wyznawali. Dodali odwagi oprawcom. Każdy, kto milknie wobec nieprzyjaciół sprawy, rozzuchwala ich. Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. „Zmusić do milczenia przez lęk” – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury, obliczony jest na lękliwość apostołów.

Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam oblicza swego od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo. Chrystus nie dał się sterroryzować ludziom. Gdy wyszedł na spotkanie hałastry, odważnie powiedział: „Jam jest”.

***

Gdy tylko w Stoczku Warmińskim przedstawiono Prymasowi jego współwięźniów – księdza Stanisława Skorodeckiego i siostrę Leonię Graczyk – zauważył, że lęk zakorzenił się w nich głęboko.

„Ma w sobie cały styl psychiki więźniarki: mówi głosem przyciszonym, ogląda się na drzwi, nawet wtedy gdy mówi rzeczy obojętne dla regime’u, używa słów „zastępczych”; jest ostrożna i „na palcach” – pisze Prymas o siostrze. Charakteryzując księdza Skorodeckiego również zauważa „styl więźnia. Na wszystko, co się wokół dzieje, zwraca uwagę, wszystko może się przydać, wszystko ma znaczenie. Przygląda się bacznie Siostrze. Bodaj że ci oboje starają się w milczeniu badać siebie, jakby chcieli wiedzieć wszystko o sobie”.

 

Czy istnieje lekarstwo na lęk?

W liście do Ojca, Prymas wyraża pragnienie, by z jego duszy „zniknął niepokój”, aby nie tracił sił „na smutek i wątpliwości”, Prosi natomiast – by się modlił za swojego syna. Właśnie w modlitwie widzi Prymas pierwsze lekarstwo na niepewność:

„Wiem, że w duchu Wiary wszystko zrozumiesz, a modlitwą zgasisz smutek i rozpogodzisz ufnością serce”.

***

Św. Tomasz z Akwinu mówił że łaska buduje na naturze, więc i Prymas w więzieniu łączył oba te wymiary życia. W tym samym liście czytamy:

„W obecnych warunkach swojego życia jestem w pełni spokojny i ufny. Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłaństwa w świątyniach, ale mogę im służyć modlitwą. I to czynię przez cały niemal dzień. Mam radość odprawiać co dzień Mszę św. w kaplicy domowej, korzystam z towarzystwa jednego z kapłanów, który pełni obowiązki „kapelana”, i siostry zakonnej, która opiekuje się naszymi potrzebami domowymi. Czas wypełniam lekturą, modlitwą i spacerem w rozległym parku. Zdrowie mi służy w pełni. Bóg nie odmawia swoich radości i nad wyraz dobrej Opatrzności”.

***

Mogłoby się wydawać, że w Stoczku Prymas wiódł sielankowe życie. Nic bardziej mylnego. Ogród, o którym pisał był zdewastowany, podobnie budynek poklasztorny, w którym było potwornie zimno.

„Podziwialiśmy sterty lodu, które wyrąbano z pokojów pod nami – pisze. – Mieszkaliśmy nad lodowniami. Pokoje na dole nie były ogrzewane, i fantastycznie zagrzybione. Nikt nie dbał o to, by je ogrzać. Wszystkie korytarze pokryte były na ścianach białym szronem i zamrozem. Biedni dozorcy siedzieli w kożuchach i ciężkich butach. Męczyli się jeszcze bardziej niż my. Miny im sposępniały.

W takich warunkach zacząłem odczuwać różne dolegliwości. Nóg nie mogłem rozgrzać nawet w ciągu nocy. Ręce mi popuchły. Podobnie oczy mi zapuchły. Odczuwałem wielki ból w okolicy nerek i w całej jamie brzusznej. Każdego dnia przechodziłem bóle głowy”.

 

Czy odważnej postawy da się nauczyć?

Prymas dostrzegał w swojej sytuacji wolę Bożą, której może do końca nie rozumiał, ale całkowicie akceptował. To dawało mu dużo pokoju. Pokój ten uzyskiwał również środkami zupełnie naturalnymi, dostępnymi każdemu, nie tylko wierzącemu. Najbardziej znany z nich i do dziś budzący podziw jest jego więzienny plan dnia. To ścisłe zagospodarowanie czasu pozwalało mu z jednej strony przekierować uwagę z próżnych obaw na czynną aktywność a z drugiej  zachować równowagę między potrzebami intelektualnymi, emocjonalnymi i fizycznymi:

„5.00 Wstanie.

5.45 Modlitwy poranne i rozmyślanie.

6.15 Msza św. ks. Stanisława.

7.00 Moja Msza św.

8.15 Śniadanie i spacer.

9.00 Horae minores i cząstka Różańca.

9.30 Prace osobiste.

13.00 Obiad i spacer (druga cząstka Różańca).

15.00 Nieszpory i kompletorium.

15.30 Prace osobiste.

18.00 Matutinum c. Laudibus.

19.00 Wieczerza.

20.00 Nabożeństwo Różańcowe i modlitwy wieczorne.

20.45 Lektura prywatna.

22.00 Spoczynek”

Plan ten pozwalał mu w praktyce realizować znane zalecenie: „nie przejmuj się – zajmuj się” i cierpliwie czekać nie próżnując lecz maksymalnie pożytecznie wypełniając dany mu czas.

 

Od dawna już zapadły mi w duszę słowa kard. Merciera, tak często powtarzane przez Ojca Korniłowicza: „Nie lubię myśleć o tym, co było, ani też głupio marzyć o tym, co będzie, bo to rzecz Boga. Zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”

Czy Ksiądz Prymas nie myślał o tym, aby dążyć do zmiany swojej sytuacji?

Ponieważ dotychczasowe pytania nie były brane pod uwagę, postanowiłem nie podejmować [już] żadnych kroków, które miałyby na celu moją obronę. Iacta cogitatum tuum in Dominum, et ipse te enutriet, et dabit Tibi petitiones cordis tui [Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma; wysłucha próśb serca twego] Chronić się też będę rozważań na tematy mego stanu obecnego. Jedno Ave Maris Stella więcej radości i swobody przynosi niż cała logika samoobrony.

Od dawna już zapadły mi w duszę słowa kard. Merciera, tak często powtarzane przez Ojca Korniłowicza: „Nie lubię myśleć o tym, co było, ani też głupio marzyć o tym, co będzie, bo to rzecz Boga. Zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. – In Te, Domine, speravi, non confundar in aeternum [W Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki].

 ***

Niechęć do działania, niepewność wywoływane są też przez trudne relacje. Ksiądz Prymas w więzieniu jest otoczony ludźmi, których nie do końca mógł obdarzyć zaufaniem (siostra i ksiądz) i tymi, którzy są otwarcie na pozycji wrogiej.

Pragnę zachować Treuga Dei [Pokój Boży] ze wszystkimi. Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mię teraz otaczają najbliżej. Nie mam do nich nienawiści ani niechęci. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej.

Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo – żyć. Bo tylko wtedy życie moje będzie budowało Królestwo Boże na ziemi.

 

W Stoczku obchodził Ksiądz Prymas mały jubileusz – w lutym 1954 roku minęło pięć lat od objęcia Stolicy Prymasowskiej w Gnieźnie. Czy patrząc wstecz na te lata nie zauważał w tym czasie lęku i niepewności?

Wspomnienie tych pięciu lat pracy każe mi podziękować Bogu za niezwykły zaszczyt, jakiego doznałem od Dawcy wszelkiej pracy i posłannictwa. Byłem pełen lęku wtedy, jak dziś jestem pełen zawstydzenia, że tak niegodnie i nieudolnie pracowałem. Gorliwość i ogrom pracy niekiedy padały swym ciężarem na wartość tej pracy. O ile od strony gorliwości nie mam sobie wiele do wyrzucenia, to jednak ciężar gatunkowy tej pracy bardzo nie dopisał. Pomimo poczucia winy, czegoś niepełnego, myślę o tym, co już minęło, z ulgą. Bo jednak to było niesłychanie ciężkie. Bodaj dopiero teraz, w swoim obozie izolacyjnym, mam chwilę oddechu, który tak trudno było schwytać w ciągu tych pięciu lat. Ponieważ kończę je w więzieniu, ufam, że Miłosierny Bóg policzy mi te miesiące jako zadośćuczynienie za winy, którymi zawiodłem Jego plany. Nie przestaję ufać, że Najwyższy Pasterz dusz ludzkich pozwoli mi lepiej Mu służyć „gdy ustanie nieprawość”.

 

🔷 Przeczytaj także:

Prymas Wyszyński „od siebie” o cierpieniu

Prymas Wyszyński „od siebie” o rozpoznawaniu woli Bożej

 


„Od siebie
to cykl zawierający odpowiedzi Prymasa Wyszyńskiego na pytania zadane przez Czytelników Stacji7. Odpowiedzi pochodzą z tekstów przemówień, homilii i zapisków Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Cykl jest okazją do poszukiwań odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, czy pogłębienia swojej wiary. Zacznij więc OD SIEBIE.


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński „od siebie” o rozpoznawaniu woli Bożej

Jak rozeznać wolę Bożą w moim życiu? Dla Stefana Wyszyńskiego „tak” Maryi niewątpliwie było wzorem do naśladowania. Później wiele razy miał odpowiadać TAK Bogu i nie były to odpowiedzi łatwe.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Prymas Wyszyński „od siebie” o rozpoznawaniu woli Bożej
Jak rozeznać wolę Bożą w moim życiu? Dla Stefana Wyszyńskiego „tak” Maryi niewątpliwie było wzorem do naśladowania. Później wiele razy miał odpowiadać TAK Bogu i nie były to odpowiedzi łatwe.

„Pamiętajcie, że najcięższym grzechem, jaki popełniłem w życiu, było to, że nie od razu zgodziłem się z wolą papieża, gdy kardynał Hlond zwiastował mi objęcie biskupstwa w Lublinie. Nie mogę sobie tego darować, gdyż myślałem wtedy o sobie, a nie o tym, że Bóg jest mocny w mojej słabości.”

 

Słowa te wypowiedział Prymas Wyszyński 25 marca 1981 roku podczas pobytu w Choszczówce, gdzie przyjechał na krótki wypoczynek. Świadkiem tego niezwykłego wyznania była zmarła przed czterema laty Barbara Dembińska. Kardynał Wyszyński wspominał wówczas dzień 25 marca 1946 roku, kiedy usłyszał od Prymasa Augusta Hlonda, że Pius XII powołał go na biskupa lubelskiego. Nominacja była dla niego szokiem, poprosił więc o jeden dzień do namysłu. Wydawałoby się to zupełnie naturalne, a jednak z perspektywy całego życia Prymas patrzył na tamtą decyzję w kategoriach grzechu. Dlaczego? Częściowe wyjaśnienie znajdujemy w jego własnych słowach:  myślałem wtedy o sobie, a nie o tym, że Bóg jest mocny w mojej słabości. Warto też zauważyć, że 25 marca był w życiu Prymasa ważną datą także ze względu na jego pobożność maryjną. Na 9 miesięcy przed Bożym Narodzeniem Kościół świętuje bowiem Zwiastowanie – dzień, w którym archanioł Gabriel obwieścił Maryi wolę Boga: „Oto poczniesz i porodzisz syna”. Wówczas – po Jej zgodzie – począł się Jezus Chrystus.

Zwiastowanie jest pierwszym obrazem doskonałego posłuszeństwa woli Bożej w Nowym Testamencie, a roztropna lecz bezzwłoczna odpowiedź Maryi niewątpliwie była wzorem do naśladowania dla Stefana Wyszyńskiego. Później wiele razy miał odpowiadać TAK Bogu i nie były to odpowiedzi łatwe. Jednak Prymas w tym, co go spotyka rozpoznawał rękę Boga. Widać to szczególnie w jego refleksjach po uwięzieniu. Tak opisuje on w „Zapiskach więziennych” pierwsze wrażenia z miejsca odosobnienia w Rywałdzie po tym jak opuścili go funkcjonariusze UB.

Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: „Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. To był pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielką radość. Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: pro nomine Jesu contumelias pat ( tłum. Stałem się godny cierpieć dla Imienia Jezusowego). Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidów, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego.

 

Czy Ksiądz Prymas spodziewał się co go spotka?

Wypełniła się w części zapowiedź, którą w roku 1920 na wiosnę dał nam profesor liturgiki i dyrektor Seminarium Niższego we Włocławku, ks. Antoni Bogdański. Niezapomniany ten człowiek podczas pewnego wykładu liturgii powiedział: „Przyjdzie czas, gdy przejdziecie przez takie udręki, o jakich człowiek naszego wieku nawet myśleć nie umie. Wielu kapłanom wbijać będą gwoździe w tonsury, wielu z nich przejdzie przez więzienie.” Niewielu z moich kolegów zapamiętało te słowa. Zapadły mi one głębo­ko w duszę. Gdy w roku 1939 odwiedzałem ks. Bogdańskiego w Skulsku, na łożu śmierci, pamiętałem o nich. Kazał mi wtedy gotować się do ciężkiej i odpowiedzialnej drogi, która w życiu kapłańskim mnie czeka. Oczy tego płonącego człowieka patrzyły z głębi zapaści niezwykłym światłem. Na pierwszym zjeździe koleżeńskim, po wojnie, przypomniałem kolegom te słowa; ci, co pozostali, nie robili wrażenia, by je zapamiętali.

 

Jak Ksiądz Prymas przyjął pozbawienie go wolności?

Mój brat [Tadeusz] odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie. Większość księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę docenić to wszystko, co mnie od tych ludzi spotyka.

 

Ksiądz Prymas obejmował swój urząd w apogeum stalinizmu, gdy jasne było, że chrześcijanie muszą się liczyć z prześladowaniami. Co w tym czasie pasterz Kościoła w Polsce rozpoznawał jako wolę Bożą dla swoich działań?

Od początku swej pracy stałem (…) na stanowis­ku, że Kościół polski zbyt wiele oddał już krwi w niemieckich obozach koncentracyjnych, by mógł nierozważnie szafować krwią pozostałych kapłanów. Męczeństwo jest, niewątpliwie, wysoce zaszczytne, ale Bóg prowadzi Kościół nie tylko drogą nadzwyczajną – męczeństwa, ale i zwyczajną – pracy apostolskiej. Owszem, byłem zdania, że dziś nam potrzeba innego rodzaju męczeństwa – męczeństwa pracy, a nie krwi. (…)

Do Warszawy przybyłem z zarysem programu; nie był to program do końca wyraźny. Nie byłem jednak daleki od rozpoczęcia pracy od wizyty u Prezydenta Rzeczypospolitej. Sposób, w jaki potraktowano mnie zaraz w początkach, szykany czynione przez policję w czasie ingresu do Gniezna, zachowanie się prasy itp. – doradzały mi zająć postawę wyczekującą.

(…) Do kół kierowniczych Episkopatu należało tak prowadzić sprawy Kościoła „w polskiej rzeczywistości”, by oszczędzić mu nowych strat.

 

Ten motyw musiał niewątpliwie znajdować się u podstaw zawarcia przez Episkopat „Porozumienia” z rządem komunistycznym. W Watykanie krok ten spotkał się z niezrozumieniem. Komuniści z kolei wykorzystywali ten dokument do dalszego nękania Kościoła. Czy podpisanie Porozumienia było rzeczywiście wolą Bożą?

Wydało mi się, że ułożenie kilku punktów tego m[odus] v[ivendi] jest możliwe i niezbędne, jeśli Kościół nie ma stanąć w obliczu nowego, może przyspieszonego i drastycznego w formach wyniszczenia.

 

Porozumienie zostało podpisane w roku 1950. Przez te trzy lata rząd nieustannie je łamał. Czy konieczne było jego podpisanie?

Wierzyłem, że ułożenie stosunków jest konieczne, podobnie jak nieunikniony jest fakt współistnienia narodu o światopoglądzie katolickim z materializmem upaństwowionym. Można było przestrzegać, że stanowisko nie jest równe, bo gdy my stajemy do obrad ze względów zasadniczych, druga strona politykuje, prowadzi grę taktyczną, dąży do „skompromitowania Kościoła” – jak często mówiono w kołach społecznej opozycji. Nawet gdy się przyjmie pod uwagę częste zapewnienia rządowych członków Komisji Mieszanej, obradującej nad „Porozumieniem”, że kierują się wolą dochowania paktów – to jeszcze można było przyznać jakąś rację ostrożnym, że postawa obydwu stron jest nierówna. Ale właśnie wychodząc z tych założeń zasadniczych nauki Kościoła, nie można było powiedzieć: nie chcemy porozumienia, bo Kościół zawsze chce porozumienia, nawet wtedy, gdy trzeba czynić ustępstwa – jak o tym świadczy historia konkordatów.

 

Trzy lata po podpisaniu Porozumienia Ksiądz Prymas został aresztowany. Jak w tych okolicznościach więzień rozpoznaje wolę Bożą?

Postanawiam sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej swobody myślom dociekliwym. I dlatego (…), rozpocząłem lekturę kilku książek, na zmianę, by rozmaitość tematu chroniła od znużenia. (…) Lekturę przerywam odmawianiem godzin kanonicznych mniejszych, by w ten sposób pracę łączyć z modlitwą. Brewiarz odmawiam chodząc po swoim niewielkim pokoju, by brak powietrza uzupełnić ruchem. Wieczorem, gdy się już robi ciemno – a mamy brak światła – odmawiam różaniec, wędrując po pokoju. Modlę się wiele do mej szczególnej Patronki, Matki Bożej Jasnogórskiej, za obydwie moje archidiecezje, księży biskupów i moich domowników.

 

Bliskie Księdzu Prymasowi osoby – rodzina (szczególnie ojciec) i współpracownicy pragnęli uwolnienia więźnia i na pewno się o to modlili. Bywa tak, że modlimy się gorliwie o coś, a to nie przychodzi. Jak w takiej sytuacji rozpoznać wolę Bożą?

Lękam się o ludzi, którzy bardzo wierzą w skuteczność modlitwy, by nie chcieli zbyt szybkich rezultatów swej modlitwy, by w razie zwłoki z odpowiedzią Bożą nie ustali.

Rzecz szczególna, jak blisko „niezachwianej wiary” krąży lęk. Człowiek, który mocno wierzy, tak bardzo wszystkiego się spodziewa rychło od Boga, że każda zwłoka wywołuje niepokój. Nie jest to niewiara, ale „zaskoczenie” na punkcie konfliktu: „Potęga – Dobroć Boża”. Lękam się o ludzi, którzy bardzo wierzą w skuteczność modlitwy, by nie chcieli zbyt szybkich rezultatów swej modlitwy, by w razie zwłoki z odpowiedzią Bożą nie ustali. Wiem od początku, że „moja sprawa” wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą „moją”, ile sprawą Kościoła. A takie sprawy trwają długo.

 

Coraz wyraźniej widzę, że miejscem najwłaściwszym na obecny moment bytowania Kościoła jest dla mnie więzienie – czytamy w Zapiskach Prymasa. – Czy to znaczy, że Bóg, którego nazywamy dobrym Ojcem chciał cierpienia swojego kapłana i biskupa?

Raz po raz dochodziły do mnie głosy ze strony ludzi badających nurty społecznych myśli, że to społeczeństwo nie zawsze jest dostatecznie zorientowane w taktyce „politycznej” Episkopatu. (…) Mówiono o tym, że Kościół zabezpiecza się sam „jak może”; że biskupi niedostatecznie bronią księży. (…)

Proces bp. Kaczmarka był przyjęty wprawdzie przez opinię nieufnie; reżyserowie i tym razem przesadzili. (…) Jednak koszmar [tej] sprawy (…) nadal ciążył nade mną.

Wydało mi się, że to nie wszystko, że dla utrzymania autorytetu moralnego Episkopatu Polski musi się stać coś więcej. – I tu właśnie przyszedł mi z pomocą sam Rząd. Stało się! – Jestem „w więzieniu”. To jest odpowiedź Episkopatu na sprawę bp. Kaczmarka. Biorąc rzecz z punktu „politycznej racji stanu”, Rząd nie mógł popełnić większego błędu, jak dopuszczenie do bliskiego następstwa tych dwóch faktów: proces biskupa Kaczmarka i moje wywiezienie. Bo zestawienie tych dwóch faktów jest bardzo wymowne.

 

We wszystkim więc, co człowieka w życiu spotyka, trzeba dopatrzeć się śladów tej Bożej miłości. Wtedy wstępuje radość do duszy, która może całkowicie zaufać kierowniczej Mądrości Bożej.

Gdyby w 1946 roku ksiądz Stefan Wyszyński nie zgodził się na biskupstwo lubelskie, to pewnie by nie zostałby Prymasem Polski i nie trafiłby do więzienia. Czy warto było zostać biskupem?

Niczego nie uczyniłem w życiu swoim, by do tego wyniesienia dojść. Bóg działał sam: On wybierał, On posyłał, On wymagał. Widzę to w sobie bardzo jasno. (…) Bóg nieskończenie miłujący dzieła swoje, wszystko czyni według swej natury. We wszystkim więc, co człowieka w życiu spotyka, trzeba dopatrzeć się śladów tej Bożej miłości. Wtedy wstępuje radość do duszy, która może całkowicie zaufać kierowniczej Mądrości Bożej.

 

Dwa miesiące odosobnienia zaowocowały aktem, który Ksiądz Prymas złożył w Stoczku Warmińskim 8 grudnia 1953 roku. Więzień – ktoś, kto najbardziej na świecie pragnie wolności – uznaje siebie za niewolnika. Czy to też była wola Boża?

Przez trzy tyg[odnie] przygotowywałem duszę swoją na ten dzień. Idąc za wskazaniami bł. Ludwika Marii Grignion de Montfort, zawartymi w książce: O doskonałym nabożeństwie do N[ajświętszej] Maryi Panny – oddałem się (…)  przez ręce mej najlepszej Matki w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła.

 

🔷 Przeczytaj także:

Prymas Wyszyński „od siebie” o cierpieniu

 


„Od siebie
to cykl zawierający odpowiedzi Prymasa Wyszyńskiego na pytania zadane przez Czytelników Stacji7. Odpowiedzi pochodzą z tekstów przemówień, homilii i zapisków Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Cykl jest okazją do poszukiwań odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, czy pogłębienia swojej wiary. Zacznij więc OD SIEBIE.


 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️

Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >