Bóg chce, żebym była szczera

Przestępstwa seksualne dokonywane przez osoby duchowne, szczególnie te, których ofiarą padają dzieci, pozostawiają po sobie ogromne spustoszenie. Rzadko chyba mówi się jednak, jak druzgocące konsekwencje wywierają na duchową sferę człowieka. Po spotkaniu z kapłanem - oprawcą, trudno jest trwać przy Bogu. Swoją historią podzieliła się Katarzyna, która powoli odnajduje na nowo swoje miejsce w Kościele.

Polub nas na Facebooku!

Ksiądz wykorzystał mnie, kiedy byłam sześcioletnią dziewczynką. Chodziłam wtedy do pierwszej klasy. Nie byłam jedyna – ten kapłan molestował także inne dziewczynki ze szkoły.

Ani rodzice, ani nauczyciele nie stanęli na wysokości zadania. Owszem, uwierzyli – przypadków było za dużo, żeby nie wierzyć – ale nikt nie zrobił nic, żeby pomóc mi poradzić sobie z tą sytuacją. Wydawało im się, że najlepszym sposobem jest nic nie mówić, wtedy zapomnę. Ale ja nie zapomniałam…

Pochodzę z rodziny wierzącej i po tej tragedii cały czas chodziłam do kościoła. Ale tak bardzo trudno było mi tam być! Molestowanie sprawiło, że bardzo wcześnie rozbudziła się moja sfera seksualna. Miałam ogromne problemy ze swoją seksualnością, a tymczasem w kościele słyszałam, że mam żyć w czystości i że Pan Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Rodzice również nie pomagali mi stworzyć dobrego obrazu Boga, powtarzając ciągle, że “Bóg wszystko widzi”. Doszłam wtedy do wniosku, że widzi też moje grzechy seksualne i na pewno mnie za to ukarze piekłem. W moim wyobrażeniu zaczął więc powstawać zafałszowany obraz Boga: myślałam o Nim jako o Kimś, kto tylko wymaga i jest bardzo surowy, chce mnie ukarać. Nie potrafiłam pogodzić swojej kompulsywnej seksualności z wezwaniem do życia w czystości, żyłam w ciągłym konflikcie. Tego, co się ze mną działo, nie łączyłam z molestowaniem – byłam przekonana, że to z własnej winy jestem grzeszna, brudna… Poczucie winy było jak moje drugie imię. Dochodziło do tego, że gdy siedziałam w kościele, w mojej wyobraźni powstawały obrazy seksualne, zdarzało się, że w czasie mszy dostawałam ataków paniki. Ogromnym problemem było dla mnie przyjmowanie komunii. Ten moment, kiedy palce kapłana są tak blisko, a ja mam w głowie, że te ręce nie są czyste… Samo bycie w budynku kościoła było dla mnie bardzo trudne – dawałam radę, kiedy było tam dużo ludzi, ale w innych sytuacjach nie potrafiłam się przemóc. Po latach jednym z etapów terapii było wejście do pustego kościoła. Zrobiłam to z wysiłkiem, ale kiedy już weszłam i zobaczyłam wielki krzyż, stanęłam jak sparaliżowana. Chciałam uciekać, ale nie potrafiłam… Wykorzystanie otworzyło mnie również na kolejne nadużycia ze strony mężczyzn. Po latach pojawiły się koszmary o przerażającej treści – dużo było w nich przemocy seksualnej, ciągłych prób ucieczki oraz niemocy.

Na skutek konfliktu, w którym żyłam, wykształciła się u mnie potężna nerwica na tle religijnym. Bardzo chciałam być blisko Pana Boga, ale nie potrafiłam Mu zaufać. Z jednej strony panicznie bałam się popełnienia grzechu, co prowadziło do stanu zbliżonego do hibernacji – bałam się zrobić cokolwiek, żeby tylko nie zgrzeszyć. Miałam obsesję na punkcie piekła, opętania, kary Bożej. Z drugiej strony pojawiał się lęk, że skoro wykorzystał mnie kapłan, to Pan Bóg też może to zrobić. Nie umiałam też przyjąć, że o Jezusie mówi się „Najwyższy kapłan”. On mógł być dla mnie Zbawicielem, Odkupicielem – ale nie kapłanem. Chciałam być przy Bogu, ale przy tym wszystkim, co działo się we mnie, trwanie w Kościele zakrawało o heroizm.

Przez lata nie potrafiłam wyjść z roli ofiary. Wchodziłam w trudne relacje z mężczyznami: wybierałam na partnerów ludzi, którzy mnie krzywdzili. Przez cały czas myślałam, że to moja wina, że to ja jestem taka zła, grzeszna. Dopiero kiedy w wieku 28 lat trafiłam na terapię, specjalista uświadomił mi, że to, co stało się, gdy miałam 6 lat, determinuje moje obecne życie. Wtedy zaczęłam zdawać sobie sprawę z konsekwencji jakie wywołało we mnie wykorzystanie seksualne.

Moje duchowe zdrowienie miało trzy punkty zwrotne. Pierwszym, niezwykle ważnym, było wejście na drogę sprawiedliwości – zdecydowałam się zeznawać w procesie kanonicznym, który doprowadził wydalenia sprawcy ze stanu duchownego. To był moment zwrotny w moim życiu. Pierwszy raz wyszłam z roli ofiary. Po wielu latach pierwszy raz stanęłam po swojej stronie i zawalczyłam o siebie. Pan Bóg postawił na mojej drodze osobę świecką, dobrze uformowaną duchowo, która towarzyszyła mi i pomogła podjąć decyzję, żeby zawalczyć o sprawiedliwość. Wtedy nie mówiło się jeszcze, że zgłaszanie takich spraw jest dla Kościoła dobre. Dopiero kiedy ta sprawa była zakończona, mogłam starać się przebaczyć temu – byłemu już – księdzu.

Drugim przełomowym momentem było wejście do wspólnoty, w której powoli zaczął się zmieniać mój obraz Boga. Podobała mi się w tych ludziach ich radość wiary, to, jak uwielbiali Boga. To było tak bardzo inne od mojego doświadczenia… Zaczęłam się z nimi spotykać, oni przyjęli mnie z całą moją historią, zaakceptowali mnie. We wspólnocie – tej pierwszej i tej, w której obecnie się formuję – zaczęło się też zmieniać moje myślenie o księżach. Tak samo, jak jeden kapłan może zburzyć świątynię Ducha Świętego w nas, tak Pan Bóg może odbudować ją przez innych kapłanów. Zobaczyłam, że nie wszyscy są źli – wielu z nich jest naprawdę pełnych Bożego ducha. Wtedy tez zaakceptowałam Jezusa jako kapłana.

Szukam również stałego spowiednika. Wcześniej przypadkowi kapłani nie raz poranili mnie w konfesjonale – jeden stwierdził, że jestem zboczona, gdy usłyszał ze mam problemy z popędem seksualnym. Inny dokładnie wypytał, co, gdzie i jak się stało, po czym zapytał, czemu się nie broniłam podczas wykorzystania. A ja przecież miałam sześć lat! Teraz mam kierownika duchowego, przy którym czuję się bezpiecznie i terapeutę, który też jest osobą wierzącą. Nie znają się, a oboje prowadzą mnie w tym samym kierunku. W tym też widzę działanie Bożej łaski. Czuje jak razem wyprowadzają mnie po wielu latach z więzienia własnych emocji i zranień.

Najważniejsze w mojej relacji z Bogiem wydarzyło się całkiem niedawno. Pierwszy raz w życiu stanęłam przed Nim w całej prawdzie, ze swoim sercem wypełnionym uczuciami. Wcześniej byłam bardzo akuratna na modlitwie, to było takie „lukrowanie” Pana Boga. Wyklękiwałam godziny, ale nie było między nami spotkania serca. Nie potrafiłam Mu powiedzieć, co tak naprawdę do Niego czuję. Aż przyszedł moment, kiedy powiedziałam Mu wszystko. Wylałam całą swoją złość na Niego, moją wobec Niego nienawiść, bunt i pytania: „gdzie byłeś? Dlaczego pozwoliłeś, żeby spotkało mnie to wszystko? Gdzie jest Twoja wszechmoc?”. Dopiero kiedy to wszystko ze mnie wypłynęło, kiedy wyrzuciłam wszystkie emocje, poczułam, że Pan Bóg jest dobry, że jestem przez Niego akceptowana i przyjęta taka jaka jestem, że On chce, żebym była przy Nim zupełnie szczera. Zaczęłam budować z Nim prawdziwą relację. Pierwszy raz nie boję się Go, jest mi bliski i coraz wyraźniej dostrzegam jego prowadzenie. Czuje jak Bóg przywraca mi poczucie wartości i godności kobiecej, staje się coraz bardziej asertywna ucząc się chronić swoje granice. Powoli mijają tez koszmary nocne, które były dla mnie bardzo trudne. Coś musiało się wylać, żeby mogło wlać się coś nowego. Nie przeszłabym tej drogi gdyby nie kierownik duchowy i terapeuta. Samotnie nikt nie może sobie z tym poradzić.

Mój proces zdrowienia trwa. Wierzę, że teraz, kiedy wszystkie skrywane uczucia oddałam Bogu, przyjdzie czas, ze całe moje serce przyjmie prawdę o Bogu, który jest Miłością i że przyjmę, że od Niego pochodzi tylko dobro. Wierzę też, że kiedyś nadejdzie dzień kiedy z serca powiem Mu że Go kocham, a póki co proszę Go, aby kochał mnie za nas dwoje. Nie tylko mój obraz Boga się zmienia, ale zmieniam się też cała ja, w moim życiu pojawia się więcej radości, wdzięczności i pokoju serca, którego tak bardzo całe życie szukałam.

 

Przeczytaj reportaż o pomocy pokrzywdzonym w Kościele>>>

 


Imię pokrzywdzonej zostało zmienione


 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

LUDZIE

Niecodzienny jubileusz. S. Adamina świętuje 106 lat życia

Urodziła się, gdy świat opanowała pierwsza wojna światowa. Kiedy wybuchła druga, ona składała profesję u Albertynek. S. Adamina Marii Koczur świętowała niezwykły jubileusz.

Polub nas na Facebooku!

– Serce s. Adaminy jest nie tylko mocne, o czym świadczy kolejny jubileusz, ale i pojemne, i każdy z bliskich, zarówno tu obecnych, jak i na wspólnym świętowaniu nieobecny, ma w tym sercu swoje wyjątkowe miejsce – tymi słowami przełożona wadowickiej wspólnoty sióstr albertynek, s. Urszula Zyzak, powitała zgromadzonych na niecodziennej uroczystości. 5 września w zakonnej kaplicy odprawiona została Eucharystia, której przewodniczył o. Leszek Stańczewski – przeor klasztoru ojców karmelitów w Wadowicach, a okolicznościową homilię wygłosił ks. prałat Stanisław Czernik z Andrychowa, rodzinnego miasta S. Adaminy. W trakcie liturgii wyśpiewano radosne “Te Deum” za tajemnicę powołania siostry Adaminy i tych wszystkich, którzy wraz z nią w minionym czasie doświadczali dobroci i miłości Boga, a jubilatka ponowiła śluby ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, które pierwszy raz złożyła 8 grudnia 1940 roku. 

 

 

W świętowaniu wzięli udział kapłani związani ze wspólnotą, przełożona generalna zgromadzenia, s. Teresa Maciuszek i przełożona prowincjalna Prowincji Krakowskiej – s. Kamila Laskowska, a także przedstawiciele rodziny jubilatki.

Wszyscy zgodnie przyznają, że pogodne znoszenie podeszłego wieku, cichość, pokój to niewątpliwie owoce jej ducha rozmodlenia, którym daje wymowne świadectwo wartości życia oddanego bez reszty Bogu.

Po zakończeniu liturgii wszyscy spotkali się w zakonnym refektarzu, aby złożyć siostrze Adaminie życzenia. 106 cm tortu na 106 urodziny – tak siostry z domowej wspólnoty podkreśliły niecodzienny jubileusz, a solenizantka pogodnie zdmuchnęła tegoroczne świece…

Siostra Adamina – Maria Koczur urodziła się w Andrychowie 6 września 1914 r. W roku 1937 wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim. Przez lata życia zakonnego posługiwała w kilkunastu domach zgromadzenia, m. in. Bochni, Zakopanem. Krakowie czy Przemyślu. Najdłużej związana była z domem w Wadowicach, gdzie mieszka do dziś. 

 

ah, archidiecezja krakowska/Stacja7

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap