Fot. Eugene Zhyvchik/Unsplash

Opowieść powigilijna

Śledzie z boczniaków, pasztet z warzyw i łosoś z marchewki, tofu a la ryba po grecku, można też zjeść rybę z selera po grecku. Przemija postać świata.

Reklama

Minęły święta Bożego Narodzenia, wchodzimy w tygodnie zwykłe, które zazwyczaj przysłaniają istotne rzeczy, bo codzienność wciąga jak używka. A  nasze świętowanie, chwile ciszy i bezruchu pokazują, co w nas głębiej siedzi.

Słucham powigilijnych opowieści i co widzę? Córka i zięć są weganami, więc niewiele potraw zjedli. Ta zmiana jest czymś nowym, więc nie tknęli ryb, nie było mowy o karpiu i śledziach, ale także odpadły wypieki, bo masło, bo śmietana, bo krowy strasznie cierpią, gdy się je doi, a jajka to unicestwione życie pisklęcia. Dobrze, że był barszcz z uszkami, postna kapusta, kutia, ale tego nie było zbyt wiele, nikt specjalnie się nie przygotował.

Inaczej jest wówczas, gdy cała rodzina seniorów rodu – dzieci i wnuki – przeszła na weganizm. Zamówili co prawda śledzie z boczniaków, pasztet z warzyw i łosoś z marchewki, tofu a la rybę po grecku, można też zjeść rybę z selera po grecku. W Warszawie jest już kilkadziesiąt restauracji, które przygotowują wegańskie wigilie, produkty wyglądają pięknie, pewnie są smaczne, trzeba tylko zamówić, a wszystko z dostawą do domu.

Reklama
Reklama

Przemija postać świata

Rzecz jasna, świat się zmienia, przemija postać tego świata, ale w tym wszystkim nie chodzi tylko o jadłospis, a właściwie jadłospis jest sygnałem, że ciągłość została zerwana, coś się kończy. Kończy się poczucie swojskości i nie chodzi tylko o to, że otaczany szacunkiem kajet prababki Zofii pójdzie do lamusa, tu sprawy są o wiele głębsze. Chodzi o pewną wizję świata, która idzie w parze z całym wegaństwem, ale także z aprobatą jedzenia mleka, jaj i śmietany. Tu chodzi o przestawienie hierarchii wartości. 

Dotychczas człowiek był koroną stworzenia, to jemu Stwórca przekazał przywilej i monopol panowania nad ziemią i całym stworzeniem. 

Rzecz jasna, różnie z tym bywało, chciwość i bezwzględność nieraz prowadziły do mniejszych i większych katastrof ekologicznych, ginęły rozmaite gatunki zwierząt, zabijanych dla zysku, wycinano lasy,  jednak remedium w postaci ustanowienia Matki Ziemi na szczycie hierarchii wartości wydaje się zjawiskiem nieracjonalnym. Ową Matkę trzeba bowiem czcić, ratować, a nawet składać ofiary niczym w czasach prehistorycznych. Nieraz mają to być ofiary z ludzi, bo człowiek jest szkodnikiem i największym zagrożeniem dla Ziemi Matki, zostawia ślad węglowy, a ta nieszczęsna Matka ledwo już dyszy, ideałem byłaby całkowita depopulacja i pozostawienie jej w spokoju, niech odżyje i się zregeneruje nie nękana ani jedną żywą duszą na planecie.

Reklama
Reklama

Tak więc siedzą weganie obok mięso- i rybożercom przy wspólnym wigilijnym stole, a potrawy, które się na nim znajdują, symbolizują rozbrat i rozejście, bo bardzo często przyjęcie tej nowej religii jest sygnałem odejścia lub przynajmniej zdystansowania się do starej. W efekcie część wegan (nie wszyscy, byłoby to uproszczenie i nadużycie), nie pójdzie już na Pasterkę po wspólnej wieczerzy i w Boże Narodzenie, a także w kolejne dni, w niedziele i wszystkie dni nakazane. 

Powstał potężny rozdźwięk, więc seniorzy zastanawiają się przy wigilijnym stole, w którym miejscu popełnili błąd? Bo przecież starali się zapewnić swym dzieciom, a później wnukom, najlepsze wychowanie religijne, modlitwę w domu i przyjmowanie sakramentów. Bo przecież były obozy i wakacje w grupach wierzących rówieśników, kontakty ze wspaniałymi księżmi i świeckimi liderami, wyjazdy na oazy i do Taize. I wszystko to się rozpłynęło, zostało zapomniane, pominięte, okazało się bez znaczenia. 

Seniorzy patrzą z niedowierzaniem i goryczą na to, co się dzieje, przy wegańskim stole czują się jak intruzi, którzy przypadkiem przybyli na ucztę do jakiegoś plemienia. 

A przecież wigilia jest czuwaniem i oczekiwaniem na Narodzenie Jego, Zbawiciela każdego z uczestników wieczerzy. Czuwanie i oczekiwanie staje się nagle zredukowane, nie ma nieba i niezwykłej solidarności Boga z ludźmi, to w gruncie rzeczy zjazd rodzinny, taka lepsza kolacja, którą wyróżnia choinka i prezenty na jej zakończenie.

Reklama

Byłam już tam, gdzie udają się młodzi…

Być może już jest za późno i zmiany są nieodwracalne. Rozpędzony pojazd zmierza w określonym kierunku i prawie nikt się nie zastanawia, jakie są skutki tego pędu, kiedy i jak się zakończy. Można snuć przypuszczenie, dopasowywać osobiste doświadczenia, choć to takie ułomne. Mimo tego sięgam pamięcią do osobistej historii i myślę o mojej bułgarsko-polskiej rodzinie. Nie wiem, kiedy ikony zniknęły z bułgarskiego domu, ale na pewno zniknęły, bo przyszła nowa wiara w lepszy świat, a był nią ateizm. Po dziadkach zostały stare fotografie, listy i zapiski, skrzypce i to właściwie wszystko. Dlatego nie poznałam tradycji, obyczaju, świętowania, bo nikt mi tego nie przekazał. Dopiero wiele lat później, jako dorosła osoba, poznawałam ten zapomniany świat czytając prace historyków i antropologów, nawiedzając monastery i cerkwie i było to jak uczenie się zapomnianego języka. Do pustego dotychczas nieba powrócili surowy Bóg Ojciec wraz z Bogurodzicą, świętymi i chórami aniołów. Powróciło nadprzyrodzone, porzucone, zapomniane.

Wiem za to, co przekazała mi polska część rodziny. Niebo nie było pustką, był na nim miłujący Bóg, były obrazki Matki Bożej Karmiącej (to w kuchni) i św. Małej św. Teresy z krucyfiksem i naręczem róż. I była wigilia, owszem z choinką, ale najważniejsze było podzielenie się opłatkiem, przebaczenia, zawieszenie sporów i śpiewanie kolęd o Dziecku, Które rodzi się żeby nas uratować, więc ma moc naprawienia całego zła świata. Nie ma nic piękniejszego od tego przekazu, nie ma większego ciepła, nadziei, sensu, który by go przewyższał.

Słucham opowieści powigilijnych rodziców i dziadków mam poczucie deja vu, bo ja już byłam tam, dokąd udają się młodzi. Wiem, ile jest cierpienia i samotności, rozpaczy i poczucia nienaprawialnej winy na ziemi jałowej, do której podążają. Wciąż mam poczucie, że wszystkiego nie przemyśleli, że nie wiedzą, co tracą lub już utracili. Może jeszcze zawrócą, może ockną się i zrozumieją. Rzecz jasna, wigilijne menu to tak naprawdę jest sprawą wtórną, może być wiele potraw na stole. Nie chodzi i sprawy zewnętrzne, one są tylko sygnałem, najważniejszy jest płomień, który pali się lub tli wewnątrz człowieka – to on daje skałę życia, wyznacza kierunki, dzięki niemu powstała wspaniała cywilizacja i liczne kultury, a także kuchnia i zwykła codzienność. Najważniejszy jest ten płomień. Dzięki niemu wszystkie wigilie były i będą prawdziwe.


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę