Dlaczego chodzimy?

Dziecko zapytało kiedyś ojca: Tato, dlaczego ci ludzie na rynku tak chodzą i chodzą za księdzem w Boże Ciało? – Ojciec przyznał, że nie wiedział co odpowiedzieć. Kilka lat później przestał „chodzić”.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego chodzimy?
Dziecko zapytało kiedyś ojca: Tato, dlaczego ci ludzie na rynku tak chodzą i chodzą za księdzem w Boże Ciało? – Ojciec przyznał, że nie wiedział co odpowiedzieć. Kilka lat później przestał „chodzić”.

Gdyby ktoś zupełnie niewtajemniczony zapytał o procesję Bożego Ciała, to co mu powiemy? Monstrancja, ukryty w niej biały opłatek, ksiądz w uroczystych szatach, pięknie haftowany baldachim, odświętnie odziany tłum, dziewczynki w białych sukniach sypią płatki róż, wszyscy idą ulicami od ołtarza do ołtarza, a tych ołtarzy jest cztery. Wszyscy to widzą. Ale żeby to wszystko wyjaśnić, konieczna jest choćby krótka opowieść o Jezusie, który był Bogiem i który, żeby odkupić ludzkie grzechy i stworzyć ludziom szansę powrotu do utraconej harmonii, zginął straszną śmiercią niewolnika na krzyżu, ale wcześniej zebrał swych uczniów i ofiarował im pamiątkę, wyprzedzając to, co się niebawem stanie – Swoje Ciało i Krew. Polecił im celebrowanie tej pamiątki i ustanowił Dwunastu, przyjął kielich cierpienia od Ojca, przeszedł męczarnię i odrzucenie, zmarł na krzyżu i po złożeniu do grobu trzeciego dnia zmartwychwstał.

Tyle można powiedzieć o powodach i korzeniach tego święta. Dorzucić rys historyczny, wspomnieć o św. Juliannie i jej objawieniach, o tym, że jej intuicję podjęli uczeni teologowie, w diecezji Liege po raz pierwszy obchodzono to święto, a w Polsce od XIV wieku. I że świętowanie w ciągu wieków wytworzyło specyficzne rytuały i zwyczaje, że było też ukrytą polemiką z heretykami, którzy kwestionowali prawdę o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, ale że jest w nim posmak tryumfu, ale nade wszystko – jest publicznym świadectwem wiary, która tkwi w głębi serca „chodzących”. Tak naprawdę każde święto kościelne zawiera w sobie historię Wcielenia, życia ziemskiego, śmierci i chwalebnego Zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, ale to różni się od innych zasadniczo – wszystkie celebrowane są w murach świątyni, co najwyżej na jej dziedzińcu, a tu wychodzi się na ulice i place, wyłącza ruch, służby porządkowe się włączają… Dlaczego?

Z powodu wiary w Obecność. Z tego, że to nie biały opłatek, a Osoba. Z tego bierze się wszystko. A w uczestnikach od wieków odbija się pogłos wszystkich spotkań z Jezusem, gdy Ten chodził po ziemi i które skwapliwie odnotowują Ewangeliści. Gdy raz się Go spotka, zmienia się wszystko, zostawia biznes i doczesne sprawy, idzie za Nim, bo inaczej nie można, życie utraciłoby smak i w sumie nie ma gdzie iść i choć to krok ryzykowny i niepewny, zmieniają się wszystkie trajektorie, a człowiek traci kontrolę. Ale to nie wszystko. Gdy się Go spotka, nie można tego skarbu zachować dla siebie, to spotkanie jest szczęściem, które rozsadza od środka i każe mówić napotkanym ludziom „Spotkaliśmy Pana”, „On jest Mesjaszem”, „jest Emmanuelem, Bogiem z nami”.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Zróbcie Mu miejsce

 

A po Jego śmierci nie przestaje zadziwiać kolejnych wyznawców, tak że nie wystarczy im świątynia, trzeba z tym wyjść, podzielić się radością, zachwytem i dumą. Z wiary idzie się na tę procesję. Z wdzięczności i nieustającego zdumienia, że jest tak blisko i że wciąż przybywa – Święty nad Świętymi, Pan i Stwórca świata, choć ukryty i bezbronny w ludzkich rękach.

Z powodu wiary wychodzimy i odbywamy tę niezrozumiałą dla postronnych, a tak pełną znaczeń wędrówkę. I dopóki wiara będzie w nas, będzie nas do tego mobilizować.  

Z powodu wiary wychodzimy i odbywamy tę niezrozumiałą dla postronnych, a tak pełną znaczeń wędrówkę. I dopóki wiara będzie w nas, będzie nas do tego mobilizować.  

Ta demonstracja może ustać tylko z dwóch powodów. Ponieważ władze tego świata jej zabronią i dzieje totalitaryzmów pokazują, że zazdrośni o całkowite panowania Boga, pragnący zająć Jego miejsce, będą próbować zepchnąć ją w sferę prywatną. Tak działo się we wszystkich krajach, w których ludzie są zniewoleni – procesje znikają, bo są zakazane, rozpoczyna się czas prześladowań i katakumbowych wyznawców.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Święto, którego brakowało samemu Chrystusowi

 

Wbrew temu, co się może wydawać, nie jest to najgorszy scenariusz. Jest powód znacznie gorszy, najgorszy. Ten wariant ma miejsce wówczas, gdy ojciec nie potrafi odpowiedzieć dziecku na pytanie, dlaczego ci ludzie tak chodzą. Gdy odpowiedź nie wypływa z wiary, a z automatyzmu tradycji, przyzwyczajenia, letniości, zaczyna się chwiejność. Lub z lęku przed śmiesznością, szyderstwem wszystko wiedzących modnisiów lub atakiem bluźnierców. Albo z fałszywej pokory nakazująca, by tak się z tą swoją wiarą nie obnosić, nie paradować i pysznić…

Zdumiało mnie kiedyś, że Jan Paweł II modlił się o przymnożenie wiary w żywą obecność Chrystusa w Eucharystii. On? Ten wielki mistyk? Serio o to prosił człowiek, który żył w takiej bliskości Boga? – Tak, prosił o rzecz podstawową. Bo gdy przestaniemy chodzić z wiarą po rynku, wszelkie nasze „chodzenie” utraci cel, sens oraz smak.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Tomasz Krzyżak: Kościół musi być do bólu transparentny

Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny.

Tomasz Krzyżak
Tomasz
Krzyżak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tomasz Krzyżak: Kościół musi być do bólu transparentny
Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny.

Obejrzałem film Tomasza Sekielskiego dwa razy. Za pierwszym razem na chłodno. Poruszyły mnie relacje ofiar. Wszedłem w ich ból i cierpienie. W żaden sposób nie zaskakiwały mnie reakcje sprawców w konfrontacji ze skrzywdzonymi. Dokładnie takie jak opisywane w licznych publikacjach na ten temat. Wyłapałem parę błędów w kościelnych procedurach, kilka niedopowiedzeń reżysera. Wkurzałem się na to, że nie domyka historii, nie mówi co było dalej, że takim mechanizmem prowadzi widza do z góry określonej tezy. Mimo tych mankamentów nie da się obok tego filmu przejść obojętnie. To nie jest film antykościelny i każdy musi go zobaczyć. Tak też napisałem w swoich pierwszych relacjach.

 

Oazę w naszej parafii rozkręcił ksiądz Józef, potem był ksiądz Krzysztof, Jan, znów Krzysztof, Jerzy, Ignacy, Andrzej. Bodaj dla wszystkich nasza parafia była ich drugą placówką duszpasterską. Pracowali z nami po cztery, pięć lat.  Wspólnot było sporo. Wspólne wyjazdy na ferie, wakacje letnie. Imprezy okolicznościowe w domu katechetycznym, wieczory spędzane w mieszkaniach księży na oglądaniu filmów lub wspólna gra w tenisa stołowego na strychu parafialnego domu. Wszyscy mieli jakiś wpływ na moje życie, późniejsze wybory. Do dziś z wieloma utrzymuję kontakt, śledzę ich kościelne kariery. Kapłani właściwie bez skazy chociaż każdy jakąś swoją wadę miał.

 

A… był jeszcze ksiądz Mirosław. Karateka. Przy ołtarzu niezwykle skupiony, odprawiał mszę nabożnie bez pośpiechu. To była jego druga parafia. Na pierwszy wakacyjny wyjazd zabrał ze sobą grupkę 14-15-letnich dziewcząt z poprzedniego miejsca pracy. Mieliśmy po 15-16 lat i jakoś uwierało nas, że mieszka z tymi dziewczynami w pokoju. Ich opiekunką była Malwina – starsza od nas o jakieś dwa, maksymalnie trzy lata. Była siostrą księdza. Po roku ksiądz Mirek zniknął z naszej parafii. Po latach dowiedziałem się, że zrzucił sutannę, ożenił się z ową Malwiną, mają dzieci. Kiedyś zadzwonił do mnie nie wiedząc, że ja to ja. Pracował w jakimś przedsiębiorstwie samochodowym, a ja przygotowywałem kolejną pielgrzymkę na Jasną Górę. Chciał nam zaproponować usługi. Spotkaliśmy się. Nie poznał.

Twarze tych księży miałem przed oczami przez cały czas oglądania filmu „Tylko nie mów nikomu” po raz drugi. I nie wiem dlaczego, ale cały czas kołatało się w mojej głowie pytanie: który? Któryś z Krzysztofów, Jan, Jerzy, Andrzej? A może ów Mirek? Ale przecież…

Potem otworzyłem w internecie tzw. kościelną mapę pedofilii w Polsce fundacji „Nie lękajcie się”. A tam nazwa mojej miejscowości z dzieciństwa i wczesnej młodości z informacją, że do fundacji zgłosiła się osoba, która w latach 90. miała być molestowana seksualnie przez jakiegoś księdza z tej właśnie parafii. Szok. I znów pytanie: który?  Nie wiem. Sam nigdy nie zauważyłem u żadnego z tych kapłanów niepokojących zachowań. Nawet dziś nie potrafię sobie takich przypomnieć. W kurii nikt nic nie słyszał, żadna ofiara molestowania do nich się nie zgłosiła.

 

Ale oprócz pytania o to który, równie natrętne jest kto? Przed oczami przebiegają mi twarze koleżanek i kolegów z tamtych czasów, wracają różne – głównie miłe – wspomnienia. A jeśli ktoś z nich żyje z traumą, jeśli ktoś z nich tłumi w sobie ból, nie potrafi go z siebie wyrzucić. Co zrobić? Jak mogę ewentualnie pomóc? Ale komu? Czy ten ktoś jeszcze jest w Kościele? Widzę tamte twarze…

 

Skrzywdzeni, którzy odważyli się mówić w filmie Sekielskiego, są dla mnie Bohaterami. Tak, przez duże „b”. Podziwiam ich odwagę, by opowiedzieć nam wszystkim o tym co przeszli, jaki wpływ na ich życie ma trauma z dzieciństwa. I wiem, że czas nie leczy żadnych ran. I wiem, że musimy zrobić wszystko, by to się więcej nie powtórzyło. Tak, my wszyscy. Bo wszyscy jesteśmy Kościołem. Biskupi, księża i wierni. Tylko razem możemy dokonać oczyszczenia i razem robić wszystko dla ochrony dzieci. I dobrze, że ten film powstał. Bo liczę na to, że ci którzy tego nie rozumieją wreszcie pojmą.

 

Zacząłem od kapłanów. Który? Cień podejrzenia padł na wszystkich. Dokonałem generalizacji. I tej generalizacji dokonuje wiele osób. Przewinienia nielicznych spadają na wszystkich. Wszyscy chodzą dziś ze swego rodzaju piętnem. Czują wstyd, że ich współbracia zdradzili. Ale też zastanawiają się nad tym jak odzyskać nasze zaufanie. Nie da się tego zrobić bez oczyszczenia stada. Chrystus mówił: „jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego”. To jest wystarczająca wskazówka. To jest cała procedura, która zastępuje wszystkie wytyczne.

 

Żadnego zaufania nie uda się odzyskać dopóki Kościół nie zwróci się w stronę człowieka. Dopóki nie będzie do bólu transparentny. Na wszystkich polach – także w odniesieniu do finansów. Im więcej jawności – tym lepiej. Tam gdzie sekret jest niepotrzebny trzeba go wreszcie porzucić! Cień podejrzenia spadnie z księdza Józefa, obu Krzysztofów, Jana, Ignacego, Andrzeja, Jerzego i tego Mirka, który sutanny już nie nosi.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Tomasz Krzyżak

Tomasz Krzyżak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Krzyżak
Tomasz
Krzyżak
zobacz artykuly tego autora >