Niedzielne rytuały

Co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia? Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Pamiętam z dzieciństwa rodzaj pozytywnego napięcia, który towarzyszył nadejściu niedzieli. Pamiętam też rytuał tego dnia. Dziadka golącego się przed poranną Mszą, „niedzielne” ubrania wyciągane z szafy, kobiety przed wejściem do wiejskiego kościoła zmieniające buty, bo przecież w tych, w których wędrowały po zakurzonych bądź zabłoconych (w zależności od aury) ścieżkach, na Mszę wejść nie wypadało. Po Mszy był świąteczny obiad, po nim spotkania z rodziną lub znajomymi. Niedziela z wczesnego dzieciństwa kojarzy mi się ciepło, radośnie i odświętnie. Te czasy, rytuały, zapewne wyidealizowane dziecięcym spojrzeniem, nie wrócą i nie ma się co nad tym rozczulać. Zastanawiam się jednak co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia. Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu, ale też aby załatwić wszystkie sprawy, na które po pracy nie starcza czasu, nadrobić różne domowe czy zawodowe zaległości.

Tak się składa, że dużą część mojej zawodowej pracy wykonuję w domu. Ma to swoje zalety, ale i wady. Do tych ostatnich należy niebezpieczeństwo zawłaszczania przez pracę czasu dla bliskich. Zapewne zdarza się i wam (piszę to z nadzieją, że nie jestem jedyny) zostawić coś na później. Przecież jest jeszcze trochę czasu. W końcu jednak okazuje się, że nadchodzi niedzielne popołudnie lub wieczór, a rzeczy, które muszą być zrobione na poniedziałek, nadal zrobione nie są. Po kolejnej takiej niedzieli przed następną zamiast pozytywnego napięcia pojawia się zniechęcenie. Nie mówiąc już o trosce o religijny wymiar tego dnia. Niedziela staje się wtedy pierwszym dniem tygodnia pracy. Co prawda jest ona pierwszym dniem tygodnia, ale Kościołowi, kiedy na świętowanie tego dnia się decydował, raczej nie o taką interpretację chodziło. Moja żona, która pracuje w podobnym zawodzie, również przynosi do domu pracę. Jest jednak ode mnie zdecydowanie lepiej zorganizowaną osobą, a przy tym niedzielnej pracy nie uznaje. Co więcej, skutecznie torpeduje wszelkie moje próby wykonywania jej w ten dzień, przypominając zasłyszane od znajomego żartobliwe powiedzenie: „Pamiętaj, w niedzielę praca w g…o się obraca”. Pobożni Żydzi w szabat nie mogą wykonywać 39 czynności, m.in. rozpalać ognia, sprzątać, podróżować na duże odległości, zdobywać pożywienia. Jezus też zachowywał szabat. Tępił co prawda u faryzeuszy przywiązanie do litery Prawa, ale w ten dzień również odpoczywał i chodził do synagogi.

Niedziela szabatem nie jest, ale być może warto postanowić sobie, że w ten dzień pewne rzeczy sobie odpuścimy. Może łatwiej nam będzie wtedy odnaleźć prawdziwy sens tego dnia.

Niedziela to nie tylko „nie-działanie”. „Od uczniów Chrystusa oczekuje się – pisał Jan Paweł II – by nie mylili świętowania niedzieli, które powinno być prawdziwym uświęceniem dnia Pańskiego, z «zakończeniem tygodnia», rozumianym zasadniczo jako czas odpoczynku i rozrywki”.

Niedzielne rytuały

Chciałbym, aby moi kilkuletni synowie, tak jak ja w ich wieku, z niecierpliwością oczekiwali niedzieli, wspólnego wyjścia na Mszę, czasu spędzonego razem. W tygodniu trudno nieraz znaleźć czas na wspólne rodzinne wyjście, w niedzielę jest to możliwe. Staramy się więc z wszelkimi domowymi pracami, porządkami i zakupami uporać w sobotę, by uwolnić niedzielę od pośpiechu, od nerwów, od niepotrzebnego spinania się, żeby z czymś lub gdzieś zdążyć. Śpieszymy się przecież cały tydzień.

W niedzielę mamy dzięki temu więcej czasu na to, by znaleźć choć część odpowiedzi na pytania mojego pięciolatka typu: jakie auto jedzie szybciej na szutrze, a jakie na asfalcie, jak długa jest szczęka wieloryba i gdzie dokładnie przebiega granica między oceanami…

Jest czas na męskie zapasy na podłodze i na czytanie książek. Jest też czas, żeby bez pośpiechu wybrać się do kościoła. Żeby siąść kilka minut przed Mszą w ławce i pooglądać figurki aniołów czy świętych, żeby powiedzieć, o czym dziś ksiądz będzie czytał na Mszy. Nie zawsze wszystko wychodzi, ale wiem, że warto się starać.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Niedziela z dedykacją

Wędrówka do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela nie jest wolna od rutyny, choć – jak donoszą pielgrzymie relacje – każdy dzień drogi jest na swój sposób niezwykły. Jednak również na camino zdarzają się niedziele, które są... jeszcze bardziej niezwykłe?

Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >

Cud w galicyjskiej dziurze

To było dokładnie tydzień przed Santiago, w górzystej hiszpańskiej Galicji. Moje dwie koleżanki i ja dziennie pokonywałyśmy około 25 kilometrów, lecz w niedzielę postanowiłyśmy zafundować swoim nogom mały odpoczynek. Górska wspinaczka zapowiadała się dość wyczerpująco, więc postanowiłyśmy skrócić naszą codzienną porcję kilometrów do 11. Bez pośpiechu pokonywałyśmy więc górską trasę podziwiając nieprzeciętnie piękną galicyjską florę. Od kilku dni potrzebowałam spowiedzi, lecz w hiszpańskich kościołach próżno szukać księdza w wieku poniżej 60 lat, który znałby angielski. Mój hiszpański pozostawiał bardzo wiele do życzenia, a ostatni polski kapłan wyprzedził nas jakieś dwa tygodnie temu. Z taką niezbyt optymistyczną myślą dotarłam do O Cebreiro. Taka typowa galicyjska „dziura”: kilka domków, schronisko dla pielgrzymów, mały kościół. Tamtejsi franciszkanie wydawali się wyjątkowo otwarci na wielokulturowość camino, o czym świadczyła tablica ogłoszeń w czterech językach. Pojawiła się realna szansa na spowiedź po angielsku. Postanowiłam, że po Mszy o taką właśnie poproszę. Koleżanka zażartowała: „Zawsze możesz poprosić o spowiedź po polsku”. Roześmiałam się i ja. Jednak, kiedy po Mszy ksiądz ogłosił, że wśród koncelebransów znajduję się Polak, odzyskałam powagę. Za kilka minut spowiadałam się w ojczystym języku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przydarzyło się to w miejscu najmniej prawdopodobnym. W najmniejszej – choć i najbardziej urokliwej – „dziurze” na mapie naszego Camino de Santiago.

Niedziela z dedykacją

 Nie tylko "święto nakazane"

Ale to nie był koniec małych niedzielnych cudów. Po powrocie z kościoła nieoczekiwanie spotkałyśmy kolegę Czecha, widzianego ostatni raz dobre dwa tygodnie temu. Do tego dołączyli nasi ulubieni Francuzi, panie ze Skandynawii, z którymi w końcu udało się porozmawiać oraz trzy Polki. Tego popołudnia zebrało się w schronisku doborowe towarzystwo z camino, co samo w sobie było już doskonałym powodem do świętowania. Wszystko odbywało się w bajkowej, górskiej scenerii. Bo nie codziennie można beztrosko posiedzieć na murku, który z powodzeniem mógłby pełnić funkcję tarasu widokowego i pogawędzić po angielsko-czesko-polsku. Obiad też smakował wyjątkowo. Być może dlatego, że nie musiałyśmy spieszyć się na nocleg, ale można było dłużej podelektować się swoim towarzystwem, które jakoś nie zbrzydło po 20 dniach wspólnej wędrówki. Potem włóczęga po sklepach z pamiątkami na jedynej uliczce miasteczka i czas, który nigdzie nie zamierzał uciekać. Każdy element tego dnia miał w sobie coś świątecznego. Spojrzałam na swój rozładowany, całkowicie bezużyteczny telefon. „Jeśli tutaj moja ładowarka zadziała – pomyślałam uśmiechając się do własnych myśli – uwierzę chyba w każdy cud”. Za chwilę mój telefon ładował się jak gdyby nigdy nic… Ale nie chodzi tutaj o cudowne uzdrowienie ładowarki czy nawet spowiedź po polsku w najmniejszej z hiszpańskich miejscowości. Czasem są takie dni, które chyba otrzymujemy ze specjalną dedykacją. Jakby Ktoś przesyłał nam uśmiech razem z wiadomością, że niedziela to nie tyle „święto nakazane” co starannie przygotowany prezent. Niespodzianka, którą ów tajemniczy Ktoś chce po prostu sprawić nam radość.

Niedziela z dedykacją

Marta Arbatowska

Marta Arbatowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marta Arbatowska
Marta
Arbatowska
zobacz artykuly tego autora >