Dlaczego tłusty i dlaczego czwartek?

"Kiej ostatki, to ostatki, Niech się trzęsą babskie zadki!”.

Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >

Czytając słowa jednej z ludowych przyśpiewek można się spodziewać, że Tłusty Czwartek kiedyś obchodzony był z większym, i to nie tylko kulinarnym, rozmachem. Dziś jemy pączki i chrust zapominając o jeszcze niedawno poczynionych noworocznych postanowieniach: „będę jeść mniej”, „zacznę żyć zdrowo i ćwiczyć regularnie”.

No dobrze, a skąd właściwie pomysł na Tłusty Czwartek? Okazuje się, że w niektórych krajach na odrobinę szaleństwa ludzie pozwalają sobie tylko we wtorek poprzedzający Środę Popielcową, a zwyczaje Tłustego Czwartku są im zupełnie obce.

Rzeczywiście, pierwotnie hucznie obchodzono pożegnanie z karnawałem we wtorek. Ale jak to bywa, i dziś, gdy zabawa zaczęła się rozkręcać trzeba było ją kończyć bo wybijała północ. Dlatego nasi pomysłowi dziadowie zaczęli żegnać karnawał od poniedziałku. Niestety, ale i to co bardziej zabawowo nastawionym przodkom wydawało się zbyt krótkim czasem na „godne” rozstanie z pląsami i wykwintniejszym menu. No więc może od niedzieli –  z niedzielą problem był taki, że jako dzień święty wymagała należnej świątecznej oprawy i przygotowania, które rozpoczynało się już od sobotniego popołudnia. No więc również źle! Piątek? Piątek na pamiątkę dnia śmierci Jezusa wymagał powagi, więc hulanek trzeba było w ten dzień zaprzestać.

Został więc czwartek jako najodpowiedniejszy dzień na rozpoczęcie rozstawania się z karnawałem. Oj, nasi dziadowie mieli fantazję!

A właściwie fantazję miały nasze babki, bo do XIX wieku Tłusty Czwartek zwany też Combrem, był dniem zarezerwowanym dla kobiet, w którym to właśnie one przejmowały rządy.

Tańcom i przyśpiewkom nie było końca.

Nazwa Comber nie została zaczerpnięta od przyprawy jakiej używamy w kuchni – czyli od cząbru (co mogłoby pchać nasze rozumowanie w kierunku kobiecych rewirów, czyli kuchni), ani od części półtuszy z okolicy lędźwiowej – o czym mogłyby świadczyć trzęsące się zadki z cytowanej przyśpiewki.

Nazwę zaczerpnięto od niemieckich określeń zampern, schampern lub schempern, oznaczających dosłownie „swawolenie w maskach na ulicy”.

Dlaczego tłusty i dlaczego czwartek?

Swawoliły dodajmy kobiety, a „w skórę” dostawali przede wszystkim kawalerowie. Tych, którym nie udało się umknąć przywiązywały do drewnianej belki, którą młodzi mężczyźni mieli za sobą ciągnąć po wiosce lub miasteczku. Była to „delikatna” sugestia by mężczyźni porzucili kawalerski stan, gdyż w małżeństwie będzie im lżej i nikt im combrów – bo tak nazywano również ciągnięte belki – wiązać nie będzie. Trzeba przyznać, że nasze prababki może najsubtelniejsze nie były, ale działania perswazyjne wychodziły im nieźle!

W niektórych regionach w tym dniu przygotowywano kukłę zwaną również Combrem lub Judaszem, a uosabiającą wszelkie wady ducha i ciała mężów, ojców, braci czy narzeczonych. Gdy zabawa sięgała zenitu, kobiety wśród śpiewów i tańców niszczyły kukłę, co miało symbolizować zwycięstwo kobiecego wdzięku, sprytu i powabu nad męskim nieokrzesanym światem.

Ale wróćmy do pączków, bo przecież to one na dzień dzisiejszy wygrywają historyczno-obyczajową batalię o symbol Tłustego Czwartku! Nieustające spory o pierwszeństwo w „wynalezieniu” pączków nie prowadzą do jakichkolwiek pewnych ustaleń.

O kreplach (czyli o pączkach właśnie) pisał już Mikołaj Rej w „Żywocie człowieka poczciwego”:

„Mnieysi stanowie pieką kreple, więtsi torty”.

Pączki znajdujemy też w „Opisie obyczajów i dziejów za panowania Augusta III” ks. Jędrzeja Kitowicza (1727-1804), pamiętnikarza i historyka, który odnotował:

„Staroświeckim pączkiem trafiwszy w oko mógłby go podsinić."

Zwolennicy rzymskiej teorii pochodzenia pączka odnajdą recepturę do jego przygotowania w dziele Marka Porcjusza Katona „O gospodarstwie wiejskim” datowanym na 149 r. p.n.e.!!!!

Obecnie nie zdajemy sobie sprawy, ale kończące post, odbywające się z dyskretnym przyzwoleniem Kościoła obżarstwo, miało również wymiar ekonomiczny. Pączki, faworki oraz tłuste racuchy były doskonałym sposobem pozbycia się zmagazynowanego na zimę tłuszczu i innych produktów pochodzenia zwierzęcego.

Dlaczego tłusty i dlaczego czwartek?

„Kto z pogardy dla chrześcijaństwa nie zachowuje czterdziestodniowego postu, winien umrzeć” – czytamy w średniowiecznych pismach.

Te gromiące lud słowa niewątpliwie mobilizowały do tego, by zrezygnować z jedzenia mięsa, ale i pozostałych produktów, takich jak:  jajka, mleko, ser, masło, smalec, zalegających w spiżarniach i wodzących na pokuszenie słabe ciało.

Na kilka dni przed Popielcem rozpoczynało się więc wielkie smażenie i gotowanie. Nie można się najeść na zapas, ale spróbować zawsze warto, stąd kilkudniowy maraton kulinarny urządzany przed nastaniem postu.

Dziś pewnie żadna z pań nie przyczepi koledze lub bratu belki by ją ciągnął za sobą po mieście (oczywiście tylko z tego powodu, że nie ma jej aktualnie pod ręką).

Prawdopodobnie też żadna nie zrobi kukły symbolizującej wady męskiej połowy świata.

Świat się zmienia, my mamy nową przyśpiewkę:

 „2 minuty w ustach, 2 godziny w  żołądku i całe życie w biodrach”.

Ale pączki są niezmiennie pyszne!

Smacznego!


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Iwona Podgórska

Iwona Podgórska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Iwona Podgórska
Iwona
Podgórska
zobacz artykuly tego autora >

Moja żona donosicielka

Ona – młoda, ładna, trochę głupiutka, ale nadrabiająca urokiem dwudziestoletnia dziewczyna. On – starszy, poważny, wykształcony intelektualista, literat obracający się pośród kulturalnej śmietanki towarzyskiej Warszawy. I ten trzeci – gwałtowny, agresywny, młody i przystojny oficer SB

Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

„- Bo widzi pan ja nawet sama coś tam próbuję. To znaczy pisać.

 – Naprawdę?

 – Tak, ale to takie skromne próby są, narazie i….

 – Proszę mi to kiedyś pokazać”.

Tak zaczęła się bliższa znajomość Różyczki i konfidenta.

Jan Kidawa-Błoński zaprzeczał, aby „Różyczka”, którą wyreżyserował i która zdobyła Złote Lwy na 35. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni miała cokolwiek wspólnego z historią drugiej żony Pawła Jasienicy.

Ewa Beynar-Czeczott, córka Jasienicy, przez swoich prawników blokowała wywiady i teksty dotyczące filmu, w których pojawiała się choćby sugestia, że Różyczka to Nena O'Bretenny.

Spór i żywe emocje wokół tej historii skutecznie podgrzewały zainteresowanie filmem i przypomniały młodszym widzom czasy, w których donos był wyrazem patriotyzmu i oddania jedynie słusznej partii.

W filmie Kidawy-Błońskiego śledzimy zgrabnie opowiedzianą historię miłosnego trójkąta.

Ona jest młodą, ładną, trochę głupiutką, ale nadrabiającą urokiem dwudziestoletnią dziewczyną. On to starszy, poważny, wykształcony intelektualista, literat obracający się pośród kulturalnej śmietanki towarzyskiej Warszawy. I ten trzeci: gwałtowny, agresywny, młody i przystojny oficer SB, całkowicie podległy partyjnej doktrynie.

To właśnie Roman, pod dyktando swojego przełożonego nakłania Kamilę, aby inwigilowała Adama Warczewskiego. Ona nie widzi w tym nic złego, chętnie chodzi na spotkania środowisk twórczych, dokładnie i z zaangażowaniem opisuje ich przebieg.

Jak na ironię to właśnie „pisanie” będzie tym, co zbliży dziewczynę do literata. „Bo wie Pan, ja też piszę” mówi Kamila i to akurat nie jest kłamstwo. Bo ona pisze… donosy. Ale Roman nie jest zadowolony. Raporty są za słabe, nie ma w nich sensacji.

Kamila powoli zaczyna rozumieć, że jest tylko instrumentem w rękach ukochanego, ale wchodzi w ten układ. Czuje się ważna. Ma informacje, więc ma władzę. Nie robi tego dla pieniędzy czy nagród, lubi ten moment, gdy oddaje maszynopis Romanowi.

Donosy pisze w nocy, zawzięcie uderzając w klawisze maszyny. Kiedy już mieszka z Warczewskim często pisze w łazience, nie chce, aby ją ktoś przyłapał.

Po mieście zaczynają chodzić słuchy, że Kamila to T.W., ale Adam nie bierze tego na poważnie.

W końcu jednak dziewczyna zostaje zdekonspirowana, a finał tej filmowej historii jest dramatyczny.

Ile jest Pawła Jasienicy w Adamie Warczewskim, a Neny O'Bretenny w Kamili Sypniewskiej łatwo stwierdzić.

Ile żon donosiło na swoich mężów, ilu sąsiadów pisało raporty na siebie nawzajem, ile osób spotykało się z oficerami SB, aby opowiadać o swoich przyjaciołach czy znajomych również można sprawdzić w archiwach IPN.

Moja żona donosicielka

Wiedza ukryta w teczkach jest przerażająca i bolesna dla tych, których dotyczy i dla ich bliskich. Ciężko sobie nawet wyobrazić co mogła czuć Ewa Beynar-Czeczott, kiedy dowiedziała się, że osoba, którą uważała za członka rodziny była nim tylko dlatego, że tak kazał jej zrobić oficer SB. Że przybrana matka ostatni donos napisała na ojca w dniu jego śmierci. Że brała za to pieniądze i prezenty. Były oczywiście pogłoski, że Nena to tak naprawdę T.W. o pseudonimach „Ewa” i „Max”, ale zaufanie było silniejsze niż pomówienia. Nie wiadomo nawet czy Nena zdawała sobie sprawę z krzywdy, jaką wyrządzają ludziom, donosiła przecież nie tylko na Pawła Jasienicę. Osoby, które ją znały twierdzą, że nie potrafiła odróżnić dobra od zła. Może do końca (zmarła w 1997 roku) była przekonana, że właśnie tego od niej wówczas oczekiwała Polska.

W filmie „Różyczka” Kamila dojrzewa. Z trzpiotowatego dziecka zmienia się w świadomą kobietę. Wie co jest dobre, a co złe. Żałuje i dostaje przebaczenie. Filmowa historia jest jednowymiarowa fabularnie, ale pod tą warstwą pokazuje duchowe dojrzewanie. Rodzenie się świadomości. Też tej historycznej. Warczewski na jednym z wykładów przytacza słowa Cycerona: „Kto nie zna historii zawsze będzie dzieckiem” i dodaje, że z jego perspektywy to nic złego. On nawet zazdrości tym nieświadomym dzieciom.

Z każdym oddanym raportem Kamila coraz bardziej przestaje być dzieckiem. Przestaje być oddanym T.W. o pseudonimie „Różyczka".

Udaje jej się uciec z systemu, który podważa wszelką moralność i z donosu robi zasługę. Płaci za to ogromną cenę, ale wie, dlaczego. Nie jest już dzieckiem.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Monika Bartys

Monika Bartys

Monika Bartys – zaczęła czytać w wieku trzech lat. Czytała wszystko: od książeczek o Misiu Uszatku po instrukcje obsługi. Rodzice trochę się o nią martwili i w efekcie zapisali na naukę gry na akordeonie. Oczywiście czytanie nut przegrało z czytaniem liter. Kiedy ukończyła polonistykę przez jakiś czas uczyła małe dzieci. Obecnie namawia wszystkich do czytania i kupowania książek. Prywatnie jest szczęśliwą mamą. W wolnych chwilach śpi lub… czyta.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >