Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

Józef wiedział, że jeśli warto na coś w życiu postawić, za czym iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: “Bóg z nami”. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus (Mt 1,18-25).

Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

Kadr z filmu The Nativity Story

Wyobraźmy sobie teraz opisaną przez Mateusza sytuację.

Młodzi małżonkowie, Józef i Maryja, przygotowują się powoli do drugiego etapu związku małżeńskiego: przeprowadzki panny młodej do domu pana młodego.

Spróbujmy zburzyć tę sielankę. Bo o tym jest tak naprawdę tekst Mateusza.

Jeśli wszystko toczyło według żydowskich obyczajów (a nic nie wskazuje na to, że było inaczej) to młodzi małżonkowie nie mieli więcej niż 20 lat. O ile młodziutką Maryję jeszcze sobie wyobrazimy, o tyle Józef – nastolatek jakoś nie pasuje do naszych obrazów przechowywanych skrzętnie od dzieciństwa, skoro odkąd pamiętamy „Józef stary Dzieciątko piastuje” (jak to śpiewamy w pobożnej kolędzie).

Józef dowiaduje się nagle, że jego młoda żona jest w ciąży. I Józef wie, że to Dziecko nie jest jego. Skąd się dowiedział? Musiał pewnie zobaczyć, że Maryja jest brzemienna. Pomyślmy o tej młodej małżonce, która w ciążę zaszła kilka miesięcy wcześniej w sposób niewytłumaczalny dla człowieka: jak ma to wyjaśnić swemu mężowi? Że przyszedł do niej Gabriel? To pierwsza próba Maryi – próba milczenia i czekania, co z tym wszystkim zrobi Bóg. I jak zareaguje Józef.

A młody małżonek myśli ma jak najbardziej naturalne: skoro jest w ciąży, to musi spotykać się z innym mężczyzną. Dopuściła się grzechu cudzołóstwa. Karą za taki czyn jest śmierć – kamienowanie. Józef nie chce do tego dopuścić. Decyduje się: skoro kocha innego mężczyznę, usunę się; niech ludzi gadają, że to moje Dziecko, a ja je porzuciłem. Wina spadnie na mnie. I Józef zasypia, choć sen nie jest słodki. Widać, że jednak tę kobietę po prostu kocha i żal mu, że nie będzie jego żoną. Skoro jednak się nie da…

Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

I wtedy Bóg posyła anioła. Choć to, co ma młodemu małżonkowi do zakomunikowania, jest jeszcze bardziej trudne niż wnioski, do których doszedł sam Józef. Otóż żona go nie zdradziła, a Dziecko poczęło się za sprawą Ducha Świętego (co Józef z tego zrozumiał? Czy o wiele więcej niż my?) Ma w każdym razie nie zostawiać Maryi, jest jej potrzebny, a ona jest jego żoną; ma się nie bać i zamieszkać z nią razem, ma nadać imię Jej Synowi, imię Jezus, bo to On zbawi, czyli uratuje, ludzi od grzechów.

Trochę tego dużo jak na zakochanego nastolatka.

Czego Józefowi tutaj potrzeba? Cnoty, która dziś postawiona do kąta, nie jest zbyt często przywoływana w pobożnych kręgach. A potrzeba mu cnoty męstwa.

Dlaczego męstwa? Bo miłość do kobiety okazała się inna niż się spodziewał – o wiele bardziej wymagająca, mniej zgodna z jego wyobrażeniami, a zatem nieznana i trudna. Że Dziecko, na które czekał, jest inne niż sobie wyobrażał. Nie żeby go zawiodło, ale przecież miało być inaczej…

Józef jednak instynktownie czuje, że jeśli warto na coś w życiu postawić i coś, za czym warto przez całe życie iść, to jest to miłość właśnie, nawet jeśli wymaga ona radykalnej przebudowy życia. Taka decyzja, pełne ryzyka, zdecydowania się na nieznane, założenie Rodziny, która będzie inna niż chciał (i może przez to będzie taka… Święta) wymaga od niego męstwa dnia codziennego, powszedniej odwagi – nie spektakularnego czynu, ale podjęcia codziennego trudu bycia mężem i, co tu kryć, ojcem.

Józef. Jak kocha prawdziwy mężczyzna?

Bez odwagi i męstwa Józefa nie byłoby Betlejem jakie znamy dzisiaj. Bóg z pewnością by sobie poradził, ale o ile bylibyśmy ubożsi, ubożsi o świętego Józefa, człowieka, który wiedział, czego chciał i który wiele poświęcił, aby to uzyskać.

Józef nie mówi ani słowa w całej Ewangelii. Może jednak możemy zobaczyć migawkę z codzienności Nazaretu w stosunku Jezusa do kobiet: pełnym respektu i czci. Od kogo się go nauczył jeśli nie od swego przybranego ojca i tego, w jaki sposób on rozmawiał z żoną i sąsiadkami. Mąż sprawiedliwy, Józef, naprawdę był dla Jezusa ojcem – nie biologicznym ale kształtującym jego człowieczeństwo.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hiżycki OSB

Szymon Hiżycki OSB

Benedyktyn, najmłodszy opat w powojennej historii Tyńca, doktor teologii, specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu. Miłośnik literatury klasycznej i Ojców Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Spowiedź to nie masaż pleców

Kiedy przychodzę do spowiedzi, moje ręce są puste, a to co mogę przynieść, to jedynie moja wiara w miłosierdzie.

Jordan Śliwiński OFMCap
Jordan
Śliwiński OFMCap
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Spowiedź to nie masaż pleców

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap.

Z ojcem Piotrem Jordanem Śliwińskim, kapucynem, o tym co jest istotne i co trudne w spowiedzi rozmawia Judyta Syrek

Judyta Syrek: Ojcze, co to znaczy, że mam zadośćuczynić po spowiedzi? Mam się rozliczyć, oddać długi…?

Piotr Jordan Śliwiński OFMCap.: Nie, absolutnie nie tak. Nie możemy traktować spowiedzi na zasadzie bankowej: fifty/fifty. To znaczy, że jestem Bogu coś winny i po spowiedzi spłacam ten dług, bo wiadomo, że przed Bogiem zawsze będę stawał jak totalny biedak. Kiedy przychodzę do spowiedzi, moje ręce są puste, a to co mogę przynieść, to jedynie moja wiara w miłosierdzie, które zostało nam objawione w Chrystusie umierającym na krzyżu. Przychodzę i wiem, że Bóg właśnie w Chrystusie daje mi tę wielką łaskę pochylenia się nade mną. I to nie jest tak, że sakrament pokuty oferuje mi jakieś dobre warunki, bym mógł otrzymać kolejny kredyt, totalnie nie po to przychodzi się do konfesjonału, ponieważ nikt przed Bogiem nie byłby pewnym kredytobiorcą.

Spowiedź, to po pierwsze ciągły akt miłosierdzia Bożego. A po drugie, przychodzę tu do Kogoś, kto chce mojego dobra. Muszę sobie doskonale uświadomić, że ten mój Bóg jest przede wszystkim kochającym ojcem, a więc kimś, kto chce mojego szczęścia. On, owszem, jest sprawiedliwym sędzią, ale ta jego sprawiedliwość nie wyklucza pochylenia się nade mną.

W sakramencie pokuty istotna ma być prawda i ja ją sam wyznaję, tak, jak chcę ją poznać. Ta prawda zawsze jest pokryta Bożym Miłosierdziem. Może czasami sam sobie nie potrafię wybaczyć, wiele osób ma z tym problem, natomiast Bóg wybacza zawsze, bo jest większy od nas.

Co jest istotne dla Boga?

To, że chce naszego szczęścia. Bóg widzi je inaczej niż my, w innej perspektywie. On wie, że szczęście człowieka jest jedynie wtedy możliwe, jeżeli będzie żył w jakieś relacji z Nim. I tę relację ofiarowuje nam w Chrystusie. Chrześcijaństwo mówi, że wszyscy jesteśmy usynowieni w Synu, że jesteśmy dziećmi adoptowanymi w Chrystusie, dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu. I teraz, jeżeli sobie ten obraz Chrystusa zamazujemy przez grzech, to Bóg nie jest kimś takim, kto nas odrzuci. On ciągle jest gotowy, żeby nas przyjąć. Pokazuje nam to przypowieść o Synu marnotrawnym – tu znakomicie widzimy wychylenie się, wyjście Boga ku człowiekowi.

Spowiadam się przed Bogiem, ale za tą kratką siedzi ksiądz. Co jest ważne dla kapłana?

Kapłan jest z jednej strony grzesznikiem, i też się spowiada. Co więcej, musi to robić nawet częściej, po to by uświadomił sobie, jak bardzo potrzebuje miłosierdzia Bożego. Kościół w prawie kanonicznym nakłada na księdza obowiązek regularnej spowiedzi, co dwa tygodnie. Czyli, żeby spowiednik mógł dobrze tym miłosierdziem szafować, sam powinien go doświadczać.

Z drugiej strony ksiądz jest reprezentantem Kościoła. Wierzymy, że Chrystus dał władzę odpuszczania grzechów swojemu Kościołowi, a ten wyznaczył do tego reprezentantów. I to jest istotne dla kapłana, że reprezentuje Boga i wspólnotę.

Spowiedź to nie masaż pleców

Jak powinna wyglądać nasza spowiedź?

Spowiedź ma być przede wszystkim aktem wiary. Przygotowując się do sakramentu pokuty, muszę uświadomić sobie z kim się spotykam – podkreślałem to już w wypowiedzi dla Stacji7 – a więc, w tym momencie spotykam się z Bogiem, który mi przebacza. I wierzę, że Chrystus pozostawił Kościołowi ten przywilej odpuszczania grzechów, że Kościół w imię Boga odpuszcza mi te grzechy. Wyznaję grzechy w obecności kapłana, ale de facto spotykam się z Bogiem. Wiem, że to jest trudność przy sakramencie pokuty, jednak to właśnie wiara pomaga nam dostrzec obecność Tego, który jest najważniejszy. (…)

Myślę, że ważna jest ta świadomość spotkania trzech osób, ponieważ spowiedź przez lata była rozumiana jako procedura prawno-administracyjna. Obraz był taki: przychodzę do instytucji, mówię o swoich kłopotach i otrzymuję abolicję. To wygląda prawie jak wypisywanie PIT-u. A w spowiedzi chodzi o coś zupełnie innego. Tu nie może zaginąć nam świadomość, że spowiedź to doświadczenie wspólnoty.

Najpierw jest to doświadczenie mojej wspólnoty z Bogiem. Dalej, moje doświadczenie spotkania z Kościołem, bo spowiadam się przed jego przedstawicielem kapłanem, w świątyni – konfesjonały stoją w miejscach publicznych nie po to, by utrudnić człowiekowi wyznanie tego sakramentu, ale dlatego, że spowiedź ma wymiar społeczny. Nie umawiam się w ciemnych przestrzeniach ze spowiednikiem, by w ukryciu wyznać, jaki byłem okropny, tylko przystępuję do spowiedzi w przestrzeni, gdzie inni mnie widzą. To jest bardzo ważne, żeby inni widzieli, iż wracam do tej wspólnoty, bo spowiedź w świątyni jest też pewnym rodzajem świadectwa.

Spowiedź to nie masaż pleców

Sakrament pokuty z jednej strony przywraca mnie do tej więzi z Bogiem. A z drugiej strony, pozwala mi wejść na drogę odnowienia więzi z ludźmi, bo moje zadośćuczynienie nie ma być tylko sympatycznym zadaniem religijnym, ale próbą przeciwdziałania czy wynagrodzenia tych moich grzechów. Jeżeli ktoś regularnie mówi w spowiedzi, że nie ma czasu dla najbliższych, to nawet jeżeli nie dostanie od spowiednik zadania, by znaleźć czas i poprawić relacje, sam powinien pomyśleć, co zmienić.

W fizyce uczy się tak zwanej reguły trzech palców, czyli że są trzy wektory siły i podobnie jest w przygotowaniu się do spowiedzi. Ja preferuję często taki rachunek sumienia w oparciu o trzy relacje i – podobnie jak w fizyce – żadnego palca nie może zabraknąć. Czyli, najpierw to relacja do Boga – symbolizuje ją pierwszy palec.  Jego świętość wzywa mnie, by Go naśladować: Świętymi bądźcie, jak i ja jestem święty. Drugi palec to relacja do bliźnich. W końcu trzeci to odniesienie do mnie samego.

A co zrobić, żeby przełamać w sobie wstyd, lęk przed przystąpieniem do spowiedzi? Ja nie raz miałam schiza, szczególnie tam, gdzie mało przestrzeni, że ktoś usłyszy, co mówię, poza tym, co ten ksiądz o mnie pomyśli…

Pewien wstyd i lęk zawsze będzie. Moim zdaniem pragnienie, by je wyeliminować byłoby niedorzeczne, bo kiedy staję przed lustrem i myślę o moich najgorszych grzechach, świństwach, które wyrządziłem drugiemu człowiekowi, to nigdy nie poczuję się dobrze. Jeżeli ktoś chce iść do spowiedzi i dobrze się przy tym czuć, to mogę mu jedynie powiedzieć, że spowiedź to nie jest masaż pleców. Spowiedź, to, jak podkreślałem wcześniej, stanięcie wobec prawdy swojego życia i to tej, która nie jest świetlista. A mogę stanąć wobec niej, dlatego, że wiem, iż Bóg jest po mojej stronie. To nie jest tak, że Bóg mnie tylko ocenia, że jestem sam, a przeciw mnie jest Kościół i ksiądz. Tu wszyscy są po mojej stronie, przeciwko grzechowi. Sakrament pokuty to wielka koalicja przeciwko grzechowi. Najpierw muszę być w niej ja sam – to ja muszę chcieć być z Bogiem. Jest to koalicja Boga, który wspiera, i w końcu Kościoła. Trzeba to sobie uświadomić.

Jak to jest z regularną spowiedzią? Mam się spowiadać co miesiąc czy dwa razy do roku wystarczy, jeżeli nie popełniam grzechu ciężkiego?

W regularnej spowiedzi są ważne dwie rzeczy. Po pierwsze nietrwanie w grzechu ciężkim. To jest podstawowy motyw. O tym wspomina już Sobór Trydencki: sakrament pokuty jest zwyczajnym sposobem wracania w stan łaski, jeżeli popełniłem grzech śmiertelny. Natomiast, w Kościele rozwinęła się też praktyka regularnej spowiedzi z pobożności, czyli ktoś spowiada się, choć nie ma grzechu ciężkiego i tutaj myślę, że są ważne jeszcze inne dwa momenty. Po pierwsze, że człowiek chce odrzucać wszystko to, co go oddziela od Boga, czyli grzechy, które utrudniają relację z Bogiem i człowiekiem. A po drugie, w ten sposób okazuje się miłość wobec Boga, chcę być coraz bliżej i coraz lepiej odpowiadać na przykazania oraz wyzwania, które Bóg kieruje do mnie.

W regularnej spowiedzi są różne zwyczaje, możemy się spowiadać w każdy pierwszy piątek miesiąca, ale może to być też na przykład każda druga sobota miesiąca. Myślę, że tu przede wszystkim należy się kierować sumieniem. I jeżeli zdarzyło się popełnić grzech ciężki, czyli taki, który nie pozwala mi przyjąć Eucharystii, to wtedy radziłbym jak najszybciej przystąpić do sakramentu pokuty, nie czekać na pierwszy piątek lub sobotę.

Spowiedź to nie masaż pleców

Regularność jest formą pomocy. Odcinek miesięczny może być bardzo dobry, ale nie trzeba się skrupulatnie trzymać dni miesiąca. Na pewno ważne jest, żeby kapłan żył intensywnie życiem duchowym i częstsza spowiedź jest dla niego najlepszą formą pomocy. Pomaga też stały spowiednik. Czasami spowiedź zaczyna się ocierać o kierownictwo duchowe. Dalej, ważna też jest praktyka częstego rachunku sumienia. Mnisi czynili w starożytności nawet dwa razy na dzień rachunek sumienia – ale dobry spowiednik będzie sam potrafił doradzić, jak często powinno się go przeprowadzać. Rachunku sumienia na pewno trzeba się nauczyć, to nie jest łatwe.

Jeżeli z tych wszystkich pomocy korzystamy, to sakrament pokuty zaczyna być owocnie przeżywany i pomaga nam w rozwoju.

Czyli można powiedzieć, że bez regularnej spowiedzi, nie ma co liczyć na dobry rozwój życia duchowego?…

…wie Pani, Bóg jest nieskończony i każdy może powiedzieć, że Abraham się nie spowiadał, a mimo to prowadził intensywne życie duchowe. Myślę, że jeżeli ktoś ma tego typu środki, o których tu rozmawiamy, to powinien z nich korzystać, bo jest to normalna droga zbliżania się do Boga. Ktoś, kto jeszcze nie doszedł do pełni wiary, być może będzie używał innych środków, żeby pogłębić życie duchowe, ale skoro my, w Kościele katolickim mamy te środki, to korzystajmy z nich.

A dlaczego Kościół katolicki tak bardzo stawia na spowiedź indywidualną. Kościół protestancki od tego odszedł?

To rozmowa na trzy godziny, co najmniej, musielibyśmy całą historię opowiedzieć. Sakrament pokuty to nie jest flash telewizyjny. O tym można albo mówić porządnie albo wcale. Tu się nie da puścić piętnasto sekundowego filmiku i wszystko będzie dla nas jasne. Spowiedź jest rzeczywistością trudniejszą. Do sakramentu pokuty musimy dorosnąć.

Spowiedź to nie masaż pleców

Myślę, że jedną z tych trudniejszych sytuacji w naszym Kościele jest fakt, iż uczymy się, jak przystąpić do sakramentu pokuty przed pierwszą komunią świętą. I bardzo często to nasze przygotowanie do spowiedzi niestety z nami nie rośnie. Potem mamy obraz mężczyzny, który skończył czterdzieści lat, jest dobrze zbudowany – jednym uderzeniem mógłby mnie zabić – ale on przychodzi do spowiedzi z książeczką, którą otrzymał w wieku sześciu czy dziewięciu lat i spowiada się z tego, że nie słuchał rodziców. To znaczy, że on w tym sakramencie nie rósł. Że jest zupełnie nieadekwatny. To anegdotyczny opis, ale zdarzają się jeszcze mocniejsze sytuacje.

Jeżeli praktykujemy spowiedź tak, jak dziecko, to nie będzie ona zbieżna z naszym życiowym doświadczeniem. Formacja do sakramentu pokuty musi rosnąć wraz ze mną, a więc co parę lat trzeba zmienić formę rachunku sumienia. Co jakiś czas muszę wciągać do spowiedzi inne przestrzenie mojej refleksji. Dziecko nie będzie zastanawiało się nad oszustwami  podatkowymi, a człowiek dorosły powinien włączyć tę sferę w sakrament pokuty, bo on ma obejmować wszystko, co stanowi nasze życie. Dla dziecka tym zadaniem będzie posłuszeństwo wobec rodziców, ale osoba dorosła ma inne zadania i musi je odkrywać. Jeżeli ktoś pozostanie na poziomie dziewięciolatka, to z czasem zacznie ten sakrament bagatelizować i eliminować z życia.

Myśli Ojciec, że powinno się dzisiaj więcej mówić o spowiedzi? Jak ludziom pomagać?

Myślę, że już mówi się więcej. Być może jeszcze nie w sposób wystarczający, ale pojawia się coraz więcej sensownych pomocy, są różne materiały w Internecie i warto z nich korzystać.

franciszek_Milosierdzie_500pcxKsiążka “Miłosierdzie to imię Boga” już w sprzedaży!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Jordan Śliwiński OFMCap

Jordan Śliwiński OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jordan Śliwiński OFMCap
Jordan
Śliwiński OFMCap
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >