Gaudete czyli radujcie się!

Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.

Polub nas na Facebooku!

Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.

 

Przewaga światła

W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela “Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.

 

Kulminacyjny punkt oczekiwania

Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.

Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego “adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.

 

KAI, zś/Stacja7

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Paruzja czyli obecność

Kiedy używamy tego pojęcia w sensie chrześcijańskim, chodzi nam o obecność Chrystusa, Jego pojawienie się — już nie ukryte, ale chwalebne, widzialne dla wszystkich i niosące otuchę. Może warto właśnie tak spojrzeć na Paruzję?

Ks. Andrzej Persidok
Ks. Andrzej
Persidok
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paruzja. Słowo, które nie należy do najczęściej używanych. Nawet w przekładach Biblii na język polski zastępowane jest przez inne, mniej obco brzmiące. Słowo nawet nie z kazań, ale z książek teologicznych (a kto dzisiaj czyta książki teologiczne?). Paruzja to powtórne przyjście Chrystusa, wyczekiwany powrót Króla, sądny dzień, w którym splątane wątki dobra i zła, składające się na ludzką historię, zostaną wreszcie rozdzielone i stanie się jawnym to, co na razie jest ukryte. Dobro zatryumfuje, zła już nie będzie. Ten ostateczny tryumf dobra zostanie jednak poprzedzony dramatycznym zgęszczeniem zła, które jakby w ostatnim, rozpaczliwym wysiłku, wstrząśnie światem.

 

Skąd wiemy o Paruzji?

Możemy o tym przeczytać w 24 rozdziale Ewangelii według św. Mateusza, zawierającym najpełniejszy opis tego, co poprzedzi nadejście Chrystusa. Wojny, głód, zaraza, trzęsienia ziemi, nienawiść i prześladowania. Wzmożona aktywność fałszywych proroków (ale też głoszenie Ewangelii „po całej ziemi”). Zaćmienie słońca i księżyca, gwiazdy spadające z nieba, zachwianie wszelkiego porządku. Trudno sobie to wszystko wyobrazić; nawet współczesne kino apokaliptyczne z jego efektami specjalnymi nie jest w stanie oddać grozy tego, co będzie oznaczał koniec znanego nam świata.

 

Wytęskniona nadzieja

Słowa mają to do siebie, że ich znaczenie zmienia się z upływem czasu — niekoniecznie jednak w taki sposób, że jedno znaczenie zastępuje drugie. Raczej w taki, że kolejne znaczenia odkładają się w słowach jak kolejne warstwy gruntu. Często sięganie do głębszych warstw pomaga lepiej zrozumieć nie tylko to, jak dana rzeczywistość była nazywana, ale także czym jest. Tak też jest ze słowem „paruzja” – greckim „parousía”, które pojawia się zarówno we wspomnianym rozdziale Ewangelii Mateuszowej, jak i w innych księgach Starego i Nowego Testamentu. Choć dziś wieje od niego grozą, to pierwotnie należało do języka potocznego i oznaczało „obecność”, „pojawienie się”. Z czasem, jeszcze w epoce przedchrześcijańskiej, zaczęto go używać głównie w odniesieniu do uroczystych wizyt władców na podlegających im terenach.

Paruzja to zatem „obecność”. Kiedy używamy tego pojęcia w sensie chrześcijańskim, chodzi nam o obecność Chrystusa, Jego pojawienie się — już nie ukryte, ale chwalebne, widzialne dla wszystkich i niosące otuchę. Może warto właśnie tak spojrzeć na Paruzję? Nie od strony budzących grozę znaków, lecz od strony obecności, wyczekiwanej, wytęsknionej przez nas, dla których wydaje się On nieraz nieobecny, a Jego głos ledwie słyszalny? Na razie widzimy Go jak w zamglonym zwierciadle, niejasno (por.1 Kor 13,12), szukając Jego odbicia w tym, co Nim nie jest. Wtedy, w owym dniu, będzie dla nas obecny w pełni, której nie oddaje nawet porównanie do wzajemnej obecności dwojga kochających się ludzi.

 

A może tak naprawdę On już jest obecny? Może Paruzja dzieje się już teraz? Może rację miał wielki francuski teolog Henri de Lubac, kiedy pisał, że Bóg jest zawsze z nami, całkowicie obecny, tylko że my ciągle jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu nieobecni dla Niego i dla samych siebie?

Nieobecni dla Boga i samych siebie

A może tak naprawdę On już jest obecny? Może Paruzja dzieje się już teraz? Może rację miał wielki francuski teolog Henri de Lubac, kiedy pisał, że Bóg jest zawsze z nami, całkowicie obecny, tylko że my ciągle jesteśmy w mniejszym lub większym stopniu nieobecni dla Niego i dla samych siebie? Pochowani w swoich miejscach ucieczki; odgrodzeni od tego, co boli i od tych, którzy ranią; zanurzeni w kojącym strumieniu muzyki i obrazów. Nieobecni dla Boga, roztopieni w tym, co Nim nie jest. Nieobecni dla samych siebie, nieobecni dla naszych bliskich (naprawdę bliskich?).

Paruzja to obecność w pełnym tego słowa znaczeniu: doświadczalna, widzialna obecność Chrystusa — i nasza obecność dla siebie nawzajem. Jeśli o Paruzji zaczniemy myśleć od tej strony, to może oprócz strachu przed utratą tego, co znamy i co chcielibyśmy zachować, pojawi się w nas również pragnienie: pragnienie, by wreszcie żyć w świetle dnia, a nie w listopadowym półmroku. Pragnienie, by wszystkie zasłony opadły. Wiara podpowiada nam, że za tymi zasłonami zobaczymy nie kosmiczną pustkę, ale oblicze Tego, który — tak bardzo od nas inny — jest nam w rzeczywistości bliższy niż my sami sobie.

 

Ks. Andrzej Persidok

Ks. Andrzej Persidok

doktor teologii fundamentalnej, wykładowca Akademii Katolickiej w Warszawie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

Reklama

Ks. Andrzej Persidok
Ks. Andrzej
Persidok
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap