Przeżywam swoje pisanie – o blogerze, który się modli

Dlaczego „Halo Ziemia”? – Bo nieźle brzmiało, a domena była wolna. I było w stylu

Postanowiłeś zostać blogerem.

Zawsze chciałem pisać, ale przez długi czas nie miałem nic do powiedzenia. Mając kilkanaście lat czytałem Jerzego Pilcha w „Polityce” i Jacka Podsiadło w „Tygodniku Powszechnym”. Marzyłem o budzeniu w ludziach tego, co ich praca budziła we mnie. W końcu przyszła dorosłość i rzeczywistość. Pisanie zostawiłem na boku. Długo, długo później Grzegorz Kramer SJ poprosił o tekst dla DEON.pl. Choć z perspektywy czasu muszę przyznać, że ten felieton był okrutnie słaby, to obudził dawne marzenia. W tym czasie czytałem „Monopol na zbawienie” Hołowni. Cenię formę, której używa Szymon. Potrafi mówić o chrześcijaństwie bez agresji, i bez stawiania granic. Pomyślałem o czymś podobnym w Internecie.

Bo Internet to Twoje naturalne środowisko.

Pracuję w branży reklamowej, więc blogosfera jest moją zawodową codziennością. Dotychczas zajmowałem się nią biernie. Śledziłem pracę Tomka Tomczyka, Natalii Hatalskiej, Maćka Budzicha i innych. Z czasem zacząłem trafiać na blogi ludzi, których wrażliwość, punkt widzenia nie wchodziły w relację z blogowym mainstreamem a okazały się bardzo wartościowe. Agnieszka Kaluga i jej „Zorkownia”, Monika Zakrzewska i „Co się dziwisz”, oba blogi – macierzyński i publicystyczny – Oli Radomskiej. To są ludzie, dla których blogi nie są źródłem zarobku. Ale to, co mają do powiedzenia jest tak cenne, że czuję się bardziej odpowiedzialny, żeby mówić o tym, co oni robią, niż o tym, co sam piszę. Po lekturze jednych i drugich blogów wiedziałem, że można to robić, i robić dobrze. Że jest publiczność, która chce czytać. Nie miałem planów na zdobycia świata.

Może to wyrachowanie. Wiesz co pisać i jak to robić, żeby być czytanym, bo zajmujesz się tym zawodowo.

Praca w agencji daje dużo praktycznej wiedzy o tym, jak działa Internet. Korzystam z niej. Czytałem książkę Tomka Tomczyka, biblię początkujących blogerów, i dużo wziąłem dla siebie. Dobrze jest uczyć się od tych, którzy przecierali szlaki, ale dużo ważniejsze jest robienie później tego po swojemu – nawet z błędami, niedoskonale, ale po swojemu.

To nie wyrachowanie, raczej próba blogowania na serio.

Na czym polega blogowanie na serio?

Istnieje różnica pomiędzy blogowaniem a publicystyką. Mój profesjonalizm manifestuje się szacunkiem dla odbiorcy, a więc dbam o to, żeby treści były dobrze przygotowane. Staram się, żeby przed publikacją wpis przeczytał ktoś jeszcze. Chcę, żeby blog dobrze wyglądał i tu w pełni korzystam z doświadczeń zawodowych, bo w pracy odpowiadam za kreację graficzną. Traktuję swoje pisanie na serio i staram się treści dostarczać regularnie – przynajmniej raz w tygodniu, nawet jeśli trudno o czas na pisanie. To mój obowiązek wobec tych, którzy odwiedzają „Halo Ziemia”. Pracuję nad warsztatem.

To, co jest nieprofesjonalne ale świetne w blogowaniu, a co odróżnia je od publicystyki, to budowanie społeczności i brak granic między czytelnikiem a autorem. Blogosfera to środowisko. Rozwijamy się, wymieniamy doświadczeniami i czytamy wzajemnie. Dobrze w tym uczestniczyć, bo jest tam mnóstwo wartościowych, twórczych ludzi. Nikt nas nie cenzuruje.

„Blogowanie na serio” w połączeniu z robieniem tego „po swojemu” to przepis na najlepszy Blog Roku 2013?

Jest wiele wartościowych osób, które mają podobną wrażliwość i styl, więc trudno powiedzieć, dlaczego wybór padł na „Halo Ziemia”. Intuicja podpowiada mi, że jesteśmy głodni wartości, otwartości i spokoju nawet wtedy, gdy mówimy o trudnych tematach. W Internecie, w którym dominuje krzyk i wzajemne oskarżenia, dużo pretensji i dużo agresji, blog taki jak mój łatwiej dostrzec.

Co, po czterech nagrodach dla „Halo Ziemia”, zmieniło się na blogu?

Duży, choć zapewne chwilowy, wzrost odwiedzalności bloga. Część tej publiczności być może zostanie. Niezależnie od tego, wzrasta odpowiedzialność za to, co już jest wartością tego bloga.

Podobno powszechne wśród wyróżnianych blogerów jest – przynajmniej na początku – myślenie, że kolejne ich wpisy są bardzo słabe.

Podobnie miałem po „Liście do córki” – najbardziej popularnym wpisie na blogu. Z tyłu głowy pojawiła się myśl, że nie mogę zejść poniżej tej jakości. Doskonałość nie jest możliwa. To jest paradoks pierwszeństwa – wcześniej robiłem swoje i – jak widać – to się sprawdzało, a teraz mam wrażenie, że to już nie będzie tak funkcjonować. Absolutnie nielogiczne.

Jak walczyć z tą presją?

Otaczać się dobrymi ludźmi, modlić się i nie traktować bloga, jako celu samego w sobie. Perfekcjonizm jest straszną chorobą.

Co zmieni się w życiu Konrada Kruczkowskiego?

Nie wiem. Żyję dniem dzisiejszym. Jeśli czas coś przyniesie, to na bieżąco będę podejmował decyzje. W tym momencie pojawiła się propozycja wydania książki – na tym polega nagroda od wydawnictwa Zielona Sowa. A ponieważ mówiłem, że inspiracją dla mnie jest Szymon Hołownia, to wstępny kontakt nawiązał ze mną jego wydawca, czyli wydawnictwo Znak. Wcześniej rozmawiałem z wydawnictwem WAM. To jest miłe. Prawda jest jednak taka, że tej książki na chwilę obecną nie ma i póki jej nie będzie, to trudno podejmować jakiekolwiek decyzje. Jestem cierpliwy i nigdzie mi się nie spieszy.

Rzucasz pracę?

Nie. To byłoby bardzo nierozsądne. Praca jest źródłem utrzymania dla mnie i mojej rodziny. Zarabianie na blogu nie jest najważniejsze. Podjąłem decyzję – nie wiem czy jej w przyszłości nie zmienię – że na moim blogu nie będzie reklam. To nie znaczy, że nie chcę zarabiać na pisaniu. Ale nie w taki sposób.

Przeżywam swoje pisanie - o blogerze, który się modli

To jak chcesz wykorzystać dobrą aurę, która wytworzyła się wokół Ciebie po wygranej?

Zaraz po gali wielu dziennikarzy mówiło mi, żebym dobrze wykorzystał swoje pięć minut. Bez wątpienia to były bardzo szczere życzenia i jestem za nie wdzięczny. Rzecz w tym, że nie chcę swojego szczęścia sprowadzać do „pięciu minut”. Życie trwa nieco dłużej. Pojawienie się na głównej stronie Onet.pl było przyjemne. Nie chcę wykorzystywać tego, co dzieję się teraz, jako przepustki do lepszego życia. Moje życie jest dobre i nie będzie lepsze przez to, że więcej osób coś o mnie powie, albo napisze.

W czasie gali powiedziałeś, że nie jesteś dumny, ale wdzięczny.

To tak, jakby być dumnym z tego, że ma się nogi i ręce. To nie jest moja zasługa. Dokładnie tak samo jest z moim pisaniem. Wprawdzie poświęcam sporo czasu, żeby dobrze przygotować moje teksty, ale to nie jest profesjonalna publicystyka, i jeszcze długo taka nie będzie. Większość rzeczy, którymi dzielę się na blogu kształtują się we mnie w relacjach z innymi ludźmi. Przekazuję dalej to, co sam dostałem. To jest moje, ale nic z tego nie odkryłem sam – ktoś mi coś powiedział, pokazał, w czymś pomógł. Za to właśnie jestem wdzięczny.

Powiedziałeś też, że nie chcesz być pierwszy, ale ostatni. Biblijne skojarzenia były często powtarzane przez prowadzącego imprezę Oliviera Janiaka.

Jeśli ten fragment wyrwiemy z kontekstu, to przecież chodzi o czysty egoizm – chcę być ostatni tylko po to, żeby być pierwszym. Konkurs mi wyraźnie pokazał, że bycie pierwszym nie sprawia, że stajemy się szczęśliwsi. Gdy bycie pierwszym jest celem, to towarzyszy temu zawsze frustracja, gdy ktoś lub coś próbuje nam to pierwszeństwo odebrać. Na szczęście trafiłem tam na ludzi, którzy pokazali mi, że wartością są relacje. Relacje budujemy wtedy, gdy jesteśmy w służbie wobec innych, gdy – u mnie to nie jest do końca możliwe – nie myślimy tylko o sobie. Ta perspektywa sprawia, że nie zabiegam o to, żeby być pierwszym, ale żeby być z innymi.

Mówisz, że blog pełni rolę terapeutyczną.

Blog porządkuje wiele rzeczy. Ostatnio uczy mnie przyjmować pozytywne informacje zwrotne. Uczy też przyjmować krytykę, chociaż czasami jest ona kompletnie z czapy. Blog też zobowiązuje, bo jeśli patrzy na ciebie 20 tys. ludzi, to trudniej robić głupoty.

Czujesz się odpowiedzialny za to, co robisz?

Tak, chociaż daję sobie prawo do bycia tylko człowiekiem.

Wspomniałeś o negatywnych komentarzach. Co z hejtem na Twoim blogu?

Przed konkursem nie było, po konkursie jest olbrzymi. Przeczytałem komentarze pod informacjami prasowymi o wygranej i uśmiechnąłem się, gdy się dowiedziałem, że jestem Żydem, cyklistą, masonem, dalekim krewnym Jarosława Kuźniara [Jarosław Kuźniar był jurorem w kategorii „Polityka, publicystyka, społeczeństwo”, w której Konrad dostał pierwszą nagrodę – przyp. red.] i przyjacielem Adama Michnika z tej samej synagogi. Skrzywiłem się, kiedyś ktoś napisał, że jestem brzydki, bo się z tym absolutnie nie zgadzam. Jakkolwiek, o gustach się nie dyskutuje. Natomiast jedna rzecz mnie przestraszyła. Ktoś napisał, że moje dziecko nie jest moje i wie o tym, bo zna mnie osobiście ze studiów w Opolu. W Opolu byłem przez całe swoje życie dwukrotnie, turystycznie. Ale gdyby moja córka miała 12 lat, a nie pięć miesięcy, i przeczytała taki komentarz, to choćby chwila wątpliwości w jej głowie, jest czymś na co nie ma we mnie zgody.

Jak reagujesz?

Złość na ludzi piszących takie komentarze wolę przekuwać we współczucie. To im czegoś brakuje, jest w tym jakaś wewnętrzna nędza. Zainteresowanie i moja złość działają na ich niekorzyść – to ich karmi.

Przed wygraną w konkursie Blog Roku 2013 znalazłeś się też na liście „nadziei blogosfery roku 2014” przygotowanej przez Tomka Tomczyka. Skąd takie powodzenie „Halo Ziemia”?

Dużo piszę o świecie wartości, które – wbrew temu co się na ogół mówi – są obecne w naszej rzeczywistości. Wielu ludzi żyje dobrze. Jeśli piszę o rodzicielstwie, to unikalnie. Nie mówię w co ubrać dzieci, jaki jest najlepszy sposób na usypianie, nie daję praktycznych rad. Nie twierdzę, że taka forma blogowania jest zła. Przeciwnie, jest bardzo potrzebna. Po prostu inaczej piszę o tym, że bycie tatą wypłukuje egoizm i zmienia myślenie. Jednocześnie, że ojcostwo nie jest heroizmem, formą skrajnego poświęcenia. Jest wpisane w męską tożsamość.

Kominek pisze, że w najbliższych latach czeka nas rewolucja wśród blogów parentingowych.

Tomek ma wyjątkową intuicję i zawsze dobrze prognozował to, co będzie się działo w tej sferze Internetu. Rok temu powiedział, że blogi lifestylowe będą ważne i tak się stało.

Skąd fenomen blogów o rodzicicielstwie?

Potrzeba posiadania dzieci, przekazywania życia, jest w nas. Jednocześnie żyjemy w kulturze egoizmu, która nas z tej potrzeby okrada. To nowy kult jednostki, którego obiektem jesteśmy my sami. Dziecko to wywraca. Jeśli wychodzę poza siebie, zaczynam myśleć o rodzinie to – paradoksalnie – zyskuję więcej. To moje osobiste doświadczenie, ale podziela je niemal każdy rodzic.

Jeśli siła blogów parentingowych będzie rosnąć, to może w końcu zobaczymy, że czasy nie są aż tak trudne, że można być tatą, i że dzieci potrzebują rodziców, a nie wózka za 5 tys. zł. Wszystkim wyjdzie to na dobre.

Mam silne wrażenie, że blogujący rodzice o wiele skuteczniej promują rodzinę, niż tysiące księży grzmiących z ambon. To uczy pokory. Lepiej powiedzieć „żyjemy w taki sposób i to jest dobre”, niż permanentnie wycierać sobie usta autorytetem Boga.

Twój blog jest parentingowy?

Nie, chociaż dużo piszę o rodzicielstwie. Blogerzy parentingowi mówią głównie o rzeczach praktycznych – ja nie. Wpisy dotyczące ojcostwa to jedna trzecia bloga. Chciałbym te proporcje zachować. Lubię mówić, że to jest blog umiarkowanie społeczny.

Pracujesz w raczej dość angażującej branży, jesteś mężem i świeżo upieczonym ojcem. Kiedy znajdujesz czas na blogowanie?

Każdy o to pyta. Pracuję w branży, która pochłania dużo energii i czasu. Chcę być przynajmniej dobrym mężem i tatą. To jest angażujące. Po powrocie z pracy zajmuję się córką dopóki nie zaśnie, a żona ma czas na oddech. W nocy wstajemy na zmianę. W teorii nie powinienem mieć czasu na pisanie. Ale jeśli przed tym wszystkim jest Bóg, w którego wierzę, i któremu staram się wierzyć, to doba potrafi się rozciągnąć.

Bóg jest na pierwszym miejscu?

Najczęściej nie. Ale staram się, żeby był. Dużo się modlę. Z pracy wracam zmęczony. Przy maluchu to zmęczenie pozornie mija. Ale kiedy wraca, to ze zdwojoną siłą. Mimo to staram się wstać wcześniej i napisać dwa, trzy akapity. Kolejne dopisać wieczorem. Zdarza się, że obiecuję, że jakiś tekst znajdzie się na blogu za kilka godzin, a pojawia się za trzy dni.

Ktoś Cię z tego rozlicza?

Zasłaniam się córką. Na razie działa (śmiech). Jeżeli blog będzie kolidował z moim życiem rodzinnym, to nie będę pisał. Jeśli będzie kolidował z obecnością w mojej wspólnocie, z moim chrześcijaństwem, to nie będę pisał. Blog jest dla mnie ważny, ale nie aż tak.

Nie masz żadnych marzeń związanych z blogiem?

Nie. Nie chcę mieć. Jestem egoistą i moje marzenia skoncentrowane są na mnie. Jeśli je realizuję z presją, to dzieje się źle. Jeśli robię po prostu swoje – spokojnie, systematycznie i rzetelnie – to zdarzają się rzeczy zaskakujące, o których nie śmiałem marzyć.

Jakie?

Że ktoś zwróci się do mnie o napisanie książki, albo że znajdę się na łamach obok o. Góry czy Marka Magierowskiego. Książka powstaje, ale wciąż mam zbyt mało do powiedzenia, więc to powolny proces.

Pytając o marzenia nie miałem na myśli tylko propozycji komercyjnych. Bierzesz pod uwagę wpływ na czytelników?

Taka pokusa się rodzi, ale to efekt mojej duchowej nędzy. Bardzo dużo na swoim blogu piszę o Bożych rzeczach, ale nie wprost o Bogu. To z założenia nie jest blog katolicki i nie jest dedykowany wyłącznie wierzącym. Jeśli dzięki temu co opisuję, czasem ktoś pomyśli, że to, jak staram się żyć, jest efektem mojego chrześcijaństwa – świetnie! Ale Jezus w Ewangelii mówi: „nawracajcie SIĘ”. Żaden człowiek nie jest w stanie nawrócić drugiego człowieka. Nawrócenie to osobista, intymna relacja między nami a Bogiem. Próba myślenia inaczej jest wchodzeniem w nieswoją rolę. Jezus wiele razy mówi: „idźcie i nauczajcie”, ale w zapowiedzi zesłania Ducha Świętego padają słowa, że apostołowie będą Jego świadkami a nie nauczycielami. Taka forma dzielenia się chrześcijaństwem wydaje mi się dzisiaj cenniejsza. Nauczanie jest niezbędne, ale musi być poprzedzone przykładem życia.

Przeżywam swoje pisanie - o blogerze, który się modli

A co z tą duchową nędzą?

Jest wielu blogerów, którym zazdroszczę. Poruszają podobną tematykę. Często jestem przekonany, że napisałbym lepiej. Jeśli któregoś zaprasza TVN, myślę „cholera, to ja powinienem tam być”. Kiedy pojawił się ranking Kominka najpierw sprawdziłem czy jestem, a później, z miejsca, kogo nie ma. To świadczy o tym, że sam potrzebuję tego o czym mówiłem – nawrócenia. Codziennie.

Bałem się, że kiedy zdobędę statuetkę w konkursie Onet.pl, to zacznę myśleć, że jestem kimś więcej niż jestem. Nie będę wdzięczny, ale dumny, bo przypiszę tę nagrodę sobie – swoim celom, pracy, talentowi – a nie innym ludziom. Na szczęście tak się nie stało i jestem tym zaskoczony. Jest we mnie więcej szacunku dla pracy innych, niż było przed konkursem.

Dlaczego Twoje reakcja Cię zaskoczyła?

Bo znam siebie. Zwykle w podobnych sytuacjach reaguję małostkowo. Tutaj tak nie było. Mam przekonanie, że to jest również coś, co dostałem od innych.

Możesz chociaż powiedzieć, że ten blog jest potrzebny Tobie? Żeby np. zobowiązać się publicznie do tego, że żyjesz tak, jak piszesz?

W drugą stronę – wolę opisać coś, co już jest. Jestem człowiekiem, który nie potrafi deklarować odpowiedzialnie. Mogę mówić, że będę świetnym ojcem, ale to tylko słowa Kiedyś twierdziłem, że będę świetnym studentem. Do dzisiaj nie skończyłem studiów. Nosiłem się z zamiarem zostania mężem idealnym – moja żona twierdzi, że jestem dostateczny (śmiech). Nie chcę deklarować. Opisywanie rzeczy, które już się wydarzyły jest bardziej autentyczne i wiarygodne.

Staram się znaleźć powód, dla którego blogujesz.

Jest bardzo przyziemny: na chwilę mogę poczuć się Jerzym Pilchem albo Jackiem Podsiadło. Chcę wierzyć, że Bóg te małostkowość wykorzystuje dla siebie.

Co w blogowaniu sprawia przyjemność?

Miłe są pozytywne reakcje innych ale najbardziej wartościowi są inni ludzie, których poznałem i poznaję. Moją największą wygraną są relacje, które dzięki temu konkursowi udało się nawiązać.

Mówisz, że jak myślałeś wcześniej o pisaniu, to nie miałeś o czym pisać. Co się takiego wydarzyło w Twoim życiu, że teraz masz o czym pisać?

Założyłem rodzinę, pojawił się Stworzon, w tak zwanym międzyczasie poznałem mnóstwo świetnych ludzi. Zacząłem gromadzić doświadczenia. Piszę na blogu o sobie, ale chciałbym, żeby mnie było tam najmniej. Blog to suma doświadczeń i wiedzy, które dostałem od innych.

No i katalizatorem stał się jezuita.

Spowiedź. W pośpiechu. To był czas, kiedy szukałem stałego spowiednika. Bo wypada. W ramach pokuty kazał kupić żonie bukiet róż i ją przeprosić. Wiadomo z czego się spowiadałem. Pomyślałem, że ten człowiek nie jest przypadkowy. Okazało się, że to był Grzesiek. Zaczęliśmy rozmawiać, spotykać się. Dzisiaj się przyjaźnimy. Przekonał mnie, że to o czym rozmawiamy, warto opublikować. Kiedy poprosił o tekst, znów zagrało moje ego. Ucieszyłem się na myśl, że tekst trafi na DEON.pl. To był motyw, dla którego zrobiłem to szybko.

Ojciec Grzegorz Kramer – duszpasterz z kościoła św. Barbary w Krakowie, który był gotów adoptować dziecko Katarzyny Bratkowskiej.

Grzesiek stoi za projektem „Banita” na Facebooku – społeczności, która zrzesza 17 tys. osób. Chłopaki szukają swojej męskości i mówią o tym, że męskość całkiem nieźle odnajduje się w Kościele. Oni też stoją za tym, że mój blog jest czytany. Od początku dzielą się moimi tekstami między sobą. Zawdzięczam im dobry start.

Nie każdy po publikacji jednego tekstu – nawet z sukcesem – zakłada bloga.

Znowu ego. Dlaczego mam pisać dla kogoś, skoro mogę pracować na swoją markę? Dziś piszę dla DEON.pl regularnie jako felietonista. Choć nie ukrywam, że to blog jest centralnym punktem mojej pracy.

Zwycięski władca starożytnego Rzymu pod łukiem triumfalnym był witany przez tłumy, ale miał przy sobie niewolnika, który powtarzał mu szeptem „pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem”. To bardzo mądre. Grzegorz wciąż mi o tym przypomina. Musimy zrozumieć się dobrze: jestem daleki od porównania swojego kierownika duchowego do rzymskiego niewolnika, ale Grzegorz stojąc trochę w cieniu, dobrze spełnia swoją duszpasterską rolę.

Wiesz kto Cię czyta?

Piszą przede wszystkim dziewczyny (śmiech).

Przeszkadza Ci to?

Nie, ale to mówi coś o męskości. Nieważne czy się z czymś zgadzamy, czy nie, to i tak milczymy. Dopóki nie mamy pewności, że z konfrontacji wyjdziemy na tarczy, nie wchodzimy w dyskusję. Kobiety nie mają z tym problemu – są bardziej otwarte. Mężczyzn trawi strach, który nazwaliśmy obojętnością.

Może po prostu tylko kobiety czytają dziś blogi?

To łatwo zweryfikować. Proporcje na moim blogu to mniej więcej 55 proc. kobiet i 45 proc. mężczyzn. Największa grupa moich czytelników mieści się w przedziale wiekowym 25-40 lat. To mnie dziwi.

Bo?

Bo sam mam 28. Myślałem, że będą czytali mnie ludzie młodsi lub w moim wieku. To rodzi pokusę interpretacji na korzyść własnej mądrości i dojrzałości (śmiech).

Masz świadomość, że wzruszasz kobiety?

Mężczyzn też. Jeśli w efekcie lektury, ktoś poczuł się dotknięty – w takim pozytywnym sensie – to najczęściej ja sam byłem poruszony w czasie pisania. Jak pisałem o roli mężczyzn w aborcji, to byłem tym autentycznie przejęty. Kiedy pisałem o swojej babci, byłem wzruszony. Nie wiem jak długo będę pisał, ale nie chciałbym nigdy stracić tego, że przeżywam swoje pisanie.

Co na to żona?

Dużo się śmieje. Tam, gdzie piszę nieprawdę, każe poprawić.

Jest pierwszą czytelniczką bloga?

Zwykle tak. Umie stawiać przecinki, więc jest mi potrzebna (śmiech). Dużo piszę o naszych rodzinnych sprawach, dlatego chcę, żeby cenzurowała te teksty. Jest takie stare przysłowie: nie wynoś nikomu, co dzieje się w domu. Nie chodzi o to, żeby nie mówić o tym, co w domu złe. Zła nie wolno chronić. Ale prywatność i intymność są ważne. Nie wszystkie sprawy powinny stać się publiczne. Jeśli piszę o żonie, to tylko ona może decydować o tym, czy to może być opowiedziane szerzej. Podobnie jest, gdy piszę o naszym maluchu. Jesteśmy małżeństwem – nie ma sfery, która dotyczyłaby dziś tylko mnie.

Jak zareagowała na wszystkie wygrane w konkursie Blog Roku?

Osoby, które oglądały z nią galę mówią, że była wzruszona. Ona zaprzecza. (śmiech). Ten szum wokół mnie jest bardzo miły, ale życie toczy się nad kuchennym stolikiem. Tam wróciłem już na drugi dzień. I to jest ogromne szczęście, że ten stolik mogę dzielić z osobą, którą kocham, i która mnie kocha a równocześnie mobilizuje do dobrego życia. Ten kuchenny stolik jest najważniejszy. Cała reszta jest skutkiem ubocznym. Moje blogowanie jest skutkiem ubocznym naszych relacji w domu. Blog Roku jest skutkiem ubocznym tego, że w naszym domu jest dobrze. To tam jest źródło wszystkiego.

Jak wygląda sam proces pisania?

Najczęściej ktoś mnie czymś irytuje. Bardzo szybko chciałbym powiedzieć, że wiem lepiej i to ja mam rację. Później uświadamiam sobie, że nie o to chodzi. Zawsze wracam do Kazania na górze z Ewangelii Mateusza.

„Litza” świetnie to przedstawił, kiedy otrzymał zaproszenie do programu Kuby Wojewódzkiego. Zastanawiał się czy je przyjąć. Podczas modlitwy przyszła mu myśl: „kim Ty jesteś, gnoju jeden, żeby myśleć, że jesteś od kogoś lepszy?”. A ja mówię: „kim ty jesteś, gnoju jeden, żeby kogoś oceniać i mówić mu, jak ma żyć”. Pozwalam sobie na przerwę. Mija trochę czasu. Ciągle myślę o tym temacie. Modlę się. Moja perspektywa ulega zmianie.

Tak powstał tekst o aborcji?

Wiele osób skrytykowało list o. Grzegorza, w którym zadeklarował, że jest gotów adoptować dziecko pani Bratkowskiej. Szybko zareagowałem publikacją felietonu na DEON.pl. To było przyjacielskie wsparcie. Miałem drugi pomysł na agresywny tekst blogowy, który pokaże jak wszyscy ci, którzy zieją w tej sprawie nienawiścią, wypychają się poza chrześcijaństwo.

Poczekałem i to pozwoliło zobaczyć drugą stronę. Cały czas traktujemy dyskusję o aborcji w kategorii wojny, której centrum są kobiety. Oskarżamy środowiska feministyczne. Męskość została zepchnięta na drugi plan. Bycie odpowiedzialnym i obecnym ojcem jest największym aktem „za życiem”, który może stać się naszym udziałem. Tymczasem często kobiety zostawiamy same sobie.

Jestem w kwestie pro-life zaangażowany, bo ludzie o innej wrażliwości mówią o splocie komórek, ale my z tym splotem komórek rozmawialiśmy, słuchaliśmy razem muzyki, modliliśmy się. I działy się cuda. Mimo trudności.

Tekst wywołał poruszenie.

Pojawił się w wielu miejscach w Internecie, wywołał wiele komentarzy. Pisały kobiety będące w ciąży. Odezwało się też kilku oburzonych mężczyzn (z tym się liczyłem). Jestem pewien, że gdybym wszedł na wojenną ścieżkę, to artykuł by umarł i nie przyniósłby nic dobrego. Znów poskakalibyśmy sobie do gardeł.

Pomysły na kolejne teksty?

Chcę mówić ludziom o wartościach. O Bogu, ale bez Boga na sztandarze. To nie jest ucieczka od odpowiedzialności czy wstyd przed przyznaniem się do chrześcijaństwa. Wolę z ludźmi rozmawiać niż ich nauczać. Chcę pisać o sprawach rodzinnych, bo to jest moje obecne doświadczenie. Nazwałem ten blog „umiarkowanie społecznym”, bo o takich sprawach mówię.

Dlaczego „Halo Ziemia”?

Bo nieźle brzmiało, a domena była wolna. I było w stylu Hołowni. To szczerze. A jeśli mam dopisać ideologię – podkreślam, że ja i to moje pisanie są bardzo małostkowe – to widzę, że ludzie, którzy mówią o świecie wartości, o Bogu, często odpływają od rzeczywistości. Moje doświadczenie pokazuje, że chrześcijaństwo jest bardzo osadzone w tym, co jest tu i teraz. W codzienności. Relacja z Bogiem urzeczywistnia się w Kościele, ale również a może przede wszystkim przy kuchennym stoliku, kiedy jem śniadanie z żoną, albo wstaję o trzeciej w nocy do naszej córki. Kiedy jestem cierpliwy i pomocny, to znaczy, że w naszym domu Bóg jest. Wiem, że nie jestem do tego zdolny, bez Jego obecności. Stąd „Halo Ziemia”. Wartości, relacje z Bogiem i ludźmi, które opisuję, są czymś absolutnie przyziemnym.

Rozmawiał Przemysław Radzyński

Wesprzyj nas

JEZUS – zawsze SUPERSTAR

Wygląda na to, że laicyzacja nie dotyczy kina. W krótkich odstępach czasu na wielkim ekranie zagościły aż dwa filmy biblijne: nafaszerowane do granic możliwości efektami specjalnymi - „Noe - wybrany przez Boga” i „Syn Boży”.

Milena Kukla
Milena
Kukla
zobacz artykuly tego autora >

Drugi tytuł opiera się na amerykańskim serialu „Biblia” – najszybciej sprzedającym się serialu na DVD w amerykańskiej historii i obejrzanym już przez 100 mln Amerykanów. Wyemitowany został także w Polsce. Telewizja chwaliła się wynikiem: 2,5 miliona oglądających.

Zachęceni sukcesem twórcy, postanowili z odcinków dotyczących Chrystusa zrobić pełnometrażowy film. Krytycy są jednak dla obrazu bezlitośni. Przykładowe opinie: „To ruchomy "święty obrazek", na którym Jezus czaruje białym uśmiechem i nieskazitelną fryzurą, a z niebios wystrzeliwują kolorowe, świetliste promienie. Rodzaj religijnego fetyszu, potwierdzający pewien zestaw schematów estetycznych i umożliwiający wspólną celebrację wiary” (Darek Arest) lub: „Syn Boży ateistów utwierdzi w niewierze, rezolutnym katolikom natomiast zasieje ziarno niepewności w sercach” (Stopklatka). Choć uważam, że szczególne drugi cytat jest trochę na wyrost, nie możemy w przypadku tego filmu, uzasadniać krytyki jedynie niechęcią do Kościoła. Problem jest głębszy. Powinniśmy zastanowić się raczej nad tym, czy Ewangelię w ogóle da się sensownie sfilmować? Dlaczego tak jest, że nawet w filmach, w których reżyser wcale nie przeinacza tekstu Pisma Świętego, często coś nam nie pasuje, coś „zgrzyta”. O ile jesteśmy w gronie ludzi wierzących, po obejrzeniu kolejnego biblijnego dzieła, np. z cyklu „kino biblijno-familijne na niedzielę”, możemy wzruszyć ramionami i przejść nad filmem do porządku dziennego. Gorzej, gdy ktoś sprowokowany obejrzanym dziełem zacznie stawiać pytania. Nie powiemy przecież, że „film jest głupi” skoro jest adaptacją Ewangelii.

JEZUS – zawsze SUPERSTAR

„Syn Boży”

Dystrybutorzy filmowi w Polsce, mając w pamięci sumy, które zarobili na „Pasji”, chętnie zainwestowali w wielkie banery reklamowe. Nie bez znaczenia była data premiery – tuż przed Wielkanocą. Możemy podejrzewać, że do kina udali się raczej ludzie wierzący, ale na forach internetowych pojawiły się opinie, że trochę nie wiadomo jak ten film odebrać. Czytałam komentarze, że Jezus pełen rozterek, pokus, mógłby być w sumie ciekawszy niż, jak określają niektórzy, „heros” prezentowany w amerykańskiej produkcji. Niestety w tym jest problem, że Jezus, którego oglądamy na ekranie, nie jest ani herosem, ani zgodnie z tytułem Synem Bożym. Więc kogo chce przedstawić reżyser Christopher Spencer?

Istnieje zasada łącząca większość nowszych ekranizacji Ewangelii, w którą wpisuje się tenże film. Reżyserzy starają się w nich podkreślić człowieczeństwo Chrystusa, marginalizując przy tym Jego boskość. W starszych filmach, na przykład w dwóch  uznawanych za najlepsze: „Ewangelia według św. Mateusza” z 1964 roku Pasoliniego, czy „Jezus z Nazaretu” z 1977 roku, Jezusa wyróżnia dostojeństwo i tajemniczość, nie ma On problemów z odparciem szatańskich pokus. Twórcy „Syna Bożego” starają się maksymalnie zatrzeć dystans między Jezusem a otaczającymi Go ludźmi. W obrazie Spencera uczniowie zwracają się do Jezusa per „Ty” i np. gdy Ten przewraca stoły kupców, starają się Go powstrzymywać. Gdybyśmy mieli snuć refleksję nad powołaniem Apostołów na podstawie samego filmu, można się zastanawiać, co skłoniło tych praktycznych mężczyzn, by rzucili wszystko i poszli za Nim. Zadecydowały uzdrowienia i cuda? Za sztandarowy przykład współczesnego ujęcia Jezusa niech posłuży scena kuszenia na pustyni, gdzie Chrystus jest bliski załamania nerwowego. Na marginesie warto zauważyć, że twórcy mieli kłopoty z tą sceną i dlatego ostatecznie nie weszła do kinowej wersji, ale możemy oglądać ją w serialu. W Stanach Zjednoczonych wybuchła afera, bo wielu doszło do wniosku, że szatan do złudzenia przypomina podstarzałego Barack”a Obamę! Reżyser musiał się tłumaczyć.

Grający Jezusa, portugalski aktor Diogo Morgado uznał, że przez nieustanny uśmiech i poklepywanie wszystkich po ramieniu najlepiej ukaże miłość Jezusa do ludzi. Jest bardzo wesoły nawet wtedy, gdy mówi o tym, że ze Świątyni Jerozolimskiej nie zostanie kamień na kamieniu. Jezus w tym wydaniu przypomina bardziej wędrownego, miłego kaznodzieję, a nie kogoś, kto ma do przekazania coś naprawdę wyjątkowego. Co prawda Jezus uzdrawia, rozmnaża ryby i chleb i zmartwychwstaje, ale wydaje się to bardziej kwestią jakiegoś daru, a nie czymś, co naturalnie pasuje do Jego postaci. Jezus ma też dziwne podzieloną świadomość. Wystarczy przywołać scenę w czasie Ostatniej Wieczerzy. Jezus jest szczęśliwy i uśmiechnięty dopóki jak grom z jasnego nieba nie spada na Niego wizja męki. Gdy wychodzi zgnębiony z wieczernika biegnie za nim Piotr i mówi do Niego: „Panie, ja w Ciebie nigdy nie zwątpię, życie moje oddam za Ciebie”. Wtedy Jezus, wręcz zszokowany pozytywnie tymi słowami, rzuca mu się w ramiona. Ale gdy następuje kolejny przebłysk przyszłości, zdrady Piotra, atmosfera się psuje i przygnębiony Jezus odchodzi na modlitwę.   

Nie ma potrzeby przywoływać często bardzo skomplikowanych dyskusji teologicznych dotyczących tego, co to znaczy, że Jezus był jednocześnie Bogiem i człowiekiem. Zastanawiające jest jednak, że twórcy filmów ze znanych tylko sobie powodów nie biorą pod uwagę wersetów, w których jest mowa, że Jezus „uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Może dlatego, pojawia się jakieś dziwne poczucie dysharmonii. Obraz Chrystusa jest w tym filmie po prostu niespójny. Wyrzućmy wszystkie cuda a uzyskamy logiczny, nawet i przyjemny obraz starożytnego hipisa i pacyfisty. Zgrałoby się to z bardzo mocnym i częstym akcentowaniem sytuacji politycznej Żydów. Rzymianie ukazani są jako bezwzględni, okrutni ciemiężyciele narodu żydowskiego i taki rodzaj zła jest wysuwany na pierwszy plan. Postawa Jezusa jako wzywającego do pokoju ma być idealnym kontrastem. Czy taki obraz powinien nam wystarczyć?

Biblia niefilmowana

Tekst Ewangelii nie jest filmowym scenariuszem. Za zdaniami kryje się przecież coś więcej, i od talentu reżysera zależy jak wypełni to „więcej”. Nie jest to powieść z dokładnymi opisami, dzięki którym nawet mniej zdolni twórcy jakoś sobie poradzą. Reżyserzy podejmujący tematy związane z Biblią dzielą się na tych, którzy podchodzą do tej historii indywidualnie i mają coś do powiedzenia (inna kwestia dobrego czy złego), i tych, którzy trzymają się literalnie tekstu i paradoksalnie mówią mniej, niż mówi Pismo Święte. Oto przykład. W serialu „Biblia”, Adam i Ewa, w topornej scenie wychodzą z piachu i na tym kończy się interpretacja początków ludzkości. Mamy oczywiście biblijną egzegezę, która nam rozjaśnia, tłumaczy, poszerza. Ale filmowcy to nie naukowcy i generalnie nie interesuje ich to, czy Matka Boża mogła powiedzieć Magnificat w takiej formie, jak zostało to zapisane w Ewangelii. Film z założenia ma być artystycznym odzwierciedleniem tego, jak twórca odczytuje jej sens.

Spencer, jako swoją „wariację” wyeksponował postać Marii Magdaleny. Jest ona z Apostołami rano, we dnie, wieczorem, w nocy i na łodzi podczas burzy. Reżyser nie miał niestety innego pomysłu, by docenić kobiety. Chciał też wybielić nieco Judasza. Ów uczeń bowiem jest nieświadomy, co grozi Jezusowi, jeśli zdradzi arcykapłanom miejsce Jego pobytu. Wierzy ich słowom, że „chcą z Nim tylko porozmawiać”. Do zdrady przekonują Judasza argumenty patriotyczne, czyli, że ma obowiązek chronić naród przed zamieszkami. Na tym kończą się autorskie pomysły Spencera.

Czy jacyś twórcy radzili sobie z tematem? Chciałabym przywołać tu kilka przykładów. Pier Paolo Pasolini to postać kontrowersyjna. Włoski reżyser uważał się za ateistę i marksistę, ale to właśnie jego czarnobiała „Ewangelia według św. Mateusza” z 1964 roku znalazła się na watykańskiej liście 45 filmów fabularnych, które w szczególny sposób propagują wartości religijne, moralne lub artystyczne. Z jednej strony chciał, by jego dzieło było wierną adaptacją, z drugiej przepuścił ją przez artystyczną wrażliwość i możliwości, jakie daje język filmu. Podkreślał, że nie wierzy w Jezusa jako Syna Bożego, ale jak mówił, wierzy w Jego wyjątkowość. Być może to, że reżyser chciał się zmierzyć z tematem nurtującym jego samego, sprawiło, że film jest nieprzeciętny. Pasolini muzyką i kadrami mówi niekiedy więcej niż są w stanie wyrazić słowa. Jest tam kilka sławnych scen, jak na przykład ta, gdy mędrcy ze Wschodu przychodzą, by pokłonić się Jezusowi. Maryja oddaje im na moment Nowonarodzonego. Oni je z czułością przytulają i całują, jakby od dawna czekali na ten właśnie moment. Józef i Maryja nie mówią przez cały film ani słowa, a ich postacie są wspaniale wyeksponowane. Ich „nieme” porozumienie, wyrażone przez spojrzenia i gesty mówi bardzo dużo. Tak samo jak wzruszająca scena, gdy kilkuletni Jezus idzie pewnym krokiem i z radością wprost w otwarte ramiona Józefa. Charakterystyczne w filmie są również odniesienia do dzieł malarskich (obrazy Giotta, freski Pietro della Franceski) w połączeniu z bogactwem oprawy muzycznej (Bach, Mozart, Prokofiew) czynią film Pasoliniego dziełem sztuki, nawet jeśli jego Jezus jest daleki od naszych wyobrażeń.  

Inny tytuł, który można przywołać jako przykład oryginalnego podejścia do tematu to obraz „Jezus” z 1999 roku w reżyserii Rogera Younga. Generalnie film do arcydzieł nie należy, ale jest tam ciekawy pomysł, by w niektórych scenach odwołać się także do współczesności. Szatan jest na przykład eleganckim panem w garniturze. W scenie kuszenia na pustyni czy modlitwy w Ogrójcu diabeł pokazuje Jezusowi sceny z historii świata na przestrzeni dziejów. Są więc „przebitki” wypraw krzyżowych, ludzie mordujący drugich ze słowem „Jezus” na ustach, są okopy wojny światowej i wzywający Boga żołnierze. Autor dokonuje interpretacji, używa możliwości jakie daje montaż i chce zachęcić widza do myślenia.

Mel Gibson w „Pasji” ukazał tylko Misterium Męki Pańskiej. Jest kilka scen retrospekcyjnych, które reżyser uznał za najważniejsze i jest to jedną z zalet filmu. Zachował konsekwencję w budowaniu wizji Jezusa, jednocześnie nie chcąc tłumaczyć wszystkiego. U niego sprawdziła się zasada, że lepiej pokazać mniej, a coś naświetlić, niż starać się pokazać wszystko i tym samym w efekcie nie pokazać nic. Pamiętamy, że „Pasja” została ciepło przejęta przez wielu krytyków, nawet tych niekoniecznie związanych z Kościołem. Jako pierwszy też (i na razie jako ostatni) zdecydował się na wprowadzenie języków starożytnych, co pomogło wywołać w widzu poczucie autentyzmu wydarzeń.

Film biblijny jest skazany na to, że o ile temat podejmie wrażliwy twórca, będzie on artystycznym dziełem, a jeśli talentu zabraknie, pobożnym teatrzykiem; dobrze zrobionymi technicznie jasełkami. Ale filmy biblijne, nawet te dobre, nie powinny zaspokajać naszego głodu „wizualizacji” Pisma Świętego, ale jeszcze bardziej ten głód pobudzać i odsyłać do oryginału, by szukać w wersetach coraz głębszego sensu. Znam osoby, które wychodzą z takiego założenia: nie czytam Pisma Świętego, ale na święta Wielkanocne zrobię sobie prezent i puszczę sobie „Pasję” w Wielki Piątek, jak tylko uwinę się z odkurzaniem. Ot takie szybkie rekolekcje. Nie chcę lekceważyć filmu, który wielu skłonił do przemyśleń i do autentycznego pragnienia zadumy nad własną wiarą, ale nie można się zatrzymywać na filmowych wyobrażeniach. Medytacja nad Ewangelią pozwoli nam i dobrze oceniać filmy biblijne i być może ułatwi dyskusję z tymi, których prowokują one często do szydzenia z naszej wiary.

Wesprzyj nas
Milena Kukla

Milena Kukla

Zobacz inne artykuły tego autora >
Milena Kukla
Milena
Kukla
zobacz artykuly tego autora >