video-jav.net

Lekcja ateizmu

Na słowo ateizacja wypowiedziane w tonie serdecznym niczym poranne powitanie radiowca z zasady dostaję świerzbu i ataku alergii. Niewiele ono znaczy, ale paradoksalnie wiele może zepsuć. Póki jednak jego realizacja jest równie nieudolna jak dotychczas, śpię spokojnie.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Profesor Hartman, maskotka polskich ateistów i samozwańczy awatar Kazimierza Łyszczyńskiego na swoim internetowym blogu prowadzonym dla Polityki taką właśnie ateizację nam proponuje. Jest to dla niego przeciwwaga dla katechizacji w szkołach publicznych. To, że przyjmując taką retorykę wylewa dziecko z kąpielą, bo postawienie ateizmu i chrześcijaństwa na dwóch szalach wagi równa ateizm z religią, przed czym antyklerykałowie wzbraniają się rękami i nogami, nie przychodzi profesorowi do głowy. Żeby było ciekawiej – nie to w tym tekście jest najśmieszniejsze!

Twierdzi bowiem, że przeprowadzanie takich zajęć to korzystanie z prawa, które nie tylko księżom się należy, ale i jemu. Że ateiści mają podpisany z państwem konkordat, przyznaję, nie słyszałem, ale kopii nie ma o co kruszyć póki profesor swą katedrę prowadzi jedynie w gazetach i internecie. Pierwszą lekcję proponuje spożytkować na życiorys Jezusa i wczesną historię chrześcijaństwa. I tutaj trzeba już zapiąć pasy.

Wykład bowiem rozpoczyna się (niczym w mateuszowej Ewangelii!) od wykazania rdzennego żydostwa Jezusa. Tonem odkrywcy profesor podaje informację o której nie wątpiło żadne pokolenie chrześcijan ni w wieku I, ni w XXI. Problem w tym, że z tej informacji wyrasta inna – zupełnie niedorzeczna. Był naprawdę dobrym Żydem. Jego uczniowie i wyznawcy, przynajmniej przez pierwsze stulecia, również nimi byli – twierdzi. Kiedy zatem zrodziło się chrześcijaństwo? Proces odrywania się chrześcijaństwa od judaizmu trwał kilka stuleci. Cezurą jest złamanie przez wyznawców Jezusa fundamentalnej zasady judaizmu, mówiącej, że Bóg jest jeden w jednej osobie.

Żeby wykazać kompletny brak podstawowej (nie mówiąc o profesorskiej) znajomości tematu wystarczy zadać sobie trud otworzenia Pisma Świętego. Św. Łukasz pisze, że w Antiochii Syryjskiej po raz pierwszy nazwano wyznawców Jezusa chrześcijanami (Dz 1,26). Oznacza to, że świat pogański odróżniał Żydów od chrześcijan już przed rokiem 70. Zresztą z tym miastem silnie związana jest postać św. Pawła, który przed chrztem zajmował się polowaniem na wyznawców Mesjasza z ramienia żydowskiego arcykapłana ergo Żydzi nie byli nierozgarnięci tak, jak przypisuje im to profesor i nie potrzebowali Soboru Konstantynopolskiego, by zobaczyć, że coś im nie gra.

Tymczasem po kilku stuleciach chrześcijanie zaczęli oddawać cześć należną Bogu nie komu innemu, tylko Żydowi-Jezusowi, uznając go w końcu prawie powszechnie za jedną z osób boskich. A to wg profesora mogłoby Jezusa prawdziwie rozwścieczyć. Jeśli wziąć pod uwagę błogosławieństwo, a nie przekleństwo, jakim pod Cezareą Filipową obdarzył Piotra Jezus w reakcji na wyznanie: Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16,16) oraz deklarację samego Jezusa: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (J 10, 30), widać, że antyewangelizacja profesora jest cienka jak mysie powieki.

Naprawdę sądzicie, że Jezus chciałby, abyście obrażali pamięć jego ojca, sugerując, że był impotentem lub nie spełniał swych małżeńskich obowiązków? – tyle na temat rozumienia dziewictwa Maryi przez człowieka z tytułem profesorskim. I odpowiadając na pytanie: owszem, sądzimy, że Jezus chciałby, aby o Jego Matce mówiono tylko prawdę i jeśli nie obchodziło Go zdanie tych, którzy mieli możliwość go ukamienować lub ukrzyżować, tym mniej przejmowałby się opinią ludzi, dla których najwyraźniej dziewictwo jest osiagalne jedynie w wyniku impotencji.

Te i inne kwiatki możemy powąchać w najnowszej notce lidera Marszu Ateistów. Smród, który wydają to nawóz dezinformacji, a czytanie podobnych bzdur przypomina jego przerzucanie. Smutne to w sumie i niezbyt przyjemne.

I w sumie jeśli główną katedrę antyewangelizacji ma prowadzić prof. Hartman, to chyba już się nie obawiam ateizacji. Nie takiej.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Ile kolorów ma tęcza?

Szukamy brakujacego siódmego koloru. On jeden, odnaleziony, może sprawić, że warszawska nie-tęcza stanie się wszystkim tęczom równa

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Drugiego dnia września, po dziewięciu dniach szczerego i intensywnego (tak ufać wypada) poszukiwania właściciela telefonu komórkowego, polska Policja znająca jego numer od początku akcji, wreszcie pojmała go w rodzinnej miejscowości, a sąd Rzeczpospolitej wydał nakaz jego aresztowania. Jako karany wcześniej bandyta, posiadał cały czas wyznaczonego zgodnie z prawem kuratora sądowego, co wcale nie wyklucza, iż mógł przez te dni sporo narozrabiać albo przeżyć moment opamiętania i nawrócenia. Co się z nim naprawdę w międzyczasie działo nie ujawniono.

Tylko dlatego znamy kilka szczegółów policyjnej akcji oraz domyślać się możemy polityczno – systemowego tła działań polskich służb, że napadnięty przez bandziora we własnym mieszkaniu w stolicy ks. Stanisław Małkowski, nie uląkł się groźby zabójstwa i o fakcie rabunku połączonego z pobiciem Policję poinformował.

Opieszałość, niezrozumiała ospałość lub po prostu nadmierna ilość obowiązków powodująca nieskuteczne działanie strażników porządku sprawiła, że poszkodowany kapłan musiał także poinformować część mediów. Być może tylko dzięki ich interwencji złoczyńca jest już w tym momencie ujęty i aresztowany.

Ile kolorów ma tęcza?

Wiadomym jest, że nie mamy nieskończonej ilości policjantów i innych strażników porządku. Nie żyjemy przecież w państwie policyjnym. Nie bez znaczenia jest również to, że mniej więcej od czterech i pół roku okazuje się, co jakiś czas bardzo wyraźne, że służby mundurowe, zwłaszcza w stolicy Polski, nie kierują się żadnymi intuicjami czy jakimiś tam ulicznymi odruchami szeryfa. Mają służyć właściwej sprawie. O jej właściwości decydują, co jest jasne, decydenci.

Wszystko to wydaje się być mocno powiązane z prowokacyjnie wywaloną na placu Zbawiciela tęczą – nie tęczą, bo raczej i jedynie wygiętą w łuk czyjąś pasiastą, kolorową flagą. Tak właśnie jest. Ktoś stale usiłuje nazywać tęczą coś, co może, pobieżnie patrząc, tęczę jedynie przypominać. Nie jesteśmy krajem daltonistów i większość Polaków rozróżnia kolory. Może dlatego tam, w stolicy, tyle nieporozumień i dziwnych obowiązków dla mundurowych służb.

Moce przerobowe polskich, a konkretnie mazowieckich organów ścigania zostały w dużej masie zatrudnione do strzeżenia tego obiektu. Jest to zajęcie dla nich tak absorbujące najprawdopodobniej z kilku powodów. Zasadniczym jest strzeżenie tzw. „tęczy” najprawdopodobniej przed podpalaczem. Kolejnym powodem jest zabezpieczenie jej lokalizacji dokładnie w miejscu, w którym stoi, czyli na warszawskim Placu Zbawiciela tuż przed kościołem Najświętszego Zbawiciela.

Zupełnie dodatkowym powodem jest szukanie brakującego siódmego koloru. On jeden, odnaleziony, może sprawić, że warszawska nie-tęcza stanie się wszystkim tęczom równa. Podobno pomocna może się okazać dla Policji i warszawskiej Straży Miejskiej szkolna wyliczanka o tęczowych kolorach. Brzmi ona tak: Czemu Patrzysz Żabko Zielona Na Głodnego Filemona? Naprawdę pomaga ponazywać kolory.

Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >