video-jav.net

Jak rozumieć przesłanie Amoris Laetitia?

Stolica Apostolska przesłała do Episkopatów wytyczne dotyczące najnowszego papieskiego dokumentu. Według tej instrukcji adhortacja ma za cel "mówić o rodzinie i do rodzin, lecz nie o zmianie doktryny, ale o zakorzenieniu podstawowych wartości w sposób, który może być przez nie rozumiany i praktykowany". Jak rozumieć przesłanie Amoris Laetitia?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wspomniana instrukcja podaje nam również kilka innych cennych wskazówek. Przede wszystkim intencją papieża było wydanie dokumentu z gruntu pastoralnego, a nie doktrynalnego, co nie może być zaskoczeniem dla uważnych obserwatorów trwającego pontyfikatu. Franciszek stara się bowiem od pierwszych dni sprawowania swojej funkcji o duszpasterskie ukierunkowanie wszystkich kościelnych działań – wyniki tych starań zostały prędko ochrzczone jako tzw. “efekt Franciszka” – a jednocześnie wydaje się stronić od doktrynalnych i głęboko teologicznych rozstrzygnięć. Ten model zachowania determinuje kolejny, o którym instrukcja również wspomina: akceptacja różnorodności i dialog z myślącymi inaczej. Wydaje się, że chodzi tu nie tyle o relację Kościoła do świata, ale – co wydaje się dużo ważniejsze – o stosunek Kościoła Powszechnego do wspólnot lokalnych.

 

Wnioski te są jednak ogólne i niezwiązane z głównym tematem dokumentu o szczęściu, jakie daje miłość (Amoris Laetitia oznacza bowiem Radość Miłości). Na poziomie treściowym ostatnią, lecz bardzo istotną kwestią jest klucz interpretacyjny adhortacji. Jak twierdzi instrukcja – przewodnim źródłem myśli Franciszka jest wyjątkowy nurt popularyzowany przez Jana Pawła II tzn. Teologia Ciała.

 

Z perspektywy tych pryzmatów dostarczonych przez samą Stolicę Apostolską w Amoris Laetitia da się zauważyć kilka ważnych szczegółów.

 

Wydaje się, że nawet mimo krytycznych głosów, adhortacja ma jedną bezsprzeczną zaletę – język. Intencją papieża było stworzenie dokumentu, którego rolą nie byłoby obrastanie kurzem w przyparafialnych bibliotekach, ale inspirowanie świeckich, docieranie niejako pod strzechy z Dobrą Nowiną o łasce Jezusa Chrystusa udzielanej w sakramencie małżeństwa, w rodzinie. Forma i styl dokumentu – nawet biorąc pod uwagę rekordową ilość prawie 200 stron tekstu – sprzyjają rodzinnym rozważaniom.

 

Choć kolokwializmy i nieliczne nawiązania do dzieł niekościelnych (filmy, poezja) mogą drażnić, da się odnaleźć w nich typowy dla papieża Franciszka zamysł wychodzenia na kościelne peryferia. Między innymi właśnie dzięki przełamaniu hermetyczności źródeł – choć cytaty z encyklik, konstytucji soborowych, przemówień i kazań papieskich są tu obecne w ogromnej ilości – Amoris Laetitia ma szansę dotrzeć również do osób, których codzienne decyzje nie są konsultowane z kościelnym nauczanie. Trudno, co prawda, przewidzieć reakcje osób niewierzących, a naiwnie jest wierzyć, że wraz ze zmianą języka na bardziej przystępny nastąpią masowe nawrócenia i regulowanie związków niesakramentalnych. Należy jednak docenić papieskie staranie, aby dotrzeć z pozytywnym wykładem prawdy o chrześcijańskiej wizji rodziny do wszystkich, którzy boją się jej jako przebrzmiałego reliktu lub też odpowiedzialności, jarzma, ograniczenia wolności.

 

Kolejną sprawą jest delikatność dokumentu – w narracji o trudach i pięknie chrześcijańskiego małżeństwa na każdym kroku widoczne jest dostrzeganie heroizmu zwykłych katolickich rodzin, które podejmują wysiłek urzeczywistniania ewangelicznych ideałów. Papież nie marnuje najmniejszej okazji, aby podziękować rodzinom, podkreślić wobec nich wdzięczność Kościoła i podkreślić ich zaszczytną funkcję w świecie. W tym sensie, mimo wielu poetyckich fraz, dokument jest bardzo przyziemny, skupiony na rzeczywistości; z jednej strony pokazuje wzory do naśladowania, wskazuje kierunek, w którym muszą zdążać rodzinne i małżeńskie wysiłki, a z drugiej – nie zapętla się wobec abstrakcyjnego obrazu, ale podejmuje głębokie tematy i – na ile to możliwe – stara się udzielić odpowiedzi na gorące pytania współczesności.

 

I rzeczywiście, Teologia Ciała i ogólniej: myśl św. Jana Pawła II to źródło, z którego adhortacja czerpie pełnymi garściami. Obok św. Tomasza z Akwinu, Papież Polak jest bodaj najczęściej cytowanym teologiem. W tym sensie prezentowana przez Franciszka teologia małżeństwa nie prezentuje nowej perspektywy, ale raczej porządkuje i przystępnie omawia dotychczasowy dorobek nauki Kościoła nie wprowadzając żadnych rewolucyjnych zmian.

 

Przy tej okazji warto wspomnieć o najbardziej kontrowersyjnej kwestii podjętej na dwóch synodach o rodzinie, które piórem papieża Franciszka podsumowuje wydana niedawno adhortacja.

 

rozwod

 

Wbrew nadziejom, jakie rozbudzali obserwatorzy, nowy dokument nie wprowadza żadnej zmiany doktrynalnej, która liberalizowałaby jakikolwiek dotychczas występujący zakaz. Innymi słowy, osoby trwające w grzechu ciężkim znajdują się w sytuacji obiektywnie uniemożliwiającej im przystępowanie do komunii św., dopóki przeszkoda w postaci grzechu nie zostanie usunięta przez posługę konfesjonału.

 

Istnieje, co prawda, kontrowersyjny zapis o okolicznościach łagodzących (AL 301), co do którego dyskusje z pewnością będą ożywione i długotrwałe. Nie ma w nim jednak niczego, co nie istniałoby w teologii i duszpasterstwie od dawna: brak dobrowolności czynu może zmniejszyć, a nawet znieść odpowiedzialność za wyrządzane zło. Pewnym niepokojącym novum mogą być niektóre spodziewane interpretacje aplikujące tę zasadę wobec osób żyjących w związkach nieregularnych, dalekich od chrześcijańskiego ideału małżeństwa. Powyższa myśl nie nosi jednak znamion rewolucji, jaką przez ostatnie 2 lata wieszczyły media.

 

Dlatego rozczarowanie, które towarzyszy relacjom, mimo, że nieproporcjonalne, nie powinno nikogo dziwić. Równie groteskowe było bowiem zogniskowanie uwagi mediów po opublikowaniu Relatio Synodi na jesieni 2014 roku. Choć dokument ten składał się z 62 punktów, jedynie 3 – dotyczące homoseksualistów i rozwodników – cieszyły się zainteresowaniem komentatorów. I chociaż Relatio przypomina raczej protokół z obrad niż oficjalny dokument, na Kościół już kilkanaście miesięcy temu sypały się gromy za niechęć do zmian i opresyjność. Trudno się spodziewać, by po opublikowaniu wyczekiwanego papieskiego dokumentu narracja była bardziej wyrozumiała.

 

Z 325 punktów adhortacji, kilka – dotyczących kwestii dyscyplinarnych – wzbudza kontrowersje, wymaga konkretniejszego omówienia. To oczywiste, że w dużej mierze nasze rozważania skupią się właśnie na nich. Ale Amoris Laetitia to przede wszystkim piękna opowieść o rodzinnej miłości, która daje szczęście. O darze Boga dla człowieka.

 

I tak należy ją odczytywać.

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPolecamy książkę "Miłosierdzie to imię Boga" - wywiad z papieżem Franciszkiem!

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

Kup teraz!

 

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Jubileusz Chrztu Polski. Czy mamy co świętować?

Chrzest Polski obrósł wieloma szkodliwymi narracjami tendencyjnie odrzucającymi jakąkolwiek wielkość duchową tego wydarzenia. Wiele środowisk utrzymuje, że był to akt tylko polityczny, na dodatek okupiony zbyt wielkimi stratami. Czy rzeczywiście przyjęcie chrześcijaństwa było pyrrusowym zwycięstwem Mieszka?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Warto już na początku uświadomić sobie fundamentalną prawdę, dotyczącą tego wydarzenia: nie wiemy o nim prawie nic! Jak utrzymują historycy, jedyna pewność dotyczy faktu chrztu św., który przyjął polski władca jednocześnie włączając w rodzinę chrześcijańską cały naród. Nie znamy szafarza chrztu, nie znamy miejsca, ani nawet daty rocznej – umieszczenie tego aktu na polach lednickich 14 kwietnia 966 r. to tylko najbardziej prawdopodobne przypuszczenia historyków i archeologów. Podobnie niemal żadna teza dotycząca okoliczności chrztu i politycznych argumentów przemawiających za jego przyjęciem nie jest współcześnie przyjmowana jako pewnik. Na każdym etapie potykamy się o stertę wątpliwości.

 

Autorytarne wykluczanie wymiaru duchowego i deprecjonowanie na tej podstawie roli chrztu w kształtowaniu się państwa i narodu należy zdecydowanie ocenić jako życzeniowe nadużycie

W związku z tym trudno jest podjąć obliczoną na uzyskanie jednoznacznych odpowiedzi dyskusję o przyczynach i reperkusjach takiej decyzji władcy. Tym bardziej krępującą jest pewność części medialnych komentatorów, którzy tonem mentora pouczają, że wartość przypisywana temu wydarzeniu jest przesadzona lub nawet że upamiętnianie go jest skandalem. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że chrzest Polski miał swoje polityczne konsekwencje i ponieważ tylko one z perspektywy Mieszka mogły być przewidywalne, ma sens założenie, że były zamierzone i że to one doprowadziły do tego wydarzenia. Niemniej, autorytarne wykluczanie wymiaru duchowego i deprecjonowanie na tej podstawie roli chrztu w kształtowaniu się państwa i narodu należy zdecydowanie ocenić jako życzeniowe nadużycie.

 

Matejko_Christianization_of_Poland

“Zaprowadzenie chrześcijaństwa”, olej na desce, Jan Matejko, 1889r., Zamek Królewski w Warszawie

 

Brutalne nawrócenie

Faktem zdecydowanie godnym ubolewania jest nasze stereotypowe wyobrażenie na temat wydarzeń następujących bezpośrednio po przyjęciu chrztu św. Żyjemy w przekonaniu, że w bardzo krótkim czasie, niemal błyskawicznie nastąpiła wymuszona ogniem i mieczem zmiana – odejście od pogaństwa na rzecz służalczej misji wobec Kościoła. Tymczasem mamy tutaj do czynienia ze skomplikowanym procesem, lecz z dużą dozą prawdopodobieństwa można postawić tezę, że wymuszenie na mieszkańcach kraju Polan przyjęcia chrześcijaństwa nie było konieczne. Jak pisze profesor Tomasz Jasiński: “raczej wszystko wskazuje na to, że nie bardzo żałowano dawnych bogów”. Przywiązanie do pogańskich wierzeń nie było silne, co więcej – wiara Kościoła nie była Polanom obca ze względu na sąsiedztwo z czeskim – a zatem chrześcijańskim – Śląskiem. Sama idea monoteizmu również trafiła wśród Polan na podatny grunt.

 

Skoro jednak po wprowadzeniu chrześcijaństwa nieznany, Trójjedyny Bóg pozwolił Polanom zwyciężać, pragmatyczne spojrzenie nakazało szaremu, średniowiecznemu Kowalskiemu pójść za nowym, potężniejszym Bogiem. Podobna logika kierowała zresztą Mieszkiem I, o czym za chwilę.

Warto ponadto zwrócić uwagę na realizm, charakteryzujący pogańskie wierzenia. Przykłady można znaleźć również na kartach Starego Testamentu. Wierzenie w potężnego bożka na żadnej szerokości geograficznej nie wykluczało przyjęcia do wiadomości istnienia Boga, który jest obcy, bo wyznawany przez inne plemię. Często w takich sytuacjach przeprowadzano coś na kształt pojedynków, które miały udowodnić siłę i pozwolić wierzącemu wybrać. Skoro jednak po wprowadzeniu chrześcijaństwa nieznany, Trójjedyny Bóg pozwolił Polanom zwyciężać, pragmatyczne spojrzenie nakazało szaremu, średniowiecznemu Kowalskiemu pójść za nowym, potężniejszym Bogiem. Podobna logika kierowała zresztą Mieszkiem I, o czym za chwilę.

Co do brutalności chrystianizacji również nie ma żadnych twardych dowodów – palenie osad i niszczenie bożków nie było w tym czasie niczym szczególnym, a mogło świadczyć raczej o chęci radykalnego odcięcia się od pogańskiej przeszłości. Zresztą pojawiają się w tym temacie argumenty przemawiające raczej za delikatnością ewangelizatorów. Już św. Metody, odpowiadając na nieprzychylne przyjęcie przez potężnego księcia Wiślan, upominał go, wróżąc mu klęskę, jednak do niczego nie go przymuszał. Oczywiście trudno wierzyć w identyczny obrót spraw ponad wiek później, już po chrzcie Mieszka, ale takie historie zadają kłam założeniu, że chrystianizacja ziem polskich musiała przybrać krwawy obrót.

 

Na marginesie tych rozważań, historia przyjęcia misjonarzy przez Wiślan przekreśla narrację, która odbiera wydarzeniom Wielkiej Soboty 966 r. wyjątkowość. Istnieją bowiem teorie głoszące, że chrześcijaństwo było zauważalnie obecne na terenach polskich na długo przed Mieszkiem. Świat faktów archeologicznych całkowicie odrzuca tę tezę m.in. z powodu braku śladów chrześcijańskich obrządków pogrzebowych, które przecież musiałyby zaistnieć, gdyby wiara Kościoła nie była marginalna.

 

Dobro-wolność?

MieszkoDagome

Mieszko I, portret Jana Matejki

Kolejną wątpliwość konstruuje się wokół dobrowolności decyzji Mieszka. Powstaje pytanie, czy polityczne argumenty nie przybrały raczej kształtu groźby, niż worka pełnego korzyści. Choć nie da się całkowicie odrzucić tej tezy, wydaje się ona bardzo wątpliwa. Jak zaznacza Philip Earl Steele w swojej książce “Nawrócenie i chrzest Mieszka I” – wszystkie średniowieczne źródła opisujące chrzest władcy Polan podkreślają dobrowolność i samodzielność tej decyzji. Nie ma powodów twierdzić, że kronikarze polscy, a tym bardziej niemieccy mieli powód, by przemilczeć jakieś ograniczenie wolności Mieszka w podjęciu tej decyzji czy to z rąk czeskich, niemieckich, czy nawet papieskich.

Podobnym torem idzie logika przedstawiająca Mieszka I, jako człowieka sterowanego jedynie bieżącymi, politycznymi przymusami, który przyjąłby nawet islam, gdyby ktoś zaproponował mu płynące z tej konwersji korzyści. Tymczasem nie da się nie zauważyć radykalnej utraty zaufania do pogańskich bożków i przyjęcia strony potężniejszego Boga. Odnotowane przez historyków zaangażowanie władcy Polski we wspieranie działalności misyjnej, w masową budowę świątyń, aż wreszcie sama relacja Galla Anonima piszącego o powolnym, ale pilnym przyswajaniu prawd chrześcijaństwa, pozwalają nam wierzyć, że pisząc o Mieszku, piszemy o człowieku autentycznie nawróconym; nie świętym, ale ochrzczonym neofitą z wyraźnie zarysowanymi i nigdy w pełni nie odrzuconymi pogańskimi zapędami.

 

Uwierzył

Z współczesnej perspektywy trudno przecenić korzyści płynące z chrztu Mieszka. Istnieje jednak tendencja przypisująca politycznym powodom zbyt wielką wagę w procesie rozumowania średniowiecznego władcy. Świadczy to oczywiście o dobrej politycznej intuicji przedstawiciela rodu Piastów, lecz takie wnioskowanie często pomija prosty fakt: Mieszko nie był jasnowidzem!

 

Przyjęcie chrześcijaństwa nie było dla Mieszka koniecznością bez alternatywy.

Mieszko nie był zależny od możnowładców czeskich czy niemieckich w takim stopniu, aby musiał być im posłuszny, nie występowała również sprzeczność interesów polskich i interesów większych narodów ościennych. Mariaż z Dobrawą doszedł do skutku przed chrztem, co pokazuje, że sakrament inicjacji w ostateczności nie był konieczny. Założenie, że Mieszko potrzebował umocnienia swojej władzy i zwiększenia posłuszeństwa poddanych poprzez kościelne imprimatur również jest naiwne – zwiększanie swoich wpływów powagą obcej religii nie miałoby szans odnieść jakichkolwiek skutków. Zresztą pochwałę mieszkowej sprawności zarządzania państwem niejaki Ibrahim Ibn Jakub zawiózł aż na daleki Półwysep Iberyjski. Z pewnością zatem przyjęcie chrześcijaństwa nie było dla Mieszka koniecznością bez alternatywy.

Trudno przyjmować, że wszystkie pozytywne konsekwencje wyboru chrześcijaństwa na państwowy sztandar były zaplanowane przez władcę. Ponieważ zatem Mieszko nie był zdolny przewidzieć przyszłych politycznych korzyści lub ich braku, a żadne współczesne mu okoliczności nie zmuszały go do przyjęcia wiary Kościoła, nie warto odrzucać – jak to się często czyni – tezy, że chrzest był wynikiem jego nawrócenia.

 

Chrzest źródłem polskości

Dobrawa

Dobrawa Przemiślidka, portret Jana Matejki

Jerzy Łojek – historyk i działacz opozycyjny w okresie PRL – z perspektywy tysiąclecia polskiej państwowości ocenia decyzję Mieszka bardzo dosadnie: “Akt dokonany w 966 roku jest po dziś dzień najważniejszym i najbardziej decydującym posunięciem polityczno-kulturowym w całej historii Polski”. Trudno się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Wystarczyłby bowiem mały szczegół, delikatna zmiana azymutu, a kompas historii pokazałby Polsce zupełnie inny kierunek, być może prowadzący poza nawias.

 

Nietrudno wyobrazić sobie alternatywę dla opisywanych wydarzeń i konsekwencje, jakie wprowadziłaby taka zmiana na kartach historii. Dla przykładu: 22 lata później miał miejsce chrzest Rusi, a książę Włodzimierz przyjął chrześcijaństwo w innym – prawosławnym – obrządku. Odpowiedź na pytanie, co by się stało, gdyby Mieszko poszedł w jego ślady, odwlekając chrzest przez dwie dekady, jest trudna do udzielenia, ale nie można wykluczyć, że droga ta prowadziłaby na śmietnik historii. Tak twierdzi np. prof. Henryk Samsonowicz.

Zwykliśmy przyjmować za pewnik fakt zaistnienia państwa polskiego. Tymczasem – jak pisze wspomniany już przeze mnie prof. Jasiński – “W IX w. i w pierwszej połowie X w. nie było zatem ścisłych przesłanek, które określałyby, jakie państwa wykształcą się z plemion zamieszkujących te tereny. Brzmi to jak herezja, ale nie musiało wcale powstać państwo polskie”. Przyjęcie chrześcijaństwa stanowiło milowy krok ku stworzeniu organizmu państwowego z mozaiki dryfujących po mapie plemion. To wokół krzyża zbudowano wspólnotę narodową.

 

Czy tego chcemy, czy nie – Kościół w czasie rozbiorów i wszelkich okupacji był w dużej mierze spoiwem narodu, na co nie miałby szans, gdyby nie decyzja Mieszka I

I w tym aspekcie historia się powtarza. Czy tego chcemy, czy nie – Kościół w czasie rozbiorów i wszelkich okupacji był w dużej mierze spoiwem narodu, na co nie miałby szans, gdyby nie decyzja Mieszka I. Co ciekawe, jak sugeruje Łukasz Kobeszko, to właśnie obchody tysiąclecia chrztu św. w najdramatyczniejszych chwilach narodu polskiego pozwoliło na odrodzenie się poczucia wspólnoty, co “de facto zainicjowało budowę zrębów społeczeństwa obywatelskiego. Kilkanaście lat później zaowocowało to powstaniem masowego ruchu „Solidarność”, który nieodwołalnie zmienił Polskę i Europę.”

Jak się okazuje, chrzest Mieszka I miał i wciąż przynosi konsekwencje, które nie miały prawa przyśnić się średniowiecznemu władcy.

 

polska_960

 

Wdzięczność historii

Nie ma najmniejszego powodu, aby godzić się na deprecjonowanie decyzji Mieszka. Decyzji, dzięki której na zawsze zapamięta go wdzięczna, polska historia.

Przyjęcie religii chrześcijańskiej stało się – podobnie jak w Rzymie w IV w. – społecznym spoiwem. Różnica polega jednak na tym, że o ile Cesarstwo miało już za sobą lata świetności i potrzebowało nowej osi budowy wspólnoty, o tyle Polska dopiero się rodziła i jej potrzeba zgromadzenia wokół jednej idei wynikała z odmiennych przyczyn.

Wykluwający się organizm państwowy skorzystał na chrześcijaństwie jako na czynniku integracyjnym. I chociaż, wobec toczących się nieustannie sporów historycznych, trudno udawać, że kwesta chrztu Polski jest sprawą bez pytajników, a wydarzenia z końca pierwszego millenium były tak idealne, że graniczyły ze świętością, nie ma najmniejszego powodu, aby godzić się na deprecjonowanie decyzji Mieszka.

Decyzji, dzięki której na zawsze zapamięta go wdzięczna, polska historia.


Wiele informacji zawartych w tekście zaczerpnięte jest ze źródeł i opracowań umieszczonych na stronie chrzest966.pl, którą niniejszym tekstem polecam.


Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >