Watykański podręcznik do edukacji seksualnej

Wśród wielu niekatolickich środowisk panuje przekonanie, że Kościół i rozsądny głos w zakresie seksualności nie mogą iść w parze. Dzieje się tak dlatego, że wciąż silny jest stereotyp, przedstawiający Kościół jako zasadniczego wroga praw rządzących ludzką cielesnością

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Jest to oczywiście krzywdząca bzdura, o czym zaświadczyć mogą wszystkie katolickie małżeństwa żyjące według nauczania Kościoła, a które – ku zdziwieniu zewnętrznych obserwatorów – dużo rzadziej narzekają na katolicką etykę seksualną niż ci, którzy z założenia odrzucili ją jako nieżyciowy, zdogmatyzowany program napisany przez niekompetentnych księży. Kościół, wbrew funkcjonującym tu i ówdzie pozorom, nigdy nie gardził cielesnością, która jest Bożym darem, ale zawsze zwracał uwagę na uważne kanalizowanie mechanizmów, które nią rządzą, na kontrolę popędów.

 

Dobrym przykładem obrazującym tragiczne niezrozumienie intencji Kościoła jest powszechne pojmowanie terminu czystość jako synonimu wstrzemięźliwości, co sprowadza się do stwierdzenia, że – przynajmniej teoretycznie – wg Kościoła w czystości żyją tylko celibatariusze. Trudno wyobrazić sobie większą skalę nieporozumienia. W czystości żyją bowiem wszyscy ci, którzy nie uprawiają wyuzdania i cudzołóstwa, czyli również wierni sobie małżonkowie, o czym zaskakująca część społeczeństwa nie wie.

 

Tego typu zaskoczeń dla osób, które poznały nauczanie Kościoła tylko pobieżnie, jest bardzo dużo. Być może właśnie dlatego na pierwszy rzut oka szokująca decyzja watykańskich decydentów wydaje się być strzałem w dziesiątkę.

 

VISITA MONSEÑOR VICENZO PAGLIA

Arcybiskup Vincenzo Paglia

 

Kierowana przez arcybiskupa Vincenzo Paglię Papieska Rada ds. Rodziny, która od tego miesiąca weszła w skład nowej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia opublikowała we współpracy z Katolickim Uniwersytetem św. Antoniego w Murcji… poradnik wychowania seksualnego.

Autorzy nadali mu tytuł The Meeting Point, co należy przetłumaczyć jako Miejsce Spotkania. Oparta o metaforę namiotu symbolizującego człowieka, opublikowana w internecie w pięciu językach broszura składa się z konspektu podzielonego na dwie części: dla edukującego – najlepszym wyborem jest tu rodzic, co na każdym kroku podkreślają autorzy programu – oraz dla edukowanego. Celem jest przetłumaczenie na określone postawy i zachowania katolickiej nauki o seksualności – i co za tym idzie nauki o małżeństwie, bo w Kościele obie te sfery nie występują w oderwaniu – dla której fundamentem są dzieła ostatnich papieży; poczynając od Humanae Vitae Pawła VI, którego aktualność myśli i rozstrzygnięć ciągle podkreśla papież Franciszek, przez dzieła Jana Pawła II oscylujące wokół jego teologii ciała oraz Benedykta XVI z jego głęboką analizą umieszczoną m.in. w Deus Caritas Est aż po Amoris Laetitia – bodaj najgłośniejsze z dzieł urzędującego papieża. Z tego zresztą dokumentu pochodzi hasło przyświecające całemu programowi: Trudno myśleć o edukacji seksualnej w czasie, gdy istnieje skłonność do banalizowania i zubożenia seksualności. Można ją zrozumieć jedynie w kontekście wychowania do miłości, do wzajemnego daru z siebie (AL 280).

 

Na marginesie warto zauważyć, że przywołany powyżej punkt najnowszej adhortacji papieża Franciszka otwiera podrozdział zatytułowany: “Tak” dla edukacji seksualnej, który w obliczu rozległych dyskusji o kontrowersjach dotyczących dyscypliny sakramentów prawie nie został zauważony przez komentatorów. Być może dlatego publikacja programu – mimo, że w tej perspektywie dość oczywista – wciąż wydaje się szokująca, a z całą pewnością odważna i na swój sposób przełomowa.

Ku rozczarowaniu przeciwników programu – o których za chwilę – The Meeting Point ma swoje niepodważalne plusy.

 

hands

 

Po pierwsze – po rewolucji seksualnej i wszystkich jej dalekosiężnych następstwach wydaje się, że nie ma już powrotu do stanu poprzedniego. Postępująca seksualizacja, tabloidyzacja nagości i zerwanie z niemal każdym tabu dotyczącym sfery łóżkowej powodują, że młodzież – przyszłość Kościoła! – pozostawiona sama sobie bez wyraźnych wytycznych nie będzie w stanie żyć ściśle według instrukcji swoich duszpasterzy. Tego typu nacisk doprowadza bowiem do przeciążenia bodźcami, które mogą okaleczyć seksualność – jak diagnozuje to papież Franciszek. (AL 281). Nie ulega wątpliwości, że jedyną alternatywą dla postępującej rozwiązłości i publicznego przyzwolenia na zerwanie z tradycyjną obyczajowością jest oparte o czasową wstrzemięźliwość, odpowiedzialność i wierność nauczanie Kościoła, które – jak zaznaczałem we wstępie – nie jest powszechnie rozumiane. Co więcej, przy narastających naciskach na wprowadzenie do szkół wychowania seksualnego, które w wielu aspektach obrazuje zjawisko definiowane przez papieża Franciszka jako kolonizacja ideologiczna, wydaje się oczywistym, że Kościół musi wystąpić z radykalną kontrofensywą. Dotychczasowe formy utyskiwania na współczesną promocję rozwiązłości nie mają w sobie wystarczającej mocy, aby przekonać do katolickiej propozycji rzesze ludzi przebywających – mówiąc Franciszkiem – na peryferiach. Dlatego konieczny był krok naprzód.

 

Po drugie – zmartwieni wyżej opisanym stanem rzeczy rodzice otrzymują od Kościoła wprost do ręki, bez żadnych opłat, kursów i w absolutnie otwartym zaufaniu zrozumiały program, który mogą wykorzystać w procesie wychowywania swoich dzieci. Rodzic jako pierwszy i najważniejszy nauczyciel to właściwie największa siła tkwiąca w założeniach tego programu. Alternatywa przygotowana przez Kościół powoduje, że człowiek wierzący przestał być skazany na ideologiczne przywiązania wybieranych przez oświatowe placówki specjalistów, do których – często nie bez powodu – nie ma zaufania.

 

Wreszcie po trzecie – fragment Amoris Laetitia dotyczący wychowania seksualnego (punkty: 280-286) jest napisany odpowiedzialnie, rozsądnie i w pełnej zgodzie ze wszystkim, czego dotychczas nauczał Kościół. Jeśli to właśnie one wespół z całym kościelnym Magisterium będą nadrzędnym drogowskazem dla realizujących program, jedyną przeszkodą, która pozostanie do przeskoczenia, będzie zabobonny dyskomfort. Nie ma bowiem obawy, że – w przeciwieństwie do większości programów realizowanych na Zachodzie – wychowanie seksualne opierać się będzie o nieodpowiedzialne rozbudzanie ciekawości.

 

???????????????????????????????

 

Warto w tym miejscu wspomnieć, że wiele szkół m.in. w Stanach Zjednoczonych od wielu lat wykorzystuje z dobrym skutkiem oparte o chrześcijańską aksjologię programy stawiające na rozwój osobowy i wstrzemięźliwość seksualną. Dzięki temu od dłuższego czasu zbierają plony w postaci graniczącego z zerem odsetka nastoletnich ciąż lub chorób przenoszonych drogą płciową wśród uczniów.

 

Oczywiście pomysł Papieskiej Rady ds. Rodziny ma swoich licznych przeciwników, którym na wielu poziomach trudno nie przyznać racji.

 

Przykładowo, środowisko związane z amerykańską organizacją Catholic Media Coalition wylicza: [program zawiera] dosłowne obrazy, na przykład, grupa obozowiczów, w których jeden chłopak trzyma dłonie na pośladkach młodej kobiety, uśmiechnięta para stojąca naprzeciw rzeźby przedstawiającej kochającą się parę, obraz owocu ukazanego jako kobieca pierś na jednej z reklam. Organizacja wskazuje również na wulgarność części konspektu, w której rzekomo pojawiają się bardzo dosadne określenia.

 

Choć osobiście uważam powyższe zarzuty za przesadzone (wspomniana rzeźba ukazana jest w tle, a ujęcie, które przedstawia jest zdecydowanie mniej gorszące niż znakomita większość billboardów, które odbiorcy programu widują na ulicach) trzeba przyznać, że krytycy podnoszą tu bardzo ważny głos. W szerszym rozumieniu sprowadza się on do pytania: jakimi regułami powinien kierować się Kościół w tej przepychance o ludzką seksualność?

 

Castle of Blois - The splendid sculpture of two enamoured

 

Pewne jest jedno: Kościół, który postanawia wkroczyć w grę zaproponowaną przez – mówiąc św. Janem – świat, nie może podejmować narzuconych reguł. Jedynym sensem jego uczestnictwa w takich rozgrywkach jest próba zmiany zasad na zdrowsze, bliższe człowiekowi. Każdy krok w kierunku kapitulacji wobec istniejących reguł będzie bowiem tożsamy z deklaracją: inaczej się już nie da. A przecież sensem całego programu jest to, aby pokazać, że nie tylko da się, ale i warto uporządkować to wszystko inaczej!

 

Nie jest to łatwe w żadnym z wymiarów, ale gdyby było, nadzwyczajna interwencja Kościoła nie byłaby potrzebna.

 

Kościół dotykający kwestii wychowania seksualnego dla jednych brzmi groteskowo, dla drugich – obrazoburczo. W mojej opinii oba spojrzenia są niewłaściwe. Oba są też najlepszym powodem, dla którego The Meeting Point musiał w końcu powstać.

 

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >
FELIETONY

Wołyń 1943. Jak do tego doszło?

Nie da się zrozumieć krwawych wydarzeń 1943 r., jeśli nie sięgnie się do źródeł uprzedzeń pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Ich erupcja nie była dziełem przypadku – Wołyń był na rękę zarówno Niemcom, jak i Rosjanom

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Każda zbrodnia, szczególnie tak bezwzględna, jak ludobójstwo wołyńskie, ma swoją wieloletnią genezę. Zbrodnia wołyńska nie byłaby możliwa gdyby nie trzy rzeczy. Po pierwsze – polityczna próżnia, w jakiej znalazły się tereny dawnego województwa wołyńskiego podczas niemieckiej okupacji. Po drugie – skala zbrodni, bezprawia i przyzwolenia na brutalizację życia codziennego stosowana przez nazistów. Po trzecie – wyrosłe na tym gruncie ukraińskie ruchy partyzanckie, które oczekując odpowiedniego momentu do ataku, chciały odbić ziemię z rąk Polaków i utworzyć na niej niepodległe państwo. Ten nadarzył się latem 1943 r., gdy przegrywająca na froncie wschodnim III Rzesza coraz mniej uwagi mogła poświęcać terytorium etnicznie ukraińskiemu, w zamian za zaangażowanie tamtejszych partyzantów w walkę z Armią Krajową i wstępowanie do jednostek Waffen-SS, przymykając oko na siany przez banderowców terror wśród polskiej ludności cywilnej.

 

pole

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Nawet uwzględniając te fakty trudno pojąć stopień brutalizacji walk na Wołyniu bez próby przyjrzenia się bliżej temu regionowi, który już w czasach II Rzeczpospolitej stanowił trudny do opanowania i utrzymania w ryzach fragment odrodzonej ojczyzny. Głównie z tego względu, że jako ojczyznę postrzegali go nie tylko Polacy.

 

 

Wołyń – daleko od cywilizacji

Województwo wołyńskie, na terytorium którego dokonano większości zbrodni podczas tzw. Rzezi wołyńskiej, przeszło przez sześć lat wojny prawdziwie burzliwą historię. Najpierw 28 września 1939 roku trafiło pod okupację ZSRR, które przekazało je 22 października w ręce Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Po ataku Niemiec na Rosję, Wołyń został włączony do utworzonego 1 września 1941 r. Komisariatu Rzeszy Ukraina. Województwo wołyńskie rozciągało się na obszarze 35,7 tys. km². Było drugim co do wielkości (po poleskim 36,7 tys. km²) województwem w II Rzeczpospolitej, zamieszkiwanym przez około 2 mln osób.

 

W jego skład wchodziło 11 powiatów, w których znajdowały się jedynie 22 miasta. Pod tym względem Wołyń z 16 województw, był czwartym od końca pod względem zurbanizowania. Widać to szczególnie w proporcji ludności miejskiej (276,5 tys.) do wiejskiej (1809,1 tys.). Również gęstość zaludnienia należała do jednej z najniższych w II RP, wynosząc 58 osób na km², gdy w tym samym okresie np. na Śląsku mieszkało 299 osób na km².

 

ojciec

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Etniczny galimatias

Wołyń był również niesamowitą mieszanką ludności pod względem narodowości i wyznania. Taki stan jeszcze przed wojną rodził liczne konflikty i niepokoje społeczne. Polacy od samego początku stanowili na nim mniejszość, w niektórych miastach porównywalną ze skupiskami ludności żydowskiej. Wśród używanych na Wołyniu języków, najliczniej reprezentowany był ukraiński (68%), na drugim miejscu polski (16,6%), następnie hebrajski (9,9%), niemiecki (2,3%) oraz rosyjski (1,5%). W innych językach mówiło 1,7% mieszkańców Wołynia.

 

Podobnie jak w przypadku używanego języka przedstawiały się proporcje podziału na wyznania. Według danych statystycznych z 1931 r., wśród 2085,6 tys. mieszkańców województwa wołyńskiego 1455,9 tys. stanowili prawosławni, 327,9 tys. katolicy, 207,8 Żydzi, 53,4 tys. ewangelicy, 11,1 tys. grekokatolicy. Inne wyznania chrześcijańskie praktykowało 28 tys. osób. Do żadnego nie przyznało się jedynie 600 ankietowanych.

 

ogien

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Krwawa niedziela

W wyniku zbrodni okupantów, zsyłek i wyjazdów na roboty do Rzeszy, liczba ludności Wołynia spadła z 2 mln w sierpniu 1939 roku do niespełna 1,7 mln w styczniu 1943 roku. Oprócz Żydów największe straty poniosła mniejszość polska, w tym przypadku mówimy o ubytku około 45 tysięcy osób. W 1942 roku Niemcy szacowali liczbę Polaków na Wołyniu na 306 tysięcy, co stanowiło 14,6% ogółu ludności.

 

niemcy-kobieta

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Choć napięcie etniczne i fala zbrodni na Wołyniu narastały stopniowo, kulminacja nastąpiła 11 lipca 1943 roku, czyli w „Krwawą niedzielę”. Akcja eksterminacji polskich cywilów przez m.in. przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-B) oraz Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) przybrała przerażające rozmiary. Tego dnia zaatakowano 99 miejscowości, następnego kolejnych 50. Stan permanentnego zagrożenia utrzymywał się do wczesnej wiosny 1944 roku, kiedy UPA przeniosła działania na rejon Lwowa i Podole. Skalę represji wobec ludności polskiej jeszcze lepiej oddają suche statystyki ataków.

 

pole2

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Lipiec 1943 – atak na 520 wsi i osad, zamordowanie około 10-11 tys. Polaków. Sierpień 1943 – atak na 301 wsi i osad, zamordowano około 8300 Polaków. Do grudnia 1943 r. brutalne zabito ponad 40 tys. naszych rodaków ze Wschodu, łącznie w wyniku ludobójstwa śmierć mogło ponieść nawet ponad 60 tys. osób, w tym 2,3 tys. Ukraińców w ramach polskiego odwetu i działań obronnych.

 

stodola

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Krajobraz po ludobójstwie

Rzeź wołyńska poza ofiarami cywilnymi to również niemal całkowita anihilacja fizycznych śladów obecności Polaków. Według szacunków historyków z ogólnej liczby 1150 wiejskich osad polskich Ukraińcy zniszczyli 1048, czyli 91% wszystkich domostw. Na tym straty się nie kończyły. Z istniejących 31 tys. polskich zagród spalono 26 167, a więc dokładnie 84% ówczesnego stanu posiadania. Podobnie sprawy się miały z kościołami. Z istniejących 252 kościołów i kaplic, zniszczono 103 (41%).

 

stodola3

Kadr z filmu “Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego | fot. YouTube

 

Nie ma wątpliwości, że widząc tę ogromną skalę mordu i zniszczeń, Rzeź wołyńską należy uznać za zbrodnię ludobójstwa na tle etnicznym. Choć Ukraińcy liczyli, że dzięki swojej bezwzględności metodą faktów dokonanych odbiją ziemię wołyńską i w momencie wkroczenia na nią Armii Czerwonej ogłoszą niepodległość, również ich plany zostały zweryfikowane przez historię. Ponura prawda o Wołyniu jest taka, że krwawe wydarzenia 1943 r. były de facto na rękę Niemców, którzy zostali odciążeni w tym regionie od walki z polską partyzantką oraz Rosjanom, którzy tym łatwiej przejęli i skomunizowali zdewastowaną i niezdolną do oporu ideowego ziemię. Do dziś wydarzenia wołyńskie stanowią niezabliźnioną i nierozliczoną ranę w relacjach polsko-ukraińskich.

 

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz i publicysta tygodnika "Do Rzeczy". Współpracuje z Wirtualną Polską, TVP3 Kraków i Radiem Kraków. Z wykształcenia historyk i filozof. Twórca projektu "II wojna światowa jakiej nie znacie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >