video-jav.net

“Chcemy obudzić sumienia Rosjan!” (WYWIAD)

- O drodze do kapłaństwa w ZSRR, rosyjskim prawosławiu oraz Akcji Narodowej Pokuty z okazji 100-lecia rewolucji październikowej - opowiada KAI o. Gieorgij Koczetkow, duszpasterz moskiewskiej inteligencji, rektor Prawosławno-Chrześcijańskiego Instytutu im. Św. Filareta i duchowy opiekun Bractwa Przemienienia Pańskiego

Polub nas na Facebooku!

KAI: Jak wyglądała droga Ojca do Boga i Cerkwi? W czasach komunistycznych wymagało to olbrzymich osobistych ofiar.

Ojciec Gieorgij Koczetkow: Pierwsze osobiste spotkanie z Bogiem miało miejsce jeszcze w latach 60. XX wieku, kiedy kończyłem szkołę średnią. Po prostu nie dawało się normalnie żyć w atmosferze, jaką stworzył Związek Radziecki. Zawsze czułem, że system komunistyczny narzuca drastyczne ograniczenie wolności, a wręcz tworzy współczesną formę niewolnictwa. Tak naprawdę to niewiele wtedy wiedziałem o otaczającej mnie rzeczywistości, co zmusiło mnie do poszukiwań. Począwszy od ósmej klasy szkoły średniej, aż do klasy dziesiątej chodziłem do cerkwi. Chociaż byłem wtedy komsomolcem to idee komunizmu były mi obce. Moją pasją była kultura i sztuka, w szczególności sztuka epoki Odrodzenia. Interesowało mnie również Średniowiecze. Byłem zafascynowany rosyjskimi ikonami.

Gdzieś tak około 1967-68 roku zrozumiałem, że za sprawą jakiejś cudownej przemiany stałem się człowiekiem wiary. Nie było w tym czasie obok mnie nikogo z kim mógłbym o tym porozmawiać. Nie miałem książek o chrześcijaństwie, nie miałem przyjaciół i znajomych z kręgu ludzi biorących czynny udział w życiu cerkiewnym. Jednak Bóg mi cały czas pomagał.

Razem z kolegami z klasy, z rówieśnikami, którzy potem studiowali ze mną na Rosyjskim Ekonomicznym Uniwersytecie omawialiśmy często nurtujące nas problemy związane z religią i wiarą. Okazało się, że dla młodzieży rosyjskiej były to bardzo ciekawe tematy. W latach 60. i na początku lat 70. XX wieku prawie nikt nic na temat religii, prawosławia i innych wyznań nie wiedział. Jednak wielu młodych z wielką radością chodziło ze mną to do cerkwi prawosławnej, to do kościoła katolickiego, bywaliśmy nawet w synagodze.

 

KAI: Czyli stanął Ojciec przed wyborem religii, wyznania?

– Ostatecznie wybraliśmy prawosławie przy zachowaniu bardzo przyjacielskich stosunków z katolikami. Osobiście mam szczególnie braterski stosunek do Kościoła katolickiego. Dlatego, że głęboko odczuwałem i odczuwam do dziś dar Bożej Miłości zarówno w Kościele katolickim, jak i w naszej prawosławnej Cerkwi. Wtedy zrozumiałem, że Boża Miłość jest najważniejsza a dopiero w następnej kolejności znajdują się zawiłości dogmatów, czy obrządków.

W ten sposób zbliżyliśmy się do Boga, Chrystusa i Cerkwi. Od razu zaczęliśmy tworzyć krąg przyjaciół połączonych wiarą. Na samym początku spotykaliśmy się raz w tygodniu i czytaliśmy Ewangelię i od tego wszystko się zaczęło. Później uświadomiłem sobie, że Bóg mnie powołał bym został duchownym. Zrozumiałem, że chcę wstąpić do seminarium duchownego, chociaż to było niemożliwe, ponieważ moja mama pracowała w Radzie Ministrów ZSRR. Powiedziała mi od razu, że jeżeli ktoś się dowie, że chodzę do cerkwi to wyrzucą ją z pracy. I tak by się stało.

Dlatego musiałem najpierw ukończyć uniwersytet a potem rozpocząłem studia doktoranckie w Akademii Nauk. Po ich ukończeniu, w roku 1980, mogłem wstąpić do Akademii Duchownej. Miałem dużo czasu na przygotowanie się i nie był to czas stracony. Przyjaźń, obcowanie z bardzo różnymi ludźmi, otwarcie na ludzi, w tym i na niewierzących i na nieprawosławnych, było dla mnie ważnym doświadczeniem. Także spotkania z katolikami i protestantami były wielkim bogactwem.

 

KAI: Powołanie kapłańskie cały czas dojrzewało…

– Gdzieś w połowie lat 70. zrozumiałem, że ograniczając się wyłącznie do oficjalnej struktury cerkiewnej nie da się odnaleźć pełnego życia chrześcijańskiego, ponieważ życie wiernych i Cerkwi było całkowicie kontrolowane przez władze radzieckie. A przecież Kościół Chrystusa powinien być wolny.

Dlatego wstąpiłem w 1980 roku do Akademii Duchownej, której rektorem był ks. Władimir Michajłowicz Gundiajew czyli obecny patriarcha Moskwy i Całej Rusi – Cyryl. Nie był to łatwy okres w moim życiu. Na ostatnim roku studiów zostałem wydalony z Akademii, ponieważ moja działalność nie podobała się KGB.

Byłem już po święceniach kapłańskich. Wraz z kolegami prowadziliśmy działania misyjne i myśleliśmy o utworzeniu bractwa, wspólnoty. Wtedy pewien doświadczony i mądry człowiek powiedział mi: „Tam, gdzie są bracia – jest bractwo. Tam gdzie ludzie się spotykają – jest wspólnota”.

Pragnęliśmy więc nawiązać prawdziwie braterskie stosunki z których powstałaby wspólnota. Tak powstawał pierwotny Kościół i życie monastyczne. A w XX wieku po zwycięstwie bolszewików, patriarcha Tichon wezwał w 1918 roku całą Cerkiew do powoływania bractw i wspólnot.

Aby nikt nie musiał stanąć przed sądem i nikt nie został osadzony w więzieniu bardzo starannie przygotowywaliśmy się – od połowy lat 80. – do zawiązania struktur bractwa. Najpierw utworzyliśmy bibliotekę, a później, w 1988 roku powołaliśmy nielegalny prawosławny Instytut Chrześcijański – będący uniwersytetem, ale w podziemiu. Wiedzieliśmy, że w Związku Radzieckim nic nie może istnieć i działać oficjalnie bez kontroli władz. Nie może istnieć ani bractwo, ani wspólnota, a normalne kształcenie duchownych nie ma prawa bytu. Byliśmy przekonani, że jeżeli władze radzieckie aresztują wszystkich biskupów i duchownych, jeżeli zamkną seminaria duchowne, to coś musi pozostać. Byliśmy wspierani przez licznych wiernych a pomagali nam najznakomitsi duchowni i teolodzy. Mogliśmy się z nimi swobodnie konsultować i wspólnie pracować. Tak powstał i działa do dzisiaj Prawosławny Instytut imienia Świętego Filareta w Moskwie oraz liczne jego filie.

 

KAI: Kto w nich się uczy?

– Uczą się ludzie z różnych krajów i studenci z całej Rosji. Działa Bractwo Przemienienia Pańskiego, które skupia już tysiąc osób z całego kraju i zagranicy. Możemy się nareszcie cieszyć prawem do wolnego uczestnictwa w życiu duchowym, swobodą dyskusji, możliwością organizowaniem różnych spotkań w duchu chrześcijańskim. A także możliwością zorganizowania Akcji Narodowej Pokuty, w związku z setną rocznicą rewolucji październikowej 1917 roku.

Przygotowywaliśmy się do tego wydarzenia już pod koniec ubiegłego roku. Poza nami nikt nie chciał się tym tematem zająć. Dla wielu jest to nadal tragiczny rozdział historii, o którym wolą zapomnieć.

 

KAI: Co oznacza Akcja Narodowej Pokuty?

– Musimy być uczciwi, otwarcie stanąć przed Bogiem i w duchu chrześcijańskim poddać ocenie bolesne wydarzenia związane z 70 latami panowania systemu komunistycznego. W duchu miłości odnieść się do Boga i ludzi, pokonywać przeszkody i utrudnienia we wzajemnych relacjach. Zbyt dużo przestępstw popełniono w XX wieku, zbyt dużo krwi przelano, zbyt dużo było zdrad i wojen. Wszystkie te wydarzenia obciążają nas ponieważ są bezpośrednim następstwem tragicznej przeszłości. Razem musimy nieść ten bagaż spuścizny strasznych czasów.

Co prawda sami w tym nie uczestniczyliśmy, nikogo nie zabijaliśmy, nikogo nie zdradziliśmy ale bezwiednie, niejako automatycznie jesteśmy uwikłani, gdyż wszyscy ludzie są ze sobą powiązani. Dlatego trzeba wziąć się za ręce, żeby grzechy przeszłości, grzechy ojców, zostały odkupione i przebaczone przez Boga. Chcemy rozstać się raz na zawsze ze spuścizną czasów komunistycznych.

 

KAI: Jak Cerkiew prawosławna odnosi się do “Rosyjskiej Katastrofy”, której początkiem przed 100 laty była rewolucji październikowa?

– Nie możemy przejść obojętnie obok tej rocznicy. To co się stało sto lat temu było dla naszego kraju katastrofą narodową. Bolszewicy na potęgę niszczyli, unicestwiali naród rosyjski, tępili wiarę, eliminowali z życia Cerkiew i wypaczyli nasza historię. Musimy teraz zadbać o to, by wszystko powróciło na swoje miejsce.

Wielu ludzi nie rozumie powagi sprawy. Mówią o pojednaniu i miłosierdziu. Chcą zapomnieć o wszystkim co bolesne. Chcą tego byli bolszewicy, a także byli ich przeciwnicy – biali, wierzący i niewierzący. Mówią: “zostawmy to i zacznijmy wszystko od nowa”.

Jako Kościół jesteśmy za pokojem na świecie i pragniemy pojednania. Jednakże, żeby pojednanie stało się realne i trwałe konieczne jest zrozumienie przeszłości. Bo byli męczennicy, ale byli też ludzie, którzy współpracowali z komunistycznym reżimem, byli oprawcy, zdrajcy i siewcy strachu. Byli także ci, którzy prześladowali mieszkańców sąsiednich krajów i narzucali im komunistyczną ideologię.

To wszystko trzeba nazwać po imieniu. Należy modlić się również za wroga ale trzeba wiedzieć, że modlimy się za wroga, a nie za przyjaciela. Chrystus modlił się za wszystkich, także za wrogów. Wiedział jednak kto jest wrogiem a kto przyjacielem.

 

KAI: Po latach milczenia, obojętności wobec straszliwych zbrodni jak przekonać ludzi do pokuty i nawrócenia?

– Bardzo trudno przekazać gorzką prawdę. Ludzie są głęboko przekonani, że to ich nie dotyczy, ponieważ oni tych grzechów nie popełnili. Mówią: to wydarzyło się dawno a my w tym nie uczestniczyliśmy. Ale tak nie jest. Tylko niektórzy są winni, ale wszyscy są odpowiedzialni. Owszem, każdy z nas odpowiada za swoje grzechy ale jednocześnie jesteśmy ze sobą ściśle powiązani, a obok siebie były i ofiary i oprawcy. Aby pomóc to zrozumieć, organizujemy różnego rodzaju spotkania i zachęcamy do refleksji. Muzyka i malarstwo również pomagają w zrozumieniu prawdy. Dlatego tworzymy portrety ludzi, którzy zostali rozstrzelani, wspieramy akcje pod hasłem: “Pora się rozstać”, akcję obalania pomników Lenina i innych rewolucjonistów. Spuścizną rewolucji jest zło, a nie dobro i nie można tak sobie tego pozostawić. Nie wolno nam mieszać świętych z grzesznikami.

Dlatego sami sięgamy do naszych własnych korzeni, do swoich przodków, pytamy kim oni byli, nasi ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Musimy przemyśleć, co było dobre a co złe. Ludzie nas słuchają, czasami dziwią się, ale zgadzają się z tym co robimy i rozumieją, że jest taka potrzeba i że to jest bardzo ważne.

 

KAI: Jakie inicjatywy jeszcze podejmujecie w ramach Akcji Pokuty?

– Mamy specjalne modlitwy osobiste i wspólne. Wydajemy książki i prowadzimy prezentacje, szczególnie tych książek, które najlepiej opisują nasze tragiczne czasy. Ludzie często albo nie mają podstawowej wiedzy na ich temat albo się boją i nie chcą wiedzieć. Rozumiemy ich i dlatego wychodzimy im naprzeciw. Chcemy obudzić w nich sumienie, pobudzić rozum i serce. Jeśli ludzie zrozumieją, że przestępstwo to przestępstwo i że nie wolno go więcej już nigdy popełnić, to wtedy właśnie możemy mówić o pokucie i nawróceniu.

 

KAI: Czy widać już jakieś pozytywne rezultaty Waszej pracy?

– Za wcześnie na to, aby mówić o pozytywnych rezultatach, ponieważ cały proces jest w toku i jeszcze się nie zakończył. Przed nami najważniejsze dni. Rocznica rewolucji roku 1917 w październiku i listopadzie. Będą odsłaniane pomniki i tablice pamiątkowe ku czci ofiar. Informujemy o wydarzeniach przez Internet. W różnych miastach organizujemy pokazy filmów o tamtych czasach. Nie zrobimy wszystkiego w ciągu roku. Nie zakończymy procesu pokuty i nawrócenia gdyż przebudzenie dopiero się zaczyna. Ludzie zaczynają otwierać oczy i myśleć. Obserwuję dwie skrajności. Jedni uważają, że jakiekolwiek działania nie mają żadnego sensu, ponieważ to i tak nic niczego nie zmieni i nie pomoże nikomu. Drudzy mówią, że to zamknięta przeszłość, więc zostawmy, zapomnijmy i zacznijmy wszystko od nowa. Najlepiej wyjedźmy stąd do innego kraju.

Uważam, że takie postawy są niewłaściwe. Nie wolno uciekać z pola bitwy. Nie wolno też, znajdując się na polu walki twierdzić, że zwycięstwo jest niemożliwe, że jakiekolwiek działanie jest bezcelowe.

 

KAI: Obchodzimy w tym roku 100-lecie objawień fatimskich, w których Matka Boża mówiła o nawróceniu Rosji….

– Uważamy, że Cud Fatimski był prawdziwym cudem. Byłem w Portugalii, widziałem ludzi, którzy przyjeżdżają z całego świata, aby pokłonić się Matce Boskiej Fatimskiej. Ostrzeżenie, przestroga, że wydarzenia w Rosji będą miały wpływ na wydarzenia na całym świecie miały 100 lat temu w Fatimie ogromną siłę profetyczną.

Większość Rosjan nic nie wie o Cudzie Fatimskim. Chciałbym, żeby to się zmieniło, żeby prawosławni Rosjanie zrozumieli, że Bóg spogląda na wszystkich bez względu na narodowość czy wyznanie, że to co się dzieje w danym konkretnym miejscu za Jego przyczyną czy pozwoleniem ma wpływ na to co dzieje się gdzie indziej.

Matka Boska w Fatimie, w Portugalii, daleko od naszego kraju, przepowiedziała, co się wydarzy w Rosji i te wydarzenia miały wpływ na losy całego świata.

 

KAI: Jakie największe wyzwanie stoi teraz przed Rosją?

– Pokonać największy błąd Rosji jakim było na początku XX wieku to, że ludzie zapomnieli o Bogu, wszyscy, począwszy od prostych chłopów, poprzez inteligencję i arystokrację, a skończywszy na rodzinie carskiej. Więcej było przesądów niż wiary. Ludzie zaczęli odchodzić od wiary, od Boga, od cerkwi a sama cerkiew nie potrafiła nauczyć prawdziwej wiary. Nie potrafiła przeciwstawić się naciskowi ateizmu. Te grzechy trwają nadal i musimy je pokonać.


Rozmawiali: Krzysztof Tomasik i Krzysztof Żurowski.
Krzysztof Tomasik i Krzysztof Żurowski / Moskwa

Katolicka Agencja Informacyjna

ROZMOWY

Nie ma rodziny bez Boga

Szatan musi mieć swoich katechetów, świadków, żeby ludzie mówili: Nie wierzą, a są dobrzy. Nie wierzą, a lepiej im wychodzi życie. Nie wierzą, a są zdrowi… To jest katecheza szatana dla świata. Odejdziecie od Boga, będziecie szczęśliwi - tylko proszę zobaczyć, czy w całej rozciągłości życia ateiści są szczęśliwi?

Augustyn Pelanowski OSPPE
Augustyn
Pelanowski OSPPE
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O tym, że nie da się tworzyć rodziny w oderwaniu od życia religijnego, że życie z Bogiem jest łatwiejsze z o. Augustynem Pelanowskim, paulinem, rozmawia Judyta Syrek

 

Ojcze, zacznijmy od ideału…

Nie ma ideału…

 

Jeden znalazłam, w ostatniej książce, którą Ojciec napisał o św. Józefie*. Choć jego rola, jako opiekuna Jezusa, nie jest za bardzo wymowna: niczego nie uczy, nic nie mówi, tylko po prostu jest.

To nie było do końca tak, że Józef niczego nie uczył Jezusa. Musiał Go czegoś uczyć. W sensie społecznym człowiek musi mieć drugiego, musi mieć odniesienie do „Ty”, żeby tworzyć społeczeństwo, żeby się rozwijać. Syn Boży, by stać się człowiekiem, przez fakt wcielenia, musiał się czegoś uczyć. Musiał mieć rodzinę, bo taka jest zresztą misja Boga w świecie ludzkim – tworzyć rodzinę. Jezus uczył się więc być człowiekiem w rodzinie. Od kogo? Od ludzi i to nie byle jakich.

Sposób bycia Jezusa, który widzimy już w życiu dorosłym, jest nie tylko czuły i delikatny jak u Matki Bożej, ale też męski i zdecydowany – tego Jezus uczył się na pewno od Józefa. Natomiast obecność jest tutaj bardzo istotna, bo sięga aż do wartości, którą objawia sam Bóg. My nie przeżywamy Boga jako nieobecność lecz jako obecność i to najczęściej milczącą. Bóg jest, nawet kiedy milczy. Można więc powiedzieć, że w przypadku Józefa, role się odwróciły. Człowiek stał się obecny w życiu Syna Bożego, milcząc.

 

Kadr z filmu “Narodzenie”

 

Mężczyzna milczący to, mówiąc kolokwialnie, taka ciapa.

Wydaje się, że ciapa. Ale na przykład, kiedy przypominam sobie swojego ojca, to widzę, że o wiele mocniej przemawiało do mnie jego spojrzenie i powściągliwość, niż słowa. Jego ruch był dla mnie mową. A sam fakt jego obecności w domu dawał mi poczucie bezpieczeństwa, nawet jeżeli nie rozmawialiśmy ze sobą. Obecność, nawet milcząca, jest bardzo wymowna.

 

Jakim ojcem był więc Józef? Delikatnym? Zdecydowanym?

I delikatnym, i zdecydowanym. Proszę pomyśleć, że w tamtych czasach, drogi, które prowadziły do Betlejem i Judei, były bardzo niebezpieczne. O czym mówi na przykład choćby opowieść o Miłosiernym Samarytaninie, który wyszedł za mury Jerozolimy i od razu napadli go zbóje. Józef szedł ze swoją Małżonką, która była w ciąży i nikt go nie napadł. Myślę, że musiał mieć bardzo męską posturę. Był mężczyzną w pełnym tego słowa znaczeniu, nie był ciapą. Wystarczyło, że spojrzał i droga była bezpieczna. Ciekawi mnie, dlaczego odmawiano mu miejsca w gospodzie – o czym pisze św. Mateusz – czy dlatego, że małżonka była w ciąży, czy dlatego, że wyglądał dość niebezpiecznie? (śmiech) Proszę pamiętać, że Józef jest człowiekiem, który pracuje w kamieniach, przy drewnie. Fizycznie musiał być bardzo silny.

 

Czyli był raczej twardy jako ojciec.

To zależy co rozumiemy przez słowo twardość. Można być twardym i delikatnym. Na pewno Józef nie był kimś, kto tłumił Jezusa i Maryję swoją osobowością, jakimś autorytatywnym zachowaniem czy nadmiernym kontrolowaniem rodziny. Widzimy, że Maryja bardzo spokojnie się zachowuje przy nim. Józef uchodzi za człowieka sprawiedliwego – był cadykiem. Dla nas to pojęcie nieznane, hebrajski rdzeń tego wyrażenia, oznacza człowieka, który patrzy w jedną stronę, jest na strażnicy, wypatruje na horyzoncie ścieżek i nie rozgląda się na boki, nie rozprasza się. Cadyk domyśla się, czego Bóg pragnie od niego. I tą domyślność serca widać u Józefa, szczególnie wtedy, gdy nie rozmawia z Maryją o ciąży, tylko myśli, co zrobić, żeby tę Kobietę obronić. Maryja też się nie usprawiedliwia a to znaczy, że się nie boi.

I proszę zwrócić uwagę, że Józef był bardzo delikatny, nie wydaje szybko wyroku. Jest człowiekiem opanowanym. A jeśli jest opanowany w gniewie to znaczy, że jest też opanowany w pożądliwości, bo to dwa końce tego samego kija. Nie jest na pewno damskim bokserem – przepraszam za to wyrażenie. Jest człowiekiem, przed którym można milczeć.

 

Nie był damskim bokserem – ciekawe, nawet mi to przez myśl nigdy nie przeszło, że mógłby być. Jakie jeszcze miał cechy?

Przede wszystkim, to co rzuca się w oczy, i tak go sobie rekonstruuje w wyobraźni, Józef jest człowiekiem, który nie mówi nic złego o innych. Nie jest też stary – jak wyobraża to sobie Kościół wschodni. Miał około 20 lat, na pewno był przed 30-tką.

 

Kadr z filmu “Narodzenie”

 

Pochodził z dobrej rodziny. Miał dobre wzorce?

Tak można myśleć. Bo w tamtym czasie stolarze, budowniczowie byli ludźmi bardzo światłymi, oczytanymi, musieli znać prawa geometrii, żeby budować domy. Józef musiał znać też dobrze Pismo, bo doskonale tłumaczył sobie Biblię bez kontaktu z rabinem. Nie chodził pytać rabina, jak ma rozwiązać problem, sam rozstrzygał. Jest człowiekiem na tamte czasy dobrze wykształconym. Pochodzi z dobrego rodu Dawidowego.

 

Jeżeli Pan Bóg potrzebował rodziny, bo zakładamy, że potrzebował?…

Tak, potrzebował żeby Jego Syn mógł stać się człowiekiem.

 

…to znaczy, że Józef i Maryja byli idealną rodziną. Od nich dzisiaj możemy się uczyć. Ale to ideał niedościgniony.

Powiedziałbym, że to ideał niewymuskany. To są ludzie, którzy żyli na co dzień z Bogiem nie dlatego, że byli doskonali i zasłużyli na to lecz odwrotnie. Dlatego, że Bóg był z nimi, oni byli doskonali. Józef bardzo się zmienił w relacji z Maryją i z Synem Bożym. Mimo, że był człowiekiem sprawiedliwym, to kiedy zrozumiał, że ma do czynienia z Matką Boga, nie miał opcji, żeby pozostać takim samym, jakim był dotychczas. Proszę mi powiedzieć, jak on miał nie stawać się doskonałym, jeżeli na co dzień przebywał w jego domu Syn Boga? Gdyby w Pani domu zamieszkał Syn Boży, to co by Pani robiła? Sprzątała nie tylko w soboty, ale non stop.

 

Rozumiem, że jeżeli dzisiaj chcemy stworzyć dobrą rodzinę i szukamy wzoru, to patrzenie na Maryję i Józefa jako ideały nie ma sensu? Co więc trzeba robić, żeby nasze rodziny były dobre?

Trzeba Boga postawić w centrum. Tutaj dotykamy istoty chrześcijaństwa: sprawy łaski i uczynków. Sięgnijmy do historii Abrahama. Dlaczego Bóg go wybrał? Dlatego, że był ideałem wśród ludzi? Nie. Abraham był koczownikiem, bałwochwalcą, wyparł się własnej żony bojąc się o własne życie, nie mówiąc już o tym, że miał dziecko z inną. Był człowiekiem grzesznym. Ale uwierzył, że jeśli pójdzie za Słowem, to Bóg go zmieni. Oczywiście historia Abrahama jest inną historią niż historia Świętej Rodziny. Ale to nie my się zmieniamy, to Bóg nas zmienia.

 

 

Czyli zanim zaczniemy coś budować, musimy pozwolić działać Bogu a nie robić wszystko o własnych siłach?

To po pierwsze. Po drugie konieczna jest jak najczęstsza obecność Pana. Maryja i Józef mieli tę obecność cielesną codziennie. Syn Boga był w ich domu – nie da się być grzesznym w takiej sytuacji.

 

Rozumiem do czego Ojciec zmierza, jeżeli chcemy mieć dobrą rodzinę, musimy jak najczęściej uczestniczyć we Mszy. Ale trudno sobie tak na co dzień pozwolić na chodzenie do kościoła.

Minimum sześć do siedmiu dni da się wytrzymać bez eucharystycznej obecności Boga, dłużej grozi grzechem. Bóg poprzez swoją historię mówi nam wyraźnie: Przyjmijcie mnie przynajmniej w niedzielę, raz na tydzień. Nie musicie się sami neurotycznie zmieniać, żeby satysfakcjonować Freuda. Ja Was zmienię. Łaska działa w ten sposób, że przyjmujemy moc Ducha świętego w Komunii świętej. I zachowujemy się jak Maryja. Święty Augustyn powie: Wszyscy jesteśmy Matkami Bożymi, bo przyjmujemy Ciało do ciała. Święty Paweł mówi w jednym z listów, że Bóg z góry przygotował dobre czyny, jeżeli mu tylko nie przeszkodzimy, to On będzie działał (Ef 2,10). Jeżeli nie będziemy gonić do przodu ze swoimi projektami, On wszystko w nas zmieni. Bylebyśmy tylko byli podatni. Bądź wola Twoja. Niech mi się stanie według słowa Twego. Oto cała tajemnica życia.

 

Ok, Ojcze, wiele rodzin odkrywa tę tajemnicę. Staramy się nią żyć, ale mimo tego dzisiaj idealna rodzina to rzadkość, to trudna sprawa.

A ja myślę, że sprawa nie jest taka trudna. Bo o wiele trudniej jest samemu siłować się z życiem i z losem. Łatwiej byłoby przyjąć Boga i powiedzieć: Oddaję ci kierownicę, kieruj. Ja się nie znam na tym samochodzie czyli na życiu.

 

No tak. Ale dzisiaj bardziej się wyklucza Boga z życia rodzinnego niż zaprasza.

Dlatego, że z Bogiem jest łatwiej żyć.

 

Łatwiej?…

Oczywiście, że łatwiej. Kto powiedział, że nie? Diabeł.

 

I słuchamy bardziej diabła niż Boga?

Katechizm nazywa to pożądliwością czyli spaczaniem pierwotnym. To znaczy, że mamy skłonność raczej uwierzyć złu niż dobru, zrobić coś złego niż dobrego. Jesteśmy tak przetrąceni po grzechu pierworodnym, że dryfujemy w lewą stronę. A Bóg nas bez przerwy korektuje. Przez św. Jana Chrzciciela powiedział: Prostujcie ścieżki Pana. Krążymy w kółko w swojej ludzkiej historii, nie możemy się zdecydować, czy chcemy żyć z Bogiem czy nie. Z Bogiem jest o wiele łatwiej. Nie mówię tak dlatego, że przeczytałem jakąś mądrą książkę, czy dlatego, że ktoś mi tak kazał, mówię o tym, bo codziennie rano, od lat, rzucam się na twarz przed Tą, do której przyszedł Syn Boży i mówię: Niech będzie dzisiaj wszystko tak, jak Ty chcesz. Sześćdziesiąt procent problemów odpada. Przyjmuję wszystko co się dzieje w ciągu dnia za Jej projekt. Czyli w sumie za projekt Boga.

 

Sporo się ostatnio mówiło a nawet dalej mówi o potrzebie zmiany modelu rodziny. To też podszepty diabła?

(Cisza). Wszyscy chcą dobrze, ale po swojemu. Duplikuje się w tej sytuacji grzech pierworodny. Diabeł mówi: Będziecie jak bogowie, możecie sami decydować o swoim życiu. Ale wystarczy spojrzeć na człowieka i już widzimy, że nie jesteśmy gotowi. Człowiek to dzieło, które się staje. My się tutaj dopiero rozwijamy. To, co widzimy w duszy i w ciele, nie jest gotowym produktem – przepraszam za przedmiotowe określenie – tym bardziej, że wiemy, że Bóg daje nam obietnicę w jeszcze innej postaci istnienia.

Nam się wydaje, że potrafimy stworzyć tutaj coś idealnego. Wiele razy słyszę od ludzi, którzy przychodzą do mnie, że będą mieli idealną rodzinę, że ich dzieci będą genialne, na pewno nie będą narkomanami alkoholikami. Przepraszam, to skąd się biorą tamci ludzie?

 

 

No właśnie? Skąd?

Z ideałów. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby być idealnym, chodzi o to, żeby być poddanym Bogu. A Bóg z nas zrobi to, co najlepsze.

 

Czyli dobra rodzina nie może istnieć bez Boga? Nie da się wykreślić Boga z życia rodzinnego?

Absolutnie. Nawet przy najlepszych chęciach. Dobra rodzina bez Boga nie jest możliwa.

 

Ale mówi się o tym, że są dobre rodziny ateistyczne….

Tak. Szatan musi mieć swoich katechetów, świadków, żeby ludzie mówili: Nie wierzą, a są dobrzy. Nie wierzą, a lepiej im wychodzi życie. Nie wierzą, a są zdrowi…. To jest katecheza szatana dla świata. Odejdziecie od Boga, będziecie szczęśliwi – tylko proszę zobaczyć, czy w całej rozciągłości życia ateiści są szczęśliwi?… Zważywszy na los Freuda czy Nietzschego, ostatecznie koniec ich życia nie był taki szczęśliwy. Ostatni etap tego drugiego był dość śmierdzący, bo koprofagia to śmierdzące zajęcie. A Freud? Dostał raka języka. Proszę nie myśleć, że się z tego cieszę, albo że źle życzę tym, którzy odrzucają Boga. Nie. Ale bez Boga naprawdę życie się nie udaje.

 

Kiedy Ojciec widzi się z młodymi ludźmi, którzy chcą wziąć ślub, to co im Ojciec mówi na początek?

Spowiadam ich przede wszystkim.

 

I co Ojciec mówi w konfesjonale?

Żeby swoje życie zaczęli tak samo jak Józef i Maryja, od relacji, od poznania siebie, od próby wytrzymywania ze sobą, od milczenia, domyślania się. Mówię im, żeby zaczęli od budowania zaufania, dania sobie przestrzeni. Józef i Maryja nie byli cały czas ze sobą. Ona poszła na 3 miesiące do Elżbiety i Józef nie gonił za nią, nie zmuszał ją, żeby wróciła do domu, nie wysyłał szpiega, nie śledził jej. Tylko ufał.

 

 

Zaufanie to chyba nasz największy problem.

Tak, bo mamy w sobie wiele lęku. Brak zaufania wypływa z lęku. A żeby ten lęk uśmierzyć bardzo szybko wchodzi się w napięcie. Chcąc go rozładować wchodzimy w seks. Nie rozwija się głębszych uczuć, tylko sprowadza człowieka do ciała.  W takim układzie 5 lat to maksymalna gwarancja bycia razem. Potem przychodzi znużenie i trzeba się rozglądnąć za efektem świeżości, czyli za innym człowiekiem. Czasem ludzie zostają ze sobą i żyją obok. Tragedia. Najgorzej wtedy cierpią dzieci.

Brak zaufania w rodzinach i brak relacji pociągają za sobą rosnące wciąż zjawiska autoagresji, prób samobójczych, depresji. Oczywiście, kiedyś też to było obecne w rodzinach, ale dziwnie się teraz zbiegł wysiew tych spraw z możliwością rozwodów. Z promocją zdrad małżeńskich. Seks stał się wszechobecny, ale to nie znaczy, że tak ma być. Argument za wszechobecnością nie jest argumentem za prawdą. Jeżeli w miasteczku, mieszka 99 ludzi, którzy kradną, czy to znaczy, że ten setny też ma kraść? Nie, ten setny będzie tym bardziej cenny właśnie przez to, że nie kradnie.

 

Ale nie jest łatwo kogoś, kto nie ma dobrego punktu odniesienia, przekonać, że rodzina to jednak dobra rzeczywistość. Co Ojciec mówi tym, którzy mieli złe rodzinne doświadczenia? Co Ojciec im proponuje?

Pierwszą rzeczą, której nie robię na pewno, to nie wysyłam ich na terapię, bo nie zaczyna się budowy od pierwszego piętra, tylko od fundamentu. A fundamentem jest Jezus Chrystus. Czyli najpierw zapraszam do spowiedzi. Kiedy wyznajemy wszystkie winy, dusza jest czysta i dopiero wtedy możemy posłuchać Jezusa. A Bóg sobie lepiej poradzi z cierpiącym człowiekiem niż najlepszy terapeuta.

 

Ale spowiedź jest wymagająca. Ci, których Ojciec zapraszam, nie poznali Boga w rodzinie.

To nie jest tak, że pomocy potrzebują tylko ludzie z ateistycznych rodzin. Religijna rodzina też może być bardzo patologiczna, bo religia może służyć jako element kontroli drugiego człowieka, może być elementem manipulacji, wymuszania. Bardzo dużo ateistów pochodzi ze szkół katolickich.

 

Ok. Zgadzam się. Ale Ojciec też zgodzi się z tym, że człowiek przystępuje do spowiedzi a sakrament go nie przemienia.

Przemienia. Jeśli ktoś jest uczciwy to przemienia. A uczciwym można się stać przez praktykowanie. Nikt nie może sobie powiedzieć, że wykąpię się raz na całe życie i będzie czysty. Tak samo jest ze spowiedzią. Cały czas się brudzimy i cały czas wracam pod prysznic i nie można powiedzieć, że to jest bez sensu. Dokładnie tak samo jest ze spowiedzią. Nie możemy powiedzieć, że ciągłe powracanie do konfesjonału nie ma sensu.  Właśnie to ma sens. Jeszcze raz, jeszcze raz… jeżeli wiele razy chodzę do spowiedzi i niewiele się zmienia, ale mam wiarę, że się zmieni, to już jest duża zmiana. Moja wiara się zmienia. Spowiedź to nie jest zupka instant.

 

o. Augustyn Pelanowski OSPPE

 

Czyli pierwszy krok do zbudowania dobrej rodziny, to regularna spowiedź? A nie miłość, przynoszenie kwiatów?….

(śmiech). Znowu wrócę do Józefa. Trzeba tak jak on sięgać też do Biblii. Świetnie ją znał i radził sobie z zagrożeniami. My też powinniśmy zaczynać wszystko od Biblii. Czytamy w życiu bardzo wiele instrukcji, które nie zmieniają naszego życia, a Biblię odkładamy na bok. Kiedy kupujemy jakikolwiek mechanizm, czytamy instrukcję, jak go obsługiwać. A życie? Ono też potrzebuje instrukcji. Instrukcja jest w Biblii. Ktoś powie, ale to jest niezrozumiałe. Kiedy kupuję telefon i czytam instrukcję, to też nic z niej nie rozumiem. Dopiero jak ktoś mi pokaże różne funkcjonalności, zaczynam rozumieć. Żeby zrozumieć Biblię, trzeba wejść do Kościoła, tutaj też nam ktoś pokazuje, jak rozumieć instrukcję życia. Przynajmniej powinien nam pokazywać. Kapłan powinien wyjaśniać Biblię a nie mówić o sprawach polityki czy hodowania drzewek. Dokumenty Kościoła jasno określają rolę księży, w pierwszej kolejności jesteśmy głosicielami, musimy wyjaśniać co jest napisane w Piśmie. A dzięki temu dajemy sakrament Eucharystii.

Kiedy rozumiemy Pismo inaczej przyjmujemy Eucharystię. Dokumenty nazywają kapłanów debitores – debet w banku to jest dług, więc jesteśmy dłużnikami kościelnymi i poprzez homilię spłacamy dług Kościołowi, za to co otrzymujemy na tacy. Zaraz po homilii jest co? Taca.

 

Ciekawa interpretacja tacy. Zapamiętam i powtórzę księżom.

Tak, nie ma tacy za darmo. Wracając do Józefa, on znał dobrze Pismo i wystarczy jeden tekst, żebyśmy się zorientowali, że to jest nie tylko znawca kamieni i drewna, ale także Biblii. Choć św. Bernard mówił, że więcej dało mu wycinanie drzew w niż czytanie książek, to św. Józef i jedno i drugie traktował na równi.

 

Czyli Biblia jest instrukcją życia rodzinnego?

Jest instrukcją życia Bożego i życia rodzinnego. Nie ma życia rodzinnego bez Boga. Wszystko się rozpada bez Boga. Zresztą, Pan Bóg rozpoczyna historię zbawienia człowieka od rodzin –  może to jest nadinterpretacja – ale czytając Biblię, widzimy, że wiele tych rodzin, które przyjęły Boga, to były też rodziny patologiczne. Abraham, Dawid – zdrada, lęk – tak wyglądało ich życie bez obecności Boga.

 

 

Kiedy myślimy o zmianie modelu rodziny, to wina jest bardziej po stronie mężczyzn czy kobiet?

Jedno i drugie. To jest wina tej osoby – bez względu na płeć, która doprowadziła do tego, że Bóg przestał istnieć w rodzinie. Tu płeć nie jest istotna, tylko decyzja. Czasem żona nawraca męża albo odwrotnie. Ale gorzej jeżeli żona przewraca męża albo mąż odwraca żonę od Boga.

 

Czasem dzieje się tak, dla świętego spokoju, że jedna strona rezygnuje z chodzenia do Kościoła.

To prawda, ale odwrotnie też bywa.

 

A co jest ważne, przed samym ślubem poza sakramentami.

Jeśli ktoś przyjmuje sakramenty nie jest możliwe, żeby w stosunku do swojego sumienia był zakłamany. Musi być przejrzysty. A przejrzystość wobec Boga od razu przenosi się na najbliższą osobę. Na męża żonę i dzieci. Jeśli nie jestem przejrzysty wobec Boga, czyli jeśli w kontakcie ze swoim sumieniem nie jestem w stanie przyznać się do swoich świństw i nieprawości, to jaka jest gwarancja, że będę przejrzysty wobec żony i męża? Żadna.

 

A kiedy już życie rodzinne nabiera rozpędu.

Trzeba nieustannie podtrzymywać kontakt z Jezusem, ze wspólnotą. Rodzina sama się nie utrzyma, ona musi mieć odniesienie do innych rodzin. Kościół jest rodziną a nie instytucją, jak mówią nawet niektórzy księża. Może ksiądz Boniecki chciałby, żeby tak było. Dla mnie Kościół to rodzina, w której dobrze się czuję. Mam dzieci duchowe, jestem kochany i kocham.

 

Jest takie powiedzenie, jaki Ojciec taka córka, jaka Matka, taki syn. Jak Ojciec patrzy na swoje duchowe dzieci, a są wśród nich bardzo znane osobowości, choćby Tomasz Budzyński, to co Ojciec o nich myśli?

Jest dużo prawdy w tym powiedzeniu, ale nie absolutnej. Bo ja też po swoich duchowych dzieciach widzę, że kształt ducha, który we mnie się objawił, czyli kształt, który jest nakierowany przede wszystkim na adorację, Maryję i Biblię, odbija się w nich. Taką duchowość przekazuję. Linie papilarne zostają.

Jednak w przypadku biologicznych układów, czasem to działa odmiennie. Rodzina może być kpiąca wobec Boga, a dziecko stanie się wyjątkowo pobożne. I odwrotnie też bywa. Są rodzice zaangażowani we wspólnoty, a dzieci stają się agnostykami, nienawidzą Boga.

 

Od czego to zależy?

Wiele czynników na to wpływa. Ja na pewno nie jestem zwolennikiem teorii o dziedziczeniu cech. Ale obserwując społeczeństwo od strony konfesjonału, a przewija się codziennie tutaj w centrum Wrocławia bardzo wiele osób, choć to i tak skala mikroskopijna w porównaniu ze światem, myślę, że jednym z tych czynników jest zamiana ról. Kiedy dziecko staje się rodzicem swoich rodziców. To jest bardzo częste zjawisko w tej chwili. Jak mówiłem już wcześniej, skala rozwodów rośnie. To wypływa z arogancji wobec Słowa Bożego, w tym sensie, że człowiek przypisuje sobie boskie cechy, których nie ma. Jest fantastą. Próbuje zacząć życie rodzinne od innej strony. A Bóg pokazał jak zaczynać budowanie rodziny już tyle wieków temu. Poprzez zmianę tego modelu dochodzimy do presji emocjonalnej, seksualnej czy przemocowej.

 

 

Zaznacza Ojciec, że jest coraz więcej rozwodów. Myśli Ojciec że uda się jeszcze dzisiaj uratować rodzinę?

W skali globalnej jest to niemożliwe, bo chyba nigdy tak nawet nie było, że wszystkie rodziny były dobre. Obserwując Biblię, myślę, że Pan Bóg bez przerwy filtruje ludzką populację i wyciąga, podobnie jak poszukiwacz złota, z błota niewielkie skarby. Bóg trzęsie sitem historii, niestety większość z nas odpada bo się nie mieści w kategoriach przykazań Bożych. Ale kto się zatrzyma, czyli posłucha Słowa Bożego, to nagle może się okazać, że nie jest błotem lecz złotem właśnie. Zawsze była jakaś garstka. Z całego Izraela Bóg wybrał sobie Abrahama, potem Jakuba, Józefa, z dwunastu wybrał sobie najgorszego Judę, z niego wyprowadził pokolenie mesjańskie i tak bez przerwy dokonywał selekcji, wybierając najlepsze tworzywo w populacji ludzkiej, na którym budował obietnice, doprowadzające w końcu do Mesjasza. Jednak, mimo tego, że nawarstwiło się dużo łaski w Izraelu, to w chwili, gdy pojawił się Mesjasz i tak go ukrzyżowano. Proszę pomyśleć, jak bardzo jest z nami źle, skoro otrzymując wiele nic nie rozumiemy? My tylko o sobie dobrze myślimy, ale jest z nami bardzo źle, jeżeli nie umiemy przyjmować łaski.

Przy tych siedmiu miliardach ludzi Pan Bóg wybiera tych, którzy słuchają. Kto chce ten słucha. I tak będzie, aż do przemiany katastroficznej, która zredukuje ludzkość do grupy ludzi, którzy jeszcze raz spróbują żyć zgodnie ze Słowem Boga.

 

Czyli tym, co nas ratuje, to wybrańcy?

Tak. Już Judaizm przewidywał, że bez cadyków świat nie miałby racji bytu. Żeby ocalić świat wystarczy 36 albo tylko jednego.

 

Wystarczy kilka dobrych rodzin, żeby ocalić świat przed zagładą?

Tak.

 

Widzi Ojciec takie dobre rodziny dzisiaj?

Tak. Mam takie rodziny, którym Bóg złożył obietnicę a oni uwierzyli, mimo, iż nie mieli żadnych podstaw społecznych do tego, żeby stworzyć zdrową i dobrą rodzinę. Ale oni chcieli uwierzyć w obietnicę i nigdy nie zdezerterowali z wiary Bogu, bez względu na to co się dzieje w świecie. Niewielu ich jest, ale cóż. Rarytas to rzadki okaz, ale jakże cenny.

 

Ale ślubów kościelnych jest wiele.

Widzę, że coraz mniej. Bo ludzie boją się coraz bardziej ślubować sobie, boją się, że wszystko się rozpadnie. Tak zwane życie w konkubinacie jest dowodem, że lęk już sięgnął dna. Ludzie nie chcą już sobie nawet przysięgać. Co to znaczy? Jesteśmy pewni, że się rozpadniemy. Przerażające, prawda.

 

Jak Ojciec patrzy na naszą polską rzeczywistość, to rodzina ma się dobrze?

Nie, ale jest lepiej niż gdzie indziej. Są rodziny wspaniałe i ze względu na te niektóre rodziny w Polsce jest inaczej. Są ludzie w kościele, w konfesjonale, jest różaniec na granicach, są pielgrzymki, ludzie żywo reagują na obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W mojej świątyni jest dzień w dzień adoracja. Ludzie przychodzą i nie boją się. Czują się jak u siebie w domu. Nie ma tutaj zamkniętych krat przed nosem. Każdy może sobie przed tym Bogiem posiedzieć, ile chce. Nasycić się nim.


* Tytuł wspomnianej książki: “Dom Józefa”, Augustyn Pelanowski OSPPE, Paulinianum, 2017 r.

 

Augustyn Pelanowski OSPPE

Augustyn Pelanowski OSPPE

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Augustyn Pelanowski OSPPE
Augustyn
Pelanowski OSPPE
zobacz artykuly tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >