Objawienia czy wyobraźnia

Proponuję słowo ,,Objawienie" zarezerwować tylko dla objawienia publicznego, a wszelkie wizje Jezusa nazywać zjawieniami

Rozmowa z Jackiem Bolewskim SJ o wszystkim, co powinniśmy wiedzieć o objawieniach

Ojcze, czy Maryja rzeczywiście przychodzi do widzących, czy też to tylko Jej obraz w ich wyobraźni?

Maryja oczywiście jest realnie doświadczana. Nie można jednak powiedzieć, że „przychodzi” w tym sensie, że wcześniej Jej nie było, a teraz jest. W momencie jawienia widzący doświadczają Jej obecności, jest przez nich widziana i słyszana. Jednak to doświadczanie wynika z pobudzenia ich umysłu, zmysłów. Nie należy sobie wyobrażać jawień maryjnych jako zjawiska wyłącznie obiektywnego, choćby w taki sposób, że wszyscy, niezależnie od wiary lub niewiary, mogliby je zobaczyć. Na przykład podczas jawień w Lourdes tylko Bernadetta widziała Matkę Bożą. Inni, którzy byli świadkami tego fenomenu, widzieli zachowanie Bernadetty wskazujące na jakieś doświadczenie, ale nie widzieli postaci Maryi.

To dlatego widzący opisują Maryję tak rozmaicie?

Właśnie. Jawienie zawiera w sobie element obiektywny i subiektywny. Jest w nim rzeczywiście działanie Matki Bożej i Jej obecność, ale są one przystosowane do osoby, której Ona się ukazuje. Dlatego w relacjach o jawieniach czytamy, że czasem Maryja ma skórę jasną, czasem ciemną i mówi różnymi językami.

Używa Ojciec słowa „jawienia” Maryi…

Objawienia czy wyobraźnia

Strona z gazety Ilustração Portuguesaz ukazująca tłum obserwujący Cud Słońca podczas objawień fatimskich.

To nie jest określenie powszechnie uznane. Uważam jednak, że istnieje potrzeba odróżnienia fenomenów maryjnych, należących do tzw. objawień prywatnych, nie tylko od objawienia publicznego, ale także od ukazywania się Jezusa po Zmartwychwstaniu.

Czym się różni objawienie prywatne od publicznego?

Objawienie publiczne obejmuje słowa, które Bóg przekazywał przez proroków, aż do objawienia się w pełni przez Jezusa i Ducha Świętego, działającego przez Apostołów. Kościół wierzy, że Objawienie (publiczne) zostalo zakończone wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów. Wszystkie późniejsze objawienia to objawienia prywatne. Kiedy więc Szaweł doświadczył spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem pod Damaszkiem, zjawienie to należało do Objawienia. Kiedy jednak Jezus objawiał się później świętym, na przykład siostrze Faustynie, było to już objawienie prywatne, chociaż ukazywał się ten sam zmartwychwstały Chrystus. Są więc takie ukazania się Jezusa, które do Objawienia należą i takie, które nie należą. Aby nie było wątpliwości, proponuję słowo ,,Objawienie" zarezerwować tylko dla objawienia publicznego, a wszelkie wizje Jezusa nazywać zjawieniami.

W przypadku Maryi lepiej byłoby użyć jeszcze innego słowa, bo wszystkie Jej ukazania się są poza Objawieniem. Możemy je nazwać na przykład „jawieniami”. Używając tego określenia, zamiast ,,objawienia prywatne", unikamy skojarzenia z tym, że w fenomenach maryjnych mamy do czynienia z „ob-jawieniem”, czyli odsłonięciem tego, co wcześniej było niejawne, zakryte.

Maryja niczego nie ob-jawia?

W sensie ścisłym – nie. Bóg wszystko to, co miał nam do objawienia, objawil przez swojego Syna Jezusa Chrystusa i Jego Ducha. Fundamentem wiary chrześcijańskiej jest to, co zawiera Pismo Święte i co w Tradycji, na podstawie Pisma Świętego, jest dalej objaśniane. Jawienia Maryi nie mogą zawierać nic, co by poza ten fundament wykraczało. Jej orędzia nie są nowymi prawdami wiary, one jedynie rozwijają, dopełniają to, co już było w tajemniczy sposób zawarte w Jezusie Chrystusie.

Więc dlaczego Maryja przychodzi?

Objawienia czy wyobraźnia

Jezus zapowiedział swoim uczniom, że Duch Święty doprowadzi ich do pełni prawdy, pomoże im odkryć i zrozumieć, co Bóg chciał powiedzieć o Sobie przez Jezusa. Można by zapytać: czy cała ta prawda została odkryta przez chrześcijan wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów? Raczej nie, gdyż to by znaczyło, że dalszy rozwój Kościoła nie jest potrzebny. Ten sam Duch, który przemawiał przez proroków i objawił się w Osobie Chrystusa, udziela się teraz każdemu człowiekowi w tym, co nazywa się łaską uświęcającą. To jest ten sam Duch Święty, tylko przyjmuje różne postacie. On udziela się także w jawieniach Maryi. Dzięki Niemu Bóg dopełnia tego, co powiedział o Sobie w Objawieniu. To jest tak, jak z otrzymaniem od kogoś książki: z samego faktu posiadania wcale nie wynika, że znamy jej zawartość. Wcielenie Jezusa to więcej niż ofiarowanie nam takiej książki o Bogu: to Wydarzenie dokonane ,,za sprawą Ducha Świętego". Dlatego trzeba pomocy tego Ducha, by stopniowo rozpoznawać objawioną w nim „pełnię czasu”.

Czyli to Pan Bóg posyła Maryję do nas, Ona nie przychodzi z własnej inicjatywy?

Nie należy za bardzo dociekać, co Pan Bóg robi tam, gdzie my tego nie widzimy. Trzeba się oprzeć na fundamencie Ewangelii, a tam czytamy, że Pan Bóg – ściślej mówiąc Syn Boży – daje nam Maryję za Matkę. To zadanie nie bylo pomyślane tylko na ziemskie życie Maryi, ale na całe dzieje Kościoła. Dlatego nie potrzeba dodatkowej inicjatywy Boga. Wystarczyło polecenie Chrystusa z Krzyża, czyniące z ucznia Jezusa Jej syna, by poczuwala się do macierzyńskiej troski o wszystkie dzieci Boże. Nie mówilbym o inicjatywie Maryi, ale o Jej wrażliwości na potrzeby ludzkie. Ona jest tak po ludzku wrażliwa i dlatego przez Nią laska może łatwiej „przebić się" do ludzi.

A inni święci?

Maryja uczestniczy w rzeczywistości Świętych Obcowania i wcale nie ma „monopolu” na działanie ,,po naszej stronie". Jej szczególna rola ma jednak dwa powody. Po pierwsze, była bardzo ściśle związana z Objawieniem Jezusa. Po drugie, na przykładzie Maryi doskonale widać, jak stopniowo rozpoznawane jest Objawienie. Widoczne to jest już w lekturze kolejnych Ewangelii. Najstarsza, Ewangelia św. Marka, bardzo niewiele uwagi poświęca Maryi. U Mateusza, a potem Łukasza, gdzie została dołączona Ewangelia dzieciństwa, Jej rola już jest wyraźnie ukazana. Ale najgłębiej udział Maryi w dziele Odkupienia przedstawia Ewangelia św. Jana.

Objawienia czy wyobraźnia

Czyli już w Nowym Testamencie mamy pewną ewolucję, ale ta ewolucja nie skończyła się z zamknięciem Objawienia. W przypadku Maryi pojawiły się dogmaty, które Kościół także uważa za Objawienie. Bo przecież nie chodzi tu o prywatne wizje dane papieżowi, który konkretny dogmat ogłasza. Jest to Objawienie zawarte w Piśmie Świętym – wydobywane z Tradycji, wymagające argumentacji teologicznej – dopełniającej to, czego w Piśmie świętym w wyraźnej postaci nie ma. Nie ma na przykład wzmianki o Niepokalanym Poczęciu czy Wniebowzięciu Maryi. Do tych prawd Kościół doszedł na podstawie całości Pisma Świętego, interpretowanego w świetle Tradycji.

To stopniowe odkrywanie roli Maryi widoczne jest chyba także w tym, jak na przestrzeni wieków zmieniał się sposób Jej jawienia. Przez piętnaście stuleci Maryja pojawiała się wyłącznie w towarzystwie Jezusa lub Apostołów, a Jej przekaz miał charakter bardzo indywidualny. Dopiero podczas jawienia w Guadalupe w 1531 r., Maryja przyszła sama, i to z orędziem skierowanym do jakiejś społeczności.

Widocznie wcześniej nie było potrzeby, żeby Jej słowa byly kierowane do całego Kościoła. Wystarczały te środki, które Kościół już posiadał. Ewangelizacja w Nowym Świecie, choćby W Meksyku, była jednak nowym zjawiskiem w historii Kościoła. Tam nastąpiła dosyć dramatyczna sytuacja, bo głoszono chrześcijaństwo przy użyciu przemocy. Właściwie można mówić o podboju kultury indiańskiej przez europejską. Maryja stanęła po stronie miejscowej kultury, żeby ułatwić Indianom przyjęcie chrześcijaństwa w postaci bardziej rodzimej niż europejscy misjonarze byli zdolni im przekazać.

Według mnie, przyczyna, dla której W późniejszym czasie jawienia kierowane były do większej liczby ludzi, jest czynnik kulturowy, pojmowany jako „znak czasu”.

Czy fakt, że od XIX w. notujemy tak wiele jawień maryjnych, wynika z dużej dostępności informacji, czy też z tego, że wzrasta częstotliwość jawień?

Byłbym ostrożny w mówieniu, że jawień jest więcej. To, że w XIX w. nabrały one takiej wagi, wiąże się z sytuacją kulturową, która nie sprzyjała chrześcijaństwu. Rewolucja naukowa i przemysłowa powodowała raczej odchodzenie od chrześcijaństwa i może dlatego troska Matki Bożej oto, by przybliżyć ludziom korzenie chrześcijaństwa, była większa.

Objawienia czy wyobraźnia

A może Maryja chce nas przygotować na koniec świata?

Najgłębszym wątkiem teologicznym najważniejszych jawień maryjnych, poczynając od Cudownego Medalika, przez Lourdes po Fatimę, jest tajemnica Niepokalanego Poczęcia. Na Medaliku czytamy: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta…"; w Lourdes Matka Boża powiedziała o sobie: „Jestem Niepokalanym Poczęciem"; w Fatimie wskazuje, że Jej, Niepokalane Serce na końcu zwycięży". Uważam, że jest jakiś głębszy zamysł Boży w tym, że o ile przy pierwszym przyjściu Jezusa tajemnica Niepokalanego Poczęcia była ukryta, to pełniejsze jej wydobycie i zgłębianie – także przez jawienia maryjne – ma przygotować ludzkość na powtórne przyjście Chrystusa. Nie znaczy to jednak, że koniec świata jest bliski.

Dlaczego dogmat o Niepokalanym Poczęciu ma mieć tak wielkie znaczenie dla naszej wiary?

Nie sam dogmat, nie fakt, że Maryja była poczęta bez grzechu pierworodnego jest ważny, tylko to, co się za nim kryje. Niepokalane Poczęcie to prawda o prymacie łaski, o zwycięstwie Boga nad grzechem.

Przyjrzyjmy się poszczególnym jawieniom. Na Cudownym Medaliku widzimy, jak przez Maryję przechodzi łaska obejmująca cały świat, zło jest pokonane, leży pod Jej stopami – a więc chodzi tu o zwycięstwo łaski nad złem. W Lourdes Maryja zaskakuje nas tajemniczym imieniem: „Jestem Niepokalanym Poczęciem". Nie mówi: „Jestem Niepokalane” albo ,,niepokalanie Poczęta", a to oznacza, że jawi się tam coś więcej niż pojedyncza osoba ludzka. Wraz z Maryją ukazuje się tajemnica początku wszystkich ludzi w Bogu. Początkowy zamysł Boga to człowiek pełen łaski. W tej pełni łaski uczestniczy teraz Niepokalana. W naszym życiu ta rzeczywistość łaski jest przyciemniona, obciążona grzechem, ale jawienia Maryi wskazują, że ta pełnia ma w nas się objawić dzięki Odkupieniu. I to jest Dobra Nowina, z jaką Maryja do nas przychodzi.

Objawienia czy wyobraźnia

Co jest zatem najważniejsze w orędziach maryjnych?

Właśnie przypomnienie, że Ewangelia jest Dobrą Nowiną, czyli świadectwem o tym, że łaska jest silniejsza od grzechu, że na końcu zwycięży miłosierdzie. Matka Boża, w obliczu różnych postaci zła, których doświadczamy, jawi się i przypomina o tej centralnej prawdzie Ewangelii.

Kościół nie potrzebuje uznania autentyczności jawień?

Kościołowi nie jest potrzebne nowe orędzie… Trzeba jednak postępować według zasady sformułowanej przez św. Pawła: Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie (1 Tes 5, 21), aby przez przesadną ostrożność nie zanegować Bożego działania.

Kościół rozumiemy tu najpierw jako lokalną wspólnotę, której pasterzem jest biskup, więc do niego ostatecznie należy podjęcie w tej sprawie odpowiednich kroków. Najczęściej zasięga on informacji o okolicznościach wydarzenia i przestrzega przed rozbudzaniem ciekawości. Potem powołuje specjalną komisję, której zleca przypatrzenie się tym fenomenom. Bardzo często biskupi poddają widzących próbom, aby sprawdzić ich posłuszeństwo wobec Kościoła: na przykład zakazują publicznych wypowiedzi. Jeżeli tego posłuszeństwa brakuje, stawia to pod znakiem zapytania autentyczność jawienia.

Ostatecznie Kościół może najwyżej powiedzieć, czy jest coś nadprzyrodzonego w badanych jawieniach, czy nie, ale może też stwierdzić tylko, że nie ma w nich nic sprzecznego z Objawieniem. Oceniając jawienia Kościół bada przede wszystkim to, co bezpośrednio odnosi się do Boga, nie są ważne elementy, które dotyczą świata doczesnego i jego przyszłości. Także Osoba Maryi nie jest najważniejsza, liczy się raczej to, co w Jej postaci i słowach odnosi się do tajemnicy samego Boga. Ważnym kryterium autentyczności są potwierdzone cuda: np. lekarze stwierdzają, że nie da się wyjaśnić jakiegoś uzdrowienia środkami, którymi dysponuje medycyna.

Objawienia czy wyobraźnia

Proces oceny jawień trwa bardzo długo. W jaki sposób człowiek wierzący powinien odnosić się do jawienia, w którym Kościół nie stwierdził sprzeczności z Objawieniem, ale nie wydał jeszcze decyzji o jego autentyczności?

Powiedziałem, że Kościół nie potrzebuje nowych orędzi. Jest pytanie, czy wierzący tego potrzebują. Zalecałbym ostrożność. Ciekawość – tu można się zgodzić z przysłowiem -jest pierwszym stopniem do piekła. Działanie złego ducha naprawdę odwołuje się do ciekawości. Dlatego tam, gdzie chodzi o jakieś nadzwyczajne fenomeny, spektakularne i widowiskowe (np. coś się pokazuje na kominie, na szybach, w jakichś trudno dostępnych miejscach…) można często zauważyć jakieś niepokojące działania, służące podsyceniu ciekawości.

Jawienie tego nie potrzebuje, tu liczy się przede wszystkim wiara. Ewangelia pokazuje, że od wiary zależy, czy Bóg dokonuje cudów, czy też nie. Ufna postawa nie wymaga więc jakiś dodatkowych znaków czy nadzwyczajnych zjawisk. Jeśli Matka Boża gdzieś się pojawia, to nie jest to dla mnie wezwanie, żeby tam pojechać i szukać czegoś nowego albo – co gorsza -jechać w przekonaniu, że sam muszę doświadczyć czegoś podobnego. Szukanie znaków świadczy o braku wiary. Człowiek wierzący widzi działanie Boga nawet w zwyczajnych wydarzeniach, bo wszystko może być Jego znakiem.

A czy musimy wierzyć w uznane już jawienie?

Absolutnie nie. To, co jest potrzebne do wiary, mamy w Piśmie Świętym, a dodatkowo wyraża to Wyznanie Wiary, Katechizm, dogmaty. Kościół nigdy nie zobowiązywał do wiary w jakieś szczególne wizje czy orędzia maryjne; jest to sprawa prywatna. Można też preferować jakieś miejsca, czy pewien typ jawień maryjnych. Mnie na przykład bardzo bliskie pod względem teologicznym są: Lourdes, Fatima i Rue du Bac.

Objawienia czy wyobraźnia

A jeśli Matka Boża przychodzi z naglącym orędziem, wezwaniem do nawrócenia i pokuty, to można go – bez wyrzutów sumienia – nie podjąć?

Pan Jezus nie tylko budził wyrzuty sumienia. Głoszenie Ewangelii to wezwanie do nawrócenia, bo Bóg jest blisko. To wołanie: ,,0twórzcie oczy na to, co się wokół was dzieje", Pan Jezus, owszem, czynił wyrzuty ludziom, którzy mimo ewidentnych znaków Go odrzucali. Można powiedzieć, że tam, gdzie w orędziach Maryi pojawia się wyrzut, jest on echem tego właśnie wyrzutu Chrystusa. Maryja nie mówi nic nowego, tylko pokazuje, że tam, gdzie brakuje nawrócenia, będą groźne konsekwencje. W Fatimie na przykład była zapowiedź wojny, bolesnych wydarzeń w Rosji…

Ma pani prawo nie przyjąć orędzia z Fatimy czy z Lourdes, ale jako osoba wierząca nie powinna pani odrzucać orędzia Ewangelii, które mówi: ,,Nawracajcie się, bliskie jest Boże królowanie“. To wezwanie jest czymś więcej niż tylko czynieniem wyrzutów.

A co z tymi, którzy uwierzą w fałszywe jawienia i trwają w tej wierze nawet wtedy, gdy Kościół oficjalnie tego zabrania?

To jest właśnie cena ciekawości albo szukania nadzwyczajności w religii… Jeżeli ci ludzie działają w dobrej wierze, to trudno mówić o ich moralnej winie, to jest raczej zaślepienie. Ciągle spotykamy się z osobami, do których nie trafiają żadne argumenty, choć z zewnątrz widać, że to, o czym oni są przekonani, nie może być prawdą. Tu adekwatne są słowa Chrystusa, wypowiedziane na Krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34), Oczywiście, trzeba pytać, skąd się takie zaślepienie wzięło. Często jest to naiwność l brak dojrzałości wiary.

Jednak wielu z tych ludzi bardzo silnie utożsamia się z Kościołem…

Dlatego Kościół, w swoim duszpasterskim nastawieniu, uważa, że nie należy „wylewać dziecka z kąpielą“. Jeśli na przykład na miejscu nie aprobowanych jawień powstał – ogromnym nakładem środków wierzących – kościół, to nie można go tak po prostu zamknąć. Prowadzenie ludzi, którzy nie do końca potrafią zaakceptować czasem trudną prawdę, wymaga od duszpasterzy dużej mądrości i wyrozumiałej postawy.

Objawienia czy wyobraźnia

Jednak wielu z tych ludzi bardzo silnie utożsamia się z Kościołem…

Dlatego Kościół, w swoim duszpasterskim nastawieniu, uważa, że nie należy „wylewać dziecka z kąpielą“. Jeśli na przykład na miejscu nie aprobowanych jawień powstał – ogromnym nakładem środków wierzących – kościół, to nie można go tak po prostu zamknąć. Prowadzenie ludzi, którzy nie do końca potrafią zaakceptować czasem trudną prawdę, wymaga od duszpasterzy dużej mądrości i wyrozumiałej postawy.

Czy duże zainteresowanie jawieniami maryjnymi, nawet tymi uznanymi, nie wypacza obrazu Pana Boga i nie spycha Go na drugie miejsce?

Takie wrażenie może powstać u kogoś, kto patrzy na te zjawiska z zewnątrz. Jeżeli spojrzeć na jawienia głębiej, to widać, że Maryja nie skupia uwagi na sobie. Ona tylko świadczy o tajemnicy, która sięga poza Nią i która przez Nią przechodzi.

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że mamy skłonność bardziej koncentrować się na cechach Maryi jako Matki ludzi niż Matki Boga, a przecież to Boże Macierzyństwo jest powodem czci dla Niej.

Maryja na pierwszym miejscu jest Matką Chrystusa, ale naszą Matką nie jest dodatkowo, lecz w takiej mierze, w jakiej Jezus jest w nas obecny

Jeżeli łatwiej nam przyjąć, że Maryja jest naszą Matką, daje to szansę, żeby zrozumieć także, co to znaczy, że jest Matką Boga. Maryja na pierwszym miejscu jest Matką Chrystusa, ale naszą Matką nie jest dodatkowo, lecz w takiej mierze, w jakiej Jezus jest w nas obecny. Dlatego pragnie, aby obecność Jezusa w nas się powiększała. Jeżeli autentycznie łączymy się z Maryją, to Ona już zadba o to, żebyśmy się nie zatrzymali na Jej Osobie.

To dlaczego w Fatimie Maryja nie prosiła o nabożeństwo do Jezusa, tylko do swojego Niepokalanego Serca?

Niepokalane Serce Maryi jest najściślej związane z Sercem Jezusa. Ponadto, przekazane przez Maryję nabożeństwo wplata w tradycyjny różaniec modlitwę do Jezusa! Wzywamy Go po każdej dziesiątce, mówiąc: ,,O, mój Jezu, przebacz nam nasze winy..,”. Nie sądzę, że jeśli ktoś za dużo się modli do Maryi, to jest w tym jakieś niebezpieczeństwo. Oczywiście, trzeba zachować właściwe proporcje, ale my tak naprawdę nie wiemy, co się dzieje w ludziach modlących się w ten sposób. Jeśli przypisujemy im traktowanie Maryi jako bogini, a jest to tylko nasze patrzenie z zewnątrz, możemy być niesprawiedliwi.

Modlitwę maryjną rozumiem w ten sposób: modlę się do Jezusa w jedności z Maryją. Oto przykład najbardziej maryjnej modlitwy: „Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą…". Zaczynam modlitwę z Maryją, zwracam się do Niej, ale dochodząc do imienia Jezus, razem z Maryją zatrzymuję się przy tym imieniu. Maryja może więc wprowadzać do modlitwy imienia Jezus, której centrum jest Chrystus.

Co ciekawe, różne tradycyjne przedstawienia modlitwy pokazują modlącego się człowieka otoczonego przez Maryję, a w Jej centrum jest Jezus.


o. Jacek Bolewski SJ, profesor Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie, zajmuje się teologią dogmatyczną, zagadnieniami marioiogicznymi; autor m.in. Od-nowa z Maryją Kraków 2000.


Tekst ukazał się w Miesięczniku List:

Miesięcznik List

Polub Miesięcznik List na Facebooku!

Wesprzyj nas

Powiedz prawdę, a umrzesz

Ceną prawdy jest śmierć i krew. Nie ma innej. Za prawdę oddaje się życie. Mieliśmy dowód na to w Wielki Piątek. Kiedy fundamentaliści w Kenii pytali studentów: Jesteś chrześcijaninem? Każdy mógł odpowiedzieć, że nie. Co by się stało? Ksiądz nie dałby im rozgrzeszenia?...

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Z ojcem Szymon Hiżyckim OSB, opatem tynieckim o tym, czy zawsze powinniśmy mówić prawdę, rozmawia Judyta Syrek

Ma Ojciec czasem problem z mówieniem prawdy?

Mam problemy z myśleniem prawdy, albo bardziej z modleniem.

To znaczy?

Czasami jest tak, że serce czuje daną rzeczywistość, człowiek myśli o niej, ale nie potrafi, wstydzi się, nie ma siły stanąć z tą prawdą przed Bogiem. Ona dotyczy zazwyczaj siebie, ale też świata, braci we wspólnocie zakonnej, tego wszystkiego, co trzeba zrobić.

A wyjdźmy poza rzeczywistość zakonną, modlitewną. Załóżmy, że przychodzi do Ojca najlepszy przyjaciel z dzieciństwa i mówi, że zdradził żonę. Co Ojciec z taką prawdą robi?

Nie będę odkrywał tutaj Ameryki, tylko przywołam słowa Wojtyły, które mi często pomagają w różnych sytuacjach: „Prawdę trzeba mówić z miłością”. Jeżeli człowiek poznaje trudną prawdę o kimś drugim, to nie po to, żeby go zniszczyć, tylko by pomóc mu dojrzeć. To chyba św. Jan Bosko opisał, że nasza twarda i zła wola – ja sam ją w sobie odnajduję – chce wszystko załatwić szybko. Łatwiej nam przychodzi na kogoś nakrzyczeć, niż zacząć przekonywać, rozkazywać niż prosić. Stajemy w wygodnej pozycji sędziego i władcy. Mamy informację i wydaje nam się, że można nią manipulować, zacząć szantażować drugiego. A nie tędy droga. Kiedy przychodzi ktoś z trudną prawdą, trzeba być towarzyszem, by ten człowiek podjął właściwą decyzję. Święty Augustyn pisał – powołując się zresztą na św. Pawła – że kochającemu Pana Boga wszystko służy ku dobremu, nawet grzech. Jeżeli więc ktoś mówi ci, że zdradził żonę i traktuje tę sytuację poważnie, to paradoksalnie może ona stać się punktem wyjścia do polepszenia małżeństwa.

Powiedz prawdę, a umrzesz

Jest prawda, która dotyczy nas samych i pomaga nam w samorozwoju – wspomniał o niej Ojciec na początku – i jest prawda, która dotyczy świata, ludzi z którymi żyjemy, popełnianych przez nich grzechów….

Nie podoba mi się słowo samorozwój i takie rozdzielanie, ponieważ prawda jest zakorzeniona w rzeczywistości, która nas otacza. Jezus w Ewangelii św. Jana mówi: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli, czyli zobaczycie jaki jest świat, jakie jest wasze miejsce w świecie, jaki jest Bóg, jakie są wasze relacje. Poznajemy prawdę nie inaczej, jak żyjąc w świecie, a żyjąc ocieramy się o wszystko: o to co dobre, piękne, szlachetne, ale też o to co brudne, niskie i brzydkie. Człowiek ciągle pyta o sens, o miejsce Boga w świecie, o swoje miejsce, czyli o to, jak jest naprawdę. Nie można rozdzielać tych pytań i mówić, że to są różne prawdy. Prawda jest jedna.

Dla mnie takim mistrzem w stawianiu pytania o prawdę jest papież Benedykt XVI – człowiek, który miał odwagę mówić, że jeżeli dzisiaj wyrzekniemy się pytania o prawdę, to stracimy sens życia. Takie podejście może się wydawać górnolotne, ale jeśli pomyślimy, że całe nasze życie polega na porządkowaniu relacji z Bogiem, z drugim człowiekiem i ze światem, to zaczniemy widzieć, jak jest naprawdę. I o to właśnie chodzi. Pytanie o prawdę to fundament. A prawda nie jest abstrakcyjną definicją, ponieważ jej źródłem jest Bóg. Jezus mówi: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem. To znaczy, że cała siatka relacji, którą mamy, musi się odnosić do osoby Jezusa Chrystusa.

Pytanie o prawdę można traktować filozoficznie, teologicznie…

Mądrościowo.

Dobrze, mądrościowo. I tak to Ojciec teraz opisuje. Ale dzisiaj mówi się też o prawdzie w kontekście psychologicznym, o prawdziwych emocjach, odczuciach. Jak się odnaleźć w świecie subiektywnych emocji, sądów?

Wyjdzie ze mnie teraz żyłka wykładowcy, ale ciekawy wydaje mi się model, jaki zaproponowali już mnisi egipscy, przede wszystkim Ewagriusz z Pontu, który mówił, że w życiu duchowym są dwa wymiary: kontemplacja Boga i kontemplacja świata. I jest rzeczą niemożliwą, żeby ktoś zaczął wpatrywać się w Boga, jeżeli najpierw nie zrozumiał świata. Nie można suchą stopą przyjść do poznania Prawdy absolutnej, jeżeli się nie poznało rzeczywistości, która nas otacza. U tego mnicha pojawia się ciekawa teoria złych myśli, demonów, z którymi musimy się uporać. Mówi, że najpierw trzeba zobaczyć, jak wszystko funkcjonuje we mnie, w innych ludziach i dopiero, kiedy to rozgryziemy, kiedy wszystko się w nas uporządkuje, wtedy po cichu zaczynamy rozumieć, kim jest Bóg. Czyli istotne jest, by najpierw uporządkować swoje życie wewnętrzne. Nasze prawdy partykularne, wszystko, co wydaje nam się być prawdą, jest przystankiem w drodze do poznania pełnej Prawdy. Na to też zwracał uwagę papież Benedykt XVI. Podkreślał, iż każdy z nas jest takim obserwatorem kawałka subiektywnej rzeczywistości. Jeden z moich wykładowców nazwał tę sytuację jeszcze bardziej dosadnie: każdy z nas jest jak strażnik na wieżyczce w obozie Auschwitz, obserwuje tylko kawałek świata i wydaje mu się, że wie wszystko, jaki jest papież, jacy są politycy, co powinien robić Kościół, co powinna robić żona… Wydaje mu się, że jest Panem Bogiem, a pierwszym krokiem w szukaniu prawdy absolutnej jest założenie przez pięć minut, że ten drugi też ma rację.

Powiedz prawdę, a umrzesz

W czym mogę przyznać rację, komuś, kto dopuścił się zdrady?

W pragnieniu, które nim kierowało. W takich sytuacjach wystarczą pytania: „Dlaczego zdradziłeś żonę? Co się naprawdę stało, że zrodziło się w tobie takie pragnienie? Dlaczego pozwoliłeś, żeby ono wzrosło w twoim sercu?”. I nie chodzi o to, by ten człowiek udzielił mi od razu odpowiedzi. Istotne jest, by on sam w sobie poznał, co się stało, że na moment ważniejsza stała się obca kobieta, niż matka jego dzieci, której ślubował miłość po wieczne czasy.

Wróćmy jeszcze do słów Jana Pawła II. Prawdę mam mówić z miłością, ale jeżeli wiem, że prawda nie pociągnie za sobą czegoś dobrego, to co? Mam za wszelką cenę milczeć?

Z miłości trzeba mówić i z miłości trzeba milczeć. Bo można też z nienawiści zamilczeć, albo z nienawiści wyznać prawdę tak, że zniszczy wszystko. Mogę powiedzieć swojemu koledze: słuchaj żona Cię zdradza. I to go zabije. Wróci do domu, zrobi awanturę, rozwali wszystko… Albo odwrotnie, jej powiem, że mąż ją zdradził. I złamię kobiecie życie. Prawda to nie jest kapitał, który posiadamy i przez który możemy mieć większą władzę nad światem. Prawda to wielka odpowiedzialność. Ponieważ ode mnie zależy, czy wykorzystam poznaną rzeczywistość do dobra czy do zła.

Ale jest w nas takie przekonanie, a może pokusa, żeby mówić prawdę bez względu na wszystko.

To jest trochę głupie. Prawda nie może być jak czołg.

Zajrzałam do waszej benedyktyńskiej reguły i tam św. Benedykt pisał, że prawdę trzeba wyznać sercem i ustami.

Dokładnie o tym mówiłem na początku. Zanim wyznam głośno współbraciom jakąś prawdę, muszę ją przemyśleć w sercu. Muszę poznać czy moje przemyślenia zgadzają się z rzeczywistością. Żeby mówić prawdę, trzeba poczuć, jaki jest Bóg, jaki jest człowiek. Na tym świecie mamy budować Królestwo Boże.

Jak w praktyce mnichów wygląda to budowanie i dochodzenie do prawdy w sercu?

Benedyktyni nie mają wielkich sekretów. Robimy to, co wszyscy chrześcijanie. Takim elementem dochodzenia do prawdy jest dobry rachunek sumienia, szczera spowiedź i element kierownictwa duchowego. Jest też szczera modlitwa. Człowiek żyje w stałej relacji do Pana Boga i staje przed nim takim, jaki jest na co dzień. Próbujemy współpracować ze sobą we wspólnocie, tak jak w rodzinie, wyznając swoje słabości, ale też mocne strony. Ważnym elementem jest również relacja z opatem, współbracia pytają o wiele spraw przełożonego, a on według reguły, musi wzywać członków wspólnoty na naradę. Wspólnie szukamy rozwiązań.

Czyli do prawdy dochodzimy poprzez dobrą relację i komunikację. Przywołany przez Ojca papież Benedykt XVI pisał w encyklice „Caritas in veritate”, że prawda to logos, który tworzy dialogos.

Prawda ujawnia się pomiędzy dwojgiem ludzi, czasami jednak ludzie są zakłamani i wtedy ciężko toczyć rozmowę, bo fakty są pokryte płaszczykiem dwuznaczności.

Co z taką rzeczywistością się robi?

Przede wszystkim trzeba sobie samemu powiedzieć: ten człowiek kłamie. Można próbować porozmawiać, ale wszystko zależy od sytuacji. Czasami spotyka się ludzi, którzy żyją w podwójnej rzeczywistości i nie potrafią wyjść poza swój schemat. Uważają, że kłamstwo jest kwestią przyzwoitości. A tak naprawdę zwalniają siebie z odpowiedzialności. Kłamstwo zawsze zwalnia z odpowiedzialności. Mówienie prawdy, przeciwnie.

Jaka jest cena prawdy?

Odpowiedź dają męczennicy. Ceną prawdy jest śmierć i krew. Nie ma innej. Za prawdę oddaje się życie. Mieliśmy dowód na to w Wielki Piątek (br), kiedy fundamentaliści w Nigerii pytali studentów: jesteś chrześcijaninem? Każdy mógł odpowiedzieć, że nie. Co by się stało? Ksiądz nie dałby im rozgrzeszenia? Dałby. Ludzie by się cieszyli, że przeżyli. Oni jednak powiedzieli, że są chrześcijanami, mimo, iż wiedzieli co ich czeka. Wszyscy zostali zgładzeni. Taka jest cena prawdy.

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, też mógł się wycofać, wyjechać do Rzymu. Nie wyjechał i poniósł śmierć męczeńską.

Powiedz prawdę, a umrzesz

Jan Paweł II również mówił prawdę i usiłowano go zabić. Prawda zawsze pociąga śmierć?

Nie. Pytanie dotyczyło ceny prawdy, więc tu odpowiedź jest jedna: śmierć. Ale trzeba każdą sytuację rozważyć. Prawda pociąga za sobą wiele pięknych rzeczy. Jest takie zdanie ks. Józefa Tischnera, które w „Etyce solidarności” napisał, że prawdziwa solidarność jest solidarnością sumień. Fenomen solidarności narodził się właśnie z prawdy. Ludzie w pewnym momencie odkryli, że nie muszą kłamać, jak cały system. To co stało się wtedy w latach 80-tych jest fenomenem na skalę światową i to fenomenem, do którego wydaje mi się, że musimy dzisiaj wrócić. Solidarność to korzenie naszej wolności, może trochę zaniedbane. Wtedy ludzie obudzili się i zobaczyli, że mają wspólne idee, że mogą zrobić coś razem, tylko muszą mówić prawdę, bo nie może być solidarności pomiędzy złodziejami.

Prawda bardzo głęboko dotyka sumienia. I tu nie ma prostej recepty. Każdy musi wziąć odpowiedzialność za to co wie o drugim człowieku, o sobie samym, o Bogu. Nie ma prostych decyzji ani prostych wyborów.

W jakim dzisiaj jesteśmy punkcie? Jak jest z naszą solidarnością?

W pewnym sensie świat się zmienił. Nie ma już jednego wroga. I wydaje mi się, że bardzo na czasie są dzisiaj dla nas słowa Jana Pawła II z 1991 roku. To taka nasza utracona pielgrzymka, którą warto teraz odrobić, która może nam pomóc. Wcześniej solidarność powstawała jako opozycja do komunistycznego kłamstwa. W 1989 roku komunizm upadł. Jest demokracja, każdy musi dokonywać wyborów we własnym sumieniu, na jaką partię będzie głosował, na którego polityka. Ale trzeba budować społeczeństwo obywatelskie, a fundamentem takiego społeczeństwa jest dekalog. O tym Jan Paweł II nam przypomniał i nie został zrozumiany. Wydaje mi się, że powrót do takich prawd jest bardzo ważny na dzisiejsze czasy: Nie kłam, nie cudzołóż, nie mów fałszywych świadectw, nie zabijaj, nie pożądaj….

Jan Paweł II zostawił nam do odrobienia Dekalog?

Dekalog jest zawsze do dorobienia. Zmienia się sytuacja wokół nas, a przykazania zawsze są aktualne, stoją ciągle przed nami jako drogowskazy. Papież pisał w Veritate splendor, że przykazania są ujęte w formie negatywnej, to znaczy, że jest poziom, poniżej którego nie możesz zejść. Pisze też, że przykazania są wezwaniem. „Nie zabijaj” to znaczy promuj życie i żyj tak, żeby ludzie wokół ciebie mieli odwagę żyć. Chroń to, co prowadzi do życia. Nie kłam, czyli mów dobrze o ludziach, okazuj miłość, okaż szacunek drugiemu człowiekowi, uszanuj to, co zrobił.

Z tą promocją życia mamy problem.

Ale tu nie chodzi tylko o promocję życia nienarodzonych. Ona jest bardzo ważna i nie możemy zrezygnować z obrony życia, które jest w łonie matki, czy przestać się wypowiadać na temat in vitro. Ale mam na myśli także zwykłe gesty w autobusie. Jeżeli widzę starszą panią, która ledwo stoi, to – zabrzmi wzniośle – w imię przykazania „Nie zabijaj”, ustąpię jej miejsca. Jeżeli kolega mnie wnerwi, to w imię przykazania „Nie zabijaj”, nie będę nazywał go głupim durniem i nie będę podkręcał nerwowej atmosfery, tylko odejdę i przeczekam. Możemy jeszcze kolejne zilustrować: „Nie mówi fałszywego świadectwa”, to zadanie budowania takiej atmosfery w domu, w pracy, w której niedopuszczalna będzie sytuacja kłamstwa. W myśl tego przykazania zawsze będę czynił tak, żeby można było mówić prawdę bez lęku.

Sądzę, że przed każdym człowiekiem, na każdym etapie życia stoi pytanie, jak są zbudowane jego relacja do 10 przykazań. Tym bardziej, że dekalog to jest dziesięć prawd, które opisują rzeczywistość. Świat tak jest stworzony, żeby w nim nie zabijać, nie cudzołożyć, nie kłamać. Jeżeli ktoś lekceważy te prawa, dąży do autodestrukcji. Tak się nie da żyć.

Wesprzyj nas
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hiżycki OSB

Szymon Hiżycki OSB

Benedyktyn, najmłodszy opat w powojennej historii Tyńca, doktor teologii, specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu. Miłośnik literatury klasycznej i Ojców Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >