Jak przebaczać?

„Chowanie urazy to jak picie trucizny w nadziei, że pozabija twoich wrogów” – miał powiedzieć Nelson Mandela. Przebaczenie to jedno z poważniejszych wyzwań, przed jakim staje niejeden raz w życiu każdy z nas. Czym tak naprawdę jest? Jak przebaczyć? I po czym poznać, że przebaczenie już się dokonało?

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak przebaczać?
„Chowanie urazy to jak picie trucizny w nadziei, że pozabija twoich wrogów” – miał powiedzieć Nelson Mandela. Przebaczenie to jedno z poważniejszych wyzwań, przed jakim staje niejeden raz w życiu każdy z nas. Czym tak naprawdę jest? Jak przebaczyć? I po czym poznać, że przebaczenie już się dokonało?

Kwestia przebaczenia to nie tylko sprawa ducha – podejmowana była także przez wielu psychologów. I choć podane przez nich definicje nieco się różnią, w jednym są zgodni: przebaczenie to proces. Nie jednorazowe wydarzenie, szybki prysznic uwalniający nas z trudnych wspomnień, ale długotrwały proces. Często bolesny, ponieważ wymaga zmierzenia się z tym, co dla nas trudne. Bo przebaczenie, wbrew obiegowym opiniom, nie jest zapomnieniem!

 

Prawda

Kiedy ktoś wyrządzi mi krzywdę, najczęściej wybieram jedną z dwóch dróg. Czasami dopada mnie pragnienie zemsty – godzinami rozpamiętuję swoje nieszczęście i rozmyślam nad sposobem ukarania sprawcy. Ale często bywa odwrotnie – próbuję uniknąć trudnych emocji, wmawiając sobie, że nic złego się przecież nie stało, a moja krzywda była tak naprawdę nieistotna. Bolesne uczucia usiłuję zamknąć w najciemniejszej szufladce mózgu i staram się żyć jak dotychczas. Tyle, że emocje nie są mi posłuszne… I chociaż może mi się zdawać, że skutecznie je usunęłam, one działają jak ropień – niewidoczne gołym okiem, zatruwają cały organizm. Nie ma rady – aby przebaczyć, muszę najpierw stanąć w prawdzie z własną krzywdą. Nie mogę dłużej udawać, że nic się nie stało. Bo przecież się stało – ktoś mnie zranił, skrzywdził, zniszczył moje zaufanie, pokładane w sobie nadzieje, może jednym ruchem przekreślił moją przyszłość. A jeśli tak, to mam prawo czuć gniew, żal, złość, rozgoryczenie. Osoby wierzące mają z tym często problem – wydaje nam się, że samo odczuwanie trudnych emocji jest zaprzeczeniem przykazania miłości bliźniego. Ale to nieprawda – emocje nie są grzechem! Są głosem naszego wnętrza, oznajmiającym nam – czasem bardzo dobitnie – że wydarzyło się coś trudnego. Dopiero pozwolenie sobie na te trudne, bolesne odczucia, otwiera nam drogę do przebaczenia.

 

Decyzja

Drugi krok to podjęcie decyzji o przebaczeniu. Decyzji, że uznaję odpowiedzialność winowajcy, ale mimo to chcę zrezygnować z zemsty. Decyzji, że przestaję oczekiwać rekompensaty, a nawet przeprosin. Ale uwaga! Przebaczenie nie oznacza bagatelizowania krzywdy i zapomnienia o trudnym doświadczeniu. Nie zmusza nas też do wejścia z winowajcą w relację przyjaźni – czasami dla własnego dobra lepsze jest całkowite odcięcie się od kontaktu, szczególnie, jeśli winowajca może nadal nas ranić. Przebaczenie to powiedzenie samemu sobie: zostałem skrzywdzony. Osoba, która to zrobiła, nie miała do tego prawa. Zraniła mnie i cierpię, to niesprawiedliwe. Odczuwam ból, żal i gniew. Ale nie chcę, aby te uczucia kierowały całym moim życiem. Rezygnuję z prawa do zemsty, przestaję czekać na zadośćuczynienie. Zamiast tego chcę odnowić moją miłość do tego człowieka, ułaskawić go i oddzielić to, co zrobił, od tego, kim jest. Chcę przestać karmić się urazą i wyzwolić swoje życie spod wpływu tego wydarzenia. Robię to przede wszystkim dla siebie – nie chcę być niewolnikiem zadanej mi rany.

A potem? Powiedzieć to sobie jeszcze raz. I kolejny, i jeszcze… Na początku często wbrew narzucającemu się pragnieniu zemsty lub chęci poddania się rozpaczy, potem z coraz większym spokojem. Przebaczenie to nie przełącznik w głowie – nie działa automatycznie. Wymaga czasu i delikatności, pozwolenia sobie na oswojenie się z krzywdą, przeżycie, a często wypłakanie i wykrzyczenie całego żalu i bólu.

 

Modlitwa

Tyle z psychologii. Bywa jednak, że mimo największych wysiłków woli, przepracowania emocjonalnego i pragnienia uwolnienia się od trucizny, proces przebaczenia nie postępuje. W sercu łomocze pragnienie zemsty lub poczucie krzywdy, a rana zadana przez krzywdziciela nie chce się w żaden sposób zabliźnić. Po ludzku nie da się zrobić nic więcej. Na szczęście na psychologii świat się nie kończy! Pozostaje jeszcze Jezus – najlepszy Lekarz. I to Jego warto zaprosić do wszystkich etapów przebaczania. Najpierw pokazać Mu swoje emocje, opowiedzieć o zadanej ranie – tak, jak lekarzowi opowiada się historię choroby. A potem zrobić to, co On sam zrobił na krzyżu – wołać do Ojca, aby to On przebaczył naszemu winowajcy. Modląc się, stopniowo odkryjemy, że siła gniewu słabnie, a w sercu wzrasta pokój. Nieumiejętność przebaczenia warto przynieść do konfesjonału – to szczególna przestrzeń działania Ducha Świętego, który nie zna słowa „przypadek beznadziejny”. Sama nasza chęć i gotowość do podjęcia walki o przebaczenie wystarcza Mu, żeby stopniowo uzdrawiać nasze poranione serca. Decyzję o przebaczeniu trzeba wielokrotnie ponawiać, przed sobą samym i Bogiem. Aż w końcu przyjdzie dzień, kiedy odkryjemy, że jesteśmy wolni. Trucizna przestanie na nas działać.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Dlaczego należy przebaczać nie 7, a 77 razy?

W małżeństwie każdego dnia mamy wiele okazji, żeby powiedzieć żonie czy mężowi „kocham", wiele okazji, żeby powiedzieć „dziękuję" i nie mniej sposobności, żeby przeprosić i prosić o wybaczenie. To nie muszą być wielkie, spektakularne „dramaty", ale codzienne zranienia poprzez słowo, czy postawę, którą sprawiamy ból swojemu współmałżonkowi.

Iwona
Jabłońska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego należy przebaczać nie 7, a 77 razy?
W małżeństwie każdego dnia mamy wiele okazji, żeby powiedzieć żonie czy mężowi „kocham", wiele okazji, żeby powiedzieć „dziękuję" i nie mniej sposobności, żeby przeprosić i prosić o wybaczenie. To nie muszą być wielkie, spektakularne „dramaty", ale codzienne zranienia poprzez słowo, czy postawę, którą sprawiamy ból swojemu współmałżonkowi.

To nie jest łatwe zadanie, ale bez niego nasza jedność małżeńska może bardzo ucierpieć.

„Doskonałe” rozwiązanie!

W Biblii znajdziemy wiele odpowiedzi na pytanie jak postąpić, kiedy ktoś nas zrani, kiedy doświadczymy cierpienia ze strony współmałżonka, czy brata. Najbardziej znany jest chyba fragment, który mówi o tym, żeby wybaczać nie 7, ale 77 razy:

Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał:
»Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?«.
Jezus mu odrzekł:
»Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy«”
(Mt 18,21-22)

W starożytności, we wszystkich kulturach liczba 7 miała wyjątkowe znaczenie, była traktowana jako liczba święta. W Starym Testamencie pojęcie „siedem” i „pełnia” traktowane są zamiennie. Pełnia to coś doskonałego, zatem wybaczyć 7 razy to wybaczyć doskonale, całkowicie i nie oglądać się za siebie. Można powiedzieć, że w tym znaczeniu należy wybaczać ciągle, codziennie, nieustannie i w taki sposób, żeby nie wracać do tych krzywd i nie rozpamiętywać zranień. W teorii brzmi to pięknie i właśnie doskonale, ale z praktyką bywa różnie. Przyjrzyjmy się zatem co regularne przebaczanie wnosi do naszej małżeńskiej relacji…

 

Tlen dla relacji

Kiedy nie gromadzimy w sobie urazów przeciwko ukochanej osobie, możemy oddychać spokojnie i głęboko w tej relacji. Jeśli jednak nosimy żal, ciągle rozpamiętujemy winy ukochanego, zakrada się nieszczerość i zaczynamy „dusić się” w tej relacji… Może pojawić się podejrzliwość i patrzenie na kogoś, kto jest nam najbliższy, jak na wroga zakładając jego złe intencje nawet, jeśli takich nie ma. Znam takie małżeństwo, które nie jednało się na bieżąco i dziś jak rozmawiam z którymś z nich czuję, że z perspektywy czasu do końca sami nie wiedzą o co chodzi, a jednocześnie są w stanie jak z rękawa sypać przykłady podejrzanego zachowania swojego współmałżonka. Z jednej strony widać ten żal, a z drugiej pragnienie miłości, bo ostatecznie wszyscy pragniemy miłości, ale czasem szukamy jej tam, gdzie wydaje nam się, że ją znajdziemy, a nie tam, gdzie ona faktycznie jest. A miłość naprawdę jest mocno związana z miłosierdziem. Kiedy idziemy do spowiedzi, to czujemy pewien dyskomfort, przyznajemy się do swoich słabości i grzechów, ale wychodzimy z przekonaniem bezwarunkowej miłości Boga, który przebacza, zatem kocha… Kiedy zaś współmałżonek przychodzi prosić o przebaczenie, ciężko nam czasem wybaczyć z serca, ale musimy pamiętać o tym, że nie robiąc tego pozbawiamy naszą relację “tlenu” i zaczynamy się w niej dusić.

 

Źródło radości

Trudno się prawdziwie radować, kiedy żyjemy z kimś w niezgodzie. Małżeństwo, które przebacza sobie urazy jest wolne – ta wolność przekuwa się na poziom szczęścia w relacji. Pamiętam wiele takich sytuacji, kiedy dochodziliśmy szybko do porozumienia z mężem na skutek wcześniejszego pojednania. Niestety pamiętam też takie, gdzie jedno z nas (najczęściej ja) uparcie próbowało postawić na swoim, zamykając drogę pojednania. Jak trudno było wtedy cieszyć się ze wspólnego czasu, z obecności małżonka i jak łatwo pielęgnować wtedy falę osądów, która zalewa relację. Nie można być wtedy prawdziwie szczęśliwym.

 

Gniewajcie się, ale…

W Liście do Efezjan czytamy: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” (4, 26).
Przekładając to na relacje małżeńskie trudno mi podać choć jeden przykład takiej pary, która nie doświadczyła zranienia czy kłótni w swojej małżeńskiej relacji. Jest to coś naturalnego, ponieważ nasza natura jest grzeszna i oczywiście pożądane jest, żeby dążyć do tego, aby możliwie jak najmniej ranić siebie nawzajem, ale z racji na grzech pierworodny, który nosimy w sobie często ulegamy pokusom, które sprawiają przykrość żonie, czy mężowi.

Jaki więc jest sens tego czytania? Myślę, że Bóg zna naszą naturę i wie, że w naszych relacjach będą trudności, grzech, gniew… dlatego też podaje nam gotową receptę i wskazówkę jak sobie z tym radzić – godzić się przed zachodem słońca. Zawsze starać się kłaść pojednanym. To piękne móc kłaść się i budzić spokojnie obok ukochanej osoby. Bez urazy w sercu.

My osobiście staramy się tego pilnować, ale zdarzyło się kilka razy nie pojednać przed snem… Najtrudniejsze noce i poranki w życiu… nie polecam.

 

Diabeł tkwi w szczegółach

Tak się mówi potocznie. Jednak coś w tym jest… Czasem wydaje się, że pojednanie i przebaczenie jest konieczne kiedy doświadczamy poważnych i namacalnych trudności w relacji – w przypadku zdrad, kłamstw, uzależnienia… Jednak to właśnie te małe codzienne zranienia, które są codzienna lekcja przebaczenia pomagają nam przechodzić poważne kryzysy.

Sami doświadczyliśmy dużego kryzysu w małżeństwie i dzięki temu, że na bieżąco prosiliśmy się o przebaczenie i nie odkładaliśmy tego w czasie, już od narzeczeństwa, kiedy przyszedł większy kryzys, wiedzieliśmy, że jest to pierwszy krok do uzdrowienia naszej relacji… Pojednanie i przebaczenie. Nie 7, ale 77 razy.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Iwona Jabłońska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Iwona
Jabłońska
zobacz artykuly tego autora >