video-jav.net

10 rzeczy, których twój mąż nie chciałby usłyszeć

Małżeństwo to bardzo delikatna rzeczywistość: z jednej strony oczekujemy, że będzie naszą strefą komfortu, cichą przystanią, ciepłym gniazdkiem i wszystkim, co kojarzy się z bezpieczeństwem – a z drugiej marzymy o nieustającej pasji, wysokiej temperaturze, romantycznych porywach i żeby on się starał.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

10 rzeczy, których twój mąż nie chciałby usłyszeć
Małżeństwo to bardzo delikatna rzeczywistość: z jednej strony oczekujemy, że będzie naszą strefą komfortu, cichą przystanią, ciepłym gniazdkiem i wszystkim, co kojarzy się z bezpieczeństwem – a z drugiej marzymy o nieustającej pasji, wysokiej temperaturze, romantycznych porywach i żeby on się starał.

Przywykłyśmy też oczekiwać delikatności i czułości w słowach, zresztą całkowicie słusznie. Mam jednakowoż wrażenie, że zawsze warto przeskanować własne wypowiedzi pod kątem potencjalnych zranień, które możemy zafundować najbliższemu z założenia człowiekowi – bo mężczyzna urażony może nie strzeli spektakularnego focha, ale wycofa się o krok. I następny. I bez wielkich gestów, po cichu, po prostu przestanie ufać i się odsłaniać. Bez zaufania nie będzie ani spokojnej przystani, ani romantycznego porywu, po prostu przestaniemy być sprzymierzeńcami. I bardzo trudno będzie to odbudować.

Dlatego proszę, zastanów się, czy któregoś z poniższych sformułowań nie używasz nawykowo, bez zastanowienia, dając wyraz własnej frustracji. W innym artykule zastanowimy się, co można powiedzieć w zamian.

 

1. Bo ty zawsze!

Tak. Wszyscy mamy irytujące nawyki. On też. Zostawia sajgon na blacie kuchennym, kłaki w umywalce i buty na środku przedpokoju. Kupuje za dużo jedzenia, kłóci się z matką na proszonym obiedzie i pozwala dzieciom za długo grać na tablecie. Mam wrażenie, że małżeństwa dość często rozpadają się nie na tle wielkich dramatów, tylko w wyniku wieloletniego użerania się o rzeczy trzeciorzędne. Człowiekowi się naprawdę żyć odechciewa, kiedy wraca z zakupów i nieuchronnie słyszy: „A po żeś znowu tyle tego nakupił? Ty ZAWSZE kupujesz na zgrzewki i połowę ZAWSZE trzeba wyrzucić…”. Następnym razem nie pojedzie, albo pojedzie, przywiezie i zrejteruje zanim zacznę brzęczeć. Minuty wspólnego czasu uciekną.

 

2 Bo ty nigdy!

Nie kupuje kwiatów. Nie pamięta o urodzinach. Nie sprząta kociej kuwety. Nie zauważa nowej sukienki. Nie pyta, co czuję. W żalu i nerwach wykrzykuję mu kolejne „ty nigdy”, a on słyszy: „ty się nie nadajesz, ty jesteś dla mnie nieodpowiedni, nie chcę cię takiego”. Może następnym razem kupi te kwiaty, bo tak w ogóle mnie kocha, ale bliskość będzie nadszarpnięta. Skoro nigdy nie jestem z niego zadowolona.

 

3. Bo Zenek, mąż Mariolki, to umie!

Przetkać ubikację, pomalować pokój, dostać awans, pójść z dzieckiem do dentysty. On umie, a ty nie! To nie chodzi o Zenka jako takiego i prostą personalną zazdrość, choć tak też bywa. Po prostu wyobraź sobie swoją reakcję na jego stwierdzenie „a Mariolka to umie… schudnąć, zrobić doktorat, zorganizować dziecku urodziny, utrzymać porządek…” Porównania nie budują, nie motywują i na sto procent nie zbliżają.

 

4. Moja mama mówi, że powinieneś…

No, dzięki. Właśnie się dowiedział, że nie jest dla swojej żony najważniejszą i najbardziej zaufaną osobą. Że co prawda wyszłam za niego, ale mój dom – czyli miejsce bezpieczne – jest gdzie indziej, a jego życie i decyzje podlegają kontroli i opinii innej instancji. Bo koniecznie muszę się podzielić refleksjami mojej matki na temat naszej przeprowadzki albo remontu.

 

5. Pytałam Mariolki i ona uważa, że …

To sytuacja podobna do powyższej, ten sam problem „wynoszenia” spraw osobistych do osób trzecich. Nie jest niczym niewłaściwym poradzenie się kogoś rozsądnego, szukanie wsparcia i proszenie o pomoc. W określonych wypadkach również bez wiedzy męża. Ale radosne dzielenie się informacją, że nasze kłopoty osobiste zostały przedyskutowane przy kawie i być może średnio lubiana Mariolka ma świetny pomysł na ich rozwiązanie – boli. Boli w ambicję i boli w zaufanie.

 

 

6. Dlaczego nie mamy pieniędzy?

Choćbyśmy byli nie wiem jak równościowi i choćbyśmy zarabiali idealnie po tyle samo, choćbyśmy wszystkie finansowe decyzje podejmowali razem i tak dalej – on czuje się odpowiedzialny za byt rodziny. Bardzo się boi, że nie daje rady, nie wyrabia, że przez niego czegoś nam brakuje. Moje narzekanie potwierdza jego lęki. Upewnia w niskim mniemaniu o własnych możliwościach. Odbiera radość.

 

7. Nie poradzisz sobie!

Nie mogłam się powstrzymać, bo przecież wiem, że sobie nie poradzi, znam go tyle lat, wiem, że się do tego czy tamtego nie nadaje i przecież powiedziałam prawdę. Nie poradził sobie. Następnym razem już nie spróbuje. Tak się kastruje wojownika.

 

8. A nie mówiłam?

Tak, widziałam jego porażkę, tak, uparł się bez sensu, tak, zrobił błąd. Przyszedł do domu lizać rany, a ja kopnęłam w podbrzusze. Bo przecież właśnie to powinno się zrobić dla ukochanego człowieka, od którego oczekuję wsparcia i empatii.

 

9. Łysiejesz

Jest doskonale świadomy swoich niedostatków. Wie, że łysieje, biega wolniej, potrzebuje okularów do czytania, wyhodował brzuch i ma włosy na plecach. Jednocześnie bardzo by chciał być w tej postaci kochany, a kiedy mówię: „łysiejesz”, on słyszy: „jesteś dla mnie nieatrakcyjny”. No, to sobie daruje dzisiaj bieganie i otworzy piwo, bo co za różnica.

10. Dziecko jest mądrzejsze niż ty!

Kocha nasze dzieci nad życie i robi co może, żeby je dobrze wychować. Nie chce jednak, żeby jego żona przeszła z ligi dorosłych do drużyny dziecięcej. Nie chce, żebym spała z dzieckiem zamiast z mężem, nie chce, żebym na przyjęciach siedziała w kąciku zabaw zamiast z nim tańczyć albo rozmawiać. A zwłaszcza nie chce, żebym zawiązała z dziećmi porozumienie, z którego jest wykluczony. I nie chce słyszeć, że dziecko ma rację albo rozumie coś, a on nie. Bo tłumaczy sobie  to jako: „jesteś mi niepotrzebny”.

 

Żyjąc pod jednym dachem przez wiele lat nietrudno się niepostrzeżenie oduczyć uważności na drugiego. Ostatecznie po to jest dom, żeby wreszcie odpocząć i nie musieć się oglądać na cudze oczekiwania i wymagania i jeszcze tego mi brakuje, żeby sobie dokładać etat odpoczynku wojownika, prawda? Mam jednak silne przekonanie, że jeżeli w coś warto włożyć wysiłek, to właśnie w komunikację. Nie mówić rzeczy raniących, a za to przypomnieć sobie o dawno nieużywanych zdrobnieniach, czułych przezwiskach, wewnętrznych żartach. Słowa mogą zrujnować, ale też budują. Uważaj, co mówisz.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Biały czy czarny? Wojna na emocje

Zacznijmy walczyć o siebie naprawdę. Nie o wolny wybór zła, ale o wsparcie. O pomoc finansową i medyczną dla mam dzieci niepełnosprawnych. O domy dziecka, domy samotnej matki, czy zwykłe domy pełne kobiet, dzieci, które potrzebują pomocy

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Biały czy czarny? Wojna na emocje
Zacznijmy walczyć o siebie naprawdę. Nie o wolny wybór zła, ale o wsparcie. O pomoc finansową i medyczną dla mam dzieci niepełnosprawnych. O domy dziecka, domy samotnej matki, czy zwykłe domy pełne kobiet, dzieci, które potrzebują pomocy

Wystarczy powiedzieć: “stop aborcji” lub przeciwnie: „nie dla zaostrzenia ustawy aborcyjnej”  i wojna na emocje gotowa. Krzyczymy na siebie, obrażamy się nawzajem, poniżamy…

A gdyby tak spróbować złapać ten punkt, od którego zaczynamy się różnić? Może wyjdzie nam, że wcale tak daleko od siebie nie jesteśmy. I wystarczy tylko chwila namysłu, byśmy w swoich poglądach się do siebie zbliżyły…

Zrobiłam analizę komentarzy pod materiałami o protestach kobiet po to, by poszukać miejsca, od którego zaczynamy się rozjeżdżać. Wychodzi na to, że już większość z nas zgadza się, że od momentu poczęcia zaczyna się życie człowieka. Zaczął się proces, naturalnie nieodwracalny, którego zwieńczeniem jest narodzenie dziecka. Każda próba zatrzymania tego procesu jest już więc przemocą. Zgadzamy się chyba także i tu, że to my decydujemy o tym, czy ten proces ma się zacząć, ponieważ to naszą decyzją jest współżycie. Większość z nas (nawet kobiety najbardziej protestujące) na pytanie, czy same dokonałyby aborcji, odpowiada, że NIE, ponieważ wszystkie wiemy, że aborcja jest zła. Nasz spór zaczyna się w momencie, kiedy część z nas uważa, że można podjąć decyzję o aborcji, a druga część, że żaden człowiek nie może decydować o śmierci innego człowieka.

Może więc od tego momentu zaczniemy rozmowę?

 

Znalazłam taki mem z filmu „Bruce Wszechmogący”, opatrzony zresztą komentarzem „Szach- mat katole”

 

Skupmy się więc na tej Wolnej Woli. Nie szukając daleko, już na Wikipedii można znaleźć jej definicję w ujęciu etycznym, prawnym, naukowym, no i religijnym. Tego ostatniego nie będę przytaczać, byśmy na razie nie wchodziły w kwestie światopoglądowe. Czym jest więc wolna wola idąc za Wiką…

W prawie wolna wola wiąże się z kwestią odpowiedzialności i kary.

W etyce implikacje idei wolnej woli dotyczą kwestii, czy indywidua mogą być moralnie odpowiedzialne za swe czyny.

Nauka bardzo szeroko to bada, zaczyna o tego, że tych, którzy definiują wolną wolę jako wolność od determinizmu, zwie się inkompatybilistami, jako że twierdzą, iż determinizm jest nie do pogodzenia (niekompatybilny) z wolną wolą. Dwa zasadnicze stanowiska inkompatybilistyczne to metafizyczny libertarianizm, czyli teza, że determinizm jest fałszywy i tym samym wolna wola jest co najmniej możliwa; i twardy determinizm, czyli teza, że determinizm jest faktem i, co więcej, dlatego wolna wola nie istnieje.

Trudne to jak nie wiem co, ale generalnie nauce chodzi o podstawowe pytanie, czy człowiek ma kontrolę nad swymi działaniami, a jeśli tak, to jaki rodzaj kontroli i do jakiego stopnia?

 

Nie patrząc w ogóle z perspektywy religijnej, w nauce, w prawie, w etyce nie ma czegoś takiego jak nieograniczona wolność podejmowania decyzji, a zwłaszcza tych dotyczących życia drugiego człowieka.

Dlaczego więc tak bardzo walczymy o wolną wolę – wolny wybór w kwestii tych, którym jakikolwiek wybór się zabiera? Czemu walczymy o kobiety – matki, a nie walczymy o dziewczynki – córki, które też chciałyby mieć wybór.

Każda kobieta, która jest matką, która już zobaczyła dziecko i zaznała matczynej miłości, bez wahania oddałaby za nie życie. Taki chciałaby mieć wybór. Matki na oddziałach onkologicznych oddałyby wszystko, by móc zamienić się losem z własnym, chorym dzieckiem. Nigdy, przenigdy nie przychodzi im do głowy, żeby je zabić, żeby „skrócić” ich cierpienie. Walka odbywa się do końca. Nawet gdyby została po chorobie jakaś niepełnosprawność albo nawet tylko skrawek życia, zrobią wszystko, by to życie ocalić.

Dlaczego życie dziecka chorego miałoby być kwestią wyboru?

 

 

Drogie kobiety, matki, byłybyście gotowe walczyć o ten wybór, gdyby wasze dziecko nagle śmiertelnie zachorowało, a lekarz zalecałby śmierć? Nie wiem jak wy, ale ja na pewno zebrałabym w sobie wszystkie siły i dotkliwie mu wyjaśniła czym jest dla mnie życie mojego dziecka.

Zastanówmy się więc może, czy przypadkiem nie zostajemy wmanewrowane w walki polityczne, wykorzystane po to, by zapewnić poparcie dla tej lub innej partii, tego lub innego światopoglądu?

Jeśli chodzi nam o nasze dobro, a chodzi, no to może nie dajmy sobą manipulować i wmawiać, że coś kobietom się zabiera, a to COŚ to wybór wbrew nauce, etyce, prawu, logice, wbrew przede wszystkim miłości.

 

My, kobiety, mamy dobro wyryte w naszym DNA. Mamy w sposób wyjątkowy zakodowaną miłość w sercu, właściwą tylko nam. Wszystkie bez względu na to czy uważamy, że zostałyśmy tak obdarowane, przez Boga, naturę, czy jakiś inny byt.

Mamy świadomość, że jesteśmy wyjątkowe, bo myślimy sercem. Że nie rządzą nami tylko instynkty.  Że zostałyśmy specjalnie ukształtowane. Że tylko my mamy taką moc bycia przez 9 miesięcy dosłownym domem dla najdroższego dla nas człowieka. Ten dom „natura” zbudowała tak, że jest tam ciepło, jest serce, jest uspokojenie i ukojenie.

Warto więc trzymać się tych naszych cech w zgodzie z naturą. A jeśli któraś z nas sobie nie radzi, ma kłopoty, nie jest w stanie zaopiekować się swoim chorym dzieckiem, włóżmy całą energię, którą spalamy kłócąc się i protestując – w zwyczajną pomoc. Zacznijmy walczyć o siebie naprawdę. Nie o wolny wybór zła, ale o wsparcie. O pomoc finansową i medyczną dla mam dzieci niepełnosprawnych. O domy dziecka, domy samotnej matki, czy zwykłe domy pełne kobiet, dzieci, które czekają na nasze wsparcie. Uwierzcie, że jest w tym względzie o co walczyć. Jeśli to ruszymy to gwarantuję, że pracy i walki starczy nam na całe życie.

Bardzo polecam i proszę. Warto się zastanowić, w co tak naprawdę chcemy wkładać całą naszą energię i determinację.


DOŁĄCZ DO AKCJI #BIAŁYPIĄTEK


 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >
Share via