Nasze projekty
Fot. Archiwum Anny Stachowiak

Ania Stachowiak: Wiele osób pisze, że dzięki historii mojej i Adama, odnaleźli drogę do Boga

"Czekam na moment, w którym mój mąż będzie mógł w pełni uczestniczyć ze mną we Mszy świętej. To jest dla mnie najważniejsze" - o przygotowaniach do ślubu kościelnego mówiła Ania Stachowiak w rozmowie z Weroniką Kostrzewą na żywo na Instagramie Stacji7 w ramach cyklu “Small Talk 7”.

Reklama

Miłość „nie z tego świata”

Weronika Kostrzewa: Ciągle czujesz motyle w brzuchu, gdy Twój mąż śpiewa tak romantyczne piosenki, które ewidentnie są skierowane do Ciebie? 

Anna Stachowiak: No jasne! To się akurat nigdy nie zmieniło. Adam ma studio u nas w domu, więc jestem przy całym etapie tworzenia. Najbardziej lubię ten moment, gdy utwór nabiera koloru – już wiadomo jakie są słowa, jak to będzie ostatecznie brzmiało. Jest coś takiego, że mogę słyszeć ten utwór wiele razy, ale motyle są nadal, nawet gdy słucham go sto razy i więcej! 

Po koncercie masz ochotę od razu rzucić mu się na szyję, bo tak pięknie wyśpiewał Ci tę miłość? 

Reklama

Jasne, że tak! Podczas koncertów też jesteśmy razem, tylko ja jestem pod sceną, za kulisami, czy w innych miejscach. To są takie emocje, że naprawdę chciałoby się je od razu pokazać.

Zacytuję teraz fragment wywiadu z Tobą dla Stacji7, w którym mówisz o ślubie kościelnym: “Jeżeli wyobrażam sobie ten dzień, to w moich wyobrażeniach przedkładam nad siebie Adama”. To jest mało popularny pogląd… Nie boisz się głosić takich “kontrowersyjnych” haseł w czasach, gdy powinno się zająć sobą, swoimi pasjami i pragnieniami? Kobieta, która mówi, że przekłada nad siebie męża, może wyjść na taką jakby nie dzisiejszą. 

Fakt, jakby się tak zastanowić, to jestem trochę nie z tego świata (śmiech). Wytłumaczę dokładnie, o co mi chodziło, aby słuchacze dobrze mnie zrozumieli. Tak długo czekam na ten dzień, na ślub kościelny, na nasze wielkie wydarzenie, że nie myślę o tej całej idealnej otoczce, np. w kontekście sukienki, ozdób, dekoracji, itp. Jestem już tak bardzo szczęśliwa, że przeszliśmy tę drogę – kiedy Adam zaczął wierzyć w Pana Boga, zadawał pierwsze pytania, sam próbował się czegoś nauczyć. Ta droga przez te wszystkie lata była trudną drogą. I jestem już tak szczęśliwa, że już wiem, że jesteśmy blisko, że otoczka tego dnia nie jest dla mnie ważna, ale ten moment, że Adam będzie mógł uczestniczyć w pełnej Mszy świętej razem ze mną. To jest dla mnie najważniejsze. 

Reklama

Ci, którzy czytali Twoje książki, doskonale wiedzą, jaka jest Wasza historia. Historia dziewczyny z wierzącego domu i zupełnie niewierzącego chłopaka, który nie miał nic wspólnego z Kościołem i który ma szansę poznać Pana Boga mimo, że wcześniej nigdy Go w jego życiu nie było. Czy warto ryzykować? Czy tylko wiara się u Was nie pokrywała, a we wszystkich innych kwestiach mieliście ten sam kod? Czy byliście zupełnie jak dwa osobne światy? 

Ludzie bardzo często nie mogą pojąć, że świadomie zdecydowałam się na życie w grzechu, aby z nim być. Wiele dziewczyn do mnie pisze i mają dysonans pomiędzy tym, że wybrałam życie w grzechu mimo tego, że wcale nie było w stu procentach pewne, że Adam uwierzy. Trudno jest mi to wytłumaczyć. To było moje wewnętrzne przekonanie, które było ze mną od samego początku. Poznałam Adama w trudnym dla mnie momencie – byłam zaręczona, za pół roku miałam wziąć ślub kościelny z chłopakiem, z którym byłam 8 lat. W ogóle tego nie czułam, miałam wyrzuty sumienia, bałam się, miałam wątpliwości. Pół roku przed ślubem – i to w dodatku ślubem kościelnym – to nie jest czas na wątpliwości. Miałam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Zawsze modliłam się o dobrego męża, właściwie od podstawówki się modliłam, bo pewien ksiądz powiedział nam, że im szybciej zacznie się modlić o dobrego męża, to na pewno się spełni (śmiech). Zadawałam sobie to pytanie: Panie Boże, czy to na pewno jest dobry wybór, a jeśli nie jest, to proszę Cię o konkretny znak, abym wiedziała, że to na 100 % nie to. Daj mi konkret, czy mam wychodzić za mąż, czy nie. Brzmi to komicznie i śmiesznie, ale właściwie dostałam taki ogromny sygnał, taki prawdziwy znak, bo kiedy zaczęłam się poddawać i myśleć, że tego znaku nie otrzymam, spotkałam Adama na drugim końcu Polski. A on powiedział wtedy: “cześć, będziesz moją żoną”. To było dla mnie bardzo mocne doświadczenie. Pomyślałam sobie wtedy: Panie Boże, jeśli to jest to, to Ty to poprowadzisz, nie dasz mi tego zaniedbać, przeoczyć. To było tak silne uczucie, że od początku wiedziałam, że idę w to – i to już samo się ułoży. Ufasz Panu Bogu? Ufasz? Ułoży się według Bożego planu. Zawsze w taki sposób to tłumaczę. Wybrałam taką drogę – trudniejszą, ale jesteśmy na drodze, by te sakramenty były. Różnić się różniliśmy – nie wszystko między nami było jasne. Ja skończyłam studia, Adam chodził do szkoły – jest ode mnie 5 lat młodszy. Ludzie w nas nie wierzyli, nie wierzyli, że to możliwe, by taki związek się udał. 

CZYTAJ>>> Marcin Kwaśny: Często mówię: “Jezu, Ty się tym zajmij”

Reklama

Gdy przeczytałam, że Adam jest od Ciebie 5 lat młodszy, to sobie pomyślałam, ile tam musiało być komentarzy na ten temat! Mój mąż jest ode mnie dwa lata młodszy, a gdy umawialiśmy ślub, ksiądz nie mógł uwierzyć – jak to, pan młody młodszy od pani młodej? To się nie zdarza! Ta różnica wieku wywołuje sporo komentarzy… Też takich doświadczyliście?

Tak, począwszy od osób bardzo mi bliskich, po osoby w pracy, które mówiły, że kobieta nie może być starsza od mężczyzny o 5 lat, że będzie między nami przepaść, a tak naprawdę ja tej przepaści nigdy nie widziałam, nadal tego nie widzę. Nie chodzi nawet o te aspekty wizualne. Emocjonalnie wydaje mi się, że jesteśmy na tym samym etapie, a nawet Adam jest bardziej dojrzały przez to, co przeszedł w życiu.

Historia życia w trzech częściach

Wywołałaś swoich bliskich. Nie każdy jest tak połączony ze swoją rodziną. Bliscy – w Twoim przypadku to jest sedno tego słowa. Jesteś z wierzącego domu, poznajesz chłopaka niewierzącego, jest bardzo młody. Czy ta bliska relacja z rodzicami sprawiła, że dało się wszystko wytłumaczyć? Miałaś swój sposób na to, jak się nie przejmować? Jak dać im czas, żeby uwierzyli? 

To był jeden z trudniejszych momentów w moim życiu. Byłam w ośmioletnim związku, moi rodzice zdążyli się przyzwyczaić do mojego przyszłego męża, z którym do ślubu nie doszło. On był moim sąsiadem, a Adam chłopakiem, którego właściwie nie znali, z drugiego końca Polski. Moja mama w tamtym momencie się trochę odizolowała, tata bał się – może miał inne zdanie, ale nie za bardzo je wypowiadał. Tak naprawdę w nikim nie miałam wsparcia, musiałam opierać się wyłącznie na sobie, na swojej intuicji i na tym, co Pan Bóg mi powiedział. Faktycznie w tamtym czasie mocno schudłam, mało jadłam, ale bardzo wierzyłam, że to się uda. Dlatego wzięłam wszystko na swoje barki i wiedziałam, że to udźwignę. W większości były takie głosy, że szybko wrócę, że to się szybko skończy. Wróciłam po siedmiu latach na Śląsk, ale już z całą rodziną.

Twoje książki to powieść autobiograficzna napisana w sposób niezwykle wciągający! To jest Twoja historia, Wasza historia. Bardzo się odsłoniłaś i otworzyłaś przed światem. A świat bywa bezlitosny. Nie bałaś się tego? 

Bałam, ale pomyślałam, że jeśli będzie gdzieś na świecie choć jedna osoba, która przeżywa dokładnie to samo, co ja wtedy i nie ma z kim porozmawiać – to warto. Ja właściwie uniknęłam rozwodu, bo wiem, że jakbym wyszła za pierwszego narzeczonego, to pewnie teraz byłabym po rozwodzie. Jeśli człowiek może tego uniknąć przed sakramentem, to lepiej w ten sposób. Wiadomo, to jest bardzo trudne, ale lepiej pomyśleć przed, niż po fakcie. Pomyślałam sobie, że jeśli ktoś na świecie przeczyta sobie tę książkę i pomyśli, że to jest dobra rada, to może uratuje tę jedną duszyczkę. Te książki przeczytało już tysiące ludzi. Wiele kobiet, wielu mężczyzn pisze mi, że znaleźli dobrą drogę, że się nawrócili, że przyszli do Pana Boga, że całe życie im się zmieniło. Niektórzy pisali mi nawet, że komuś życie uratowałam, bo był już na skraju wyczerpania psychicznego, a dzięki tym książkom wziął się w garść i poradził sobie w życiu. To są dla mnie najlepsze komentarze, najpiękniejsze słowa, najwięcej to dla mnie znaczy. Książki mają tytuł bestsellera, udało się dotrzeć do ludzi – jest mi z tego powodu bardzo miło. 

Wiele kobiet, wielu mężczyzn pisze mi, że znaleźli dobrą drogę, że się nawrócili, że przyszli do Pana Boga, że całe życie im się zmieniło. Niektórzy pisali mi nawet, że komuś życie uratowałam, bo był już na skraju wyczerpania psychicznego, a dzięki tym książkom wziął się w garść i poradził sobie w życiu.

Piszesz książki pod rękę z Duchem Świętym – są na to dowody. Byłaś tą dziewczynką w dzieciństwie, która lubiła pisać opowiadania, chciała pisać książki, czy to się zrodziło wtedy, kiedy zaczęła dziać się Wasza niezwykła historia? 

Jako dziewczynka zawsze lubiłam wymyślać różne historie, w szkole dobrze mi szło, gdy były do napisania różne rozprawki, itp. Nie miałam jako dziecko marzenia, by pisać książki, bardziej myślałam o tym, aby śpiewać. Gdy poszłam na studia, zaczęłam czytać hobbystycznie i wtedy pojawiły się pierwsze myśli, że może kiedyś można coś napisać. Ale od czasu gdy poszłam na studia, a gdy napisałam pierwszą książkę minęło pewnie z 10 lat. Może dojrzewało we mnie to uczucie. Pierwszą książkę “Wyśpiewaj mi przyszłość” zaczęłam pisać od razu, gdy poznałam Adama, bo pomyślałam, że ta historia jest warta opowiedzenia. Po pierwszych 4 rozdziałach się poddałam. Po jakimś czasie przypadkiem znalazłam folder z rozpoczętą książką i wtedy dopiero nad nią usiadłam. Zatem książka powstawała właściwie siedem lat. Po tym czasie znalazłam te rozdziały i dopisałam resztę.

ZOBACZ>>> Edyta Golec: W naszej rodzinie Pan Bóg jest bardzo ważny

Mąż jest pierwszym korektorem tej książki? Celowo używam słowo koraktor, bo może mówi: weź tam czegoś nie pisz, czegoś nie opowiadaj? 

Właśnie w drugą stronę! Jeżeli mam jakieś wątpliwości, czy mogę coś napisać, on zawsze mi mówi, że tak – to może dać komuś do myślenia. 

Ktoś pisał, że połknął trzy książki w trzy dni. Ta trójka w naszej wierze też jest nie bez znaczenia. Nie ma przypadków! Ty zapowiedziałaś, że to jest ostatnia część. Czy to jest ostateczna decyzja? 

Mam zamiar na razie zostawić trzy, bo w tej chwili musiałabym opisywać nasze życie, to, co dzieje się teraz. W większości nasi obserwatorzy to wiedzą, bo nas obserwują i wiedzą, co nas dalej spotkało, ale… zobaczymy! Nie odcinam się od tego. Może przyjdzie czas, że dojrzeję i będę pisać dalej! 

Kiedy kariera Adama się rozkręcała, nie bałaś się, że Wasza relacja się pogorszy? 

Bardzo się bałam. Wiedziałam od początku, że mój Adam jest mądry, dobry, inteligentny. Jak coś obiecuje – zawsze dotrzymuje słowa. Obiecywał mi niejednokrotnie, że niezależnie od tego, co się będzie działo, zawsze będziemy razem. Przeszliśmy trudną drogę, ale i tak żyliśmy razem, bo to było dla nas priorytetem – to był nasz plan, że będziemy razem. Ten plan realizujemy do teraz. Wszystko zawodowo, rodzinnie robimy razem. 

„Bycie rodzicami to nasze powołanie”

“Nigdy nie zostawiamy dzieci, bo one są najważniejszą częścią naszego życia” – to Twoje zdanie bardzo mnie ujęło, bo zauważam taki trend, że wszystko lepiej robić bez dzieci. Wakacje? Bez dzieci. Wesele? Bez dzieci. Ogłaszasz takie zdanie w wywiadzie i to praktykujesz. Zawsze tak to działa, zawsze wam się chce? Czy czasem chcesz zostawić je gdzieś, myślisz o tym, żeby w końcu podrosły i dały Wam trochę więcej spokoju? 

To nie jest łatwe. Jak jest się mamą, to wiadomo, jak to wygląda. Bycie rodzicami to nasze powołanie. Mamy ludzi, którzy nam pomagają – pracowników, rodziców. Jeśli jesteśmy w trasie z dziećmi, to jako rodzice dajemy im to, czego od nas potrzebują: czas, miłość, bliskość itd. Ale wspomagamy się – czasami jedzie z nami moja mama, pracownik. Gdy musimy udzielić wywiadu, to jest ktoś, kto zerknie na nasze pociechy. Rodzicielstwo to najpiękniejsza z naszych dróg, które przechodzimy. To jest wspaniałe, bo nasze dzieci są już przyzwyczajone do wyjazdów. Zbudowaliśmy sobie życie tak, jak chcieliśmy. Jesteśmy w tym szczęśliwi. To, że dzieci są z nami, to ogromna część naszego życia, to jest nasze szczęście, że możemy być w tym razem. To naprawdę ogromne błogosławieństwo!

Zbudowaliśmy sobie życie tak, jak chcieliśmy. Jesteśmy w tym szczęśliwi. To, że dzieci są z nami, to ogromna część naszego życia, to jest nasze szczęście, że możemy być w tym razem. To naprawdę ogromne błogosławieństwo!

A myślicie już o tym, co będzie, gdy dziewczynki pójdą do szkoły? Czy dalej będzie się dało tak pracować, tak funkcjonować? 

Na razie starsza chodzi do przedszkola, ale chodzi na popołudnia. Bardzo dużo dało nam to, że przenieśliśmy się do mojej rodzinnej miejscowości, na Śląsk. Bardzo blisko mam rodziców, jesteśmy tu razem, pomagają nam. Wcześniej nie było tej pomocy, bo byliśmy sami, więc jeszcze bardziej doceniam to, że jesteśmy tu razem. Myślę sobie, że przeprowadzka wiele zmieniła, bo ona nam daje poczucie, że nie jesteśmy już sami. Rodzice w razie czego mogą pomóc, odebrać dzieci z przedszkola czy szkoły. Jeszcze nie myśleliśmy o tym, co będzie dalej, choć mamy dużo planów. 

CZYTAJ>>> Joanna Kulig o swoim małżeństwie: Opatrzność nad nami czuwała, że się odnaleźliśmy

Jedna z naszych obserwatorek napisała do nas: “Poznałam Panią Anię i Pana Adama osobiście. Piękni, przesympatyczni, po prostu normalni ludzie.” To są takie piękne komentarze. A Ty się w ogóle spotykasz z hejtem w sieci? Bo mam wrażenie, że otaczasz się ludźmi, którzy dziękują Ci za dobro, które robisz.

To jest bardzo miłe i budujące. Zdarza się że jest coś, co się ludziom nie podoba i co komentują w niezbyt miły sposób, ale nie występuje to często, mimo, że mówię o wierze, o Panu Bogu. Liczę się z nieprzychylnymi komentarzami – wiadomo, że jeśli pokazuję swoje życie publicznie, będą komentarze. 

Z ciekawostek – muszę dopytać. Mówisz, że Twój prawie-mąż mieszkał w okolicy. Czy wy się spotykacie? Czy czasem go pozdrawiasz? Czy raczej mijacie się na ulicy? 

Spotykam go. Jesteśmy na cześć. Spotykam się nawet z jego rodziną, bo mamy dobre kontakty choćby z kuzynostwem, które serdecznie pozdrawiam. Jesteśmy dojrzałymi ludźmi, więc nie ma wobec siebie żadnych żali, każdy ma swoje życie. Minęło wiele lat, wszystko zostało zamknięte. Ale niechęci między nami nie ma. 

On w jakimś sensie jest takim anonimowym bohaterem książki. Bez tej postaci nie poznalibyśmy Waszej historii. Ja go z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i to jest dowód na to, aby lepiej do niektórych ślubów nie dochodziło. Wielu mam znajomych, którym kiedyś podarowałabym taką książkę, ale wtedy jej nie było, a teraz jest Ania Stachowiak! Rozczula mnie, że masz takich fantastycznych “ochroniarzy” na YouTube. Jeśli nie występujesz w teledysku, pod piosenkami piszą: “brakuje mi tutaj Twojej żony”. 

(śmiech) A żona wtedy leżała w ciąży, a w dodatku leżącej. Ale tak, faktycznie są moi obrońcy, którzy się buntują, że nie będą oglądać, bo nie ma Ani. (śmiech) 

Modelki w teledyskach do piosenek Adama – musiałaś to sobie poukładać w kwestii jego kariery? 

To było dla mnie bardzo trudne. W pierwszym teledysku, który wyszedł pod wytwórnią, nie było zbyt wiele do gadania, bo scenariusz był narzucony z góry i trzeba było zrobić to w taki sposób. Adam próbował inaczej, bo zawsze miał swoje pomysły na rozwój, nie mieli z nim łatwo (śmiech). Jak zobaczyłam teledysk, to było to dla mnie szokujące, że widzę swojego ukochanego i jakąś kobietę w teledysku. Tak samo po koncertach, gdy widziałam, jak reagują na niego fanki, też nie było mi łatwo. Ale wszystko można przegadać, wszystko można przepracować. 

„Bóg jeden wie”, „Wyśpiewaj mi przyszłość”, „Ostatni grzech”. To tytuły Twoich książek. Skąd pomysł? Czy były one dla Ciebie oczywiste? Planowałaś, że to będą trzy książki? 

Kiedy zaczęłam pisać, pomyślałam, że fajnie byłoby zamknąć tę historię w trzech książkach. Staram się czerpać radość z tego, co robię i robić wszystko na spontanie. Tak kieruję swoim życiem, by ze spokojem czerpać radość z każdego dnia. Tytuł pierwszej książki powstał zanim zaczęłam pisać. Po prostu skądś się wzięło – od Ducha Świętego. Przy drugiej książce dłużej się zastanawiałam, a trzecia – też wiedziałam od początku, bo ona była klamrą zamykającą te trzy części. Pomyślałam, że to ostatni grzeszek jaki popełniam, opowiadając o swoim życiu. 

Który fragment był dla Ciebie najtrudniejszy do napisania? Może walczyłaś z tym, czy jakiś wątek powinien się tam w ogóle znaleźć?

Trudne były te fragmenty o momentach, gdy nie mogłam znaleźć porozumienia z moją rodziną, ale też gdy opisywałam śmierć babci. Było dla mnie trudne wrócić do czasów programu “The Voice of Poland”, trzeba było wejść w te same emocje, wróciły demony z przeszłości, które mnie atakowały. Wylałam dużo łez przy pisaniu tych książek. Ale to były najmocniejsze momenty, bo jak opisywałam nasz ślub, zaręczyny – to były luźniejsze. Ale gdy wracałam do przykrych momentów, wracały te przykre wspomnienia i trudno się to opisywało. 

Twoi rodzice czytali książki? Dużo pisałaś o relacji z bliskimi…

Wyobraź sobie, że przynosisz gotową książkę do swoich rodziców i widzisz dumę w oczach mamy, takie iskierki. Nie wiedziałam, że będę pisać książki, wahałam się całe życie.W końcu pomyślałam, że być może zrobię coś dobrego. Gdy przyniosłam książkę do mojej mamy, a ona jest aktywnym czytelnikiem, to wiedziałam, że jej opinia będzie dla mnie ważna. Nie zlinczowała mnie za to, płakala ze wzruszenia, że te książki powstały. Trzecia część podobała się jej najbardziej. Mama bardzo mnie motywuje. Codziennie mi pokazuje, że robię coś dobrego, że warto dalej działać. Miło mi, że mam tak ogromne wsparcie moich najbliższych. 

ZOBACZ>>> Małżeństwo: jak połączyć te dwa światy

Wyobrażasz sobie moment, kiedy Twoje córki sięgną po Twoje książki? 

Tak! Wyobrażałam sobie to! Książka “Wyśpiewaj mi przyszłość” ma już 2,5 roku. Pierwszy jej egzemplarz, który dostałam, był taki dla mnie, do przeczytania i przejrzenia. Włożyłam tę książkę do szuflady, w łóżku i zapomniałam o niej. Ostatnio ją znalazłam przypadkiem, a ona jest już taka pożółkła, zniszczona. Naszła mnie wtedy refleksja, że moje dzieci, wnuki, do niej zajrzą, gdy będzie dotknięta zębem czasu. Pomyślałam sobie, że to takie piękne uczucie. Myślę sobie, że będzie to też dla nich motywujące, że babcia robiła coś fajnego, że w taki, a nie inny sposób poznali się z dziadkiem i że też by tak chcieli i że też tak mogą – bo to jest ważne. 

„To jest nasze świadectwo”

Jak się żyje z osobą, która dopiero co zaczęła wierzyć w Boga? Często osoba nawrócona jest na początku “lekko szalona” w swojej wierze.

Adam był agnostykiem i ten etap, o którym mówisz, jest już za nim. Ale faktycznie, przez jakiś czas był “Bożym freakiem”. W niektórych momentach mnie aż było głupio, bo to ja pochodziłam z wierzącej rodziny, a on nagle olśniony Duchem Świętym, pięknie się wypowiadał o Panu Bogu, pięknie z Nim rozmawia. W taki sposób dajemy świadectwo. Każdy, kto widzi nasze życie widzi, że to nie są puste słowa – gadanie o Panu Bogu, opowiadanie o czymś, co jest bez pokrycia. To jest nasze świadectwo. 

W niektórych momentach mnie aż było głupio, bo to ja pochodziłam z wierzącej rodziny, a on nagle olśniony Duchem Świętym, pięknie się wypowiadał o Panu Bogu, pięknie z Nim rozmawia. W taki sposób dajemy świadectwo. Każdy, kto widzi nasze życie widzi, że to nie są puste słowa – gadanie o Panu Bogu, opowiadanie o czymś, co jest bez pokrycia. To jest nasze świadectwo. 

Wiele razy w wywiadach mówiłaś, że macie taką zasadę, że nie kładziecie się spać pokłóceni. Zaryzykuję stwierdzenie, że to nie jest jedyny składnik tego, żeby w małżeństwie cały czas był taki ogień, jaki widać u Was. Jak to robicie? 

My naprawdę bardzo dużo ze sobą rozmawiamy. Nie ma jednego dnia, żebyśmy nie usiedli razem i nie znaleźli chociaż dwóch godzin na rozmowę. Nie jest to taka rozmowa o tym, co się u nas wydarzyło, bo cały czas jesteśmy razem. To są rozmowy o emocjach, uczuciach. Tak bardzo dobrze się znamy, że wystarczy na siebie spojrzeć i oboje wiemy, co się dzieje, po oczach. Tak dobrze się rozumiemy, że sama mowa ciała, kontakt wzrokowy wystarczy, by wiedzieć, o co nam chodzi. 

Powiedz mi jeszcze o Twoich marzeniach. Czy Ty myślisz o tym, co jeszcze mogłabyś kiedyś napisać, może w innym klimacie? Poznaliście się z Adamem, gdy Ty śpiewałaś, może jakaś wspólna trasa koncertowa się szykuje? Jak to jest z Twoimi marzeniami? 

Na pewno mam pomysły na kilka książek, które już nie będą kontynuacją naszej historii, tylko będzie to historia, która nie wydarzyła się naprawdę, wymyślona przeze mnie. Zaśpiewaliśmy z Adamem wspólnie, ale zrobiliśmy mały wyjątek, bo oddzielamy swoje kariery, swoje zawody. Każdy ma swoje plany – Adam muzyczne, a ja w pisaniu. To jest zdrowe, że to oddzielamy. A poza tym pisarskie marzenia mam oczywiście. Wymyśliłam już kilka historii, które zamkną się w kolejnych książkach. Być może wrócę jeszcze kiedyś do tej serii, nie wykluczam tego. Teraz stawiamy na rozwój naszej firmy. Na tym, żeby książki trafiały do coraz szerszej publiki, do sieci handlowych, księgarni itp., bo zwykle sprzedawałam osobom prywatnym, a teraz chcemy, by przyszli do mnie jeszcze nowi ludzie, nowe twarze, by te książeczki leciały w świat!

Mam wrażenie, że nie tylko Polska, ale cały świat tych książek potrzebuje. Tego Ci życzę, byśmy dowiadywali się o tłumaczeniach na kolejne języki!

Dziękuję!


7 szybkich pytań do Ani Stachowiak!

Najbardziej bałam się, gdy… 

Musiałam zaryzykować i decyzja należała tylko i wyłącznie do mnie. Bałam się nowego, bałam się ryzyka, rozczarowań. W tym momencie życia, w którym podejmowałam najtrudniejsze decyzje, to czas, kiedy bałam się najbardziej. 

Na starość, na emeryturze, chcę…

Pisać książki! 

Wakacje marzeń… 

Nic skomplikowanego. Fajnie spędzony czas z rodziną.

Do snu śpiewam dzieciom…

Śląskie piosenki.

Ulubiony, najbliższy Ci święty…

Święty Józef.

Książki, jakie czyta Ania Stachowiak…

Moja ulubiona książka czytana wielokrotnie to “Wichrowe Wzgórza” autorstwa Emily Jane Brontë. Lubię wracać do książek Nicholasa Sparksa. Uwielbiam Małego Księcia, bo za każdym razem, w zależności od tego, w jakim jestem stanie emocjonalnym, rozumiem tę książkę inaczej. Bardzo lubię też Dumę i uprzedzenie. 

Forma modlitwy, która najbardziej Ci pasuje… 

Rozmawiam z Panem Bogiem jak z tatą, bardzo dziecięco, naiwnie, prosto, jak najprościej można. Moją ulubioną modlitwą jest Koronka do Miłosierdzia Bożego. Rozmawiam z Panem Bogiem cały czas i zwracam się do niego jak do taty, najlepszego przyjaciela.

I bonus… Czy dzieci Stachowiaków rozrabiają w kościele? 

Na pewno głośno mówią, wszystko je bardzo interesuje. Ala w ostatnią niedzielę chciała zapytać, kiedy wyjdzie ksiądz i zapytała: kiedy przyjdzie książę? (śmiech) Kiedy brakuje mi cierpliwości, patrzę na oblicze Jezusa i przypominam sobie Jego słowa: “pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”. To jest dla mnie zawsze budujące. 


Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę