video-jav.net

Czego nie mówisz swojemu mężowi, a przydałoby się

Używam całej gamy komunikatów niewerbalnych, ale czasem z trudem mi przychodzi precyzyjne wytłumaczenie swoich potrzeb, oczekiwań, obaw i tak dalej. Tymczasem wiem, że wszystkim by dobrze zrobiło, gdybym po prostu powiedziała, o co mi chodzi

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Znacie dowcip o kobiecie w kosmosie, prawda? „– Houston, mamy problem. – Jaki problem? – DOMYŚL SIĘ”. Jak zupełnie nie jestem fanką seksistowskich żartów, w żadną stronę (to znaczy tych o mężczyznach też nie lubię), tak ten oddaje pewną tendencję. Używam całej gamy komunikatów niewerbalnych, ale czasem z trudem mi przychodzi precyzyjne wytłumaczenie swoich potrzeb, oczekiwań, obaw i tak dalej. Tymczasem wiem, że wszystkim by dobrze zrobiło, gdybym po prostu powiedziała, o co mi chodzi. Oto parę rzeczy, które twój mąż chciałby usłyszeć, żeby móc cię lepiej zrozumieć (i żeby nie miał wymówki, że nie wiedział).

 

1. Przytul mnie.

Pamiętam taką scenkę. Dziewczę garnęło się coraz bliżej, szepcząc nieśmiało: „Grzesiu, zimno mi…”. A Grześ na to: „To załóż sobie polarek”. Gdyby powiedziała „przytul mnie” to by przytulił, ale to zupełnie inna kategoria. On po prostu rozwiązał jej problem. Dobrze jest wprost się domagać fizycznej bliskości. Tulenie pomaga na wszystko.

 

2. Pojutrze mam urodziny.

No zapomina. Pamięta o mnóstwie innych rzeczy, którymi ja sobie nie zaprzątam głowy, ale dat urodzin nie kojarzy, nawet własnych. Zamiast gorzko przeżuwać w sobie przekonanie, że w tym roku też zapomni i będzie niemiło, lepiej po prostu przypomnieć, a przy okazji powiedzieć, jak chce się świętować. „Pojutrze mam urodziny. Fajnie, gdybyśmy poszli rodzinnie zjeść na mieście, wieczornym kinem też nie pogardzę. Na kolację bym sushi zjadła.” Może elementu niespodzianki nie będzie, ale awantury też nie będzie, a sushi piechotą nie chodzi :)

 

3. Boję się.

Bardzo często ukrywam przed nim swoje strachy, żeby mu nie dokładać zmartwień. Nie jestem jednak pewna, czy to dobrze – niby oszczędzam mu zmartwień, ale jednocześnie nie pozwalam mu siebie poznać. To jest cenna informacja – nie robię tego, bo się boję. Albo tego i tego się obawiam odnośnie naszej relacji. Mówiąc o swoich obawach daję mu szansę – może mi pomóc, może zrozumieć niektóre moje zachowania, może wreszcie niejeden strach odpędzić.

 

4. Tu i teraz.

Albo jakikolwiek komunikat, jasno wyrażający moje seksualne pragnienia i potrzeby. Po pierwsze unikamy obopólnej frustracji, po drugie budujemy własny mikrokosmos, po trzecie w tej dziedzinie dążenie do perfekcji nigdy się nie kończy i trzeba dużo ćwiczyć, kiedy już się omówi strategię.

 

5. Nie rób tak.

Wiem, że chciał dobrze, wiem, że nie zamierzał mnie urazić. Na przykład zaprosił kolegę na kawę i nie zadzwonił, żeby uprzedzić, więc kolega wszedł w środek domowego sajgonu, a ja płakałam w łazience ze stresu. Mogę zwalić winę na siebie, bo jestem ze Śląska i powinnam mieć w domu zawsze posprzątane właśnie na okoliczność niespodziewanych wizyt. Mogę też jasno powiedzieć: „Nie rób tak. Bardzo nie lubię niezapowiedzianych wizyt, stresuje mnie to. Następnym razem daj znać wcześniej”. Prawie na pewno tak zrobi.

 

6. Nie mów tak.

To miał być komplement, albo to miał być żart, albo nie to miał na myśli albo coś tam. Ale jeśli nie powiem: „To jest dla mnie nieprzyjemne/nieśmieszne/przykre, nie mów tak” – to duża szansa, że usłyszę to znowu. I będzie we mnie narastać irytacja i niechęć.

 

7. Chcę tego.

O marzeniach, podobnie jak o lękach, też mało mówię, żeby go nie stresować (zwłaszcza jeśli ich realizacja wymaga nakładów finansowych). I też wydaje mi się, że to błąd: moje marzenia dużo mówią o mnie samej, kim jestem i jaka jestem. Poza tym może okazać się, że wiele pragnień i dążeń mamy wspólnych, albo – co równie ważne – zupełnie sprzecznych. Że ja o pustelni w Bieszczadach a on o penthousie w Nowym Jorku. Przecież warto takie rzeczy wiedzieć.

 

8. Lubię to.

W skeczu kabaretu Hrabi o kwiatach Aśka Kołaczkowska mówi ważną rzecz: że jak mężczyźnie się coś dobrze kojarzy, to będzie chciał to powtarzać. Jeśli cieszy mnie coś, co zrobił, przyniósł, kupił, powiedział – w moim interesie jest to zakomunikować. Nawet, jeśli to jest ta sama co zawsze sobotnia kawa do łóżka – i tak warto się ucieszyć i za nią podziękować. Mnie też raduje jego dziękowanie za zwykłe, codzienne rzeczy.

 

9. Mamy problem.

Dług, choroba, szkolne niepowodzenia dzieci, kłopoty zawodowe. Coś, co zżera mi nerwy i odbiera spokój, ale wydaje mi się, że poradzę sobie sama, albo głupio mi się przyznać, bo wynika z mojej winy czy zaniedbania. Przysięgłabym, że zachowuję się zupełnie normalnie, ale to nieprawda. Ktoś, kto stoi tuż obok wyczuwa każdym nerwem, że coś jest nie tak. A ponieważ nie wie, co się dzieje, musi się domyślać, i może domyśla się najgorszego. Jeśli mu powiem – prawdopodobnie odetchnie z ulgą, że tylko tyle. I razem coś wymyślimy.

 

Co próbuję przekazać – to że podstawą udanego, szczęśliwego związku jest zaufanie. Kiedyś mu zaufałam do tego stopnia, że obiecałam spędzić z nim resztę życia. Dlatego teraz zakładam, kolejny raz, że lepiej powiedzieć niż nie powiedzieć. Powiedzieć, zaczynając zdanie od „ja”. Nie ranić, nie oskarżać, nie przezywać i nie porównywać. Kolejny raz poprosić, przeprosić i podziękować. Upominamy dzieci, kiedy się drą nieartykułowanie: „mów do mnie słowami!”.

No właśnie.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Czułość wśród kotletów

Kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w odwieczną miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ojciec bierze trzech dorastających synów w góry. Podczas wędrówki wypowiada niespodziewanie kilka zdań, które synowie zapamiętają do końca życia: „Wiecie chłopaki czego najbardziej żałuję? Że nie przeżyjecie tego, co ja. Bo ja w noc poślubną naprawdę zobaczyłem po raz pierwszy nagie ciało kobiety. Zobaczyłem i umarłem z zachwytu”.

Niewinność, niepewność, pragnienie, tęsknota, wielka niewiadoma. Ilu z nas chciałoby wejść do małżeńskiej sypialni tylko z takim posagiem? Ile byśmy oddali za to, by nie mieć nadmiernych, często kompletnie nieprawdziwych oczekiwań i wyobrażeń którymi, w czasach pornokultury, chcąc nie chcąc, przesiąkamy? Siadamy w końcu zdumieni i rozczarowani na skraju łóżka, patrzymy na śpiącego (lub udającego sen) współmałżonka, a przez głowę przebiega nam tylko jedno pytanie: „JAK TO „COŚ” MA NAS ZBLIŻAĆ?!”.

Często zostajemy z tym bolesnym pytaniem sami. Jeszcze nie umiemy rozmawiać ze współmałżonkiem o naszych zbliżeniach, zwierzanie się spowiednikowi jakoś nie mieści się nam w głowach, a już tym bardziej telefon do znajomego. A miało być tak pięknie, przecież tak czekaliśmy, tak walczyliśmy…

Gdybym miała napisać tekst pt. „10 rzeczy, których nie usłyszysz na kursie przedmałżeńskim, a które prawdopodobnie uratują ci małżeństwo”, to pierwsze miejsce bezapelacyjnie zajęłoby zdanie, jakie przed ślubem usłyszałam od śp. o. Karola Meissnera OSB. Taka scenka: młoda, naiwna istota prosi benedyktyńskiego mnicha o najważniejszą radę dla małżeństwa. Ojciec Karol bez chwili zastanowienia mówi: „Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Wyraźnie zmieszana odpowiadam półgłosem: „Ojcze, przecież to tylko seks”, a Ojciec kręci wymownie głową i odpowiada stanowczo: „To nigdy nie jest „tylko” seks”.

 

 

„Nie ma na ziemi małżeństwa, które na jakimś etapie swojej drogi, nie przeżywałoby trudności w sferze seksualnej”. Kochany ojciec Karol! Tylko człowiek, który przez ponad 50 lat towarzyszył – jako lekarz seksuolog – tysiącom par, mógł wypowiedzieć takie zdanie. Wcale nie jest w naszej sypialni tak wzniośle, intensywnie i bajkowo jak w kultowej scenie z Titanica? Czasem jest wspaniale, a czasem tak nie do końca? Albo w ogóle nie jest wspaniale, bo działa paskudna pamięć pierwszego – pozamałżeńskiego – razu i chociaż bardzo chcielibyśmy czuć dotyk współmałżonka nie jesteśmy do tego zdolni? I jeszcze nagość nas zaskakująco deprymuje i chociaż wciągamy mocno brzuchy, nie możemy uwolnić myśli od tych części ciała, których niestety nijak wciągnąć nie możemy… Nim zaczniemy na serio wątpić w sens czystości przedmałżeńskiej, nim zaleje nas gorycz zawodu, a przez nasze głowy będą coraz częściej przebiegać myśli o jakże bzdurnym „niedopasowaniu seksualnym”, weźmy głęboki oddech i jeszcze raz przeczytajmy na spokojnie zdanie ojca Karola. Nie ma małżeństwa, które nie musiałoby się zmagać! Spokojnie, naprawdę nie jesteśmy trefną parą! Szczyty przed nami! Jeszcze zrozumiemy o czym śpiewała Urszula siedząc w dmuchawcach.

W tym zdaniu o. Karola jest jedno słowo, które szczególnie lubię: DROGA. Często mówiąc o drodze, jaką rozpoczynają nowożeńcy w pierwszym odruchu myślimy o trudnej sztuce miłości, która ma wreszcie przestać już szukać swego, przestać oceniać, przestać wątpić. A przecież małżeńska bliskość nie powstanie na zawołanie, z mocy urzędu. Ona, jak wszystko, co cenne w naszym życiu, jest procesem. To przecież nie jest „tylko” seks, ale najprawdziwsze i najgłębsze wyznanie miłości, które – jako małżonkowie – składamy sobie nie tylko sercem, ale i ciałem. To jest urzekająca rzeczywistość nad którą trzeba pracować, która domaga się uzdrowienia, oczyszczenia, która potrzebuje zwyczajnie czasu, by dojrzewać, by stawać się autentycznym – nie, nie seksem – ale spotkaniem. Jak genialną intuicję miał Szekspir, kiedy pisał, że „kresem podróży jest spotkanie kochanków”. Kresem podróży, nie początkiem! Jakkolwiek to brzmi, nasza małżeńska sypialnia jest barometrem jakości naszej relacji. Jest jej uwieńczeniem, nie zaczynem! Świat stanął na głowie i macha zdziwiony nogami, kiedy kolejne związki wśród potężnego cierpienia rozpadają się, ale nie znajdzie się nikt, kto by powiedział: „Zostawcie wreszcie ten seks w spokoju! Skupcie się na sobie, na waszej zdolności do przekraczania własnego egoizmu, a sypialnia sama się wam ułoży”, ale jakież to mało hollywoodzkie…

Miłość afirmująca, taka, która kocha bez zastrzeżeń, kocha ze słabością i grzechem jest niezwykle trudna. Bądźmy szczerzy – po ludzku jest to miłość niemożliwa. Wymaga od nas odwagi krzyża i wiary, że jeśli uśmiercę moje ego, to nie stracę, a zmartwychwstanę. Ale to właśnie taka miłość, określana w Ewangeliach terminem AGAPE jest naszym chrześcijańskim powołaniem. Agape jest niezbędnym i nieodzownym krokiem ku prawdziwej bliskości. Jeszcze raz warto powtórzyć – kiedy nasze życie erotyczne obumiera, nie uczmy się nowych technik miłosnych, nie czytajmy poradników spod znaku „Jak podkręcić atmosferę w sypialni”, ale inwestujmy w nieśmiertelność, inwestujmy w miłość, a nasza sypialnia zapłonie ogniem, o jakim nam się nie śniło.

Ale to nie wystarczy! To tylko połowa sukcesu. Istnieje encyklika, którą wielu z nas czytało szczypiąc się raz po raz po rękach, lub przecierając oczy ze zdumienia. Bo wiele się można było spodziewać po papieżu Benedykcie, ale mało chyba kto wpadłby na to, że swoją pierwszą encyklikę były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, wielki teolog naszych czasów poświęci miłości. Mało tego! „Deus caritas est” to wielkie upomnienie się papieża o… o erosa właśnie, o miłość erotyczną między małżonkami. I to jest druga połowa sukcesu. Papież Benedykt XVI pisze, że „Człowiek staje się naprawdę sobą, kiedy ciało i dusza odnajdują się w wewnętrznej jedności (…). Jeżeli człowiek dąży do tego, by być jedynie duchem i chce odrzucić ciało jako dziedzictwo tylko zwierzęce, wówczas duch i ciało tracą swoją godność”. Zatem nie tylko agape, nie tylko umieranie dla siebie, ale też oczyszczony i uzdrowiony eros! Dopiero kiedy spotkają się te dwa oblicza miłości, małżeństwo będzie mogło poczuć przedsmak Nieba. Tylko jak ujarzmić erosa?

 

 

Na naszej lodówce wisi już chyba dziesiąty rok krótka modlitwa z prawosławnego rytuału ślubnego. Wśród jej licznych, pięknych wezwań jest też takie: „Daj czułość wzajemną nam i naszym dzieciom”. Czułość wzajemna. Ta urzekająca prośba jest dla mnie kwintesencją miłości erotycznej, do której jako małżonkowie jesteśmy powołani. Jeżeli chcemy zabierać siebie w najwyższe szczyty, nie wolno nam więzić erosa tylko w sypialni. Prośba o wzajemną czułość, to wezwanie do tego, aby eros przeniknął także naszą codzienność.

Jacek Pulikowski mówi, że istnieją dwa warunki szczęśliwego małżeństwa: ona musi czuć, że jest kochana, a on musi wiedzieć, że jest podziwiany. I to jest właściwy poligon dla naszej pracy z erosem. Pieszczoty w sypialni przychodzą bez trudu, ale uśmiech po zbyt krótkiej nocy do żony, która z atawizmem na głowie szykuje dzieciakom śniadanie – już tak. Nikt nie musiał nas zachęcać do obdarowywania narzeczonego spojrzeniem pełnym podziwu, gdy zdobywał pierwszy etat, ale wyrażenie mężowi uznania, kiedy pokonuje swój gniew i nie wybucha na dzieci jest o wiele, wiele ważniejsze. Te wszystkie muśnięcia dłoni przy trzaskaniu kotletów, ta wspólnie załadowywana wśród żartów zmywarka, ta kochana kanapa po męczącym dniu i ukradkiem jedzone przed dziećmi resztki lodów w spiżarni. I jeszcze ten zwykły niezwykły telefon „Co u Ciebie?” i to brzmiące prawie jak przepustka do Nieba w środku nocy: „– Nie śpisz? – Nie… patrzę sobie na ciebie” – to  subtelna, czuła miłość, która jest tak naprawdę nieustanną i najpiękniejszą grą wstępną.

Szokuje mnie sakramentalna obecność Boga w małżeństwie. Jeśli sakrament jest widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, to mój mąż i ja jesteśmy w jakiś przedziwny sposób żywą monstrancją, w której można ujrzeć twarz Boga. Jak bardzo do tego nie dorastamy! Ale kiedy tylko starcza nam sił, by walczyć o prawdziwą, kochaną codzienną miłość, jeżeli nie odpuszczamy sobie i zaciskając zęby przekraczamy nasze słabości i ograniczenia, wtedy zaczyna płonąć w nas i przez nas taki ogień przy którym ogrzewają się nie tylko nasze dzieci, ale i wszyscy, którzy przechodzą przez nasz dom. Dlatego ukradziona codzienności randka, kanapa, Netflix i dobre wino, kurs tańca w co drugi piątek – to nie tylko nasz przywilej, ale wręcz obowiązek. Miejmy odwagę trwonić na siebie czas! Nie bójmy się tego! To właśnie my – małżonkowie jesteśmy wielkim wybuchem, godziną zero naszej rodziny. To w nas jest początek, w nas jest źródło najpierw naszego szczęścia, a potem też szczęścia naszych dzieci. Tak wielu ludziom wydaje się, że po pewnym czasie życie małżeńskie jest tylko rutyną, zbiorem przyzwyczajeń. Nic nas już tu nie zaskoczy, nic nas tu już wielkiego nie czeka. Ale przecież każdy z nas jest utkany z nieskończoności Boga! Jeżeli tylko nauczymy się siebie naprawdę słuchać odkryjemy, że małżeństwo to nieustanna podróż ku sobie, która wcale nie skończy się ze śmiercią. Tam, gdzie głębia przyzywa głębię, miłość nie ma granic.

Na tej samej lodówce od kilku tygodni wisi nowa karta. Nabazgrana przeze mnie w pośpiechu z cytatem z „Amoris Laetitia” papieża Franciszka: „Wspólny taniec z energią młodej miłości, taniec z tymi oczarowanymi oczyma, ku nadziei, nie może ustawać”. Najpiękniejsza definicja małżeństwa, jaką kiedykolwiek czytałam.

Kochany, zatańczysz?

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >