Powstańcy Warszawscy o tym, co jest najważniejsze w życiu wtedy i dziś [WIDEO]

Ja mam nadzieję, że nasze dzieci i nasze wnuki nie będą musiały już o nic walczyć- mówi Halina Jędrzejewska "Sławka" w spocie "Łączą nas wartości" stworzonym z okazji 75. rocznicy Powstania Warszawskiego

Polub nas na Facebooku!

W spocie wystąpili uczestnicy Powstania Warszawskiego: Witold Kieżun “Wypad”, Hanna Stadnik “Hanka”, Janusz Gołuchowski “Orwicz”, Zofia Czekalska “Sosenka”, Halina Jędrzejewska “Sławka”. Mówią oni o najważniejszych wartościach, którymi warto kierować się w życiu. Obok realnych postaci, pojawiają się czarno-białe retrospekcje odwzorowujące to, jak bohaterowie wyglądali w czasie II wojny światowej. W tle słuchać muzykę z czasów międzywojnia. 

 

 

Z okazji 75. rocznicy Powstania Warszawskiego, Muzeum wraz z producentem filmowym Oto Film przygotowało spot „Łączą nas wartości” upamiętniający rocznicę. Muzeum Powstania Warszawskiego od wielu lat podejmuje inicjatywy mające na celu kontynuowanie i rozpowszechnianie wartości powstańczych. Muzeum zależy na tym, aby te wartości, którymi Powstańcy kierowali się walcząc o wolną Polskę łączyły pokolenia- czytamy w opisie spotu na YouTube.

Reżyserem spotu jest Tadeusz Śliwa, a producentem Studio Filmowe OTO Film. Autorem muzyki jest Radzimir Dębski.

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

"Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci."

Polub nas na Facebooku!

Klasztor sióstr Benedyktynek od Nieustającej Adoracji w Warszawie to najstarsze w Polsce ognisko nieustającej, trwającej nieprzerwanie w dzień i w nocy adoracji. Została ona przerwana tylko jeden raz, gdy w czasie Powstania Warszawskiego kościół i klasztor zostały doszczętnie zburzone, grzebiąc w swych ruinach 35 mniszek i wielką liczbę ludności Starówki. 

Przebieg Powstania został zapisany na kartach kroniki klasztornej. Historia sakramentek oraz ich dobrowolnego aktu, przez który oddały swoje życie Bogu w ofierze, stała się znana – wiele o niej mówiono i pisano, wspomniał o niej także Jan Paweł II.

Publikujemy fragmenty kroniki klasztornej z Powstania Warszawskiego, opisujące zaangażowanie sióstr w pomoc Powstańcom oraz ich ofiarę.

 

Wtorek, 1 sierpnia 1944

Wielki dzień dla Warszawy! O godzinie 5 po południu wybuchło powstanie! Serca nam mocno biją, oby się tylko udało! Zapał wielki! Na placu przed klasztorem wywieszono chorągwie narodowe. Powstańcy opanowali już parę punktów, w których bronili się Niemcy, kilku jeńców przeprowadzono wśród tryumfalnych okrzyków przez plac. Cała ludność – mężczyźni, kobiety i dzieci – biorą udział w budowaniu barykad. My zaś gorącą modlitwą wspomagamy naszych rodaków, bo przedsięwzięcie ogromne, ponad słabe siły naszych chłopców.

 

Środa, 9 sierpnia 1944

Musiałyśmy się już przenieść całkowicie do piwnic, bo coraz niebezpieczniej. Wiele już pocisków wpadło do naszego klasztoru, robiąc znaczne szkody. Najwięcej się martwimy naszą ukochaną Przewielebną Matką, dla której piwnica jest zabójcza, a jednak pozostawanie w celi grodzi prawdziwym niebezpieczeństwem. Na razie chroni się Matka Wielebna do depozytu lub na korytarzyk, gdzie stał katafalk. Zakonnice zaś usadowiły się w grobach* pod kościołem, gdzie też Matka Wielebna pozwoliła przytulić trochę inteligencji, która przedarła się z Woli. Tam już Niemcy prawie wszystko opanowali. Opowiadają o potwornych scenach wleczenia Polaków przed czołgami niemieckimi, podpalania domów od piwnic wraz z ich mieszkańcami itd., po prostu włosy stają na głowie. Wszyscy ci biedni uciekinierzy są na naszym utrzymaniu, za co są bardzo wdzięczni. Od początku powstania młodsze i dzielniejsze siostry pod wodzą nieustraszonej Matki Subprzeoryszy utrzymują na zmianę nocną straż nad klasztorem i całym dołem.

 

Czwartek, 10 sierpnia 1944

Wczoraj wieczorem część naszego klasztoru zajął szpital wojskowy, a mianowicie: rozmównice, korytarze, przedchórze i kapitularz; na czele stoi niejaki doktor Morwa, bardzo dzielny i gorliwy. Od rana dziś znoszą rannych biedaków, lecz robią tym tyle ruchu i hałasu, że cud będzie, jeśli Niemcy nas do szczętu nie zbombardują, bo na szpitale specjalnie zażarci.

Aby utrzymać pomimo wszystko naszą klauzurę i regularne życie zakonne, koło kaplicy i koło katafalku zawiesiłyśmy zasłony z napisem: „Klauzura”. Tam już szpitalowi wchodzić nie wolno. Przy tej zasłonie pozostaje zawsze jedna z sióstr, by przyjmować polecenia, których wciąż jest bez liku. Właściwie cała nasza kuchnia, apteczka i siostry są do ich dyspozycji. Pomagamy, jak możemy i umiemy, a cały personel szpitalniany, zwłaszcza zaś chorzy, niezmiernie mile się do nas odnoszą, wyrażając swą radość, że się u nas znajdują.

 

Ostrzał Warszawy z wyrzutni rakietowych, zwanych “szafami” (zdjęcie niemieckie, sierpień-wrzesień 1944) / benedyktynki-sakramentki.org

 

Sobota, 12 sierpnia 1944

Przeżyliśmy noc prawdziwie koszmarną. Niemcy widocznie odkryli u nas szpital i po południu puścili na nas tzw. „szafę” (są to jakieś straszne nowoczesne bomby rozsadzające i buchające płomieniem). Właśnie przybył nasz zacny spowiednik, O. Prowincjał, i korzystając ze względnego spokoju zaczął spowiadać siostry w zakrystii. Gdy od Pragi runęła ta „szafa”, przeleciała przez ogród jak lawina ognia paląc i niszczą wszystkie rośliny i drzewa i zatrzęsła posadami klasztoru. Podmuch powietrza był tak silny, że w zakrystii i innych miejscach powyrywało drzwi i okna. Zakonnice czekające na spowiedź poprzewracało, szarpiąc na nich welony i habity i obsypując gruzami. Dzięki Bogu nikt z nas nie zginął., ale wszyscy byli strasznie przerażeni i oszołomieni. […]

 

Niedziela, 20 sierpnia 1944

Klasztor powoli się dopala. Zdaje się, że piwnice będą uratowane. Całe mnóstwo ludzi bez mieszkania tłoczy się do nas bez ceremonii, zapełniając nasze piwnice i rekwirując, co się da. Na czele schronu postawiłyśmy kierownika szkoły, który się u nas umieścił z żoną i córką. Mężczyźni obiecali bronić od pożaru korytarze przy schronie, leży to w ich interesie.

Straszna „szafa” po południu. Ksiądz Kanonik, który był właśnie na korytarzu, zasypany i poraniony.

 

Sobota, 26 sierpnia 1944

Pomimo wielkiego wyczerpania u Sióstr, wszystkie ćwiczenia jak: medytacja, adoracja, a przede wszystkim wspólne odmawianie chórowych pacierzy – są zachowywane i pilnie przestrzegane, zwłaszcza przez nieustraszoną Matkę Subprzeoryszę. Czasem głosy się trzęsą, zwłaszcza gdy bombowce warkoczą nisko nad naszymi głowami, albo pociski artyleryjskie wstrząsają murami, ale modlitwa chóralna ani na chwilę nie jest przerwana. Raz gdy naleciała „szafa” silnym podmuchem nas przewracając i gasząc wszystkie świece, powstało zamieszanie, lecz wnet odważniejsze siostry podjęły psalm na nowo i odmawiały go z pamięci, póki się nie uspokoiło i świece nie zostały zapalone. Jak pięknie byłoby dla benedyktynki od nieustającej adoracji umrzeć u stóp ołtarza odmawiając pacierze kanoniczne! Ale to najlepsze, co Bóg da!

 

Ruiny kościoła Sakramentek, 1945 (fot. Danuta Smoszewska „Sawo”, MPW) / benedyktynki-sakramentki.org

 

Czwartek, 31 sierpnia 1944

Dzień dopełnienia się ofiary. Z rana część ludności z naszego schronu przeszła na stronę niemiecką. Odprowadziłyśmy ich za bramę, powstańcy dali parę salw, ale, zdaje się, nikogo nie trafili. U nas w ogrodzie i na gruzach stoją wciąż jeszcze powstańcy i strzelają. Na próżno siostry prosiły, by odeszli i nie narażali już więcej zakonnic i ludności cywilnej, kryjącej się w schronach. Gdy jedni dali się przekonać i odeszli, nadbiegli inni, twierdząc, że mają polecenie do końca bronić naszych murów i odejść nie mogą. Obręcz niemiecka zaciskała się coraz silniej, już i czołgi wjechały na Nowe Miasto i waliły w mury kościelne. A bombowce raz po raz zniżały się tuż nad nami, zrzucając swój ładunek coraz bliżej naszych murów.

Po południu o trzeciej nieszpory, jak zwykle w czwartek, o Najśw. Sakramencie, potem kompleta, w czasie której nalot. Aeroplany krążą bez końca nad samym kościołem, nie zrzucając jednak bomb. Pomimo to mężnie mówimy kompletę: Sub umbra alarum tuarum protege nos [Pod cieniem skrzydeł Twoich osłoń nas], potem cudna oracja Visita nos [Nawiedź nas], błogosławieństwo i w końcu Salve Regina [Witaj, Królowo]. Z jakim uczuciem odmawiałyśmy tę przepiękną antyfonę, będącą chyba najlepszym przygotowaniem na godzinę śmierci!

Warkot aeroplanów nieco przycichł, jakby się oddalił, z uczuciem pewnej ulgi, lecz zawsze w poważnym skupieniu, siostry otoczyły wieńcem tabernakulum i rozpoczęły adorację wynagradzającą.  Zwykle, gdy bombowce warczały nad nami, odmawiano wspólnie jakieś błagalne modlitwy, dziś przeciwnie – zapanowała wielka cisza, pełna powagi śmierci.

Nagle straszny wstrząs, ciemność, krzyk ludzki i wołanie komendanta: Spokojnie, Państwo, to tylko filar!

Pomylił się biedny komendant. Nie był to filar, ale całe sklepienie kościelne zapadło się z cichym poszumem, grzebiąc pod swymi gruzami nasze zakonnice i do tysiąca cywilnych osób.

Jednocześnie, a raczej na małą chwilę przedtem, padły bomby na piwnice pod nowicjatem, które też bez hałasu zawaliły się, oprócz piwnicy refektarskiej i małej piwniczki kamiennej. W tej to piwniczce uratowały się S. Rafaela i S. Gerarda oraz 2 postulantki: S. Iza i S. Celina. Piwnica jednak była zbyt wysoka, by mogły się wydostać, więc za pomocą chustki, osadzonej na szczotce, dawały znać o sobie. Kierownik szkoły, szukający swej żony i córki, ujrzał szmatę i wyciągnął S. Rafaelę. Ona znów pomogła wydobyć się reszcie, spuszczając im wybite okno z kapitularza jako drabinę. Biedne siostry, jakiż żal je ogarnął, gdy ujrzały zawalony kościół. Jednak biegając wokół z płaczem zauważyły, że chór się nie zawalił, a tam przecież, w tej wnęce, leżała Matka Wielebna i chore siostry! Nadbiegli żołnierze polscy, lecz próżno błagała ich S. Rafaela, by spróbowali odrzucić gruzy. Siostro, tu już nikt żyć nie może, szkoda pracy! – i odeszli. Siostra jednak nie dała za wygraną, a ponieważ niemieckie czołgi waliły bezkońca, wraz z ludnością uratowaną z piwnicy refektarskiej przebiegła na stronę niemiecką. Tam ze łzami przedstawiła oficerowi niemieckiemu grozę położenia: schron zawalony, całe Zgromadzenie zasypane, a kopać nie można, bo czołgi niemieckie i pancerka walą bez ustanku. Niemiec się wzruszył i obiecał przez całą noc nie strzelać w tę stronę. Trzeba było jednak dać mu porękę, że siostry odgrzebane przejdą na stronę niemiecką. Jako poręczycielka została S. Gerarda z małą 6-letnią Marysią Widłówną. S. Rafaela zaś powróciła i szukała mężczyzn, aby się dokopać pod chór. Znalazło się kilku złodziejaszków, którzy za obietnicę sutego poczęstunku z winem podjęli się dokonać dzieła.

Rzeczywiście, pod chórem uratowało się wprost cudownie 7 zakonnic: Przewielebna Matka Przełożona, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Placyda, S. Maura i S. Leonarda. Gdy bomby padły na kościół, jedna z nich padła też na chór zakonny, jednak nie wypaliła, tak że właśnie to  najsłabsze sklepienie ocalało. Gruzy jednak z kościoła, padając ukosem, wpadły i do wnęki, zasypując łóżko Matki Wielebnej i S. Celestynę, która stała obok łóżka. Przy pomocy sióstr pozostających w głębi, Matka Wielebna i S. Celestyna wydobyły się z gruzów, ale położenie było wprost tragiczne: jedyne wyjście z piwnicy do grobów zawalone, poza tym żadnych drzwi i okien… Przyłożywszy ucho do zawalonych gruzów słyszały przez chwilę pod kościołem bolesne jęki, potem zapanowała martwa cisza… Tylko czołgi rozwalały resztki murów kościelnych! Matka Wielebna wraz z pozostałymi przy życiu zakonnicami pogrążyła się w cichej modlitwie. Były przekonane, iż są skazane na śmierć albo od nowej bomby, albo przez powolne dogorywanie w tym żywym grobie. We wszystkim zdawały się na wolę Bożą, modląc się też gorąco za zmarłe przed chwilą zakonnice. S. Celestyna z S. Placydą próbowały odwalić nieco gruzy, by się przedostać pod kościół, ale przy usuwaniu gruzów jeszcze większe się waliły, całe olbrzymie odłamy marmuru ołtarzowego, zbyt ciężkie na ich ręce, tak, że musiały zaprzestać roboty.

Dopiero około godz. 11 w nocy usłyszały chodzenie po chórze i uderzanie w podłogę siekierką. Aby dać znać o sobie siostry porwały jakiś drąg żelazny, uderzając nim w sklepienie. Praca na górze się wzmagała, niedługo tynk zaczął się sypać i odezwały się męskie głosy. Ucieszyli się, że udało im się odkopać zakonnice. Nadbiegła S. Rafaela i gdy tylko dziura była dostatecznie wielka, przesunęła się i spuściła na dół. Jakżeż bolesne było powitanie, tak mało pozostało nas przy życiu! A tamte zmarły tak tragiczną śmiercią! Ale czy naprawdę wszystkie już nie żyją?

Tymczasem złodzieje, którzy nas odkopali, zapijali się węgrzynem po Ks. Kanoniku, którym trzeba było ich uraczyć. Namawiałyśmy ich, aby spróbowali odrzucić gruzy, zasłaniające otwór prowadzący pod kościół. Nie mieli ochoty, ale w końcu dali się zachęcić i zaczęli odwalać gruzy. Okazało się, że część podziemia kościelnego nie była zawalona – ta pod kaplicą. Serca nasze zabiły nadzieją, wszak tam właśnie było dużo sióstr naszych! Dwóch złodziei wraz z S. Celestyną spuściło się po gruzach pod kaplicę ze świecą. Co za przerażający widok uderzył ich oczy! Prawie na metr wysoko spiętrzone ciała ludzkie: mężczyzn, kobiet i dzieci – wszyscy nieżywi! Siostra starała się przede wszystkim rozpoznać swoje zakonnice; welony i habity były na nich poszarpane przez silny podmuch bomby. Niestety, żadna z nich nie żyła. Z kolei próbowano ratować i inne osoby. Okazało się, że 2 mężczyzn i 1 niewiasta jeszcze żyją. Z wielkim trudem wyciągnęliśmy ich z gruzów do piwnicy, a stamtąd wybitą dziurą, na sznurach, aż na chór. Jednak mimo ratunku nie odzyskali już przytomności i w parę godzin potem skonali.

Tymczasem trzeba było się już zbierać, by opuścić piwnicę przed ranem. Na wpółprzytomne i oszołomione tym, co się stało, przygotowywałyśmy małe tłumoczki z bielizną. Po czym przy pomocy złodziei wywindowałyśmy się dziurą na górę. Na razie zatrzymałyśmy się w małej komórce przy opłatkarni, gdzie znalazło się jedyne krzesło dla Matki Wielebnej, a my posiadałyśmy na tłumoczkach, oczekując rana. Po chwili nadciągnęli Widłowie i Rudzińscy, którzy się uratowali w piwnicy refektarskiej. Przynieśli wiadomość, że w tej piwnicy leży jeszcze S. Henryka, wykopana z gruzów, żywa, ale z tak potłuczonymi nogami, że się ruszać nie może, i S. Alojza z przygniecioną gruzami nogą, której odkopać nie można. Natychmiast siostry zatroszczyły się, by przyjść z pomocą biedaczkom. Trzeba było uprosić ludzi, by szli do piwnicy, niebezpieczeństwo groziło tak od ogrodu, jak i od palącego się ostatniego skrzydła klasztornego. W końcu ludzie, rabujący opuszczoną przez nas piwnicę pod chórem, dali się uprosić i poszli siostrom na ratunek. Jeden wziął na ramiona S. Henrykę i tak ją wyniósł po drabince przez okienko w piwnicy i przyniósł ją nam pod furtę. Gorzej było z S. Alojzą, nie można jej było w żaden sposób wydobyć, bo zaraz nowe gruzy osypywały się na jej biedną nogę, gdzieś uwięzioną pod cegłami. Godziny z wolna płynęły, o brzasku miałyśmy opuścić nasz ukochany klasztor i wyruszyć na wygnanie.

Oto imiona pozostałych przy życiu zakonnic, które miały odtąd tworzyć zgromadzenie sakramentek:

Przewielebna Matka Przełożona Janina Byszewska, M. Symplicja, S. Celestyna, S. Egidia, S. Rafaela (profeska czasowa) i S. Iza (postulantka), a Siostry II chóru: S. Gerarda, S. Placyda, S. Maura, S. Leonarda, 3 czepeczki: S. Henryka, S. Celina i S. Genowefa. Razem 13.

W w ów dzień pamiętny 31 sierpnia przeszły z adoracji ziemskiej u stóp tabernakulum do wiekuistej i najszczęśliwszej adoracji w niebie 34 siostry i 4 księży.

 

Szczegółową relację z Powstania Warszawskiego zapisaną na kartach kroniki klasztornej można przeczytać na stronie internetowej Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek Sakramentek.

 


Działalność sióstr sakramentek można wesprzeć TUTAJ.


Siostry z powstania
Agata Puścikowska

Agata Puścikowska opisuje nieznane dotąd dramatyczne historie zakonnic, które brały udział w powstaniu warszawskim. Niektóre z sióstr były sanitariuszkami, inne wspierały powstańców, leczyły cywili i żołnierzy, przygarniały tysiące dzieci – sierot wojennych, organizowały modlitwy i duchowo wspierały złamanych ludzi. Do tej pory o zaangażowaniu warszawskich klasztorów niewiele się mówiło, tymczasem skala pomocy niesionej przez zakonnice skrwawionej Warszawie była ogromna i trudno ją przecenić. Książka zawiera portrety bohaterek, ale zarazem kobiet z krwi i kości.

KUP KSIĄŻKĘ NA DOBROCI.PL >>>

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap