Nasze projekty
Anna Hazuka

Walentynki są dla frajerów

Bo w miłości nie chodzi o to, żeby dostać prezent, ale żeby tym prezentem być. Strasznie trudno się o tym dzisiaj pisze, bo to jest katastrofalnie mało atrakcyjne. Jak ja mogę zdaniem: „Służ ze wszystkich sił swojemu współmałżonkowi”, przebić zdanie: „Wszystko ci się należy”? To jakby wejść na najgłośniejsze technoparty w mieście i zacząć w pojedynkę śpiewać chorał gregoriański.

Reklama

Biedny Walenty

Jeśli istnieje w Niebie ranking Najbardziej Niezrozumiałych Świętych, to poza niekwestionowanym zwycięzcą – św. Mikołajem, w pierwszej dziesiątce na pewno znalazłby się również św. Walenty. Tak jak biedny biskup Miry musi co roku mierzyć się z faktem, że wszystkie światła w okolicy Bożego Narodzenia są skupione na nim – a nie na Dzieciątku, któremu służył, tak samo św. Walenty – z bohaterskiego kapłana, który zapłacił życiem za błogosławienie par małżeńskich – został zmieniony w patrona pluszowych serduszek, skąpej bielizny i nie zawsze dobrze nakręconych komedii romantycznych. Niby wiemy, że patronuje miłości, ale co my z tą miłością wyprawiamy w Walentynki – to aż strach!

Można teraz śmiało zapytać – z lekką pretensją w głosie – czego ja się czepiam. Czy to nie jest jednak wspaniałe, że w naszym zabieganym, znerwicowanym świecie znalazł się dzień, który poświęcamy na czułe słówka i kolacje przy świecach? Czy to święto to nie jest jedna z najlepszych rzeczy, na jaką stać ludzkość? Wśród 365/366 dni w roku wybraliśmy jeden i wypełniliśmy go po brzegi pluszem, zapachem świec, i pocałunkami (żeby tylko)! Brawo my!

Nie miałabym nic do tego nieszczęsnego 14 lutego, gdybyśmy nazywali go dniem Wielkiego Czerwonego Serca albo Dniem Pluszu i Szampana. Czepiam się, bo my ten dzień nazwaliśmy Dniem Zakochanych i utożsamiliśmy go ze Świętem ludzkiej Miłości. Gdybym kręciła z takim tematem vloga na You Tube, to stanęłabym teraz pośrodku sklepu z akcesoriami walentynkowymi, wzięła do jednej ręki pluszowego misia w rozmiarze XXL, do drugiej czekoladki w obowiązkowym serduszkowym pudełku, zapaliłabym nad sobą wielki czerwony neon z napisem LOVE i powiedziałabym najsmutniej jak umiem: „Ale serio? To ma być miłość?”.

Reklama
Reklama

Drogocenna perła

A najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że nie bardzo jest czym te neony, plusz i świece przebić. Bo dzień 14 lutego to czysta emocja i to jeszcze jaka przyjemna! Ale chyba naprawdę nikt nie sądzi, że św. Walenty narażałby życie dla chwilowych motyli w brzuchu i szampana… Mam takie przeczucie graniczące z pewnością, że on zaryzykował wszystko, bo wiedział, że każdy człowiek w głębi serca pragnie znaleźć perłę. Bezcenną perłą. Taką, dla której będzie gotowy zostawić wszystko. O którą będzie się starał aż do utraty sił.

Każdy z nas pragnie w swoim życiu znaleźć bezcenny skarb. Niektórzy idą prosto w Ogień. Rezygnują z zakładania rodzin, porzucają dotychczasowy świat i lecą na skrzydłach ku nowicjatom albo kratom Karmelu. Nieliczni tak znajdują perłę… Cała znakomita większość ludzkości ma dolecieć w Ogień poprzez drugiego człowieka. A to znaczy, że nie znajdę perły, nie odkryję tajemnicy Królestwa Bożego bez mojego męża, bez mojej żony. Ale jak to się stanie? Jak ten mój życiowy połów pereł ma się zakończyć sukcesem? Przez zachwyt zakochania? Przez fizyczną bliskość? Przez róże i czekoladki? Nie…

Jest jedna jedyna rzecz, która jest nas w stanie uratować. Ta jedna, jedyna, wyszukana perła naszego życia to spokojna, cicha, codzienna obecność, która jest darem dla drugiego człowieka. Bo w miłości nie chodzi o to, żeby dostać prezent, ale żeby tym prezentem być.

Miłość to nie jest bajka dla głuptasów – serca nie nakarmi się pluszem, ani namiętnym zbliżeniem. Prawdopodobnie gdybyśmy cofnęli się do Edenu – można by coś tymi walentynkowymi gadżetami wskórać. Ale dziś – po grzechu pierworodnym – nasze połamane serca skleja coś innego. Jest jedna jedyna rzecz, która jest nas w stanie uratować. Ta jedna, jedyna, wyszukana perła naszego życia to spokojna, cicha, codzienna obecność, która jest darem dla drugiego człowieka. Bo w miłości nie chodzi o to, żeby dostać prezent, ale żeby tym prezentem być.

Reklama
Reklama

Strasznie trudno się o tym dzisiaj pisze, bo to jest katastrofalnie mało atrakcyjne. Jak ja mogę zdaniem: „Służ ze wszystkich sił swojemu współmałżonkowi”, przebić zdanie: „Wszystko ci się należy”? To jakby wejść na najgłośniejsze technoparty w mieście i zacząć w pojedynkę śpiewać chorał gregoriański. Kto mnie usłyszy? Tylko, że perła-służba to jest dopiero początek historii. Zostańcie ze mną jeszcze sekundę, to spróbuję opisać, co się dzieje w relacji, w której oboje znajdują drogocenny skarb we wzajemnym obdarowywaniu się.

SPRAWDŹ: Jak dobrze przygotować się do sakramentu małżeństwa i nie zwariować?

Dokąd prowadzi służba?

Zacznijmy od najważniejszej informacji: służba jest drogą – nie celem!!! Ale pomimo tego, że o tym wiemy i tak czasem całe życie nie potrafimy bezinteresownie służyć. Dlaczego? Bo jesteśmy jak chochołowi ludzie – puści w środku. Wciąż czekamy, żeby ktoś nas wypełnił – dał nam poczucie, że jesteśmy wyjątkowi, że jesteśmy kochani. Problem polega na tym, że owo przeświadczenie nie przyjdzie do nas od drugiego człowieka. Na chwilę może tak, ale na stałe – niestety nie. Co gorsza, nie możemy też zbyt wiele zrobić, aby zdobyć je samemu, wyrywając z czyichś rąk. Ale to dobra wiadomość. Bo akurat o to walczyć nie trzeba.

Reklama

Zostaliśmy ukochani za darmo i to do bezkresnych granic Bożego serca. Nie musimy zabiegać o naszą wyjątkową wartość – naszym zadaniem jest w nią uwierzyć. A skoro jestem kochany tak bardzo, skoro wszystkie łaski Krzyża są dla mnie, to co mi szkodzi przestawić zwrotnicę życia z „Daj” na „Daję”? To przestawianie życiowych torów, szczególnie na początku, jest bardzo trudne. Wszystko w nas krzyczy, dosłownie wrzeszczy – „Nie będę służył!” Cytuję tu Lucyfera nie bez powodu – dobrze jest zdawać sobie sprawę, skąd w nas ten podszept.

Droga służby powoli, dzień po dniu, tydzień po tygodniu wydrąży nas. Nasza drogocenna perła zacznie przynosić zyski – zrobi wreszcie w naszym sercu trochę miejsca. I wtedy równie spokojnie, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień… w nasze życie wkroczy Miłość. Zacznie przez nas przepływać strumień, który przychodzi z zewnątrz i płynie dalej, by obejmować, tulić i pocieszać wszystkich, których spotka na swojej drodze. Od tego momentu staniemy się ciągłym ruchem. Jak rzeka, w której najpierw będziemy stać po kostki, potem już po kolana, a w końcu machniemy na wszystko łapą i damy się ponieść jej falom. W tej wodzie znajdziemy nieprzebrane bogactwa, wszystko, co jest nam potrzebne do Życia.

I nawet nie będziemy wiedzieć, kiedy przyjdzie do nas pokój, który rozleje się na nasze dzisiaj a przede wszystkim na nasze jutro. I nie zorientujemy się, kiedy nasze serce wypełni nadzieja, która pozwoli spokojnie spoglądać nieszczęściom w oczy. Ale przede wszystkim nie zauważymy, kiedy zostanie nam dana ogromna radość. Ta spod znaku piżam, wspólnej kawy i wygłupów z dziećmi, ale i ta pełna wdzięczności za posprzątaną kuchnię. Otrzymamy wreszcie też radość, która przeniknie nasze zbliżenia i pozwoli nam patrzeć na siebie tak, jak pewnie patrzyli na siebie Adam i Ewa w raju – z obezwładniającym zachwytem.

Św. Walenty umarł za błogosławienie nowożeńców, bo wiedział, że cały ten proces musi zacząć się od decyzji, od wyraźnego wyboru człowieka: „JA chcę służyć. JA chcę być bezinteresownym darem”. Wiem, że to jest bardzo trudne, naprawdę wiem… Ale właśnie dlatego małżonkom została dana Niesamowita Pomoc – obecny między nimi sakramentalnie Bóg! Ten Sam, który mocnym ramieniem wyprowadził Izraela z niewoli egipskiej, Ten Sam, który wskrzesił Łazarza i uzdrawiał trędowatych. Jego moc jest z nami! Tylko… gdzie konkretnie? Gdzie te trąby jerychońskie? Gdzie ta woda zmieniana w wino? Gdzie ten krzyż, który kwitnie i karmi? Tylko w jednym miejscu naszego małżeńskiego życia – w naszej relacji! Tylko tam!!! Dlatego droga małżonków do Boga wiedzie przez wzajemną służbę, bo tego nauczył nas Chrystus. Im więcej w nas służby – tym więcej w nas miłości. Im więcej w nas miłości – tym więcej w nas Boga.

Droga małżonków do Boga wiedzie przez wzajemną służbę, bo tego nauczył nas Chrystus. Im więcej w nas służby – tym więcej w nas miłości. Im więcej w nas miłości – tym więcej w nas Boga.

Stworzeni na obraz Boga czyli jak?

Papież Jan Paweł II w jednej ze swoich pierwszych środowych katechez powiedział, że człowiek nie został stworzony na obraz Boży w znaczeniu statycznym. Nie jesteśmy do Niego podobni jak fotografia do kopii. Nie o takim podobieństwie mówi Księga Rodzaju. Zostaliśmy stworzeni na obraz Boży pod względem sposobu życia. A jak żyje Bóg? „Nie w samotności, ale w ciągłej relacji Trójcy Świętej. Właśnie dlatego stwarzając nas na Swój obraz, stworzył nas do relacji!” – tak z kolei pisał kard. Wyszyński. Adam i Ewa. Mężczyzna i kobieta. Na wzór Boga w swojej miłości. Można usiąść z wrażenia…

Kiedy piszę ten tekst, trwa wciąż Tydzień Małżeństwa. Pomyślałam, że na koniec podzielimy się z Wami kawałkiem naszej małżeńskiej historii. Być może u niektórych małżonków proces odkrywania tego, że miłość polega na wzajemnej służbie przebiegał szybciej. U nas była to długa i wyboista droga. Bardzo chcieliśmy, żeby nasze małżeństwo było szczęśliwe, ale kompletnie nie wiedzieliśmy jak to zrobić. Potrzebowaliśmy narzędzi i przewodników. Dobry Bóg dał nam w Kościele i jedno, i drugie.

Bóg wciąż jest między Wami. Chociaż Go nie widzicie i nie doświadczacie w Waszej relacji – On jest. Bo to obiecał. I jeśli tylko wyruszycie w drogę ku sobie, nie tylko przeżyjecie pięknie kolejny Dzień Zakochanych, ale będziecie go mieć codziennie.

Warto rozglądać się za pięknymi małżeństwami i pytać je wprost o tajemnicę ich związku. My tak zrobiliśmy i w odpowiedzi zostaliśmy zaproszeni na Weekend Małżeński organizowany przez Spotkania Małżeńskie. U nas to zadziałało. I działa do dziś. Jest wiele dobrych miejsc dla małżonków w Kościele. Wielu ludzi, którzy są gotowi nam służyć swoją mądrością, doświadczeniem, wsparciem. Szukajcie, a znajdziecie!

Ale przede wszystkim nie załamujcie rąk, kiedy w Walentynki nie bardzo będzie Wam do śmiechu – kiedy będziecie płakać w poduszkę: „Bo zapomniał”, albo z frustracji pić w samotności piwo: „Bo już w ogóle nie zwraca na mnie uwagi”. Bóg wciąż jest między Wami. Chociaż Go nie widzicie i nie doświadczacie w Waszej relacji – On jest. Bo to obiecał. I jeśli tylko wyruszycie w drogę ku sobie, nie tylko przeżyjecie pięknie kolejny Dzień Zakochanych, ale będziecie go mieć codziennie. Bo Walentynki raz w roku naprawdę są dla frajerów.

P.S. Cały tekst napisałam z myślą o małżonkach, ale definicja miłości pozostaje niezmienna niezależnie od tego czy chodzimy ze sobą miesiąc, pół roku czy jesteśmy w narzeczeństwie. Tu zawsze będzie chodzić o służbę, o wierne trwanie w gotowości do bycia dla drugiego. Dlatego, prawdopodobnie, św. Walenty czułby się zdecydowanie lepiej, gdybyśmy wspominali jego heroiczne czyny 5 grudnia – w Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. Jeśli nie macie jeszcze dzieciaków, jeśli dysponujcie wolnym czasem – zaangażujcie się w pomoc innym. Więcej wtedy dowiecie się o miłości niż z wszystkich komedii romantycznych razem wziętych.

SPRAWDŹ: Wybrani do zadań specjalnych. Ważne lekcje dla małżonków

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite