Nasze projekty
Reklama
Fot. jcomp/Freepik

„Panowała cisza. Wszyscy stali, płakali, a my z nimi”. Poruszająca historia utraty dziecka

Po dwóch latach sprawdzania testów ciążowych, w końcu zobaczyli dwie kreski. Kolejne badania przyniosły niepokój o to, czy Stasiu przeżyje. Poznaj niezwykłą historię Aleksandry, Bartłomieja i ich synka Stasia - historię o niezwykłej miłości.

Reportaż „44 minuty” to historia, która nikogo nie pozostawia obojętnym. Wzbudza wręcz skrajne emocje, takie jak złość, gniew, lęk… Ale – co może zaskoczyć – daje nieopisaną siłę i nadzieję. Publikujemy fragmenty reportażu Alicji Samolewicz-Jeglickiej wyemitowanego w audycji „Manufaktura Reportażu” w Radiu Gdańsk, zatytułowanego „44 minuty”. Całość reportażu można wysłuchać TUTAJ.

Ból niepłodności

Gdy dojrzeliśmy do tego, żeby mieć dziecko, to była najpiękniejsza chwila w naszym życiu. Myśleliśmy, że jest to bardzo proste, jednak okazało się, że niepłodność to bycie w ciszy, to ból dnia codziennego. Ból tego, że spotykasz się z pytaniem, często nie świadomym kogoś z zewnątrz: „a wy jeszcze nie macie dzieci?”, „wolicie jechać na urlop, niż mieć dzieci?”. A my po prostu – nie mogliśmy – opowiada Aleksandra.

Przechodziliśmy przez to dzień po dniu, myśląc, że może jeszcze nie, że może trzeba to przeczekać. Potem zaczęliśmy się badać i okazało się, że to wszystko prowadzi do tego, że gdy nastała na świecie pandemia, abym była wtedy w ciąży. I była to droga do naszego Stasia. Gdy świat stanął na miejscu, ja byłam w ciąży – mówi bohaterka reportażu.

Reklama

Zapadła decyzja, że chcemy mieć dzieci, z resztą od samego początku, jak już byliśmy parą, we wszystkich rozmowach w planowaniu naszej przyszłości zawsze były dzieci. Nawet mieliśmy wybrane imiona! Mówiliśmy, że to będzie pokój Stasia, to pokój Liliany i czekanie – mówi jej mąż.

„Dwie kreski po dwóch latach sprawdzania testów!”

To był fajny okres, kiedy była wielka niewiadoma, bo świat stanął w miejscu, a my byliśmy w radości! Oczywiście w wielkiej pokorze do tego, co się dzieje na świecie, ale ciesząc się tym, że u nas jest nowe życie. Od początku moja ciąża to był Stasiu, choć nie wiedzieliśmy, czy to będzie chłopiec, dziewczynka, bliźniaki, co nam życie przyniesie. Na badaniach pani doktor potwierdziła: to będzie chłopiec – mówi mama Stasia.

Najlepsza wiadomość w moim życiu, to była Wielkanoc, Ola rano zrobiła test – mówi mąż Oli. Widzę dwie kreski, po dwóch latach sprawdzania testów! I bardzo dobrze wiem o tym, że dwie kreski to jest ciąża a ja patrzę i pytam: co to jest? (śmiech). Ola zaczęła krzyczeć: jestem w ciąży, jestem w ciąży! I jeszcze chyba przez trzy dni nie przestawałem o tym myśleć, że to taka wspaniała informacja.

Reklama

Ostatni dzień na… śmierć

Potem przyszły drugie badania prenatalne i okazało się, że dostałam od razu skierowanie do szpitala – wspomina Aleksandra – Przyszła do mnie pani doktor i powiedziała, że dziś jest ostatni dzień, kiedy możemy usunąć ciążę i czy daję zgodę. Ale mówię: jaką zgodę? na co? na podstawie czego? Pani doktor zaczęła tłumaczyć, że może być ciężka choroba, ale nie jest to powiedziane, ale trzeba zrobić badanie z wód płodowych. Przerwałam jej i powiedziałam: proszę się nie trudzić, Stasiu zostaje. I też tej kobiecie ulżyło, że ona nie musi przechodzić ze mną przez ten temat, tłumaczyć mi czegokolwiek.

Usłyszałam kiedyś pytanie odnośnie mojej decyzji: czy to było w poświęceniu? Ale w jakim poświęceniu?! Przecież to moje dziecko! Ta miłość jest tak oczywista.

Po paru tygodniach badań usłyszeliśmy, że Stasiu może być mniejszy, nie rozróżniać kolorów, mieć problemy z matematyką będzie potrzebował rehabilitacji – i z tym wyszliśmy – mówi Aleksandra.

Reklama

„Oni pani pomogą”

Trafiliśmy do mniejszego szpitala, gdzie pani doktor nam powiedziała: z czym pani przyjeżdża? Przecież to dziecko jest ślepe i głuche, to do Gdańska trzeba. A ja jeszcze tylko pozbierałam dokumentacje, przeprosiłam i pojechałam tam. Wspomina, że wtedy nie umiała o siebie zawalczyć, sprzeciwić się sposobie komunikacji lekarki, i dodaje, że kilka słów może bardzo zranić drugą osobę.

Czasami wystarczy zwykła empatia. Tam, w Gdańsku pan doktor spojrzał na mnie i mówi: proszę panią, pani ma całą teczkę badań, my je wykonamy jeszcze raz, na spokojnie, zaczął mi wszystko tłumaczyć. Powiedział mi, że są dwie opcje: albo mogę zostawić dziecko w brzuchu do naturalnego porodu albo możemy rozwiązać ciążę teraz i zobaczyć jak to dalej pójdzie. Zapytałam go, a pan jaką decyzję w swojej rodzinie by podjął? Odpowiedział, że zostawiłby dziecko w jego naturalnym środowisku. Powiedziałam: że ja też zostawię i będę czekać na cud. On tak spojrzał na mnie i powiedział: w medycynie nie ma cudów, tu wszystko widać ewidentnie. Wspomina, że lekarz podał jej numer do hospicjum perinatalnego mówiąc: „oni pani pomogą”.

„Teraz chrzest”

Hospicjum perinatalne przygotowało Aleksandrę i Bartłomieja na przyjęcie na świat Stasia i jednoczesne pożegnanie się ze swoim dzieckiem. Jak wspominają, zostali otoczeni niezwykłą opieką medyczną i psychologiczną.

Ten moment, kiedy Stasiu się urodził, takie zamieszanie na sali, Bartek mówi STOP, chrzest. Daliśmy mu imię Stanisław. Panowała cisza. Ci wszyscy ludzie stali, płakali, a my z nimi. Ale to było połączenie nieba z ziemią! Czegoś poza skalą…

Gdyby nie pomoc pań z hospicjum, nie dalibyśmy rady… – dodaje Bartłomiej.

>>>Posłuchaj całego reportażu<<<

oprac. zś/Stacja7

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę