Książkowe must have

Przez ostatnie dwa tygodnie nie robiłam nic innego, jak tylko pożerałam, pochłaniałam, smakowałam i delektowałam się wcale nie ostatkowymi pączkami, ale... świetnymi książkami. Bo przecież nie samym chlebem (czy pączkiem) człowiek żyje.

Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Książkowe must have

Absolutnie nie mogłam ominąć „Uczciwej oszustki” Tove Jansson. „Mama Muminka” pisząca powieści dla dorosłych to wielkie odkrycie. Bardzo łatwo jest wejść w literacką rzeczywistość małej północnej miejscowości Västerby. Odcięta od świata, skuta lodem i przykryta grubą warstwą śniegu kojarzy się z naszym lutowym krajobrazem. Akcja rozgrywa się między dwiema kobietami: Katri i Anną, które można postrzegać jako dwa oblicza autorki. Prowadzą ze sobą nieludzką grę w uczciwość. Żadnych uprzejmości, zawoalowanych pochlebstw czy udawanej życzliwości, które stanowią przecież zwykłe zachowania społeczne. Jansson ma wielki talent do kreślenia ludzkich typów (każda z jej postaci to osobna historia), budowania niepowtarzalnego nastroju i docierania do skomplikowanej prawdy o ludziach.

Książkowe must have

Na „Braci Sisters” Patrica deWitta ostrzyłam sobie zęby już od dawna. Jako wierna fanka Coenów i Tarantino wiedziałam, że to będzie coś dla mnie. Bardzo dziki zachód i dwóch braci w kuriozalnej pogoni za kolejnym celem, który mają zlikwidować. Niby są płatnymi mordercami, ale czasem budzi się w nich myśl by trochę zwolnić i zostać np. sklepikarzem? Kiedy Eli postanawia schudnąć ma nie lada kłopot, bo saloony nie oferują w menu warzyw na parze. Z kolei Charlie, prawdziwy zakapior, z namaszczeniem myjący zęby szczoteczką i sosnowym proszkiem to widok po prostu bezcenny. Czarny humor, absurd, a jednocześnie dobra wciągająca fabuła to znaki rozpoznawcze tej nominowanej do Bookera powieści.

Książkowe must have

Z kolei dla wszystkich pań, które z chęcią zamieszkałyby na Wisteria Lane mogę polecić „Kłamstewka i kłamstwa” Moniki Orłowskiej. Mamy tu cztery matki wózkowe codziennie o tej samej porze przemierzające osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach Krakowa. Jest starsze małżeństwo uprawiające poranny nordic walking. No i przedsiębiorczy nastolatek, który zaopatrzy mieszkańców co rano w gazety, mleko i świeże bułki. Ale uroczy, sielski obrazek skutecznie zaburzają wulgarne napisy na murach, podpalenia, a nawet otrucie psa. Na szczęście pod czujnym okiem Pani Alicji na ulicy Obrzeżnej już niebawem znowu zapanuje spokój.

Książkowe must have

 „Nowe tajemnice Watykanu” to książka, którą pochłonęłam w kilka godzin. Bernard Lecomte odkrywa przed nami prawdziwe historie, wokół których Dan Brown mógłby napisać jeszcze kilkanaście swoich powieści (a gdyby poczytał przed tym Lecomte'a byłyby one na pewno lepiej udokumentowane). Na przykład działanie Sapiniéry czyli najlepiej poinformowanego wywiadu świata. Fantasmagoria? Stereotyp? Legenda? A może bolesny sekret, który Kościół najchętniej okryłby zasłoną milczenia? Lecomte nie snuje spiskowych teorii, nie zarzuca nic Kościołowi, ale spokojnie i detaliczne wyjaśnia. Ma przy tym pióro mistrza sensacji. Historia papieżycy, tajemnice dogmatów czy skandale pedofilskie, jak przystało na największego speca od Watykanu Lecomte nie boi się żadnego z sensacyjnych tematów, dając nam jednocześnie gwarancję znakomitej, wciągającej lektury.

Książkowe must have

Małgorzata Szejnert, „cesarzowa polskiego reportażu” to marka sama w sobie. Każda jej książka jest podróżą do innej części świata, ale też do ludzkich historii i emocji. Tym razem Szejnert zabiera nas w przeszłość. „My, właściciele Teksasu” to teksty, które powstawały i były publikowane w czasie głębokiego PRL-u. Dzięki nim możemy wrócić do realiów, które dla wielu są zamierzchłą historią lub strzępami pamięci z dzieciństwa. Zastępy sklepowych, które miały wówczas władzę, eksperyment adopcyjny, gdzie to dzieci same decydowały o rodzinie zastępczej czy walka o polski kawałek amerykańskiego Teksasu. Bywa śmieszno i straszno, ale zdecydowanie częściej straszno. Gdzieś pomiędzy Bareją a Wajdą jest miejsce dla Szejnert. I dla naszej pamięci o tamtym absurdalnie przerażającym czasie.

Monika Bartys

Monika Bartys

Monika Bartys – zaczęła czytać w wieku trzech lat. Czytała wszystko: od książeczek o Misiu Uszatku po instrukcje obsługi. Rodzice trochę się o nią martwili i w efekcie zapisali na naukę gry na akordeonie. Oczywiście czytanie nut przegrało z czytaniem liter. Kiedy ukończyła polonistykę przez jakiś czas uczyła małe dzieci. Obecnie namawia wszystkich do czytania i kupowania książek. Prywatnie jest szczęśliwą mamą. W wolnych chwilach śpi lub… czyta.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Święto Głupców

Jeżeli ktoś myśli, że karnawał w Rio jest kontrowersyjnym i najbardziej szalonym świętem w historii wszech czasów, to jest w błędzie!

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

W średniowieczu – tak, w tym mrocznym średniowieczu – mniej więcej od Bożego Narodzenia, aż do Środy Popielcowej prości ludzie, żacy, mieszczanie, a nawet przedstawiciele duchowieństwa uczestniczyli w świętach, przy których dzisiejsze zabawy karnawałowe wyglądają jak niewinna herbatka u cioci. Określa się mianem święta głupców. Co podczas nich robiono, a raczej czego się dopuszczano?

 

Przykładowo w Święto Młodzianków, które obchodzono 28 grudnia, jeden ze studentów wybrany przez innych uczniów na Biskupa Młodzianków wkraczał do katedry w przebraniu biskupa, odprawiał prześmiewczą liturgię i wygłaszał parodię kazania. Po tym nabożeństwie żacy wyruszali na miasto, by hucznie bawić się i ucztować.

 

W Krakowie w 1230 r. uczniowie szkoły katedralnej tak się do tej zabawy przyłożyli, że opat tyniecki, przerażony występkami młodzieży, napisał w tej sprawie do papieża Grzegorza IX. Jego relację znamy z listu Ojca Świętego, który został skierowany do przeora dominikanów i opata norbertanów w Krakowie.

Święto Głupców

W korespondencji czytamy: „(…) uczniowie mieszkający w Krakowie, naśladując niecny i odrażający zwyczaj, który zakorzenił się w tych stronach w tym klasztorze (…), oddając się pijaństwu, hulankom, śpiewaniu nieprzystojnych pieśni i widowiskom oraz innym obrzydliwościom, kłócili się między sobą aż do przelania krwi, niszczyli klasztorne dobra, a także dopuszczali się innych okropnych bezecnych wybryków. W ten sposób wyrządzali klasztorowi ogromne szkody, burząc spokój braci i gorsząc serca licznych spośród nich”.

 

Święta głupców szczególnie popularne były we Francji. Podczas nich biegano w kościołach, tańczono przed ołtarzem, palono „kadzidła” ze starych butów.

 

Uczestnicy robili głupie miny i wykrzykiwali niezrozumiałe słowa lub udawali odgłosy zwierząt. Księża wygłaszali kazania w wymyślonych przez siebie językach. Zakładano ubrania na lewą stronę lub szaty dostojników kościelnych, mężczyźni przywdziewali też kobiece suknie. W czasie zabaw nie brakowało oczywiście alkoholu, który rozluźniał obyczaje.

Święto Głupców

Jan Gerson, rektor Uniwersytetu Paryskiego, pisał w 1400 r., że podczas Święta Głupców „dochodzi do rzeczy, które powinny zdarzać się tylko w tawernach i burdelach”.

Kościół oficjalnie potępiał oczywiście te praktyki, kary jednak nie skutkowały, skoro brali w nich udział także duchowni.

 

Święta te wpisywały się w okres karnawału – przed nadejściem Wielkiego Postu na kilka dni zapominano o wszelkich zakazach. Bogaci bawili się z pospólstwem, duchowni z grzesznikami, a uczeni z prostakami, zgodnie z zasadą, że karnawału się nie ogląda, karnawał się przeżywa.

 

Jak pisał rosyjski badacz literatury i kultury ludowej, Michaił Bachtin, karnawał to czas nowych relacji między ludźmi, przeciwstawiający się hierarchicznym stosunkom poza tym czasem.

Miastem rządził wówczas oficjalnie „król karnawału”, koronowany publicznie, a zostawał nim (sic!) często jakiś skazaniec, a więc ktoś, kto w normalnym czasie był wyłączony ze społeczności.

Święto Głupców

Prawdziwym władcą tego czasu był jednak śmiech, który pozwalał choć na krótko przezwyciężyć wszechobecny strach przed władcą, przed Bogiem, przed karą. Śmiano się ze wszystkich, bez wyjątku, i ze wszystkiego. Śmiech oczyszczał, wyzwalał, dodawał odwagi. Śmiechem obnażano hipokryzję i nadużycia, których na co dzień doświadczano.

Kiedy karnawał się kończył, nadchodziły znów dni strachu, poniżenia i trudnej egzystencji.

 

Święta Głupców, mimo oburzenia, jakie wywoływało, było jednak tolerowane. Choć Kościół, próbował potępiać te praktyki, to kary jednak nie skutkowały, a w szaleństwach tych brali udział także duchowni.

 

Święta Głupców stawały się wentylem bezpieczeństwa, rozładowywały społeczne napięcie, sprawiały, że na krótki czas życie stawało się zupełnie inne.

Święto Głupców

Wszystko było dozwolone, nie obowiązywały zasady, zniesiono wszelkie granice. To był czas prawdziwej radości i swobody. Aby ten stan podkreślić, gdzieniegdzie w kulminacyjnym punkcie karnawału palono specjalną drewnianą budowlę zwaną „piekłem”. Potem wszystko – jak gdyby nic – wracało do normy. Chłopi do pracy w gospodarstwie, rzemieślnicy do warsztatów, a duchowni do swoich oficjów. Po tych szaleństwach Ci sami ludzie zaczynali Wielki Post – czas refleksji, ascezy, pokuty. Tu też intensywność praktyk była o wiele mocniejsza niż nasza.

 

W XVII w. Świąt Głupców zakazano, a tych, którzy próbowali je wskrzesić, osadzano w więzieniach albo zakładach dla obłąkanych. Dziś pewnie zrobilibyśmy tak samo…

Nasze karnawały i święta nie są tak huczne, podobnie jak posty nie są tak gorliwe. Śmiem twierdzić, że szkoda.

 

Nawet Biblia, ustami mądrego Koheleta, mówi: Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, (…) czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich (Koh 3, 1-5).

Święto Głupców

Korzystałem m.in. z:

Anna Zajchowska, Czy w średniowieczu wagarowano?, LIST 9/12, Kraków 2012, s. 35-37

Jacek Sieradzan, Szaleństwo w religiach świata, Inter esse, Kraków 2007 r.

Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >