Karolina Kózkówna. Zaimponowała mi

Skromna, wrażliwa, ładna i bardzo utalentowana – tak w skrócie można opisać Marlenę Burian, odtwórczynię tytułowej roli w filmie Karolina. „Film był dla mnie wielką przygodą. Dzięki niemu zrozumiałam, że są inne wartości, które... zmieniają wszystko” – mówi młoda aktorka.

Jak trafiłaś do filmu o Karolinie Kózkównie? Niedługo przed maturą odbywał się casting – opowiada Marlena. – Nie chciałam w nim uczestniczyć. Film jako taki niespecjalnie mnie interesował, swoją przyszłość wiązałam z teatrem. Nie bardzo podobała mi się także towarzysząca filmom komercyjna otoczka. Musiałam jednak pójść. Przymusowo. Pani dyrektor kazała. Dostałam kartkę z tekstem. Przeczytałam i uznałam, że tytułowa dziewczyna z filmu… zupełnie do mnie nie pasuje. Jestem katoliczką, osobą wierzącą, ale skupiałam się zazwyczaj na Biblii, a nie na tych wszystkich błogosławionych i świętych. „To nie moja bajka!” – pomyślałam. Mam problem z czytaniem wierszy, a Karolinę właśnie do takiego wiersza bym porównała. Do czegoś bardzo wzniosłego, uduchowionego. Zawsze bałam się wyrażać takie uczucia, bo myślałam, że to jest nienaturalne. Wydawało mi się, że tego typu uczucia zostawia się tylko dla siebie. A potem dostałam drugi tekst – rolę dziewczyny z części filmu dotyczącej współczesności. Było jeszcze gorzej. Kompletnie absurdalnie. Jakieś imprezy, zabawy, życie i zachowania, z którymi jeszcze trudniej było mi się utożsamić…

Wydawało mi się, że powiesz: „Zdecydowanie łatwiej było mi wyobrazić sobie siebie w roli Kasi – dziewczyny współczesnej”… Zaskoczyłaś mnie, mówiąc że było odwrotnie… No tak. Ja nie mam za dużo przyjaciół i znajomych, mam swoją grupkę zaufanych osób, a na imprezy w ogóle nie chodzę. W liceum – jeszcze na początku – brałam w nich udział, ale zawsze szybko wychodziłam, bo po prostu chciało mi się na nich… spać. Alkohol w ogóle nie wchodzi w grę, bo po jednym kieliszku szampana jestem już w stanie odurzenia. Zamiast imprezować, wolę pójść do kina, do teatru, coś zobaczyć, potańczyć. Imprezy, ufarbowane na różowo włosy to kompletnie nie moja bajka. Postać Kasi kłóciła się diametralnie z moją estetyką. U mnie wszystko musi być ułożone, musi mieć swoje miejsce, tymczasem tu było kompletne szaleństwo. W ogóle nie wyobrażałam sobie też, jak można się tak jak ona zachowywać, tak mówić do mamy, tak strasznie się buntować. Nie mogłam tego wszystkiego ogarnąć.

Nie było pewnie tak źle, bo dostałaś przecież obydwie główne role – tytułowej Karoliny i współczesnej Kasi… Tekst na castingu powiedziałam właściwie od niechcenia, a potem dowiedziałam się, że… przeszłam dalej i w piątek mam wziąć udział w kolejnej turze selekcji. Powiedziałam pani kierownik produkcji filmowej, że nie przyjdę, że nie mogę. Bardzo mnie przekonywała i w końcu przyszłam. Okropnie się wtedy spieszyłam i znowu powiedziałam tekst od niechcenia, na szybko. Na domiar złego zadzwonił mi jeszcze telefon. Byłam w zupełnie innym świecie i dopiero ostatnio dowiedziałam się, że takie rozkojarzenie… bardzo mi pomogło, że właśnie dzięki temu dostałam tę rolę.

Jeśli miałaś zagrać szaloną, „wariatkę” – mówię tu oczywiście o Kasi – i osobę z „innego świata” jak Karolina, to musiałaś się tak właśnie zachowywać… Dokładnie tak. A ja zrobiłam to wszystko nieświadomie.

Był w tym pewnie jakiś palec Boży. Przypadków nie ma! A czy biorąc udział w castingu wiedziałaś, że zagrasz u boku wielkich teatralnych sław: Jerzego Treli, Anny Radwan… W ogóle nie myślałam, że dostanę się do zespołu, w którym będą takie gwiazdy, tak dobrzy aktorzy. Sądziłam, że będzie to coś bardziej amatorskiego. Zauważyłam to dopiero na castingach. „Oho – pomyślałam – będzie się działo!”. Bardzo lubię panią Anię Radwan, wcześniej dużo o niej słyszałam, widziałam ją w różnych rolach. Oglądałam Damę kameliową, w której grała, bo była mi potrzebna do pracy maturalnej. Aż tu nagle okazało się, że będę z nią grała, że będzie moją filmową mamą. To było niezwykle miłe uczucie. Bardzo mi zresztą pomogła na planie, stworzyła okoliczności, które pomogły mi wejść w rolę, pomogła zbudować niezbędny dla aktora specyficzny klimat.

Przygotowując się do roli, czytałaś zapewne o Karolinie, próbowałaś się jakoś z nią oswoić. Wiesz pewnie, że profesjonalni aktorzy, aby dobrze się wcielić w rolę górnika, podejmują pracę w kopalni, a jeśli grają skazańca – sprawdzają, jak człowiek czuje się w więziennej celi. Też tak robiłaś? Zaczęłam od przestudiowania całego scenariusza. Na początku były sceny historyczne. Przeczytałam w internecie wszystkie strony na temat Karoliny, a trzeba przyznać, że jest ich naprawdę dużo. I tak zaczęłam poznawać Karolinę. Dowiedziałam się, na czym polegała cała jej historia. Oglądałam też zdjęcia i doszłam do wniosku, że kompletnie się do tej roli nie nadaję, nie jestem do niej nawet ani trochę podobna. Pewnego dnia, po pierwszych planach zdjęciowych, siedziałam z rodziną, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Miałam jeszcze na sobie część filmowej charakteryzacji – przyciemnione i spięte do góry włosy. Nagle odwróciłam się i spojrzałam do lustra w witrynie. Przestraszyłam się, bo… zobaczyłam Karolinę, zobaczyłam siebie z tego filmu. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że nie oddałabym tej roli nikomu innemu, że chyba właśnie ja jestem do niej „stworzona”.

Pojechałaś do Zabawy? Byłam w Zabawie, w Wał-Rudzie, w Tarnowie. Reżyser pokazał nam, gdzie Karolina mieszkała, obejrzeliśmy kościół w Zabawie, zobaczyłam strój Karoliny, przypomniały mi się zdjęcia, które miałam w głowie, to, co o niej przeczytałam. I to wszystko jakoś stopniowo samo we mnie weszło – jej postać i ten niezwykły klimat, jaki tam panuje. Myślę, że już kiedy się tam jedzie, daje się odczuć jakąś „inność”, jest tam taka dziwna siła. I ci niezwykli ludzie, dla których Karolina jest najważniejsza…

Teraz Ty będziesz ich „Karoliną”… A co do mieszkających w Zabawie ludzi, to mnie też zadziwiła ich żarliwa pobożność, pełny kościół na nabożeństwach w dzień powszedni… Tak, bo w Zabawie jest tak przez cały czas. Kiedy przychodzi godzina różańca, to jest tam mnóstwo ludzi, nie da się przejść. Bez przerwy przyjeżdżają jakieś pielgrzymki. Nie do pomyślenia jest dla mnie to, że do tak małej miejscowości, do sanktuarium w jeden dzień potrafią przyjechać nie dwie, nie trzy, ale 200 osób, duże grupy, młodzież, okoliczni mieszkańcy. To też sprawia, że to miejsce jest takie inne, że tam nie wjeżdża się tak po prostu jak do każdego innego miasta czy wsi. W Zabawie tkwi jakaś siła – wierzę, że jest – i myślę, że to nie jest żaden wymysł, żaden wytwór mojej wyobraźni. Sądzę też, że na tamtejszy „duchowy klimat” wpływa przede wszystkim wiara mieszkających tam ludzi.

Co ci się w Karolinie, w jej osobie i postawie najbardziej podobało, a co cię w niej najbardziej drażniło? Myślę, że większości ludzi w dzisiejszych czasach taka żarliwa religijność, jaką prezentowała Karolina, nie kojarzy się zbyt dobrze. Powiem szczerze, że nigdy nie jeździłam na żadne pielgrzymki. Bywałam wprawdzie na koloniach organizowanych przez Kościół i zawsze mi się na nich podobało, lubiłam te codzienne poranne Msze Święte, ale ostatecznie nigdy jakoś nie mogłam się przekonać do tych wszystkich „kościółkowych” rzeczy, pozostawałam na nie obojętna. I kiedy pomyślę o Karolinie, to właśnie to mi się w niej spodobało. Spodobała mi się jej ogromna wrażliwość, jej żarliwa wiara w Boga i tak wielkie zawierzenie, żeby każdego dnia się modlić, żeby się nie buntować. Imponowało mi w niej to, że była wytrwała, dzielna i silna, że była bardzo pracowita. Ta ostatnia cecha była mi zresztą szczególnie bliska. Ja też – tak jak ona – byłam wychowywana w duchu pracowitości, mówiono mi, że nie wolno za dużo mówić, że nie wolno być chaotycznym, że trzeba się skupiać na pracy, bo ona jest najważniejsza, że pracowitość zawsze wygrywa, a leniem być po prostu nie wolno. Starałam się te zalecenia wypełniać. Wiem, że Karolina właśnie taka była. Walka, jaką stoczyła, jest we mnie wciąż żywa. Wciąż jest dla mnie nie do pomyślenia, jak można było tak heroicznie walczyć. Jeśli natomiast mam mówić o tym, co mnie w niej drażniło, to… niczego takiego nie znalazłam. Dla mnie Karolina jest ideałem dziewczyny tamtych czasów. Karolina broniła cnoty czystości, a w dzisiejszych czasach dla większości ludzi nie jest to takie ważne.

Pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego i już od dzieciństwa chciała być aktorką. Przerażała ją jednak wizja ogromnie długich tekstów, których aktor musi się uczyć na pamięć. Zamiast wcielać się w różne role, zajęła się więc malowaniem i fotografią. Zdobywała za nie liczne nagrody. Przez cały czas coś w niej jednak „siedziało”. Chcąc spróbować aktorstwa, zapisała się do tomaszowskiego domu kultury. Pierwszy spektakl, podczas którego tańczyła do muzyki przy światłach, zapamiętała jako bardzo ekscytujące przeżycie. Połknęła bakcyla. W liceum poszła na zajęcia szkolnego kółka teatralnego i dostała główną rolę w Moralności pani Dulskiej. Przyszedł pierwszy sukces – jako jedyna z całej grupy dostała nagrodę, wyróżniono jej aktorski talent. Potem były nagrody w konkursach recytatorskich, wakacyjne wyjazdy na festiwale i warsztaty teatralne, zakończone przyjęciem do tomaszowskiego Teatru Trzcina. Monodram Wyznanie, w którym wystąpiła, zrobił furorę. Posypały się poważne nagrody na festiwalach w Łodzi, w Warszawie, we Wrocławiu, w Będzinie, w Bydgoszczy. Zagrała później w kolejnym spektaklu – w baśni meksykańskiej. Wcieliła się w niej w rolę... szaleństwa. Chciała się jednak rozwijać. Razem z dyrektorką teatru i rodzicami podjęła decyzję, by – pielęgnując aktorski talent – przenieść się do krakowskiego liceum aktorskiego.

Ulubiony film "Bleu" i inne filmy Krzysztofa Kieślowskiego (ceni je za metaforyczność), Pina Wima Wendersa (o niemieckiej tancerce Pinie Bausch), najnowsza ekranizacja "Anny Kareniny" (podoba jej się „teatralność” tego filmu).

Ulubiona scena (Marlena wyznała, że oglądając sztukę czy film, koncentruje się bardziej na grze aktorskiej i konkretnych scenach) Juliette Binoche w scenie odwijania lizaka w filmie "Bleu" Kieślowskiego.

Ulubiony aktor/aktorka Juliette Binoche, Joanna Kulig, wrocławska aktorka Ewelina Ciszewska (woli aktorki i aktorów mniej znanych, którzy swoje osobiste sprawy zostawiają tylko dla siebie).

Ulubiona książka Umberto Eco "Imię róży", Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".

Plany na przyszłość Studia w szkole teatralnej.

[01][02]

Dla ciebie jest? Oczywiście! Bardzo ważne! Trzeba się szanować, trzeba znać swoją wartość i ona ją znała…

Czystość ma także nieco szerszy wymiar… Dzisiejsza telewizja jest nasycona wszelkimi podtekstami, a w teatrach bardzo wielu aktorów się rozbiera. Byłam kiedyś na takim spektaklu. Nie podobał mi się. Nigdy bym się na coś takiego nie zdecydowała. Znam siebie i wiem, że moje zdanie na ten temat nigdy się nie zmieni…

Nie wszyscy ulegają jednak złu, nie dla wszystkich liczy się tylko wieczna zabawa, seks i pieniądze… Rozmawiałam ostatnio z kilkoma koleżankami, opowiadałam im, że kręciliśmy film. Kilka osób powiedziało, że chce obejrzeć ten film, bo mieszkają w okolicach Tarnowa albo sami kiedyś interesowali się postacią Karoliny. Zrobiło mi się głupio, że ja nic o niej wcześniej nie wiedziałam. Byłam też zdziwiona i szczęśliwa, że są ludzie, którzy – mimo że mają swoje życie, a nawet nie są jakoś bardzo religijni – znają tę historię i się nią interesują. Wydaje mi się, że może jednak się mylimy, sadząc, że mało jest osób, które interesują się religią katolicką.

Powróćmy do samej Karoliny. Z jakimi problemami musiałaś się zmierzyć, wcielając się w tę rolę? Co sprawiło ci – jako aktorce – największą trudność? Myślę, że najtrudniejsza była sama praca nad tym, żeby się nauczyć tego wszystkiego, żeby zacząć mówić tak jak ona, myśleć tak jak ona – bo najważniejszą rzeczą jest zacząć myśleć tak jak ona…

A z Kasią też się w końcu „oswoiłaś”? Tak. Zaczęłam się starać ją zrozumieć. Dopiero po pewnym czasie zobaczyłam w tej dziewczynie coś z siebie i zaczęła mi być bliższa. Żeby zagrać jakąś rolę, trzeba ją polubić, pokochać, utożsamić się z nią, bo jeżeli będziemy negatywnie do tego podchodzić, to nigdy nic nam nie wyjdzie. Bardzo dużo dał mi strój i charakteryzacja, do której nie byłam przekonana, co więcej – podczas kręcenia – bardzo się buntowałam przeciw tym wszystkim stylizacjom. Po pewnym czasie przestałam jednak oponować, bo czułam, że to pomaga mi się wcielić w inną osobę. I wyszło. Zrozumiałam Kasię i zagrałam ją, choć na pewno nigdy nie zachowywałabym się tak jak ona…

Jak wyglądała praca na planie? Które sceny szczególnie zapadły Ci w pamięć, w których scenach – Twoim zdaniem – najlepiej zagrałaś, z którymi miałaś najwięcej kłopotów? Najwięcej energii straciłam i najwięcej problemów przysporzyła mi scena ucieczki przed Kozakiem. To była dla mnie najgorsza, a zarazem najlepsza scena. Myślę, że właśnie w niej było najwięcej moich emocji, najwięcej prawdy, właśnie w tej scenie najbardziej weszłam w rolę. Bardzo się bałam. Ba! Byłam tak przerażona, że nawet nie musiałam niczego grać. Wyobraziłam sobie, jak to wszystko musiało wyglądać, poza tym już się ściemniało, wokół las, stworzył się taki szczególny klimat. Wyłączyłam się wtedy, zapomniałam, że śledzi mnie kamera, miałam w głowie scenariusz, jak ona tam biegnie, serce nie pozwalało mi się od tego odkleić. Byłam w tym cała do tego stopnia, że bałam się, że zaraz zostanę naprawdę zabita. Po odegraniu tej sceny długo miałam problem z sercem, niełatwo było mi nad nim zapanować.

Niełatwo było mi także zagrać scenę, w której musiałam udawać nieżywą Karolinę. Było wtedy bardzo zimno. Leżałam na ziemi i co chwilę musieli przykrywać mnie jakimiś kocami bo nie dawałam rady opanować ciała. Jestem bardzo wrażliwa na zimno, jestem strasznym zmarzluchem i po prostu… okropnie dygotałam. Potem mi nawet podpowiedzieli, co zrobić, żeby tak nie dygotać, no ale pierwsze chwile były najgorsze. Poza tymi scenami było śmiesznie, fajnie, ciekawie… Film był dla mnie wielką przygodą. Dzięki niemu zrozumiałam, że są inne wartości, które… zmieniają wszystko.


Rozmowa udostępniona przez Dom Wydawniczy Rafael / skrót redakcja S7  

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba

Trzeba wygrać. Historia Andrzeja Dziewita

17 listopada na profilu facebookowym Andrzeja Dziewita, przyjaciele i znajomi raczej nie składają mu życzeń urodzinowych, ale sporo tu wpisów „Tęsknimy”, „Brakuje nam Ciebie”, „Jak Ci tam w Niebie?”…

Alina Sikorska
Alina
Sikorska
zobacz artykuly tego autora >

Wybierz 02, aby zobaczyć tekst piosenki "Skuter Andrzeja" z płyty "Petarda" Arki Noego, której dotyczy artykuł

„SKUTER ANDRZEJA”

Andrzej skuter miał

Na skuterze gnał

Zawsze z tego słynął

Pędził z dobrą nowiną

Andrzej skuter miał

Na skuterze gnał

Krzyczał już z daleka

Pan Bóg kocha człowieka

Andrzej w prezencie rozdawał zegarki

Żebyśmy czuli jak cenny jest czas

Każda godzina nam przypomina

Jak Andrzej kochał nas

Czasami wujka nam tu brakuje

On teraz ślady po niebie skuterem rysuje!

Andrzej codziennie wysyłał smsy

Żebyśmy czuli jak wspiera nas Bóg

Każda wiadomość nam przypomina

Jak Andrzeja brakuje tu.

[01][02]

Nie ma go z nami już od miesięcy, a jego profil na Facebooku sprawia wrażenie jakby ciągle był, tylko chwilowo nie miał dostępu do internetu.

Andrzej Dziewit urodził się… nie ważne kiedy. Mieszkał w bloku, w pokoiku u mamy, ale to była tylko jego baza, bo ciągle był w drodze.

Z wykształcenia politolog. W młodości zaangażowany w opozycję. Współtwórca Ruchu Nowej Kultury i Pomarańczowej Alternatywy. Jako nastolatek stracił ojca w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanych rosyjskich żołnierzy. Rok później sam uległ wypadkowi, kiedy zimą wskakując do tramwaju poślizgnął się i… obudził się w szpitalu, bez jednej nogi.

W pewnym momencie nie był już w stanie unieść ciężaru trudnych doświadczeń. Próbował popełnić samobójstwo i właśnie w takiej chwili doświadczył cudu, o który modlił się do Boga, choć wcześniej mocno go negował.

Bóg go uratował i Andrzej zaczął żyć od nowa

Poznałam go 19 lat temu. Razem tworzyliśmy magazyn muzyczny „RuaH”. Jeździliśmy wspólnie na rekolekcje, na spotkania muzyków chrześcijan w Ludźmierzu. Później, kiedy grałam z Armią, często spotykaliśmy się na koncertach. To był już czas Arki Noego. Andrzej jeździł z muzykami i wykorzystywał każdą okazję by opowiadać ludziom o swoim doświadczeniu Bożej miłości. Przy okazji koncertów nie tylko dawał świadectwo, ale także wspierał muzyków modlitwą i zapalał ich do ewangelizacji. Chyba najbardziej związany czuł się właśnie z Arką Noego. Był jak dziecko w ewangelicznym tego słowa znaczeniu.

Andrzej żył bardzo intensywnie. Choć zamiast nogi miał protezę. Swoją energią, zapałem, mógł zawstydzić niejednego zdrowego, w pełni sprawnego człowieka. Pływał, jeździł na skuterze, tańczył i skakał. Wyruszał w długie i męczące trasy koncertowe z muzykami z zespołów New Life M, Arka Noego, 2Tm 2,3, Luxtorpeda. Modlił się za swoje miasto i o mądrość dla jego prezydenta. Nigdy nie pozostawał bierny i bezczynny.

Trzeba wygrać. Historia Andrzeja Dziewita

Szaleniec Boży

Co miał, to rozdawał, a miał to, co sam dostał od innych. Nie chodził w szmatach, ale miał wolność w posiadaniu i nieposiadaniu. Był wolny.

Często przywołuję anegdotę, którą nam opowiadał: Pewnego razu w „Rurze” gość mówi do mnie: Mam żonę, mieszkanie, samochód. A ty?. A ja, stary – odparłem – ja mam rower.

Kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, pomyślałam, że ktoś robi sobie bardzo niesmaczne żarty. Chyba nikt się tej śmierci nie spodziewał. Niby wszyscy wiedzieliśmy, że ostatnie miesiące mijały pod znakiem badań, diagnozowania, ale przecież jeszcze dwa tygodnie przed śmiercią pił z moim mężem kawę i gaworzył jak dawniej, choć jakby trochę inaczej. Ostatnia wiadomość, jaką przesłał mi na FB: „Będę miał robioną biopsję. Dalej czuję się kiepsko, ale byłem na super rekolekcjach. Reszta na telefon:) Love & Pis”.

Nie chcę robić lukrowanej, różowej pośmiertnej laurki dla Andrzeja. Człowiek, którego miałam okazję znać przez wiele lat, był, w moim przekonaniu, święty. Czasem wkurzał, drażnił tym swoim ciągle i niezmiennie neofickim zapałem, jego wołanie na każdym kroku i przy każdej okazji, że „Jezus żyje!”, mogło wydawać się niektórym infantylne, płytkie, ale z perspektywy czasu i wydarzeń okazało się głęboką prawdą, w której żył. Nie było u niego miejsca na bylejakość, na letniość. Był gorący. Nie umiał usiedzieć spokojnie, ale przy każdej okazji mówił ludziom o Bogu i Jego miłości.

Patrząc na historię swojego życia mógł mieć masę pretensji do Boga, roztkliwiać się nad swoim cierpieniem, a tymczasem cierpiał, ale cierpienie go nie pokonało, nie odebrało mu radości życia. Tym dzielił się z tysiącami młodych ludzi przed sceną, jak i z narkomanami i bezdomnymi na spotkaniach w ośrodkach pomocy. Kuśtykał na tej swojej nodze i uwielbiał Boga.

Kiedy przez ostatnie pół roku przed śmiercią bywał w szpitalu, na bieżąco informował nas o badaniach, ich wynikach, o tym jaka kaplica jest w szpitalu i który ksiądz tam posługuje. Nigdy w tych wiadomościach nie było lęku, choć kolorowo też już nie było. W marcu napisał na FB „Prochem jestem i w proch się obrócę…”.

Rozmowa z Andrzejem Dziewitem

Odszedł do Ojca w Dniu Matki 2014 roku.

Kiedy rodzina i przyjaciele chowali jego ciało do ziemi, dzieci z Arki Noego śpiewały: Zabierzesz mnie na drugi brzeg, za Tobą będę do Nieba biegł.  

Prawie 20 lat wcześniej w Krakowie w mieszkaniu naszych wspólnych przyjaciół napisał tekst piosenki zespołu AmenBand. Muzykę skomponował przyjaciel Andrzeja, znakomity kontrabasista jazzowy, Andrzej Cudzich.

Zostawiam świat pozorów,

Gdzie trudno znaleźć wytchnienie.

Całą nadzieję moją dziś powierzam Ci.

Jakże jest pięknie cicho

Na łąkach Twoich obietnic.

Boże w Twą jasną miłość

Chcę wpatrywać się.

Andrzej żył w rzeczywistości życia ziemskiego i niebieskiego zarazem.

Teraz tęsknimy za nim, brakuje nam wiadomości sms ze słowem Bożym, które wysyłał do wszystkich swoich przyjaciół, dzieląc się z nami tym, co najcenniejsze.

„Ludzie bez wiary nie wygrywają” – Andrzej Dziewit (wpis na FB ze stycznia 2014). Tak pojmuję świętość. Trzeba wygrać. Andrzej wygrał, choć biegł bez jednej nogi.

Wesprzyj nas
KUP Z RABATEM! - 52 furtki do nieba
Alina Sikorska

Alina Sikorska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Sikorska
Alina
Sikorska
zobacz artykuly tego autora >