video-jav.net

Kościół fałszuje swoją historię!

Spośród wszystkich zarzutów stawianych Kościołowi, po wyłączeniu spraw bieżących (domniemane wtrącanie się do polityki, jeszcze bardziej domniemana skala przestępstw seksualnych itp.), najistotniejszym pozostaje zarzut o zakłamywaniu własnej historii, a przede wszystkim historii Jezusa

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie jest to nic nowego – dzisiejsze doklejanie Chrystusowi żony i dzieci to po prostu kontynuacja starych prądów, podchwyconych później przez naturalistów czy marksistów. Główną linią obrony twórców tego typu teorii jest rzekome umiłowanie prawdy, odkłamywanie historii. Tymczasem powoływanie się na badania, których rzetelność i metodologia pozostawiają wiele do życzenia i pozorne odkrywanie sensacyjnych faktów, które mają emocjonować czytelników na zasadzie tabloidu, z dążeniem do prawdy nie ma nic wspólnego.

Pierwsza strona

Pamiętam, że najbardziej aktywizująca lekcja religii, w jakiej uczestniczyłem, miała miejsce jeszcze w gimnazjum, gdy w mediach wszczęto dyskusję nt. Ewangelii Judasza i jej rewolucyjnego wpływu na Nowy Testament. Nagle ci sami znajomi, którzy wydzwaniali do mnie w niedzielę z prośbą, aby im streścić kazanie, bo nakłamali w domu, że idą do kościoła, stali się ekspertami od koptyjskiego i ekonomii zbawienia. Gazeta Wyborcza, ta sama, która od lat nieudolnie wypycha religię z życia publicznego, tym razem wydrukowała apokryf i zrobiła z niego specjalny dodatek! Zarzucała Kościołowi brak zainteresowania prawdą i 2000 lat manipulacji faktami, przy czym wcale jej nie przeszkadzało, że o istnieniu takiego koptyjskiego tekstu wnioskujemy od czasów Pseudo-Tertuliana, a pewność mamy mniej więcej od połowy lat 70-tych ubiegłego wieku.

Zresztą żmudne tłumaczenie tekstu na potrzeby Wyborczej to dokładnie taka sama prowizorka, o jakiej redaktorzy z Czerskiej marzą w odniesieniu do Kościoła. Gazeta napisała na kolanie tłumaczenie otrzymanego od National Georaphic tekstu w języku angielskim, uznając go za poprawny. Gdyby tak samo postępowali bibliści… strach myśleć.

Na szczęście tekst apokryfu został przetłumaczony z oryginału dzięki ówczesnemu dziekanowi Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego – ks. prof. Wincentowi Myszorowi. I to tyle w temacie zatajania faktów przez Kościół.

Niedawno podobne emocje wywołało odnalezienie (którego to już?) rewelacyjnego manuskryptu, który miał udowodnić ponad wszelką wątpliwość węzeł małżeński pomiędzy Marią Magdaleną a Jezusem.

Podobne sensacje wywoływane są cyklicznie i za każdym razem wydają się być coraz bardziej karykaturalne. Jednak dawniej wcale nie było mniej kreatywnie.

Kościół fałszuje swoją historię!

W drugiej połowie XIX w. Bruno Bauer (starszy kolega Marksa z koła młodoheglowców) zakrzyknął: Jezus nie istniał! W swojej pracy Odkryte chrześcijaństwo dowodził, że Jezus to aleksandryjsko-rzymski wytwór mitu o bogoczłowieku, powstały w wyniku złączenia żydowskiego mesjanizmu z greckim stoicyzmem. Mniej więcej w tym samym czasie polski badacz Mikołaj Notowicz napisał Życie świętego Issy. Wg tej książki Jezus jako 13-letni chłopiec udał się do Indii, gdzie przez półtora dekady poznawał tajemną naukę Buddy. Gdy powrócił, zaczął głosić poznaną doktrynę i – źle zrozumiany – został zabity jako buntownik.

Wszystkich, których śmieszy taka interpretacja zapewniam, że to nie koniec – ponad sto lat później, w 1990 r. Holger Kersten w książce Jezus żył w Indiach rozwija tę myśl, twierdząc, że Zbawiciel najpierw szkolił się w klasztorze tybetańskim, a następnie u esseńczyków. Połączenie tych wiadomości pozwoliło mu przeżyć śmierć krzyżową. Oczywiście te tezy również opierały się o rewolucyjne starożytne manuskrypty.

Takich prób było więcej i ich historia prędko się nie zatrzyma. Dlatego uspokajam. Rewelacje były są i będą. Jedyna droga to nie dawać im wiary, uśmiechać się i gorliwie modlić za twórców, aby ich dociekania były ukierunkowane na prawdę, a nie na sensację.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Kościół płonący, czyli rzecz o odwadze

Pisałem ostatnio o odważnym dziennikarstwie antykatolickim. Oczywiście ten termin należy ustawić w głębokim cudzysłowie jako ironię. W wielu miejscach świata, w tym także w Polsce, taka pisanina z odwagą nie ma nic wspólnego

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To nawet nie jest kwestia dziennikarzy, którzy w swojej karierze już kilkukrotnie byli konwertytami na różne opcje myślenia, byle tylko zawsze stać po zwycięskiej stronie i wiecznie kopać bezbronnego pluszaczka patrząc na niego z wyższością niczym agresywny przedszkolak. I niewiele go obchodzi, że jeszcze niedawno tę samą maskotkę przytulał i traktował jak przyjaciela.

Tak będzie, póki nikt nie zacznie rozliczać dziennikarzy z oszczerstw i propagandy.

Gorzej, że nie tylko inżynierowie dusz zabierają się za pozytywistyczną pracę u podstaw. Nie rzemieślnicy słowa, a czynu od czasu do czasu postanawiają wpłynąć na rzeczywistość.

Kilka dni temu na Placu św. Piotra półnagie aktywistki FEMEN wetknęły sobie krzyże między pośladki. Bluźnierczym czynom towarzyszyły niemniej szokujące napisy na piersiach. To protest przeciwko planowanej wizycie papieża Franciszka w Strasburgu. Co więcej, to ich druga próba. Pierwsza, polegająca na wyrecytowaniu parodii modlitwy Chwała Ojcu i zakłóceniu telewizyjnego programu, jak widać nie przyniosła efektu. Trudno oczekiwać, żeby incydent na placu św. Piotra miał być skuteczniejszy.

Zresztą w całym dorobku FEMENu – co nie jest szczególnie optymistyczne – to wydarzenie nie jest wcale wyjątkowe. Ot, kolejny po wbieganiu do świątyń wybryk rozemocjonowanych feministek. Na marginesie: po wtargnięciu do paryskiej katedry Notre Dame (wtedy powodem było świętowanie abdykacji papieża Benedykta XVI) konsekwencje prawne zostały wyciągnięte jedynie wobec agresywnych ochroniarzy.

Kościół płonący, czyli rzecz o odwadze

Bluźnierstwo na najważniejszym placu świata zbiegło się z wyczynami feministek w Hiszpanii, gdzie narodowe muzeum przyozdobiono wystawą, mającą – wg organizatorów – wspierać myśl krytyczną. Maryja w gronie świętych opatrzona podpisem idioci, Modlitwa Pańska przerobiona w taki sposób, aby poszczególne prośby stały się proaborcyjnymi postulatami, wreszcie komunistyczny rysunek przedstawiający paczkę zapałek podpisaną hasłem rosyjskiego księcia anarchizmu, Piotra Kropotkina: Jedyny oświecający Kościół, to Kościół, który płonie. Dołącz!

Szokujące jest to, że w świecie, w którym za każde uderzenie w Kościół Katolicki otrzymuje się owacje na stojąco, podobne akcje wciąż odbierane są jako akt odwagi. To myślenie krytyczne, akt buntu wobec… no właśnie, czego?

Feministki swoim stereotypowym hasłem, fundamentem uczyniły walkę o równość wobec kobiet, o walkę z ich uprzedmiotowieniem, seksualizacją wbrew woli itp. Tymczasem najgłośniejsze akcje ich organizacji to profanowanie krzyża, świętowanie abdykacji papieża (a gdyby umarł to też święto?) i zakłócanie czynności liturgicznych. Gdzie w tym wszystkim walka o prawa kobiet?

Kościół przeciwstawia się potężnej machinie, której przystrojone w piórka rebeliantek feministki albo nie widzą albo widzieć nie chcą, bo są za słabe lub zbyt tchórzliwe, by podjąć walkę. Wobec tego zamiast zmagać się z wrogiem, walczą z jedynym poważnym sojusznikiem. Pomieszanie z poplątaniem.

Kościół od zawsze walczy z wykorzystywaniem kobiet. Współcześnie również upomina się o ich prawa do niebycia seksualną zabawką, a jedną żoną jednego męża. To jednak postulat niepopularny i nie doczeka się wsparcia buntowniczek linii najmniejszego oporu. Kościół staje w kontrze wobec seksinteresów, walczy z niszczeniem kobietom życia przez uprzedmiotowienie, walczy przeciw podnoszącym na nie rękę za pomocą pornografii, prostytucji itp. A feministki? Przeciwko Kościołowi.

Zazdrość? Skądże, odwaga! – odpowiedzą.

Niestety. Nie jest odwagą żadna czynność, którą jest w stanie wykonać każdy po odpowiednim podrasowaniu świadomości dowolnym narkotykiem. Wybryki FEMENu skopiować może każdy nadaktywny nastolatek. Z dorobieniem ideologii też nie miałby problemu.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >