Watykan pośrednio zabrał głos w sprawie zagłodzonego Polaka

„Kiedy prawo staje się tyranem” – taki tytuł nosi artykuł poświęcony przypadkom zaprzestania odżywiania i karmienia kolejnych pacjentów nie będących w stanie terminalnym, o czym decydują lekarze i sądy wbrew woli rodziny. I choć nie ma w nim mowy o sprawie zagłodzonego na śmierć w Wielkiej Brytanii Polaka, to można odebrać ten głos, jako pośredni komentarz Watykanu.

Polub nas na Facebooku!

Artykuł został opublikowany w dzienniku L’Osservatore Romano, będącym nieoficjalnym głosem Stolicy Apostolskiej, a jego autorką jest prof. Gabriella Gambino, podsekretarz Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia.

Włoska bioetyk zauważa, że na świecie coraz częściej słychać o chorych, którzy umierają z powodu braku wody i pożywienia, a więc nie z powodu swego terminalnego stanu. Wskazuje, że decyzje podejmowane są coraz częściej przez lekarzy na podstawie wyroków sądów, które z góry dekretują wcześniejszą śmierć bazując na rzekomych ocenach przyjętych w „najlepszym interesie” pacjenta, który sam się nie może wypowiedzieć. Tym samym życie niektórych ludzi uznawane jest za mniej użyteczne, pożądane, potrzebne.

 

Podstawowa zasada medycyny

W tym kontekście prof. Gambino przypomina o fundamentalnej zasadzie medycyny, jaką jest ciągłość opieki, czyli gwarancja leczenia, które staje się wypełnieniem misji wiernej ochrony życia ludzkiego, aż do naturalnej śmierci, o czym przypomina list Kongregacji Nauki Wiary „Samaritanus bonus” na temat opieki nad osobami w krytycznych i terminalnych fazach życia. Włoska bioetyk wskazuje, że jest to zasada przynależna nie tylko naukom medycznym, ale także każdemu państwu prawa, gdyż wynika ona z prawa do życia i zdrowia, którymi przenikniętesą współczesne systemy prawne.

Prof. Gambino podkreśla, że wykorzystywanie prawa do spowodowania śmierci chorych jest wynikiem postępującej praktyki eutanatycznej, o której mowa we wspomnianym liście. Jest ona wynikiem kultury odrzucenia osób najbardziej bezbronnych i bezdusznej wydajności struktur opieki zdrowotnej, które czynią medycynę i prawo narzędziami tyranii. Stąd dwuznaczne używanie takich pojęć jak: godna śmierć, współczucie, najlepsze dobro, poszukując w decyzjach sądów jakiegoś przebłysku „pozwolenia-zgody” pacjenta na wcześniejszą śmierć, tak jakby to wystarczyło do usprawiedliwienia niezwykłej decyzji o pozbawieniu kogoś życia.

“Śmierć celowo sprowokowana”

Bioetyk przypomina stanowisko Kościoła o tym, że „odżywianie i nawadnianie nie są terapią medyczną, ale stanowią formę pielęgnacji należnej osobie pacjenta, pierwotną i niezbywalną. Obowiązkowy charakter tej pielęgnacji chorego poprzez odpowiednie nawadnianie i odżywianie może wymagać w niektórych przypadkach zastosowania sztucznych metod, pod warunkiem, że nie jest ono szkodliwe dla chorego oraz nie powoduje niedopuszczalnego cierpienia dla pacjenta”. Prof. Gambino podkreśla, że zaprzestanie odżywiania i nawadniania jest formą porzucenia pacjenta, sprzeczną z wszelkimi zasadami deontologii i porównywalną do eutanazji, gdyż zaniechanie opieki niesie ze sobą śmierć pacjenta. „Jest to śmierć celowo sprowokowana przez tych, którzy powinni się nim opiekować” – zauważa włoska bioetyk przestrzegając przed uleganiem tej utylitarystycznej perspektywie.

Podsekretarz watykańskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia przypomina, że „nienaruszalna wartość życia ludzkiego jest podstawową prawdą naturalnego prawa moralnego oraz istotną podstawą porządku prawnego” i nie można dać się zwieść niebezpiecznej perspektywie utylitarystycznej. „Po Norymberdze wkroczyliśmy w erę praw człowieka właśnie po to, aby człowiek z powrotem znalazł się w centrum, wraz ze swą nienaruszalną godnością i cennością jego życia” – wskazuje włoska bioetyk przypominając, że dziś prawo – ogołocone z wszelkich wartości i opierające się na zasadzie pozornej racjonalności argumentów sędziowskich – staje się zimnym narzędziem, które odbiera wszelką nadzieję.

Prof. Gambino pisze też o narzędziach prawnych, które odbierają rodzinie wszelką nadzieję. Nazywa to brakiem szacunku wobec tych, którzy wierzą w działanie Boga w najtrudniejszych życiowych próbach. „Poszanowanie wolności religijnej oznacza prawo do nadziei, do respektowania własnej wiary chrześcijańskiej w przykazaniu – nie zabijaj. Państwo prawa musi to uwzględniać” – zauważa włoska bioetyk. Podkreśla, że tylko ciepło miłosierdzia jest w stanie przywrócić człowieczeństwo do lodowatego prawa postmodernizmu. „Wszyscy w tym pokładamy nadzieję. Kościół nie przestanie tego powtarzać” – pisze podsekretarz Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia w artykule o współczesnej tyranii prawa wobec ludzkiego życia, który ukazał się na łamach watykańskiego dziennika L’Osservatore Romano.

SPRAWDŹ: “To było morderstwo prawne”. Prof. Maksymowicz o śmierci Polaka w Plymouth [ROZMOWA]

 

ag//Vatican News/Stacja7

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

“Skandalem XXI wieku jest to, że trąd ciągle istnieje”. Dziś Światowy Dzień Trędowatych

Trąd to prawdopodobnie najstarsza choroba w dziejach świata. Zapomnieli już o niej mieszkańcy większości krajów rozwiniętych. Jednak w najuboższych rejonach świat jest nadal groźna i wciąż zbiera swoje tragiczne żniwo. "Wielkim skandalem XXI wieku jest to, że trąd ciągle istnieje i nadal zbiera tragiczne żniwo" – powiedziała w Radiu Watykańskim doktor Helena Pyz, pracująca w ośrodku dla trędowatych Jeevodaya w Indiach.

Polub nas na Facebooku!

Pierwsze przypadki trądu to prawdopodobnie 1500 r. przed Chrystusem. Jest to choroba zakaźna z długim okresem inkubacji – nierzadko pierwsze objawy pojawiają się po kilku latach od zakażenia. Trąd dotyka w równym stopniu kobiety i mężczyzn, dorosłych i dzieci, ale nie jest chorobą dziedziczną. Dopiero w XIX wieku Norweski uczony Gerhard Henrik Armauer Hansen odkrył bakterię odpowiedzialną za tę chorobę, a blisko 110 lat później, w 1981 znaleziono dla trędowatych skuteczną terapię antybiotykową.

 

Światowy Dzień Trędowatych

Ustanowił go w 1954 r. Raoul Follereau. Wraz z przełożoną sióstr misjonarek Matki Bożej od Apostołów s. Eugenią Ravasio założyli na Wybrzeżu Kości Słoniowej pierwszy, wzorcowy ośrodek Adzopé, w którym chorzy na trąd byli nie tylko leczeni. Dzięki pomocy ośrodka trędowaci mogli także pracować, zakładać rodziny, edukować swoje dzieci. To właśnie tam odbędą się centralne uroczystości Światowego Dnia Trędowatych.

Liczba nowych zachorowań pozostaje od kilku lat na tym samym poziomie – to ok. 200-250 przypadków w 120 krajach świata. Ok. 15 tys. wszystkich zachorowań dotyczy dzieci poniżej piętnastego roku życia. Od kilku lat wraz z falą uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, na nowo trąd pojawił się w Europie. Są to na szczęście pojedyncze przypadki.

Trąd najczęściej dotyka osoby niedożywione i osłabione. Jednak dzięki odkrytym w 1981 roku antybiotykom jest to choroba całkowicie wyleczalna. Jeśli wykryje się ją odpowiednio wcześnie, jest szansa, że nie spowoduje widocznych okaleczeń, które mogą być powodem stygmatyzacji społecznej. Przez te 40 lat wyleczono już 17 mln osób – wśród nich 3 mln to ludzie ciężko i trwale okaleczeni, wymagający specjalistycznej opieki zdrowotnej już do końca życia.

 

“Wystarczyło pokochać tych biednych ludzi”

Dokładna liczba chorych na trąd nie jest znana. To dlatego, że spotyka się go w krajach, które mają słabo rozwinięte systemy opieki zdrowotnej. Tam też przychodzą na świat dzieci, które nie mają szans, by spotkać w swoim życiu lekarza.

Docierają do nich najodważniejsi misjonarze. Przez całe stulecia trędowaci znajdowali schronienie przy kościołach i klasztorach, gdzie powstawały pierwsze leprozoria. Wśród świętych wiele jest przykładów tych, którzy nie bali się zbliżać do chorych – byli to m.in. św. Franciszek z Asyżu, św. Elżbieta Węgierska, św. Kinga, czy znana właśnie z opieki nad trędowatymi św. Teresa z Kalkuty. Są oni dzisiaj inspiracją dla misjonarzy pracujących wśród chorych w Azji, Afryce, Ameryce Południowej czy na dalekich Wyspach Pacyfiku.

Warto przy okazji tego dnia wspomnieć postać także świeckiej misjonarki służebnicy Bożej dr Wandy Błeńskiej, która czterdzieści lat swojego aktywnego życia poświęciła pracy wśród trędowatych w Ugandzie. Zapytana, czy praca z trędowatymi była trudna, odpowiedziała mi z uśmiechem: „nie, wcale nie była trudna. Wystarczyło pokochać tych biednych ludzi”.

PRZECZYTAJ: Dziewczyny z ośrodka dla trędowatych

 

Mama z Jeevodaya

70 proc. wszystkich chorych na trąd to mieszkańcy Indii. Dzięki działaniom chrześcijan nie pozostają oni bez pomocy – dla hinduistów trąd równoznaczny jest z odrzuceniem i wykluczeniem społecznym. Żywą legendą jest w tym regionie kapłan i lekarz, pallotyn ks. Adam Wiśniewski. Przez 26 lat posługiwał trędowatym w Indiach, a w 1961 roku we wsi Gatapar założył znany nie tylko w Polsce ośrodek dla trędowatych pod nazwą Jeevodaya.

W ośrodku tym pracuje od przeszło 30 lat polska misjonarka, dr Helena Pyz. Jej zdaniem to skandal, że w XXI wieku trąd nadal istnieje. Trąd jest w Indiach chorobą endemiczną, więc wciąż odkrywam nowe przypadki trądu. Niektórzy przychodzą ponieważ podejrzewają, że zmiany na skórze zwiastują właśnie to schorzenie. Najczęściej jednak trąd jest wykrywany przypadkowo, gdy pacjent zgłasza różne, nie związane z tą chorobą dolegliwości – powiedziała lekarka w rozmowie z papieską rozgłośnią.

Przyznała też, że niestety “wciąż są osoby, które lekceważą objawy”. Miałam ostatnio pacjenta z bardzo zaawansowanym trądem, który lekceważył chorobę przez ponad rok. Takich pacjentów na szczęście jest coraz mniej. Zawsze wtedy zastanawiam się ilu następnych zaraził! – powiedziała dr Helena Pyz. Zwróciła też uwagę, że z powodu pandemii “zwiększy się poziom niedożywienia, a więc znów spadnie odporność własna na różne choroby”, jednak paradoksalnie może to sprawić, że w wyniku większej izolacji ilość zachorowań na trąd spadnie.

Dr Helena Pyz dzieli swoje życie z innymi mieszkańcami Ośrodka dla trędowatych. Jak możemy przeczytać o niej na stronie ośrodka, “eangelizuje nie słowami, ale czynem, jakim jest posługa i miłość do tych, których inni z lęku i uprzedzeń unikają”. Lekarka porozumiewa się z chorymi w języku hindi. Na co dzień swoją szczególną troską otacza dzieci uratowane po przedwczesnej śmierci matek. Słowo, którym się do niej zwracają Mami (Mamo) stało się jej imieniem własnym w Jeevodaya.

PRZECZYTAJ REPORTAŻ: Mama z Jeevodaya

 

 

Bóg czuwa nad nami

Kiedy dr Helena Pyz rozpoczynała swą pracę w Jeevodaya, panowała tam bieda i głód. Istnieją obawy, że ten stan powróci w wyniku trwającej epidemii. Obawiam się, choć jestem optymistką, że ta sytuacja może się powtórzyć, a nawet okazać trudniejsza. Drożeją wszystkie produkty, co generuje wzrost kosztów utrzymania rodzin, a ci, którzy żyli z żebraniny po prostu nie będą mieli żadnego źródła utrzymania. Większość naszych pacjentów to ludzie bardzo ubodzy lub nędzarze, a dzieci z kolonii są na naszym całkowitym utrzymaniu przez dziesięć miesięcy w roku – powiedziała papieskiej rozgłośni misjonarka. Mimo wielu trudności ze spokojem patrzy jednak w przyszłość. “Mam pewność, że Pan Bóg czuwa nad nami nieustannie i mimo trudności mamy za co Mu dziękować”.

CZYTAJ WIĘCEJ: Dr Helena Pyz o Jeevodaya: “Otwieram drzwi pragnącym włączyć się w pomoc moim trędowatym. Ale zawsze proszę: przemyślcie, jak najlepiej możecie pomóc”.

 

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Copy link
Powered by Social Snap