“To było morderstwo prawne”. Prof. Maksymowicz o śmierci Polaka w Plymouth [ROZMOWA]

Doprowadzano do śmierci pacjenta, zasłaniając się szczytnymi określeniami, jak „godność człowieka”, jednocześnie nie dając szansy na podjęcie próby terapii – ocenił prof. Wojciech Maksymowicz w rozmowie z KAI.

Polub nas na Facebooku!

Prof. Wojciech Maksymowicz, były wiceminister nauki, neurochirurg, dyrektor Kliniki “Budzik” odniósł się do sporu dotyczącego Polaka, odłączonego od aparatury podtrzymującej życie. Mężczyzna zmarł we wtorek w szpitalu w południowo-zachodniej Anglii. Część bliskich pana Sławomira oraz polskie władze do końca walczyli, by mężczyzna mógł być leczony w Polsce. Według szpitala w Plymouth, gdzie przebywał, doszło u niego “do poważnego i trwałego uszkodzenia mózgu”. Pomoc mężczyźnie zaoferowali polscy lekarze z kliniki “Budzik”, jednak brytyjski Sąd Opiekuńczy orzekł, że podtrzymywanie życia mężczyzny nie jest w jego najlepszym interesie.

CZYTAJ WIĘCEJ: Zmarł Polak przebywający w brytyjskim szpitalu w Plymouth

 

Anna Rasińska (KAI): Jak Pan Profesor ocenia sprawę Polaka mieszkającego w Wielkiej Brytanii, który decyzją sądu i szpitala został odłączony od aparatury?

Prof. Wojciech Maksymowicz: Na usta cisną się tylko określenia bardzo jednoznaczne. To bulwersujące, skandaliczne, rządzenie ludzkim losem za pomocą decyzji prawnika. Według mnie było to morderstwo prawne. Doprowadzano do śmierci pacjenta, zasłaniając się szczytnymi określeniami, jak „godność człowieka”, jednocześnie nie dając szansy na podjęcie próby terapii. Mimo, że z oficjalnego komunikatu szpitala niezaprzeczalnie wynika, że szansa istniała.

 

Czy klinika „Budzik” ma pacjentów w podobnym stanie?

Mamy głównie takich pacjentów, na tym polega idea placówki. Zajmujemy się m.in. intensywną neurorehabilitacją pacjentów w śpiączce, chorych z upośledzeniem przytomności po różnych zdarzeniach, np. niedokrwieniu mózgu (tak jak w tym przypadku), po urazach, z powodu zakrztuszenia, upośledzenia wentylacji itp.

 

Czy pacjenci w podobnym stanie wybudzali się?

Tak. Oczywiście jest to najtrudniejszy rodzaj uszkodzeń, które powstają w wyniku długotrwałego niedokrwienia mózgu, po nagłym zatrzymaniu krążenia, ale każdy przypadek jest inny.

Tutaj syn pacjenta zareagował szybko, właściwie wdrażając działania reanimacyjne. Za chwilę przyjechał ambulans i wdrożył działania fachowe. Niedokrwienie nie trwało długo. Chociaż praca serca została przywrócona w wyniku stymulacji elektronicznej dopiero po dłuższym czasie, była prowadzona wentylacja sztuczna, sztuczne oddychanie, masaż serca… Po to właśnie się to robi – żeby dać człowiekowi szansę.

 

Czyli nie jest potrzebny dostęp do dodatkowej dokumentacji medycznej, aby ocenić stan zdrowia pacjenta i jego rokowania?

Oczywiście szczegółowo należy badać pacjenta bezpośrednio i zlecić jeszcze inne, dodatkowe badania, których w Plymouth nie zrobiono. Cześć z nich jednak wykonano. Moi współpracownicy z fundacji Ewy Błaszczyk, na czele z dr. Jackiem Szczygielskim, mieli możliwość zapoznania się z ich wynikami. Brali też udział w wideokonferencji z lekarzami prowadzącymi pacjenta, którzy udostępnili całą dokumentację pozwalającą na określenie wyjściowego stanu zdrowia pacjenta. Po czym wiemy, że stan pacjenta wyraźnie się poprawiał. Z nakazu sądu doszło jednak do odłączenia aparatury podtrzymującej życie, w postaci głównie respiratora. Okazało się jednak, że to nie spowodowało śmierci Polaka. Przeciwnie, była to sposobność, by zobaczyć, że jest on w na tyle nie najgorszym stanie, że sam oddycha. I umarł właściwie sam oddychając.

Z ostatniej obserwacji w przeddzień śmierci tzw. zespołu opieki paliatywnej, wynika, że stan się pogarszał, a przerwy między oddechami były coraz dłuższe. Kiedy to usłyszałem, nie mogłem spać w nocy. Jestem starym lekarzem, który zawsze pracował z chorymi z ciężkimi uszkodzeniami mózgu, ale takiego podejścia, narzuconego wyrokiem sądu, nie jestem w stanie zaakceptować.

ZOBACZ TEŻ: Ewa Błaszczyk o śmierci Polaka w Plymouth: bierna eutanazja w majestacie prawa

 

Czy w tym przypadku doszło do śmierci mózgowej?

Nie, w żadnym momencie nie doszło tu do śmierci mózgowej. Śmierć mózgu to śmierć osobnicza. Kiedy ktoś jest w stanie śmierci mózgowej, po prostu już nie żyje. Te pojęcia są mylone i nadużywane przez osoby, które się na tym nie znają. Stan pacjenta nie miał nic wspólnego ze śmiercią mózgową.

Jeden z publicystów katolickich mówi, że u Polaka pracował tylko pień mózgu. To nie jest prawda. Z badań tomograficznych wynika, że u pacjenta pracowała również część kory mózgowej oraz, że uszkodzeniu uległy głównie tylne części mózgu, natomiast przednie, związane m.in. z myśleniem i psychiką, nie były tak bardzo uszkodzone. Zatem istniała szansa nawet na powrót kontaktu z chorym.

 

Czyli można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z przypadkiem eutanazji, a nie z zaniechaniem uporczywej terapii?

Nie ma tu mowy o zaniechaniu uporczywej terapii. Definicja uporczywej terapii dotyczy zupełnie innych przypadków. To oczywista eutanazja, polegająca na nieudzieleniu pomocy choremu.

Muszę powiedzieć, że to wyjątkowo bestialski rodzaj eutanazji – niepodanie pacjentowi jedzenia i picia. Pracuję również na oddziale covidowym i wielu chorych pod respiratorem nie może przecież samodzielnie sięgnąć po pokarmy, a jednak żyją. Czy w takim razie powinniśmy powiedzieć, że nie będziemy ich utrzymywać przy życiu? Zwłaszcza, że tylko jeden na pięciu przeżyje? Mamy uznać, że się nie opłaca?

W tamtym przypadku szansa była oczywiście mniejsza, ale jednak wciąż była. Jako lekarze musimy trzymać się tej możliwości. W „Budziku” zawsze staramy się wykorzystać nawet najmniejszą szansę.

 

Nie ma tu mowy o zaniechaniu uporczywej terapii. Definicja uporczywej terapii dotyczy zupełnie innych przypadków. To oczywista eutanazja, polegająca na nieudzieleniu pomocy choremu.

A jakie są kryteria uporczywej terapii?

Uporczywa terapia dotyczy sytuacji stosowania metod kosztownych, bardzo skomplikowanych, inwazyjnych, wiążących się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności pacjenta. Podawanie pokarmów nie jest ani inwazyjne, ani kosztowne, ani bardzo obciążające. To zabiegi dotyczące zwykłej pielęgnacji.

Elementem uporczywej terapii może być sztuczne wentylowanie pacjenta respiratorem, ale musi być spełniony jeszcze drugi warunek – pacjent musi cierpieć na chorobę nieuchronnie prowadzącą do śmierci i nie rokować żadnej poprawy w tym zakresie.

Ta sytuacja jest zupełnie inna. Oczywiście doszło do dużego uszkodzenia mózgu. Mogło się ono zakończyć śmiercią, jednak po jakimś czasie chory był już w stanie utrwalonym, tzw. wegetatywnym. Miał żyjący mózg, choć uszkodzony, było to stabilne uszkodzenie. Jeśli takim pacjentom zapewnimy pielęgnację i opiekę, mogą żyć latami. Niewykluczony jest również powrót do kontaktu z otoczeniem. Popełniono rzecz straszną, którą ja nazywam prawnym morderstwem.

Dokonano również manipulacji informacyjnej. Niestety spotykamy się z tym coraz częściej, ponieważ mamy wielu zwolenników „łatwego życia”, dla których najważniejsza jest własna wygoda. Nawet bliscy mogą odejść w sposób kontrolowany, ponieważ taka opieka jest kłopotliwa dla rodziny, lekarzy, instytucji. Trzeba stworzyć specjalne ośrodki rehabilitacyjne itp. Eutanazja stwarza możliwość pozbycia się takiego „kłopotu”.

 

Niestety w dzisiejszych czasach o wszystko musimy pytać sądu. Nawet, gdy chcemy ratować życie pacjentowi. To zaczyna być niepokojące. A przecież czasem trzeba to robić z sekundy na sekundę, nie czekając na czyjś wyrok.

Dlaczego według Pana Profesora brytyjscy lekarze ostatecznie zdecydowali się na odłączenie pacjenta?

Ciężko powiedzieć, być może mają taką procedurę opisaną w postępowaniu. W Polsce chory najpierw trafia na intensywną terapię. Kiedy dochodzi do stabilizacji parametrów życiowych i nie jest już potrzebna intensywna terapia, zmienia miejsce pobytu. Szuka się dla niego miejsca np. w klinice „Budzik” czy oddziałach leczenia śpiączki.

Może brytyjskie procedury zalecają przeniesie pacjenta, ale na tamten świat… Może to właśnie miało miejsce. To już pytanie do sądu. Niestety w dzisiejszych czasach o wszystko musimy pytać sądu. Nawet, gdy chcemy ratować życie pacjentowi. To zaczyna być niepokojące. A przecież czasem trzeba to robić z sekundy na sekundę, nie czekając na czyjś wyrok.

Trzeba być bardzo czujnym, robi się z tej sprawy spór ideologiczno-religijny. I faktycznie głównie redakcje katolickie pytały mnie o zdanie. Przeciwnicy mówią, że to jest sprawa katolików. Pamiętajmy, że prawo ogólne jest wynikiem głosowania w parlamencie. Dlatego musimy być bardzo ostrożni, by większość polskiego społeczeństwa nie zaczęła myśleć na zasadzie „kłopot z głowy” i by te grupy nie wymuszały na nas rozwiązań pod wpływem podobnych głosów.

WIĘCEJ NA TEN TEMAT: Biskupi odnieśli się do śmierci Polaka w Plymouth. “Mamy nadzieję, że nie powtórzy się to w przyszłości”

 

KAI

 

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

BIBLIA

„4xP”. Sposób bp. Adriana Galbasa na czytanie Pisma Świętego

O osobistym dowodzie na to, że Słowo Boże jest żywe oraz o tym, dlaczego Biblia powinna być zawsze pod ręką, z ks. bp Adrianem Galbasem SAC rozmawia Judyta Syrek.

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Judyta Syrek: Zacznę od pytania, które często my, katolicy, słyszymy jako zarzut, że nie czytamy Pisma Świętego i nie żyjemy Słowem Bożym. Czy Ksiądz Biskup zgadza się z tym zarzutem?

Bp Adrian Galbas SAC: Nie wiem. To zależy od każdego indywidualnie. Trzeba pytać osobiście: czy ja czytam Pismo Święte i czy próbuję stosować je w swoim życiu? Jeśli chodzi o duszpasterstwo, to na pewno jest dużo lepiej niż kiedyś. Od Soboru Watykańskiego II mamy w Kościele stały i wielowymiarowy proces nakłaniania katolików do bardziej regularnego spotkania ze Słowem Bożym i to przynosi owoce. Duszpasterstwo dzisiaj jest dużo bardziej „biblijne” niż jeszcze pół wieku temu. No, a jak jest w życiu pojedynczych osób, to już trzeba zajrzeć do swojego sumienia. I dobrą okazją jest tu najbliższa niedziela.

 

Pozwolę sobie jeszcze pociągnąć wątek publicystyczny. To, że nam, świeckim, zarzuca się, że za mało znamy Pismo, to jedna strona. Ale jest też druga – skoro ksiądz Biskup mówi o duszpasterstwie – trudno nie nawiązać do praktyk księży, którzy nie zawsze w czasie codziennej Mszy św. komentują liturgię Słowa. A przecież dobre komentarze mogą świeckim ułatwić rozumienie Pisma.

To jest właśnie jednym z głównych przesłań Niedzieli Słowa Bożego. Papież Franciszek mówi, że po pierwsze jest ona po to, by ukazać znaczenie Słowa w liturgii, czyli to, o czym Pani Redaktor mówi, a po drugie, by po raz kolejny zachęcić każdego do osobistego spotkania ze Słowem. Dziwię się, że są parafie w Polsce, gdzie nie ma jeszcze praktyki codziennego, choćby krótkiego głoszenia homilii, bo jest to nie do przecenienia i dla słuchaczy i dla głoszącego. Jeżeli ksiądz ma nawyk codziennego głoszenia, to prawdopodobnie ma także nawyk codziennej, choćby krótkiej medytacji, i nie spotyka się po raz pierwszy ze Słowem, dopiero wtedy, gdy w czasie liturgii słyszy je z ust lektorów, albo gdy sam podchodzi do ambony, by odczytać Ewangelię. Korzyści są więc wielorakie…

 

Szczególnie, że Słowo Boże w liturgii pozwala ustawić codzienne patrzenie na wiele spraw. Wielu świeckich potwierdza, że Słowo z dnia trafia w to, z czym się w danej chwili zmagają.

Dokładnie tak! Papież Franciszek w Liście ogłaszającym Niedzielę Słowa Bożego mówi, że między Pismem Świętym, a naszą wiarą zachodzi ekstremalna więź. To znaczy, że jeżeli nie mam nawyku codziennego spotkania ze Słowem Bożym, moja wiara szybko osłabnie, a nawet umrze, ale też jeżeli nie mam wiary, to będę czytał Pismo Święte jak zwykły tekst i nie zobaczę w nim Słowa Boga.

 

Ojcowie Pustyni praktykowali Lectio Divina czyli Boże czytanie, uważali, że to najlepsza forma pobożności człowieka.

Lectio Divina jest konkretnym sposobem łączenia Słowa Bożego z codziennym życiem. I bardzo dobrze, że ta praktyka przeżywa teraz swój renesans, zarówno za sprawą Verbum Domini papieża Benedykta XVI, jak i rozmaitych propozycji teologiczno-duszpasterskich, których mamy mnóstwo.

Lectio Divina uczy nas, że Słowo nie powinno być czymś dodanym do życia, tylko, jak mówi Psalm 119 – ma być pochodnią. Nie reflektorem, który mogę zapalić i oświetlić sobie nim drogę długo naprzód, ale właśnie pochodnią, która oświetli mi miejsce tylko na jeden kroczek. Nie na zapas. Raz przeczytam i z głowy na pół roku. Właśnie nie! Pochodnia! Jak jej nie ma, to jest ciemno! Życia też się nie przeżywa na zapas…Ja mam swoje osobiste Lectio Divina, które nazywam: cztery „P”. To znaczy: przeczytaj, przemyśl, podejmij i popatrz.

 

Przeczytaj – rozumiem. A kolejne „P”? Może Ksiądz Biskup rozwinąć, jak to wygląda w praktyce?

„Przeczytaj” staram się praktykować wieczorem, czytając to, co liturgia proponuje na następny dzień…

 

Przez cały rok w tym samym kluczu?

Tak. Zgodnie z tym, co Pan Jezus mówi – czy człowiek śpi, czy czuwa, ziarno w nim kiełkuje. Mam więc taką nadzieję, że to Słowo posiane wieczorem, pracuje także przez sen, zresztą często mi się śni… Ja w łóżku, a Słowo w robocie… Następnego dnia staram się przemyśleć to Słowo, czyli odprawić medytację z prostym pytaniem: co Słowo mówi mi dzisiaj, w tej konkretnej sytuacji, w której jestem?

Potem jest „podejmij” – czyli coś najważniejszego, ale i najtrudniejszego. Na to jest cały dzień. Chodzi o to, by życie dostosować do Słowa, a nie odwrotnie: by nie naginać Słowa do wymyślonego przez siebie życia. I Pan Bóg daje takie momenty, w których Słowo bardzo wyraźnie przypomina o sobie. Mówi: halo Adrian (bo jesteśmy ze Słowem po imieniu), oto teraz masz możliwość dokonania wyboru: albo zrobisz tak, że to będzie zgodne z tym, co usłyszałeś, albo…

I ostatnie „P”: popatrz, czyli próba oceny, jak to bycie ze Słowem dzisiaj się udało, albo jak się nie udało i dlaczego? Jak wyglądało moje całodniowe przebywanie ze Słowem. To jest ocena całego minionego dnia i siebie w tym dniu. Najczęściej łączę to z Kompletą. A po „popatrz”, jest już następne: „przeczytaj”…

 

 

To pomysł autorski czy zaczerpnięty z jakiegoś źródła?

Te „P” to chyba sam sobie tak nazwałem, ale dynamika jest stara jak chrześcijaństwo. W spotkaniu ze Słowem Bożym dobrze jest znaleźć swoją metodę. Cudze sposoby nie zawsze muszą być moimi… Ważna jest wierność i to, by się nie zniechęcać. Sposób zależy też od osobistej sytuacji każdego. Na co innego może sobie pozwolić mnich, a na co innego człowiek żyjący aktywnie w świecie: z rodziną, obowiązkami zawodowym i czym tylko jeszcze. Ale każdy coś jednak może. Jeśli chce! Wielu z nas często dziś używa tzw. krokomierzy, chce każdego dnia przejść określoną liczbę kroków, by utrzymać kondycję. W spotkaniu ze Słowem też o to chodzi: o zrobienie paru świadomych i przemyślanych kroków. To bardzo dobrze wpływa na kondycję duchową.

 

Ksiądz Biskup biega, więc to porównanie nie dziwi…

Trzeba uważać, by nie było tu nierównowagi. Można przesadzić w trosce o swą fizyczność i zapomnieć o duchowości. To oczywiście dotyczy nie tylko świeckich, ale też nas, duchownych. Nawet szczególnie duchownych. Musimy bardzo uważać na – podkreślane zresztą często – niebezpieczeństwo zakłócenia równowagi pomiędzy eksportem a importem Słowa Bożego.

 

Co to znaczy?

My, księża, czy biskupi, stale eksportujemy Słowo, głosząc je na ambonie i w różnych innych przestrzeniach, np. na katechezie. Ale jak nie ma stałego importu, czyli przyjęcia Słowa, to prędzej czy później skończy się to jakąś duchową anoreksją, a nawet duchową śmiercią, albo tym, o czym pisała Agnieszka Osiecka w piosence „Sztuczny miód”: że cały ten nasz „eksport” Słowa stanie się niewiarygodny. Jak sztuczny miód, który z daleka wygląda na miód, ale nie ma ani zapachu, ani smaku, ani działania miodu.

 

Jeżeli chodzi o techniki czytania Słowa, kiedyś popularyzowana była, szczególnie przez ruchy charyzmatyczne, taka praktyka: „Otwórz tam, gdzie Duch Święty ci podpowie”. Ojciec Badeni kiedyś w rozmowie zwrócił mi uwagę, że w tej metodzie jest też szansa, że zamiast Słowa i Pana Boga zacznę szukać siebie. Jak uniknąć złej interpretacji Słowa?

Nigdy nie praktykowałem tego sposobu modlenia się Pismem Świętym. Niektórzy przestrzegają, że można otworzyć na fragmencie o Judaszu, który się powiesił, albo na fragmencie Psalmu mówiącym, że Boga nie ma – bo przecież i takie słowa znajdziemy w Biblii, w wyrwanym z kontekstu półzdaniu. Ale z drugiej strony, jeżeli ktoś miałby się w ogóle nie spotykać ze Słowem, to niech czyta, choćby i tak… Dla mnie jednak dużo lepsza jest nieco bardziej uporządkowana lektura Słowa, a najlepiej taka, w której dajemy się prowadzić Kościołowi, czyli kiedy korzystamy z pomocy liturgii dnia. Bardzo też zachęcam tych, którzy tego jeszcze nie zrobili, by przeczytali całe Pismo Święte. Przynajmniej raz w życiu.

 

Od początku do końca?

Można od początku do końca, można od końca do początku, czyli zacząć od Nowego Testamentu i potem dopiero poznawać Stary. Są też różne ciekawe aplikacje, które w tym pomagają. Dobre dla tych, którym trochę trudniej się samemu mobilizować. Kiedy byłem jeszcze w Nowicjacie, otrzymałem radę, by w rok przeczytać Pismo Święte. I przeczytałem. To było coś bardzo cennego. Oczywiście ktoś może w dwa lata, ale warto. To jest takie doświadczenie, którego dobro odkrywa się stopniowo, pomału. To przeczytane Słowo w człowieku pozostaje…

 

W judaizmie Słowo Boże poznaje się od dziecka, więc może rodzina jest tym miejscem, gdzie powinniśmy zaczynać poznawać Słowo. Co poznajemy od dziecka, kiełkuje mocniej…

Kiedyś pewna kobieta w Izraelu, pobożna i praktykująca Żydówka powiedziała mi, że gdy jej małe dziecko płacze, ona bierze je na kolana i czyta mu psalmy. Piękny sposób przekazywania Słowa i uczenia Słowa. U nas być może często jest tak, że jak dziecko płacze, mama daje mu smartfon z jakimś filmem, albo grą. Od naszych Starszych Braci na pewno możemy się uczyć miłości do Słowa. Zresztą, nieprzypadkowo, Niedziela Słowa Bożego została zaplanowana właśnie na trzecią niedzielę w ciągu roku, gdy jesteśmy krótko po Dniu Judaizmu i w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan. Słowo nas łączy.

 

Ojcowie Pustyni mówili, że Słowo Boże zawiera w sobie obecność Boga. Odczucie obecności jest może dla bardziej zaawansowanych, bo to już mistyka. Ale może każdy ma szansę na poczucie obecności Boga w trakcie czytania Słowa. Jak się do tego przygotować?

Jak słyszymy “mistyka”, myślimy od razu…

 

…wyższa szkoła jazdy…

Św. Teresa z Ávila, Jan od Krzyża. Nie moja półka… Tymczasem mistyka dzieje się w codzienności, w której obecna jest Jego Obecność. Św. Hieronim mówi, że „kto nie zna Pisma Świętego, nie zna Chrystusa”. Nie, że nie ma wiedzy o Chrystusie, ale nie zna Chrystusa. Spotkanie ze Słowem, jeżeli tylko odbywa się w wierze, nie jest tylko spotkaniem z literką, z tekstem czy nawet z dźwiękiem, lecz z Osobą. Jak uczy Sobór Watykański II – kiedy odczytywane jest Pismo Święte, mówi sam Chrystus.

 

 

Mówi się, że chrześcijaństwo to religia Słowa i dlatego w swoim codziennym życiu powinniśmy być bardziej wrażliwi na to, co mówimy. Czy Ksiądz Biskup czuje, przez wiele lat praktykowania codziennej lektury Pisma, że jest bardziej wrażliwy w komunikacji ze światem?

To już muszą ocenić inni, ale na pewno Jego Słowo uczy, że i przez nasze słowo możemy się do kogoś zbliżyć, lub oddalić. Zbudować lub zniszczyć. I że nie ma słowa, które nie zostawia śladu. Zawsze coś robi w człowieku i między ludźmi. To kolejny pożytek ze stałego bycia ze Słowem Bożym. Bardziej doceniamy komunikację…

 

Na koniec, zapytam standardowo, jaki fragment Pisma lubi Ksiądz Biskup najbardziej? Jest taki jeden?

Nie mam ulubionego fragmentu. Bardzo lubię całe Słowo Boże. Były takie okresy w życiu, że z jakimś tekstem byłem bardziej związany, ale dzisiaj nie umiem takiego wskazać. Raczej wciąż się zaskakuję. Niby czytam ten sam tekst któryś już raz, a tu zdumienie…Coś takiego tam jest…Słowo zawsze trafia na konkretny moment w życiu. Nigdy jeszcze nie byłem w tym momencie życia, w którym jestem dzisiaj. I jeżeli to Słowo czytałem wczoraj, byłem człowiekiem z wczoraj. Nie miałem tego doświadczenia, tego przeżycia, tej emocji, tych rozterek, tych lęków, tych grzechów, tych słabości, tych szczęść i tych nieszczęść, które mam dzisiaj. To taki mój osobisty dowód na to, że Słowo Boże jest zawsze Słowem nowym i żywym.

 

A z jakich komentarzy najlepiej korzystać? Kto Księdzu Biskupowi pomaga lepiej zrozumieć Pismo Święte?

Jest ich mnóstwo. Lubię komentarze Ojców Pustyni. Nikt ich nie pobije w głębi interpretacji. Ze współczesnych, bardzo cenię nieżyjącego już kard. Martiniego. Korzystam też z komentarza Paulistów. Jest seria Lectio Divina wydawana przez siostry Loretanki, a ostatnio hitem są dla mnie komentarze do Ewangelii wydawnictwa “W drodze”. Ale nie każdy musi korzystać z komentarzy. Można sobie samemu zapisać i zaznaczyć pytania, które nas nurtują, których z lektury Pisma świętego nie rozumiemy, które są dziwne, czy nawet straszne, i poprosić duszpasterza o ich wyjaśnienie. Od tego w końcu duszpasterze są: by głosić i wyjaśniać Słowo. Bardzo wielką pomocą są także rozmaite grupy i duszpasterstwa biblijne. Jest ich coraz więcej i coraz różnych.

Nie powiedziałem jeszcze o jednym. Skoro to koniec naszej rozmowy, to koniecznie muszę to dodać. Chodzi o to, by mieć w swoim mieszkaniu Biblię w widocznym miejscu, gdzieś pod ręką: na biurku, przy łóżku. Nawet jeżeli zwykle korzystamy z elektronicznej wersji Pisma Świętego. Czasem taki widok Księgi będzie nas kłuł w oczy, czasem pocieszy, a czasem po prostu o sobie przypomni… 

Pamiętam jak kiedyś, na początku kapłaństwa, byłem na jednym z kursów ewangelizacyjnych i tam zadano uczestnikom pytanie: co by powiedziała twoja Biblia, gdyby dzisiaj umiała mówić? Chodzi nie o Słowo w niej zawarte, bo Ono przecież ciągle mówi, tylko o Księgę. To pytanie mocno we mnie zapadło i często stawiam je sobie przy rachunku sumienia…

 

Czyli Biblia trochę tak, jak zdjęcie ukochanej osoby na biurku?

Tak. Od Nowicjatu mam swoją osobistą, ulubioną Biblię. Są w niej zapisane różne modlitwy, podkreślone teksty. Jest nieźle zniszczona. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby dzisiaj umiała mówić? Jakoś ze mną idzie… W testamencie więc poprosiłem, żeby włożyli mi ją do trumny. Niech też idzie ze mną na to ostateczne spotkanie ze Słowem. Face to face.

 

 

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadziła program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB “Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie”. Związana z TVP, sekretarz Rady KEP ds. Apostolstwa Świeckich.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama
Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



Reklama
Reklama

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap