Sąd rodzinny zarządził pilny wywiad środowiskowy, kurator uznał, że nie zachodzi potrzeba natychmiastowego umieszczenia dzieci poza rodziną. Mimo to trzyletnia dziewczynka i czteroletni chłopiec trafili do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Co działa nie tak?

Są takie uprawnienia państwa, których istnienia nikt rozsądny nie powinien kwestionować. Jeśli dziecko jest bite, głodzone, wykorzystywane albo jego życie i zdrowie są rzeczywiście zagrożone, instytucje publiczne muszą reagować. Czasami natychmiast. Czasami wbrew rodzicom. Ale odebranie dziecka rodzinie powinno być jednym z najbardziej ostrożnie używanych narzędzi, jakie państwo ma w swoich rękach.
Jeśli pomyłka dotyczy wystawieniu mandatu, ktoś straci pieniądze. Jeśli pomyli się urzędnik wydający decyzję administracyjną, można stracić czas i nerwy. Ale jeśli instytucje pomylą się przy odbieraniu dzieci, to szkody są nieodwracalne. Dlatego sprawa rodziny z Białołęki mówiąc delikatnie, może niepokoić. Zwłaszcza, że dotyczy osobistego i emocjonalnego zaangażowania urzędnika państwowego.
Najpierw dzieci zabrano. Potem sąd kazał je oddać
Sprawa rozpoczęła się 14 sierpnia 2026 roku. Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak była świadkiem sytuacji z udziałem matki i jej dzieci. Rzeczniczka twierdzi, że kobieta była bardzo pobudzona, krzyczała i szarpała dziecko. Jak mówiła później w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, uznała, że może istnieć zagrożenie dla dzieci, dlatego zareagowała.
Matka przedstawia wydarzenie inaczej. Według jej relacji syn wybiegł na ulicę, ona przestraszyła się o jego bezpieczeństwo, krzyknęła i próbowała go zatrzymać. Przyznaje jednocześnie, że zachowała się emocjonalnie.
Na tym jednak sprawa się nie skończyła. Policja po pierwszych czynnościach nie znalazła podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci. Sąd rodzinny zarządził pilny wywiad środowiskowy, a kurator uznał, że nie zachodzi potrzeba natychmiastowego umieszczenia dzieci poza rodziną. Mimo to później trzyletnia dziewczynka i czteroletni chłopiec trafili do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Następnie sąd nakazał niezwłoczny powrót dzieci do rodziców.
Przeczytaj również
Sąd zdecydował, by nie wydawać w trybie natychmiastowym zarządzeń dotyczących odebrania dzieci spod pieczy rodziców i zlecił w trybie pilnym kuratorowi przeprowadzenie w dniu następnym wywiadu środowiskowego w rodzinie na okoliczność aktualnej sytuacji opiekuńczo-wychowawczej dzieci, a policję poprosi o kontrolę środowiska w tym i następnym dniu
z uzasadnienia sądu
Sąd bardzo krytycznie ocenił skalę podjętej przez Rzeczniczkę interwencji, uznając ją za nieproporcjonalną do sytuacji. W medialnych omówieniach uzasadnienia pojawia się także określenie „przemoc instytucjonalna”. I właśnie w tym miejscu zaczyna się problem znacznie większy niż historia jednej rodziny.
Granica między błędem wychowawczym a krzywdzeniem dziecka istnieje i państwo ma obowiązek jej strzec. Państwo jednak nie może wymagać od rodzica bezbłędności i idealnych warunków życia, pod groźbą rozpadu jego rodziny.
W konsekwencji sąd żywi ogromne obawy, czy w sytuacji tak głębokiego, osobistego zaangażowania (…) oraz generowania tak potężnego nacisku na tę rodzinę, dalsza praca opiekuńczo-wychowawcza i terapeutyczna z nią będzie w ogóle skuteczna. Sąd realnie obawia się, że ci prości, zagubieni ludzie, w starciu z tak potężną machiną urzędniczą oraz przy tak bezwzględnym, osobistym zaangażowaniu (…) zwyczajnie nie podołają nałożonym na nich obowiązkom
z uzasadnia sądu.
Państwo dostało potężne narzędzie
Prawo daje instytucjom możliwość oddzielenia dziecka od rodziców z bardzo ważnego powodu: czasem rzeczywiście trzeba uratować dziecko przed przemocą. Obowiązująca ustawa o przeciwdziałaniu przemocy domowej przewiduje, że w razie zagrożenia życia lub zdrowia dziecka pracownik socjalny może zapewnić mu ochronę poprzez umieszczenie go u innej osoby najbliższej, w rodzinie zastępczej, rodzinnym domu dziecka albo instytucjonalnej pieczy zastępczej.
Oczywiście to rozwiązanie jest potrzebne. Jednak każde nadzwyczajne uprawnienie ma swoją drugą stronę. Im większą władzę oddajemy instytucjom dla ochrony najsłabszych, tym silniejsze powinny istnieć zabezpieczenia przed użyciem tej władzy nieproporcjonalnie. Odebranie dziecka nie jest „środkiem organizacyjnym”, takim jak przeniesienie dokumentów z jednego urzędu do drugiego. To rozwiązanie, które niesie za sobą nieodwracalne szkody.
Dla czterolatka państwo jest abstrakcją
Dorosły rozumie słowa „postanowienie”, „interwencja”, „pieczą zastępcza”, „czynności policji”. Czterolatek nie. Dla czterolatka rzeczywistość jest znacznie prostsza: wczoraj spałem w swoim łóżku obok mamy i taty, a dzisiaj jestem gdzieś indziej i nie wiem dlaczego.
Możemy później powiedzieć: sąd wszystko naprawił. Dzieci wróciły. Tylko czy naprawdę wszystko zostało naprawione? Nie da się cofnąć kilku dni strachu. Nie można nacisnąć przycisku „reset” i sprawić, że dziecko zapomni moment zabrania od rodziców. Dlatego państwo nie może traktować rozdzielenia rodziny jako środka stosowanego „na wszelki wypadek”.
Ochrona dziecka przed przemocą jest obowiązkiem państwa. Ale ochrona dziecka przed nieuzasadnionym zerwaniem więzi z rodzicami również jest ochroną jego praw.
Władza plus osobiste zaangażowanie to szczególnie niebezpieczne połączenie
Sprawa z Białołęki stawia również inne trudne pytanie: co dzieje się wtedy, gdy osoba posiadająca bardzo silną pozycję instytucjonalną sama staje się uczestnikiem zdarzenia?
Rzeczniczka Praw Dziecka była świadkiem sytuacji, interweniowała, a następnie jej urząd angażował się w dalszy bieg sprawy. Ona sama broni swojego zachowania, podkreślając, że obawiała się o bezpieczeństwo dzieci i działała zgodnie ze swoim obowiązkiem ochrony najmłodszych. Procedury to jednak coś więcej niż osobiste przekonania. Nie mówiąc już o osobistych emocjach.
Coś jednak w systemie działa nie tak, skoro prawo ma zależeć od tego czy dany urzędnik ma dobre, czy złe intencje.
Rodzina nie może żyć w strachu przed urzędnikiem
Byłoby czymś bardzo niebezpiecznym, gdyby po takich historiach rodzice zaczęli zadawać sobie pytanie: czy jeśli ktoś zobaczy mnie w najgorszych pięciu minutach mojego rodzicielstwa, lub uzna moje warunki mieszkaniowe, socjalne za słabe, może odebrać mi
Tym bardziej nie może ingerować w sprawy rodziny pod wpływem emocji danego urzędnika. W zasadzie przemocowo wobec rodziny. W takim myśleniu możemy dojśc do sytuacji, że zamiast pomocy rodzinie, pierwszą reakcją państwa jest groźba odebrania komuś dzieci.
Skoro po zbadaniu sprawy sąd zdecydował, że dzieci powinny natychmiast wrócić do rodziców, a zastosowane środki ocenił jako nieproporcjonalne, to trzeba zapytać, jak system dopuścił do sytuacji, w której tak daleko idąca ingerencja nastąpiła wcześniej?
I co można zrobić aby osobiste podejście urzędnika a tym bardziej jego emocje nie były instancją decydującą w tak ważnych sprawach. Dla urzędnika jest to jedynie sprawa przekroczonych uprawnień, dla rodziny a przede wszystkim dla dzieci jest to naznaczenie i trauma na całe życie.
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej: stacja7.pl







