video-jav.net

Abp Michalik: biedny też może coś ofiarować bliźniemu

Abp Józef Michalik wziął w środę udział w spotkaniu wigilijnym z potrzebującymi kuchni im. bł. Matki Angeli i św. Brata Alberta. – Nie ma takiego biedaka, który by nie miał czegoś do ofiarowania bliźniemu – podkreślił emerytowany metropolita przemyski.

Polub nas na Facebooku!

Abp Michalik wskazywał, że chcąc być blisko Pana Boga, trzeba wypełniać dwa najważniejsze przykazania: miłości Boga i bliźniego. Wyjaśniał, że aby je realizować należy modlić się i szanować Pana Boga, i dzień świąteczny oraz czynić dobro drugiemu człowiekowi każdego dnia. Jak zaznaczył, „nie ma takiego biedaka, który by nie miał czegoś do ofiarowania bliźniemu”.

– Nie ma, bo nie ma człowieka bez serca. Każdy ma serce i trzeba, żeby z tego serca coś ofiarowywał. Nawet uśmiech, życzliwość, cierpliwość, przebaczenie. To jest prawdziwa miłość do drugiego człowieka. A jeśli już będę szedł spać i nic mi się nie udało, to chociaż się pomodlę. Czyli mamy co ofiarować – podkreślił.

 

Hierarcha zachęcał do podejmowania prób dobrych uczynków, bo jak stwierdził, te starania mogą być decydujące, gdy przyjdzie stanąć przed sądem Bożym.

Abp senior stwierdził, że Boże Narodzenie jest dowodem na to, że Bóg kocha wszystkich ludzi, także grzeszników, bo w swoim wcieleniu otwiera niebo dla wszystkich ludzi. – Do grzeszników przyszedł Pan Jezus, żeby przebaczyć nam grzechy, wszystkie, jakiekolwiek by były – powiedział.

 

Hierarcha przypomniał, że grzech towarzyszył ludziom od zarania dziejów, z tą różnicą, że kiedyś ludzie wstydzili się grzechów, a teraz nie chcą zła nazwać złem. – A prawdziwa wartość człowieka nie polega na tym, że on nigdy nie upadnie, nie zgrzeszy i nic złego nie zrobi, bo zdarza się złość, grzech i różne słabości, ale wielkość i wartość człowieka polega na tym, że on przeprasza Pana Boga i ludzi i stara się żyć inaczej, nawet jeśli nie od razu mu się to udaje – wyjaśnił.

 

W spotkaniu wigilijnym wzięło udział ponad 200 osób na co dzień korzystających z posiłków w kuchni im. bł. Matki Angeli i św. Brata Alberta. Prowadzą ją siostry felicjanki wraz z przemyskim kołem Towarzystwa im. św. Brata Alberta. Na stole znalazły się m.in.: pierogi, barszcz, ryba oraz ciasta.


pab / Przemyśl
KAI

Dziś 2. rocznica śmierci o. Jana Góry OP

Są cztery osoby, które potrafią stworzyć coś z niczego - Trójca Święta i o. Jan Góra - taki żart krążył o znanym dominikańskim duszpasterzu, człowieku - instytucji, twórcy takich inicjatyw jak Lednica, kompleksu rekolekcyjnego na Jamnej, współorganizatora Światowych Dni Młodzieży. Dziś przypada 2. rocznica śmierci zakonnika.

Polub nas na Facebooku!

Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych duszpasterzy młodzieży w Polsce. Był uwielbiany przez nią, ale też irytował swoim egocentryzmem i tendencją do autoreklamy. “Oj, Jasiu, żebyś Ty dominikańską Wiolettą Villas nie został” – przestrzegał go przed laty znany publicysta. Wszystko było mu jednak wybaczone, gdyż o. Jan kochał Kościół, swój Zakon i przede wszystkim młodzież, której towarzyszył, poświęcał długie godziny na rozmowy, uczył jak żyć. Był kopalnią pomysłów, które na pierwszy rzut oka wydawały się szaleństwem, a które realizował bez kompleksów i lęku, że może się nie udać.

 


Kłaniał się Prudnikowi


 

Urodził się 8 lutego 1948 r. w Prudniku koło Opola. Mieszkańcy miasteczka składali się z dwóch grup – zasiedziałej ludności śląskiej oraz przybyszy zza wschodniej granicy przedwojennej Rzeczpospolitej. Jego rodzice byli tu przybyszami, ale nie zostali wykorzenieni z wiary i zasad na całe życie, które przekazali dzieciom. Ważną postacią, kształtującą przyszłego twórcy Ruchu Lednickiego, miał jego stryj, ks. Jan Góra, proboszcz w Paleśnicy w diecezji tarnowskiej. Bratanek spędzał wakacje na probostwie u stryja, co wpłynęło na decyzję dalszej drogi życiowej. Po latach wspominał swoje szczęśliwe dzieciństwo i tęsknotę, która go nie odstępowała, gdy opuścił rodzinny dom, gdy pod wpływem dominikanów, którzy prowadzili miejscową parafię, wstąpił do Zakonu św. Dominika. Rodzinne miasteczko na zawsze zostało w jego sercu, poświęcił mu książkę “Ukłoń się, Jasiu, Prudnikowi”, w której z wdzięczną miłością opisuje świat dzieciństwa.

 


Dominikanin z krwi i kości


 

Zaraz po zdaniu matury, w wieku osiemnastu lat, wstąpił do Zakonu Dominikanów. W Zakonie chłopak z małego miasteczka czuł się początkowo nieswojo, imponowali mu współbracia po studiach lub wybitni ojcowie – chluba wspólnoty. Święcenia kapłańskie przyjął w 1974 r., studiował na ATK w Warszawie, w 1981 r. obronił doktorat z teologii.

W czasie formacji zakonnej pokochał Kraków i był rozczarowany, gdy przełożeni zdecydowali, że będzie pracował w Poznaniu. Podobno wybitny pisarz i poeta, z którym się przyjaźnił, Roman Brandstaetter, pocieszał go mówiąc, że w Krakowie jest tyle znakomitości, że nikt by ich nie zauważył, natomiast ich szanse wzrastają w stolicy Wielkopolski. Właśnie tutaj odkrył swój charyzmat i realizował pasje, choć jak przyznał, początkowo nie miał ochoty podejmować działkę, wyznaczoną przez przełożonych – miał być duszpasterzem młodzieży szkół średnich.

 

 

Klasztor poznański szczycił się duszpasterstwem młodzieżowym na najwyższym poziomie, młody zakonnik miał znakomite wzorce. “Nie jestem ideałem, ale uczyłem się u najlepszych. Ojciec Tomasz Pawłowski OP był, jest i będzie na zawsze moim mistrzem. Kardynał Wojtyła, a później Jan Paweł II, to był dopiero mistrz świata. (…). Nie bał się młodych, nie pobłażał im, ale był wymagający” – mówił w jednym z wywiadów.

 


Właściwy ton


 

Nie od razu znalazł właściwy ton. Na początku próbował zakumplować się z młodzieżą, ale szybko zorientował się, że to fałszywe rozwiązanie. Jedna z dziewczyn zwróciła mu uwagę, że nie potrzebuje kumpli, a ojca. Mówił do młodych otwartym tekstem, nie owijał w bawełnę, używał kolokwializmów, ale zachowywał dystans. Prowadził, pomagał w kształtowaniu człowieczeństwa. Przetrąconym, skonfliktowanym z rodzicami, zbuntowanym, uzależnionym, chorym. Poświęcał im czas, rozmawiał do późna w nocy. Stawiał wymagania, nie pobłażał, rozdzielał konkretne prace i zadania. Odkrył, jak wielki jest deficyt ojcostwa, jak bardzo młodzi spragnieni są miłości, akceptacji, wskazówek, żeby pięknie i mądrze żyć. Oni zaś czuli, że nie “ściemnia”, bo żyje tym, co mówi.

Od 1987 r. zaczęły się kolokwia w klasztorze w Hermanicach, kolejnym miejscem i szczególnym “gniazdem” stała się Jamna koło Paleśnicy w diecezji tarnowskiej, gdzie zaadoptował starą szkołę. Był tym duszpasterzem, który “pociągnął” organizację VI Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie w 1991 r.

 

 

Sześć lat później zainaugurował spotkania nad Lednicą, w miejscu chrztu Polski. W jednym z wywiadów tłumaczył, że Lednica to “nowy sposób przekładania wiary na kulturę. Jeżeli widać, jak język wiary się zepsuł, jak ten język odbija się od współczesnej młodzieży, to my szukamy nowego języka wiary. Poprzez śpiew, taniec… Mamy propozycję kulturową, ale również mamy propozycję duchowo-intelektualną. Kiedyś Jan Paweł II napisał mi: “Jak ryba chwyciła haczyk, to ciągnij”.

Ciągnął Lednicę, gdzie przyjeżdżało dziesiątki tysięcy młodych z całej Polski. Przejście przez Bramę Trzeciego Tysiąclecia, śpiew, taniec, modlitwa, drobne pamiątki – cała subkultura, która miała przybliżyć uczestnikom prawdę o Bogu.

 


„Wszystko wie Pan Bóg. Ja o sumach nie mówię”


 

Miał wielki dar przekonywania ludzi do składania ofiar na realizowane przez niego projekty, nazywany przez młodzież “sępieniem”. Potrafił dotrzeć do najbogatszych Polaków, m.in. do Jana Kulczyka. Bramę Trzeciego Tysiąclecia sfinansowała w dużej mierze producentka bielizny damskiej, lista ofiarodawców jest bardzo długa, gdyż o. Jan potrafił przekonać darczyńców, że złożenie go to jedna z najlepszych rzeczy, jaka im się w życiu przytrafiła. − Czekam na was, spiżarnie mamy pełne, o suchym pysku nie wyjedziecie. Mamy też pełno książek, które będę podczas wakacji rozdawał za darmo – zachęcał młodych jeszcze w tym roku.

 

XVIII Spotkanie Młodych Lednica 2000 - fotorelacja

 

Nawet Jan Paweł II, którego o. Jan kochał i miał z nim “niesamowitą, osobistą relację” wiedział, że z pustymi rękoma nie należy go odprawiać. „Gdy spotykał się ze mną, mówił po krakowsku do ks. Stanisława Dziwisza „dej mu tam co”. W ten sposób dostałem buty, piuskę, a nawet szkaplerz papieża” – wspominał.

Zapytany o konkrety po śmierci Jana Kulczyka, potwierdzając, że hojnie wspierał dzieło ewangelizacji, stwierdził jedynie: „Wszystko wie Pan Bóg. Ja o sumach nie mówię”.

 


“Widzę Jego kształty”


 

Nie chciał indoktrynować, ale zarazić Bożą obecnością, zachęcać, by młodzi odkryli swoje prawdziwe szczęście. W głoszeniu był gorący. „Chciałbym opowiedzieć o Eucharystii, o Mszy świętej, którą żyję. Chciałbym się podzielić swoją miłością, bo mówienie o Mszy to jest mówienie o miłości” – mówił w tym roku w Łodzi, gdzie dojechał mimo że był chory. Nie oszczędzał się, mimo złego stanu zdrowia. Zapewnił, Eucharystia to miłość w najczystszej postaci. „Msza święta to jest spotkanie z Jezusem w dialogu. Ja mówię swoje, On mówi swoje i to jest najcudowniejsza chwila, ten dialog z Jezusem, to że się mu można totalnie ofiarować. Nie ma większego szczęścia dla mnie” – wyznał.

Dialog ten z pewnością prowadził także w poniedziałek, 21 grudnia 2015 roku. Uczestników Mszy św. zapewniał, że Pan jest blisko, że widzi Jego kształty. Zasłabł przy ołtarzu, zmarł niecałą godzinę później.


Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa
KAI