Nasze projekty
Judyta Syrek, Leon Knabit OSB

Uwielbienie. Oby cię tylko nie przerosło!

Mocny człowiek wie, że gdy modlitwa nie skutkuje na serce, na teściową, na totolotka, to i tak umacnia się w Bogu

Reklama

Z ojcem Leonem Knabitem OSB o tym, jak się nie wykoleić w Kościele i jak się modlić, żeby nie przerosła nas forma, rozmawia Judyta Syrek

 


Ojciec przeżywał już kiedyś w Kościele czasy intensywnej odnowy charyzmatycznej. Teraz znowu mamy ożywienie. Tłumy ciągną na wieczory uwielbieniowe. Co Ojciec myśli o takiej formie modlitwy?

Reklama
Reklama

 

Przede wszystkim myślę, że taka forma modlitwy jest dla ludzi zdrowych psychicznie. Dlatego, że u osób słabych, wyzwalanie emocji może narobić więcej zamieszania niż pożytku. Przed laty rozmawiałem z panią prof. Zenomeną Płużek, psychologiem, pytałem ją o zjawisko Odnowy. Powiedziała, że niekontrolowane pseudo-charyzmatyczne ruchy, przysporzyły jej pacjentów do kliniki psychiatrycznej w Kobierzynie.

 

Reklama
Reklama

Podobnie jest w klasztorze, gdzie jest wyższy poziom życia modlitewnego. Jeżeli przyjdzie tu człowiek normalny psychicznie, to przynosząc ze sobą nawet mnóstwo problemów, powoli zacznie wszystko w sobie układać i wzrasta duchowo. Ale, jeśli przyjdzie ktoś słabszy psychicznie, to w życiu zakonnym się prędzej wykolei niż w świeckim. Ograniczenia jakie mamy, wymagania jakie stawia reguła, chęć sprostania różnym obowiązkom – to wszystko słabej osobie nie wychodzi i wtedy może nawet wystąpić z zakonu, odejść z Kościoła.

 

Mocny człowiek wie, że gdy modlitwa nie skutkuje na serce, na teściową, na totolotka, to i tak umacnia się w Bogu. Nie traci z Nim kontaktu. Rozumie, że być może w tej chwili ta rzecz nie jest w jego zasięgu, nie jest dla niego. Natomiast słabsze osoby mają żal do Pana Boga, że ich nie wysłuchuje. Potem przychodzi depresja: „Prosiłem, prosiłem, a Ty mnie nie wysłuchałeś”. Takie sytuacje kończą się nawet odejściem od Kościoła. Dlatego trzeba rozwijać życie wewnętrzne według swoich możliwości. Wiadomo, że rowerzysta nie będzie się ścigał z Robertem Kubicą w Formule1. On się musi ścigać z innymi rowerzystami. W życiu modlitewnym jest podobnie.

Reklama

 

Uwielbienie. Oby cię tylko nie przerosło!

Jak najbardziej jestem za prawdziwym ruchem charyzmatycznym w Kościele, bo to jest coś, co istnieje w chrześcijaństwie od początku, ale osoby, które tymi ruchami kierują i prowadzą modlitwy uwielbieniowe, muszą wiedzieć, jak to robić, żeby nie szkodzić. Bo nawet w najlepszych inicjatywach Szatan potrafi namieszać. To, co silnego człowieka prowadzi do mistycyzmu, słabego może zupełnie pozbawić kontaktu z Bogiem. Jest taki ciekawy dialog w książce „Wspomnienia wiejskiego proboszcza”. Szatan mówi do księdza: „Pamiętaj, ty się będziesz próbował wspinać do Pana Boga i być już blisko, a ja wciąż będę z Tobą”. Ktoś powie, że Jezus jest zawsze z nami. Oczywiście. Ale drogi do Boga pilnuje Anioł Stróż i Diabeł Stróż, który stara się byśmy jednak nie byli za blisko.

 

Czyli do uwielbienia trzeba dojrzeć?

 

Tak, trzeba dojrzeć. Klasyczna definicja modlitwy mówi, że jest ona prośbą do Pana Boga o rzeczy godziwe. Ta formuła została rozbudowana, do modlitwy, która jest rozumiana jako akt uwielbienia. Ale żeby w modlitwie wejść na „głęboką wodę” – a uwielbienie to jest głęboka woda – trzeba spojrzeć na „termometr”, który nam pokaże czy temperatura nie jest przypadkiem za wysoka.

 

Człowiek powinien wciąż trwać w stanie modlitwy, oddycha modlitwą. Czasem oczywiście trzeba jej więcej, czasem trzeba więcej prosić. Ktoś na moim blogu napisał, że chrześcijaństwo doprowadza do bezpośredniej relacji z Bogiem. I o to właśnie chodzi, o bliskość z Panem, która nie jest utrwalona raz na zawsze. Ta relacja jest różna. Jednej chłop miał wielką łąkę. Przyszła powódź i wszystko zalała. „Panie Boże, jedz sobie teraz tę trawę sam, bo moje bydło nie będzie tego jadło” – powiedział wkurzony. To jest przykład na pograniczu bluźnierstwa, ale ten człowiek traktował Pana Boga na serio.

 

Skąd takie tłumy na wieczorach uwielbieniowych? Na codziennej mszy w kościele jest garstka ludzi.

 

Na pewno w człowieku jest tendencja do wielbienia Pana Boga. Może sobie czasem nie zdajemy sprawy z tego, ale potrzebujemy takiej formy modlitwy. Poza tym myślę, że udział w uwielbieniowych spotkaniach często kryje w sobie również chęć posiadania idola. W zależności od bodźców, człowiek idzie z tłumem i krzyczy na przykład nazwisko polityka, albo woła: „Jezus, Jezus, Jezus”. Takie zachowanie jest wpisane w naszą naturę. Człowiek chce się wypowiedzieć hałaśliwie i radośnie w zjednoczeniu z innymi. Wracając jednak do uwielbienia, warto też zauważyć, że jeżeli na takim wieczorze jest tylko uwielbienie, nikt z wielbiących nie ma pretensji do Pana Boga. Jeżeli natomiast, spotkaniom towarzyszy dodatkowo modlitwa o uzdrowienie, to już niektórzy wychodzą zawiedzeni.

 

Uwielbienie. Oby cię tylko nie przerosło!

A czy w takim naszym codziennym życiu modlitewnym powinniśmy dbać o to, by był taki czas na wielbienie Pana Boga?

 

Na pewno. Tylko, że to jest tak, jak mówi św. Paweł, pewne rzeczy człowiek ma wrodzone, a pewne trzeba przypomnieć albo się ich nauczyć. W modlitwie musimy się ukształtować, podobnie jak w innych czynnościach. Od dziecka się kształtujemy. Mama karmi nas, uczy jeść. Potem uczymy się ubierać, a jak przyjdzie lato, to nawet rozbierać. Kiedyś dziewczyny zastanawiały się więcej nad tym, co ubrać, teraz, jak się rozebrać, żeby to się jeszcze nazywało ubraniem. Ale to taka dygresja.

 

Są różne formy modlitwy, różne sposoby uwielbienia. W czasie uwielbienia mogą się dziać cuda i tu trzeba uważać, bo Szatan też potrafi działać cuda, by wprowadzić ludzi w błąd. W świecie jest wiele alternatywnych wydarzeń, uciech. I musimy stale wybierać. Święty Benedykt, nasz założyciel, miał kolegów, koleżanki, bogate życie, w końcu wybrał ucieczkę na pustkowie, żeby się modlić.

 

Ktoś kiedyś powiedział: lepiej wielbić, niż prosić. Zgodzi się Ojciec z tym?

 

W modlitwie trzeba iść za natchnieniem. Czasem bywa tak, że muszę powiedzieć: „Panie Boże, nie umiem rozwiązać problemu”. Konkretnie nazywam sprawę. Ale czasem wydaje się komuś, że nie powinien prosić. I to nieproszenie okazuje się być wyrazem zwątpienia. Jeżeli w modlitwie prośby, myślę sobie że „chyba jednak nie…”, to znaczy, że nie mam zaufania. Dziecko nie mówi do matki: „Daj mi to ciastko, o ile wiesz, że mi nie zaszkodzi”. Nie. Dziecko mówi: „Daj mi ciastko, albo daj mi coś innego, też dobrego”. Podobnie jest z Panem Bogiem. Trzeba mówić bezpośrednio. Jeżeli Pan Bóg uważa, że to nie jest dla mnie, da mi coś innego. Bóg widzi moje teraz i moją przyszłość, ale nie narusza w tym wszystkim mojej wolnej woli. Można oczywiście uprawiać taką futurologię i zastanawiać się: „Co by było gdyby teraz przyszła burza i piorun walnął w ten cały interes?…. Co by było, gdyby tam ktoś na dole się powiesił? Co by to było, gdyby ciebie samochód przejechał w drodze do Tyńca? Co by było, gdybym ja złamał nogę?”. Taka jest ludzka mentalność. Ale w tej mentalności los sprawił, że człowiek się nie powiesił, piorun nie strzelił, ty dojechałaś, mnie się nic nie stało. Pan Bóg wszystkie możliwości widzi i nie niweluje w tym obrazie naszej wolnej woli. Wiele rzeczy może się zdarzyć, bo nie jesteśmy zaprogramowani jak komputer. Oczywiście, mamy w sobie program. Naszym programem jest zbawienie. Zbawić się – to nasz cel.

 

Uwielbienie. Oby cię tylko nie przerosło!

Jakie powinny być proporcje w codziennej modlitwie?

 

Ja próbuję sobie czasem układać różne formy modlitwy tak, jak się leki wkłada do pudełka. Rano niebieskie, w południe białe, itd. Ale nie trzeba się zamykać w schemacie. Mogę uwielbiać Boga w różnych sytuacjach, tylko muszę wiedzieć za co. Jeżeli wsadziłem nogę do dziury i się nie połamałem, jestem zdrowy, to konkretnie dziękuję. Nie tak dawno wychodziłem ze sklepu w Krakowie przy Grzegórzeckiej, nie zauważyłem, że mam przed sobą krawężnik, który oddziela jezdnię od torowiska, i poleciałem „na mordę”. Dosłownie”. Nos miałem cały. Zęby też. Ale za to poharatałem sobie przestrzeń między nosem a górną wargą. Dwóch młodzieńców pomogło mi się pozbierać. Oni przerażeni, a ja się śmieję: Bogu dzięki, nic nie jechało. Poszedłem do pobliskiego szpitala. Rzeczywiście, nic się złego nie stało. Miałem za co dziękować! Natomiast, kiedy umiera matka lub dziecko, trudno dziękować. Trudno wielbić Boga. Trzeba wtedy pytać: „Panie Boże, co się dzieje? O co chodzi?”. I prosić: „Boże pociesz mnie, podtrzymaj na duchu”.

 

Czyli nie proporcje a sytuacja?

 

Sytuacja pomaga, żeby proporcje były elastyczne. Długo się uczymy modlitwy. Jak mówi św. Benedykt, dopiero w po pewnym czasie serce się rozszerzy i człowiek będzie biegł drogą przykazań bożych, w swobodzie ducha. Jeżeli Pan Bóg jest blisko, to zawsze czujemy swobodę. W modlitwie nie można pomijać tego, co dzieje się w naszym życiu. Jeżeli się poprztykamy, musimy przeprosić. Jeżeli na czymś nam konkretnie zależy, prosić.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite