video-jav.net

Kurs przedmałżeński. Ponura konieczność czy ważna szansa?

Tak zwane nauki przedmałżeńskie nie cieszą się zbyt dobrą sławą, i Bogiem a prawdą trudno się temu dziwić. Ciągle jeszcze zbyt wiele konferencji czytanych jest z kartki albo z ekranu prezentacji. Ciągle zbyt wielu prowadzących sprawia wrażenie, że mówi do siebie, a ich słownictwo i ogólna prezencja są dość, hmm, hermetyczne.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kurs przedmałżeński. Ponura konieczność czy ważna szansa?
Tak zwane nauki przedmałżeńskie nie cieszą się zbyt dobrą sławą, i Bogiem a prawdą trudno się temu dziwić. Ciągle jeszcze zbyt wiele konferencji czytanych jest z kartki albo z ekranu prezentacji. Ciągle zbyt wielu prowadzących sprawia wrażenie, że mówi do siebie, a ich słownictwo i ogólna prezencja są dość, hmm, hermetyczne.

Istnieje też grupa prowadzących dla odmiany straszliwie entuzjastycznych, którzy odczuwają nieodpartą potrzebę podzielenia się osobistymi historiami, przy czym połowy z nich słuchacze naprawdę, ale to naprawdę nie chcieli poznać. Problematyczni bywają też niektórzy uczestnicy,  wiodą puste sprzeczki albo obśmiewają usłyszane treści, albo koniecznie muszą coś wtrącić, albo ostentacyjnie grają na komórce.

Wierzcie mi, bywa bardzo trudno – stałam po obu stronach barykady, i to kilkukrotnie. Nie to, że wykańczałam kolejnych narzeczonych, tylko w ramach studiów musiałam odbyć hospitacje i praktyki na kursach i w poradniach. Porównując ofertę sprzed piętnastu lat z obecną, widzę ogromny postęp, i tym bardziej uważam, że warto rozejrzeć się za kursem niekoniecznie najbliższym, ale najsensowniej przygotowanym. Kryteria, na które warto zwrócić uwagę, to przede wszystkim osoba lub osoby prowadzące, a po drugie – forma kursu. Im więcej przestrzeni do rozmowy – między Wami – tym lepiej. Niedoścignionym wzorem są Dialogi Narzeczeńskie księdza Orzecha, które on sam nazywa kursem antymałżeńskim i przewrotnie wyraża nadzieję, że połowa zebranych par nie dotrze do ołtarza, gdyż on ma już po dziurki w nosie nieudanych małżeństw. I potem tylko zadaje pytania. Daje tematy do rozmowy, porównania opinii, ustalenia wersji. Dzieje się.

Na większości kursów spotkamy już elementy warsztatowe, i to bardzo dobrze. Jak mówię – istotne, żeby warsztaty nie służyły grupie, tylko Wam jako parze, żeby we właściwym czasie podsunięto Wam odpowiednie tematy do dyskusji. Nie w celu wykłócania się z prowadzącym albo innym kursantem, ale żeby wykorzystać szansę ustalenia warunków granicznych między Wami dwojgiem.

 

 

Być może należycie do tych par, które wszystkie kluczowe sprawy mają od dawna ustalone, patrzą zgodnie w jednym kierunku, nie dzielą ich wielkie różnice światopoglądowe i znają się jak łyse konie. Może myślicie sobie – po co nam te całe kursy, przecież my to wszystko wiemy, umiemy, komunikujemy się wzorowo. Z perspektywy trzynastu lat małżeństwa mogę Was zapewnić, że nie wszystko wiecie, i że nigdy nie osiągniecie tego stanu, przynajmniej nie w tym życiu. Naprawdę warto posłuchać kogoś bardziej doświadczonego – nie o to chodzi, że powinniście wdrożyć wszystkie rady, albo że ktokolwiek na świecie jest w stanie podać Wam receptę na idealny związek. Małżeństwa z dłuższym stażem są jednak w stanie przestrzec przed najbardziej spektakularnymi wywrotkami na początku wspólnej drogi. Albo przynajmniej będą się zachowywać tak, jak Wy nigdy byście nie chcieli – i może niechcący, ale też udzielą Wam cennej nauczki.

Reasumując: podejdźcie do kursów z otwartą głową, pokorą i dobrą wolą. Każda sposobność do lepszego wzajemnego poznania jest dobra, każda okazja do nauki warta wykorzystania. Jeżeli możecie, wybierzcie te z lepszymi recenzjami, ambitniejsze, staranniej przygotowane. Przynajmniej nie będziecie musieli powstrzymywać śmiechu albo zażenowania.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Mit start-upu

Mamy pomysł, inwestujemy pieniądze własne i rodziny, kupujemy komputery z jabłkiem na obudowie, wynajmujemy biuro w pomieszczeniach po dawnej fabryce i ściągamy architekta wnętrz do jego aranżacji. I koniecznie zapuszczamy brody. Jednym słowem robimy start-up.

Szczepan Kasiński
Szczepan
Kasiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mit start-upu
Mamy pomysł, inwestujemy pieniądze własne i rodziny, kupujemy komputery z jabłkiem na obudowie, wynajmujemy biuro w pomieszczeniach po dawnej fabryce i ściągamy architekta wnętrz do jego aranżacji. I koniecznie zapuszczamy brody. Jednym słowem robimy start-up.

Ten lekko przerysowany obraz nowych inicjatyw biznesowych to efekt wtłaczanych nam przez media społecznościowe i popkulturę wizji tego, jak powstaje start-up. Obrósł w swoistą mitologię, a przez to nie ma wiele wspólnego z prawdą. Odczarowanie tego tematu pozwoli nam stanąć w prawdzie i docenić wysiłek twórców nowych pomysłów, a przez to życzliwym okiem spojrzeć na śmiałków, którzy próbują zmienić na lepsze rzeczywistość, w której funkcjonują. 

 

Mit garażu

Jeżeli popatrzymy na mit założycielski, czyli historię o początkach firm takich jak Google, Apple, PayPal czy Amazon, to nieodłącznym jego elementem jest to, że twórcy tych współczesnych gigantów zaczynali w przydomowym garażu. Tam powoływali firmę i tam pielgrzymują fani ich współczesnych produktów, do miejsca gdzie powstały legendy. 

Amerykańska rzeczywistość i system prawny ułatwiają takie rozwiązanie, jednak nie jest ono konieczne do stworzenia dobrze funkcjonującej firmy, bo w sumie start-up, to tylko nowa firma, która ma pomysł na swoje usługi, a nazywa się modnym hasłem, podążając trochę ślepo za modą. Bo przecież dużo atrakcyjniejsze dla otoczenia jest mówienie, że jest się twórcą start-upu, niż że się założyło firmę. 

Czym więc jest ten start-up? Ile twórców, tyle definicji, ale sprowadzając je do wspólnego mianownika, możemy określić, że to pomysł na biznes, który ma szanse zostać zaakceptowany przez rynek (konsumentów). Od klasycznej definicji nowej firmy różni się tym, że start-upy najczęściej wytwarzają produkty cyfrowe, niematerialne, bądź tworzą gadżety, które mają ułatwić życie ich nabywcom. Do tego, działają w stanie skrajnej niepewności, tworząc coś, czego jeszcze nie ma i nie wiadomo jak na to zareaguje rynek. Takie życie na krawędzi.

 

Brodacz z jabłkiem

Skąd wziął się zatem wizerunek start-upowców jako brodaczy z charakterystycznym jabłkiem na obudowie komputera? Paradoksalnie, to efekt reklamy Apple z 1984 roku, którą nakręcił Ridley Scott. To właśnie stamtąd wziął początek mit użytkowników tego sprzętu, jako osób niezależnych od systemu, twórczych, kreatywnych. I podążając za tym mitem, tysiące twórców chce być jak Steve Jobs. W swoich i cudzych oczach. 

Pomijając użyteczność samego sprzętu, budowanie wizerunku niepokorności, twórczości, czy genialności ma w swoim założeniu jeszcze jeden, być może najważniejszy cel – znalezienie inwestora! 

 

Fundusze inwestycyjne

Jest jeszcze jedna różnica, która pokazuje inność start-upu. Najczęściej do stworzenia produktu, potrzebna jest inwestycja. Stworzenie produktu wymaga miesięcy, czy nawet lat pracy, a za tą pracę ktoś musi zapłacić, w momencie gdy skończą się środki od założycieli. 

Dlatego w swojej początkowej fazie start-upy są pomysłem na biznes, prototypem, który ma podstawowe funkcje. I właśnie tym pomysłem, powiązanym z biznesplanem start-upowcy próbują zachęcić poważnych inwestorów – czy to w formie funduszy inwestycyjnych, których rolą jest wyławianie “perełek”, czy aniołów biznesu – indywidualnych przedsiębiorców, którzy osiągnęli już sukces i szukają nowych pomysłów, które mogliby wesprzeć swoją wiedzą, doświadczeniem i oczywiście pieniędzmi, otrzymując w zamian udziały w firmie. 

Inwestor, a szczególnie jego środki są potrzebne do jednego zasadniczego celu – skalowalności. Czyli tego, by przyjęty model biznesowy można było bez większych kosztów i zmian w jego rdzeniu przenosić do kolejnych krajów, czy na nowe rynki i branże. Jeżeli jednak modelu nie można skalować, albo jest to zbyt trudne, może to prowadzić do klęski.

Jednak Ci, którzy przetrwają i odniosą sukces, mają szanse zdominować rynek w swojej kategorii, przynosząc krociowe zyski nie tylko swoim założycielom, ale także inwestorom. I właśnie ta wizja niesamowitych dochodów, a wręcz pogoń za nią, są kolejnym wyróżnikiem twórców start-upu – żyją mitem bogactwa, które jest na wyciągnięcie ręki. 

 

 

Nieskończona lista sukcesów

Niestety często motywacją do założenia własnego projektu, jest zachłyśnięcie się historiami sukcesu. Wertowanie na potęgę biografii słynnych start-upowców, inspirowanie się ich złotymi myślami i ślepe naśladownictwo to pewna droga do porażki. Bo co jest nowego i atrakcyjnego w założeniu “drugiego Facebooka”? 

Patrząc na środowisko start-upów możemy wpaść w pewną pułapkę – znane i cenne projekty są nieliczne (jedynie 2% osiąga spektakularny sukces). 90% start-upów upada w ciągu pierwszych 3 lat funkcjonowania (Start-up Genome Report przygotowany przez Uniwersytet Stanforda i Berkley), a pozostałe 8% przekształca się w normalnie funkcjonujące firmy. 

Dlaczego upadają? Powodów jest wiele: zbyt szybki rozwój (bez wypracowania modelu biznesowego), złe rozłożenie zasobów (zbyt dużo czasu na dopieszczenie produktu, a zbyt mało uwagi poświęconych na marketing), czy po prostu złe rozeznanie rynku (tworzenie produktu, który nie jest potrzebny nikomu). 

Młodym twórcom brakuje też pokory w podejściu do swojego pomysłu i dystans do porad innych. Jednak szczęśliwie to się zmienia – coraz częściej na spotkania zespołów zapraszani są ludzie, którzy musieli zamknąć swój start-up. Po to, żeby podzielili się swoim doświadczeniem i przez to pomogli uniknąć błędów w nowych projektach. 

 

Zmiana świata zaczyna się od…

Zazwyczaj start-up powstaje z niewygody. Konkretnej osobie bardzo brakuje narzędzia, które jest mu potrzebne do codziennej pracy. Dlatego po godzinach przysiada nad czymś, co ułatwi mu życie. Powstaje pierwszy prototyp i… okazuje się, że znajdują się ludzie, którzy chcą to kupić. Może toporne, może brzydkie, ale funkcjonalne – tak powstała aplikacja Nozbe, która służy do zarządzania zadaniami i wspiera efektywność osobistą. Jej twórca – Michał Śliwiński napisał ją, by ułatwić sobie codzienne życie, a dziś korzysta z niej 400.000 użytkowników na całym świecie. 

Czasem pojawia się wizjoner, który wyprzedza rynek. Tworzy narzędzie, ale rynek jeszcze do niego nie dorasta. A potem, w wyniku ciężkiej pracy, zaciśnięcia zębów, ryzyka bankructwa, powstaje coś wielkiego. Taką drogę przeszedł Michał Sadowski ze swoim narzędziem do monitoringu internetu Brand24, który 30 stycznia 2018 wszedł na warszawską giełdę, jako spółka wyceniana na 100 milionów złotych. 

Twórcy start-upów, to ludzie, którzy myślą nieszablonowo. Nie chcą czekać, aż ktoś rozwiąże za nich uwierający problem. Biorą się za pozornie nierozwiązywalne problemy i je realizują. To odpowiednik odkrywców i podróżników – gdy nie ma lądów do odkrycia, a kosmos (przynajmniej chwilowo) jest zamknięty, to oni “czynią sobie ziemię poddaną”. 

 

Trudne słowo – sprzedaż

Genialne pomysły nie mają sensu, jeżeli nie zostaną przekute na model biznesowy, czy mówiąc bardziej dosadnie – sprzedaż. To ona weryfikuje, czy pomysł start-upu jest sensowny i rynek go przyjmie. Jednocześnie, w naszym mitycznym start-upie, sprzedaż to temat tabu. Oznacza, że genialny produkt trzeba promować, proponować, sprzedawać, inwestować w spotkania, obsługę klienta, reagować na negatywne opinie, zwroty, a przede wszystkim by w rachunkach pozycja “ma” zawierała większą cyfrę niż w polu “winien”.

Wydaje się, że moment stanięcia w prawdzie, to właśnie moment, gdy zaczyna się sprzedawać produkt i na nim zarabiać (a przynajmniej wychodzić na zero). Wcześniejszy etap, to wydatkowanie pieniędzy inwestorów, a każda inwestycja jest też ryzykiem. Wejście w dojrzałość biznesową, to zdolność do szybkiego stanięcia na własnych nogach. I sprzedaży, która jest pierwszym krokiem stworzenia lepszego świata, nie tylko dla twórców, ale też dla odbiorców. 

 

Ty też!

Start-up to szkoła życia. Szkoła latania nad chmurami, szaleńczych pomysłów i ich realizacji. Ale także doświadczeń, których nie da praca dla kogoś od 8 do 16. Odwaga do realizacji śmiałych wizji, odpowiedzialności za zespół. Smaku zwycięstwa, goryczy porażki. Ale ta porażka, statystyczna, wręcz wkalkulowana daje świadomość własnych mocy i ograniczeń. A to tym bardziej cenne.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Szczepan Kasiński

Szczepan Kasiński

Sancho Pansa w Armiger, fundraiser, opowiadacz, strateg. Fundraiser z certyfikatem EFA (European Fundraising Association) oraz członek Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu. Uwielbim fundraising z amerykańskim rozmachem, ale słowiańską życzliwością i przekonaniem, że świat da się zmienić wspólnym wysiłkiem.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szczepan Kasiński
Szczepan
Kasiński
zobacz artykuly tego autora >