Nasze projekty
fot. Unsplash

Jej depresja miała swoje imię. Historia Eweliny

Mam na imię Ewelina, mam 21 lat i wygrałam nowe życie, choć wciąż walczę o każdy dzień – jestem bohaterką.

Reklama

Otwieram oczy i za chwilę znów je zamykam. Czuję, że nie chcę ich otwierać, nie chcę widzieć światła, tego pokoju. Przede wszystkim nie chcę widzieć ciemności, ale tak naprawdę nie chcę widzieć niczego. Moje myśli cały czas krążą wokół pewnej rzeczy. Odczuwam pustkę. Swędzi mnie ucho, ale nie mam siły, żeby wyciągnąć rękę i się podrapać. Nad głową lata komar, a ja bezsilnie wsłuchuję się w jego bzyczenie, które następnie przechodzi w zwyczajne nic.

Nic nieprzypominająca melodia…

Czy myślę o jedzeniu, piciu, myciu się, innych potrzebach fizjologicznych? Nic podobnego. Od trzech dni nie ruszam się z pokoju, tylko czuję się zabijana przez własne myśli. Czy ktoś mnie odwiedza? Owszem, co pół godziny przychodzi mama i sprawdza, czy jeszcze żyję. Próbuje ze mną rozmawiać, ale ja nie potrafię jej odpowiedzieć na żadne słowo. Milczę i nic do mnie nie dociera. Słyszę tylko bełkot, który w mojej głowie zamienia się w nic nieprzypominającą melodię. Mama nie rozumie, że jestem chora. Myśli, że coś mi się stało, że płaczę i leżę w bezruchu, bo ktoś mnie skrzywdził, bo dostałam kosza od chłopaka lub po prostu taki mam kaprys i to okres dojrzewania. Nie jest świadoma, że potrzebuję kontaktu ze specjalistą, że potrzebuję terapii i leków.

Ja też wtedy nie wiedziałam. Trwałam w atakach depresji, potajemnie kupowałam antydepresanty i chowałam je w szufladzie na skarpetki, gdzie nikt nie zaglądał. Chciałam się zabić, chciałam uciec od tych myślowych tortur. Bywały lepsze i gorsze dni. Mam na imię Ewelina. Dziś mam 21 lat i od 4 lat choruję na depresję.  

Reklama
Reklama

Uwolniłam się?

Wtedy wstałam z łóżka pierwszy raz od kilku dni. Otworzyłam oczy i wreszcie nie poczułam aż tak ogromnego obrzydzenia do świata. Jak gdyby nigdy nic poszłam do kuchni. W głowie powoli lądował helikopter, który wciąż kołysał wszystkim dookoła. Wyjęłam miskę i wsypałam do niej trochę płatków, nalałam mleka i usiadłam za stołem. To był mój pierwszy posiłek od kilku dni. Na sobie miałam przetarte dresy i wymiętą koszulkę, których nie zmieniałam, odkąd zaczął się ‘atak’. Wyszłam przed dom, trzymałam się mocno barierki, bo wciąż nie łapałam równowagi. Stałam boso pomimo niskiej temperatury. Czułam chłód, zapamiętałam go na długo, gdyż było to moje pierwsze jakiekolwiek odczucie od dawna. Ten chłód dał mi poczucie wolności.

Tak przynajmniej myślałam, uwolniłam się! Już się nie bałam, nie słyszałam głosu w mojej głowie, które wciąż podpowiadał myśli samobójcze. Co gorsza w pewnym momencie już myślałam, że to zrobię, ale ciało jakimś cudem nie chciało wykonywać poleceń, które podpowiadał umysł. Teraz stałam i płakałam, ale już nie przez strach, nicość i pustkę, ale ze szczęścia. Szybko zapomniałam o swoim (jak wtedy myślałam) stresie. Tłumaczyłam sobie, że to nic złego, że na kilka dni źle się poczułam, że to się zdarza.  

Cisza, która przeraża

Wróciłam do normalności. Miałam wtedy 18 lat. Chodziłam do szkoły, spotykałam się z przyjaciółmi, jednak czułam, że się zmieniłam. Z otwartej dziewczyny, stałam się spłoszona, zamknięta. Zawęziłam swoje grono znajomych do kilku osób. Co gorsza, zbliżała się matura, a ja wciąż nie miałam ochoty na zbyt wiele. Schudłam kilka kilogramów nie mając świadomości, co się ze mną dzieje. Moja mama  myślała, że mało jem, bo się czymś stresuję. Widziała, że coś jest nie tak, ale nigdy nie poruszała tematu wizyty u lekarza. Miałam wrażenie, że choć bardzo się o mnie martwiła i bardzo mnie kochała, bała się.

Reklama
Reklama

Czasami lepiej zamieść pod dywan niektóre sprawy z nadzieją, że problem rozwiąże się sam. Niestety w moim przypadku tak nie było. Zmieniałam się każdego dnia. Ciągle chodziłam zmęczona, łatwo można było mnie rozdrażnić, często bolała mnie głowa, miałam tak bolesne okresy, że wymiotowałam. Najczęściej siedziałam w pokoju po prostu w ciszy, ale czułam, że ona mnie przeraża. Dostawałam coraz gorsze oceny, a byłam w klasie maturalnej. Mama i tata mówili, że jestem leniwa, że powinnam odłożyć telefon i więcej się uczyć. Nie rozumieli, że ja nawet nie dotykam telefonu, nie siedzę w internecie godzinami. Ten czas, który powinnam poświęcić na naukę zabierały mi myśli w mojej głowie. Starałam się żyć, mijał miesiąc za miesiącem.

Nicole wróciła ze zdwojoną siłą

Przyszedł maj – Matury. Czułam się jako tako przygotowana. Przebrnęłam przez wszystkie. Zdawałam wszystkie przedmioty podstawowe, a rozszerzone: polski, biologię i angielski. Przede mną były najdłuższe wakacje. Najważniejszym problemem moich koleżanek było, gdzie będą pracować, gdzie wyjadą ze swoimi chłopakami. A ja myślałam tylko o tym, aby przetrwać. Pod koniec czerwca miały być wyniki. Stresowałam się tak bardzo, że znów przestałam jeść.

Dzień wyników. Od rana byłam niespokojna. Przeczuwałam, że coś będzie nie tak. Mama uspokajała mnie, że będzie dobrze, że na pewno jakoś sobie poradzę. Ale ja miałam tylko w głowie, że na pewno będzie tragicznie, pewnie nie zdam i cały plan runie, choć nawet planu nie miałam. Stało się, wybiła północ, a ja czekałam przed komputerem na wyniki. Odświeżałam, odświeżałam i zobaczyłam. Zdana, ale rozszerzenia nie spełniły moich oczekiwań. I to był punkt kulminacyjny, kiedy Nicole wróciła i to ze zdwojoną siłą.  

Reklama

Jeszcze większa większa pustka…

Nicole – tak nazwałyśmy moją depresję razem z moją psychoterapeutką Elizą. Kiedy depresja powróciła, zrozumiałam, w jakiej trudnej sytuacji się znalazłam. Znów ten sam ból, ta sama pustka, ta nicość, tylko większa, jeszcze większa, choć myślałam, że gorzej się nie da. Wpadłam w totalną rozpacz, myślałam, że jestem beznadziejna, że nie mam zupełnie po co żyć, że moje życie legło w gruzach, a ja do niczego się nie nadaję.

Zamknęłam się totalnie sobie, w swoim smutku, w swoim pokoju, w swoim…no właśnie…w swoim niczym. Nie wpuszczałam rodziców, nie kontaktowałam się z nikim, poza swoją głową, która podpowiadała mi jedno. Wtedy mama powiedziała dość. Wiedziała już, że nie jest ze mną dobrze i to ona zrobiła pierwszy krok. Siłą razem z tatą zaprowadzili mnie ledwie stojącą na nogach najpierw do lekarza rodzinnego, ten następnie wypisał skierowanie do psychiatry.

Diagnoza: depresja

Diagnoza była jasna – depresja. Dostałam całą stertę leków i witamin, od razu kroplówka – odwodnienie. Zostałam na oddziale, wciąż załamana i jeszcze bardziej przybita, że sprawiłam kłopot swoim rodzicom. Wtedy na oddział przyszła Eliza – psychoterapeutka kliniczna, która zaczęła ze mną rozmawiać zupełnie inaczej niż wszyscy. Jest niedużo starsza ode mnie i nie myślała o mnie w kategoriach chorej, a jak o zwykłej dziewczynie, która chce być szczęśliwa. 4

Zaczęłam rozmawiać z ludźmi, otwierać się na nowo. Zrozumiałam, jak bardzo potrzebny był mi od początku kontakt, jak bardzo potrzebna była zwyczajna bliskość. Czasami niepotrzebne są słowa. Wtedy pierwszy raz powiedziałam do mamy: „Po prostu mnie przytul, a nie gadaj!”. Zrobiła to. Od tego dnia przytulamy się każdego dnia. Oczywiście, nie wróciłabym do siebie bez lekarstw, które brałam przez następne pół roku, zmniejszając dawkę z miesiąca na miesiąc. Każdy dzień, kiedy wstałam, a Nicole nie dawała o sobie znać, był dla mnie sukcesem, jest…

Już się Ciebie nie boję!

Dziś jestem kobietą. Poprawiłam maturę i studiuję psychologię. Eliza zaraziła mnie miłością do pomagania innym, ale także sobie. Moje zdrowie psychiczne jest dla mnie najważniejsze. Chodzę na siłownię, spełniam się, jestem pod stałą opieką psychoterapeutki – przyjaciółki. W razie jakichkolwiek objawów, wiem doskonale, co robić. Przede wszystkim nie zwlekać, reagować!

Czuję się wolna, choć wiem, że Nicole może powrócić i znów pokrzyżować moje plany. Wiem jedno – Nicole…już się Ciebie nie boję! Będziemy walczyć – ja i moi bliscy. Będę szczęśliwa! Dziś mogę śmiało powiedzieć: Mam na imię Ewelina, mam 21 lat i wygrałam nowe życie, choć wciąż walczę o każdy dzień – jestem bohaterką.

Historia Eweliny zakończyła się happy endem. Jednak wciąż wielu jest wśród nas tych, którzy nie wiedzą o swojej chorobie, albo nie chcą, by ich podejrzenia o diagnozie się sprawdziły. Depresja według prognoz w 2030 r. zajmie 1 miejsce na liście najpopularniejszych chorób. A to oznacza, że już za moment będziemy (o ile już nie mamy) mieli do czynienia z epidemią depresji. Dlatego, kiedy mamy choć małe podejrzenie, że my bądź ktoś z naszego bliskiego otoczenia ma objawy depresji, nie zwlekajmy. Szybka reakcja może uratować życie!

Czytaj więcej o depresji tutaj >>>

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę