Fot. Kieran Lynam/Wikipedia

Liverpool kontra Real Madryt. Historia dwóch drużyn

Tegoroczny finał Ligi Mistrzów miał być rozgrywany w Sankt Petersburgu, jednak UEFA odebrała prawo goszczenia tak ważnego sportowego święta reprezentacyjnemu miastu Rosji, dziś kraju oprawcy. Zestawienie drużyn, pamięć o gospodarzu finału z 2018 roku i pamięć o tym, kto początkowo miał organizować go w tym roku – z pewnością będzie to powód do zwrócenia uwagi świata na to co dzieje się na Ukrainie raz jeszcze.

Reklama

26 maja 2018 roku, 4 lata i 2 dni temu na Stadionie Olimpijskim w Kijowie w finale Ligi Mistrzów spotkały się drużyny Realu Madryt i Liverpoolu. Real przystępował do tego meczu jako faworyt, mając okazję do obronienia tytułu nieoficjalnego mistrza Europy po raz drugi z rzędu. Rok wcześniej zresztą został pierwszym klubem, który obronił trofeum za zwycięstwo w Champions League. Liverpool był drużyną nową w europejskim topie, do finału przedzierał się od 4 rundy kwalifikacji do fazy grupowej. Ostatecznie „Królewskim” udało się obronić tytuł po zwycięstwie 3:1.

3 powody

Samo spotkanie zostało zapamiętane z 3 powodów. Po pierwsze, z racji niewiarygodnego wejścia Garetha Bale’a, który wszedł na plac gry przy stanie 1:1, strzelił 2 piękne bramki i uratował tytuł dla Realu. Pierwsza z nich, to obok legendarnego woleja Zinedine’a Zidane’a, najpiękniejsza bramka w historii meczów finałowych, sam Zidane zresztą trenował wtedy Real przez całe 3 lata wspomnianej dominacji w Europie i przewrotkę Bale’a widział na własne oczy.

Po drugie, przez fatalne błędy bramkarza Liverpoolu Lorisa Kariusa. Niemiec wzorowo spisywał się w bramce Liverpoolu przez całą drogę do finału, jednak w najważniejszym momencie ewidentnie nie wytrzymał presji. Bramki na 1:0 i 3:1 dla Realu wyglądają jak sabotaż Kariusa, jego kariera de facto od razu po tym meczu się załamała, w ubiegłym sezonie nie zagrał ani jednego oficjalnego meczu.

Reklama
Reklama

Po trzecie wreszcie, kibice Liverpoolu na pewno nie zapomną zajścia z pierwszej połowy, kiedy to po faulu Sergio Ramosa superstrzelec Liverpoolu Mo Salah doznał kontuzji barku i musiał opuścić boisko. Salah w wywiadach otwarcie mówił, że liczy na rewanż na Realu Madryt, a tamten wieczór w Kijowie uznał za najgorszy moment w karierze.

Kijów wtedy i dziś

Sporo się zmieniło w ciągu tych 4 lat. Dziś to Liverpool jest faworytem finału. Śmiało można powiedzieć, że angielska drużyna dostała nauczkę w tamtym meczu i wyeliminowała 2 kluczowe problemy – wąską kadrę i kiepskiego bramkarza. Salaha na boisku zastąpił wtedy Adam Lallana, piłkarz przeciętny na warunki ligi angielskiej. W tym sezonie Liverpool ma kadrę na tyle szeroką, że mógł pozwolić sobie na walkę do samego końca na 4 frontach – do ostatnich minut ostatniej kolejki bił się z Manchesterem City o mistrzostwo Anglii (przegrał 1 punktem), wygrał 2 krajowe angielskie puchary, no i dochodzi Liga Mistrzów. W kwestii bramkarza – kilka tygodni po tamtym finale potwierdził zakup Alissona Beckera, jednego z 3 najlepszych bramkarzy na świecie.

Zmieniła się też sytuacja na świecie. Tamten finał był rozgrywany w Kijowie, dziś stolica Ukrainy jest „stolicą wolnego świata”, jak powiedział parę dni temu polski prezydent. Tegoroczny finał miał być rozgrywany w Sankt Petersburgu, jednak UEFA poszła po rozum do głowy i odebrała prawo goszczenia tak ważnego sportowego święta reprezentacyjnemu miastu Rosji, dziś kraju oprawcy. Zestawienie drużyn, pamięć o gospodarzu tamtego finału i pamięć o tym, kto początkowo miał organizować go w tym roku – z pewnością będzie to powód do zwrócenia uwagi świata na to co dzieje się na Ukrainie raz jeszcze.

Reklama
Reklama

Inna sytuacja, inna drużyna

Zmieniła się sytuacja polityczna, w drużynie Liverpoolu, ale zmieniło się też w Realu Madryt. Na ławce rezerwowych pojawi się znajoma twarz – nieustannie żujący gumę Carlo Ancelotti, dla którego zwycięstwo w tym finale zapewniłoby chyba pomnik i wieczną sławę w Madrycie. Włoski trener był trenerem Realu jeszcze przed Zidanem, kiedy w 2014 Real odzyskał tytuł zwycięzcy Champions League po 12 latach. Było to zwycięstwo bardzo istotne w bogatej historii Realu Madryt – dlatego, że zostało odniesione w dramatycznych okolicznościach przeciwko Atletico Madryt, ale przede wszystkim dlatego, że był to dziesiąty triumf Realu w tych rozgrywkach. Przez te 12 lat przewinęło się przez Estadio Santiago Bernabeu wiele światowych gwiazd futbolu, zdobywców „Złotej Piłki”, wybitnych trenerów, ale Liga Mistrzów nadal była jak zaczarowana, nie udawało się jej zdobyć czy choćby dojść do finału. Po „La Decimie”, jakokreślano ów dziesiąty tytuł jakoś poszło. 3 zwycięstwa z rzędu drużyny Zidane’a sprawiły, że dziś „Królewscy” mają 13 europejskich pucharów w gablocie.

Z tamtej drużyny Zidane’a nadal pozostało kilku istotnych zawodników. Przede wszystkim wypada wskazać Karima Benzemę, faworyta do Złotej Piłki za obecny rok oraz Lukę Modricia, najlepszego piłkarza świata w roku 2018. Choć Real Madryt jest drużyną niepozbawioną problemów kadrowych, choć nie ma tam już od paru lat Cristiano Ronaldo, a Gareth Bale jest piłkarzem na pół etatu (drugie pół spędza jako golfista), choć jest drużyną nie mającą stałego, zadowalającego rozwiązania na paru pozycjach, to obecność takich zawodników w ich szeregach jak Benzema czy Modrić pozwala na osiąganie wyników ponad stan.

Bo tak trzeba nazwać poczyniania Realu Madryt w tym sezonie, zwłaszcza w fazie grupowej Ligi Mistrzów. W 1/8 finału „Królewscy” mierzyli się z Paris Saint-Germain, klubem posiadającym de facto nieskończone zasoby finansowe, który zaproponował przed sezonem kosmiczne pieniądze Leo Messiemu, a teraz jeszcze bardziej kosmiczne Kylianowi Mbappe za to, by ten ich nie opuszczał na rzecz Realu Madryt. Faworytem była francuska drużyna, ale to Real przeszedł dalej. Następnie, w ćwierćfinale i półfinale Real trafił na Chelsea i Manchester City – obie te drużyny mierzyły się w finale ubiegłorocznej edycji. Znowu Real nie był faworytem i znowu przeszedł dalej. Podczas wszystkich tych wymienionych meczów, z tak trudnymi rywalami Karim Benzema strzelił 10 goli – jest to rekord, jeśli chodzi o fazę pucharową rozgrywek Ligi Mistrzów. Kontrastuje to bardzo z drogą Liverpoolu, który może mówić o szczęściu w losowaniach – „The Reds” mierzyli się kolejno z Interem Mediolan, Benficą i Villareal, drużynami o uznanej marce w Europie, ale jednak znajdującymi się półeczkę niżej od topu.

Reklama

Po trzeci tytuł w karierze

Niezależnie od wyniku, na pewno po trzeci tytuł w karierze siegną byli koledzy z Bayernu Monachium – Thiago Alcantara i David Alaba. Pierwszy zdobył swoją pierwszą Ligę Mistrzów jako zawodnik Barcelony, w 2011 roku, choć trzeba zaznaczyć, że był wtedy zawodnikiem młodym i dopiero wchodzącym do drużyny (rozegrał 1 mecz w Lidze Mistrzów). Alaba pierwszą Ligę Mistrzów zdobył w 2013 roku, wtedy Bayern rzutem na taśmę wygrał z Borussią Dortmund 2:1. Polscy kibice na pewno pamiętają ten mecz z uwagi na obecność 3 Polaków w pierwszym składzie Dortmundu – Piszczka, Błaszczykowskiego i oczywiście Roberta Lewandowskiego. W 2020 Bayern pokonał w finale Paris Saint-Germain, i Thiago i Alaba rozegrali wtedy pełne 90 minut. Dziś wystąpią jako rywale – Thiago od 2 lat jest graczem Liverpoolu, Austriak Alaba po końcu jego kontraktu przeniósł się do Realu i praktycznie od razu stał się generałem defensywy „Królewskich”.

Łączący oba kluby Jerzy Dudek

Na koniec jeszcze jeden, interesujący wątek łączący oba kluby. To Jerzy Dudek, który był bramkarzem Liverpoolu w latach 2001-2007 oraz Realu w latach 2007-2011. Były bramkarz otwarcie powiedział, komu będzie dziś kibicował: „Kibice Realu rozumieją, że ta koszulka Liverpoolu jest bliższa mojemu ciału i zawsze kibicowałem Liverpoolowi. Ta historia sprzed kilkunastu lat z Milanem, czy ten szalik Liverpoolu, który dostałem w prezencie na turnieju, mając 16 lat i który wisiał przez pół mojego życia nad łóżkiem, tuż nad moją głową, to są fajne rzeczy” – powiedział w rozmowie z portalem „Weszło”.

Historia z Milanem, do której odnosi się Dudek, to najbardziej emocjonujący finał z 2005 roku w Stambule. Do przerwy Milan wygrywał 3:0, w drugiej połowie Liverpool w kilka minut wyrównał rezultat na 3:3. Dogrywka i rzuty karne to było już show Jerzego Dudka, głównie to jego nieprawdopodobne interwencje pozwoliły Liverpoolowi wygrać najbardziej emocjonujący i obfitujący w gole mecz finałowy Champions League. Oby dziś kibice na całym świecie otrzymali podobne widowisko!


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę