Nasze projekty
fot. Jędrzej Nowicki / archiwum Polskiej Misji Medycznej

Lekarz o pracy w Afganistanie: „Nie da się przełożyć naszych standardów na ich warunki i kulturę”

“Dobra pomoc powinna nieść trwałe efekty, dawać szansę, że ludzie na miejscu będą mogli dane działania podjąć później sami” - mówi Jarosław Gucwa, lekarz z Polskiej Misji Medycznej, który kilka lat temu był w Afganistanie.

Reklama

Tegoroczny Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej (19 sierpnia) w świetle ostatnich wydarzeń na Haiti i w Afganistanie nabiera szczególnego znaczenia. O tym, jak pomagać mądrze rozmawiamy z Jarosławem Gucwą, lekarzem specjalistą chirurgii ogólnej i medycyny ratunkowej, który brał udział w projektach Polskiej Misji Medycznej w Albanii, Kosowie, Afganistanie, Iraku, Iranie, Pakistanie, Czadzie, Kenii, Ugandzie.


Kilka lat temu był pan w Afganistanie z Polską Misją Medyczną. Jakie mieliście tam zadania?

Nasze pierwsze misje polegały w pierwszej kolejności na wyposażeniu izb porodowych. Diagnozowaliśmy, że z tym będzie najgorzej. Próbowaliśmy na początku przede wszystkim doposażyć tamtejsze szpitale, ale to ponieważ to było w trakcie jeszcze w konfliktu i Afganistan był zamknięty, to w pierwszej kolejności zajęliśmy się uchodźcami, którzy byli w Pakistanie. Tam powstały bodajże 2 izby porodowe. Później przenosiliśmy się coraz głębiej na teren Afganistanu i doposażyliśmy oddział położniczy szpitala w Kandaharze oraz w pełni wyposażyliśmy izbę porodową poza szpitalem, taką prowadzoną przez lokalną organizację humanitarną. Otworzyliśmy też izbę porodową w Kabulu, we współpracy i inną lokalną organizacją humanitarną. Na pewno działały jeszcze w ubiegłym miesiącu.

Reklama
Reklama

Izby porodowe były jedną z pierwszych potrzeb tam na miejscu?

Tak to oceniliśmy. Obracaliśmy się w dziedzinie tego zdrowia reprodukcyjnego, ponieważ wskaźniki umieralności niemowląt były przerażające. 

I to była kwestia właśnie braku zaplecza medycznego?

Reklama
Reklama

Też, ale miał też znaczenie aspekt kulturowy. Afganki są przyzwyczajone do rodzenia w domu. Dlatego rekrutowaliśmy całą grupę, nazwijmy to “położnych”, które mogłyby im pomóc. Nie były to takie typowe położne, ale niejako znachorki, które te porody odbierały. Szkoliliśmy je, dawaliśmy  podstawowy sprzęt. I to chyba była najfajniejsza akcja, z największą trwałością.

Czyli najlepiej, żeby taka misja miała jakiś długofalowy skutek?

Tak. Lepiej “dać wędkę”, niż żeby kogoś zastąpić w czymkolwiek, prawda? My na początku wysyłaliśmy do Afganistanu także personel, żeby w ogóle nauczył ich obsługi sprzętu, żeby pomagał. W porównaniu z naszymi warunkami to wyglądało czasem dziwnie, bo jak w naszej izbie rodziła kobieta, to nasz lekarz położnik przez krótkofalówkę instruował pielęgniarkę, która przebywała w środku, mówiąc jej, co trzeba robić.

Reklama

Lekarz mężczyzna nie mógł dotknąć kobiety. 

Pracowałem w różnych miejscach, i powiedzmy sobie szczerze – w Afryce, w Czadzie, cięcia cesarskie robiło się na pustyni, pod jakąś płachetką, bo nawet nie pod namiotami, z kapiącym eterem na nosie, ale jednak tam było zupełnie inne podejście – mimo, że też pracowaliśmy w społeczności muzułmańskiej. 

Natomiast jeśli chodzi o Afganistan – dopiero jak już się tam zadomowiłem i byłem dłużej, to miejscowi zapraszali mnie do swoich domów i pokazywali jakieś schorzenie matki czy żony. Można powiedzieć, że już byłem na tyle zaufanym człowiekiem, że mogłem je zbadać. A poza tym – nie było takiej możliwości. Kobiety są badane i leczone przez kobiety, a tam kobiet lekarzy to ze świecą szukać. Stąd też nasz projekt szkolenia położnych.

Później jeszcze mieliśmy kolejny projekt, gdzie wysyłaliśmy karetki do Mazar-i-Sharif i współpracowaliśmy przy remoncie tamtejszego szpitala. Niestety z trwałością takiej misji jest tak, że oni owszem – mówią, że chcą karetek, ale jak po 2 latach sprawdziłem efekty, to okazywało się, że te karetki ani razu nie wyjechały do chorych. 

Czego uczy takie niepowodzenie?

Że pewnych rzeczy nie można przyjąć na wiarę i że taka pomoc tymczasowa nie wystarcza. Pierwszy projekt był sprzętowy. Kiedy pojechaliśmy tam po paru miesiącach, okazało się, że tego sprzętu nawet nie rozpakowali. Stworzyliśmy więc misję stałą. Był na miejscu personel medyczny, który jeździł, uczył, pracował na tym sprzęcie, pokazywał, jak go obsłużyć. I dopóki misja trwała, to działało. Ale kiedy się skończyło finansowanie – znów był kłopot. 

Najmocniejszy efekt miały te działania, gdzie dotarliśmy do osób, które bezpośrednio w wioskach, w domach odbierały porody. Nauczyliśmy ich tyle, ile się dało z aseptyki, z odbierania porodów, chociażby z odwracania płodu w macicy – co jest trudne, ale do zrobienia. Dziś, gdy dziecko jest ułożone pośladkowo, nóżkami – w podręcznikach medycyny znajdzie się wskazanie do cesarskiego cięcia. Ale w miejscach, gdzie byliśmy z Polską Misją Medyczną, często nie ma na to warunków.

Jak wyglądały szpitale?

Nie wiem, jak ten system wyglądał przed ostatnim kryzysem w Afganistanie. Kilka lat temu były np. szpitale pierwszego kontaktu, nazwijmy to “powiatowe” – choć z naszymi powiatowymi one nie miały wiele wspólnego. To były dwa pomieszczenia – jedno, gdzie była izba przyjęć i jednocześnie tam się opatrywało rany i duża sala łóżkowa, gdzie leżeli chorzy. Były też szpitale prowincjonalne (odpowiednik naszych wojewódzkich) ale o standardzie, jakiego u nas nie pamiętamy.

POLECAMY: Kochają pomagać i czynić czyjeś życie lepszym. Pracownicy humanitarni – dziś ich święto!

Proszę powiedzieć, jak zareagował pan na informację z ostatnich dni – o przejęciu władzy przez Talibów? Czy to było spodziewane wydarzenie?

Nie wiem, jak to oceniać. W jakiś sposób odnoszę wrażenie, że Afgańczycy specjalnie nie protestowali przeciwko tej zmianie. To trochę tak, jakby u nas kontestować, że dana partia doszła do władzy. Oczywiście jest to daleko idące uproszczenie. Spędziłem tam trochę czasu i nie wydawało mi się na żadnym z tych etapów, żeby to był kraj, który wprowadził u siebie demokratyczne zasady sprawowania władzy. Afganistan to raczej taki kraj można powiedzieć – plemienny. 

Co ta zmiana oznacza dla ludzi, którzy tam mieszkają?

Pewnie czas pokaże. Ja nauczyłem się jednego: w żaden sposób nie da się przełożyć naszych standardów na ich warunki i kulturę.

Poznałem dużo niesamowitych ludzi, którzy walczyli jeszcze ze Związkiem Radzieckim. Później w jakiś sposób po tym konflikcie próbowali coś robić dla swoich społeczności, przy czym zawsze ta pomoc ograniczała się do jakiejś jakiejś konkretnej, lokalnej społeczności, bez poczucia jakiejś wspólnoty narodowej. Kiedy byłem w Kandaharze, to było wyraźnie widać, że to jest Kandahar. Jak w Mazar-i-Sharif, było widać, że to Mazar-i-Sharif. To były różne światy.

Przyznać trzeba też, że poza urzędnikami podstawowego szczebla nie miałem kontaktów politycznych, ministerialnych, a więc nie mam też dużej wiedzy, jak to dokładnie wygląda. W mojej pracy głównie spotykałem się z ludźmi biednymi, którzy ucierpieli w wojnie i którzy bardzo doceniali tą pomoc, bo w żaden sposób nie mogli jej otrzymać od od państwa jako takiego.

Nie wiem, na ile te struktury państwowe zostały zbudowane, wygląda na to, że to jakieś struktury naskórkowe, skoro z dnia na dzień – jak słyszę – zniknęła gdzieś trzystutysięczna armia. Trudno powiedzieć, co będzie dalej. Talibowie to też Afgańczycy. A że mają zasady religijne i moralne, które nas przerażają – to jest inna kwestia.

ZOBACZ TEŻ: „Opuścili nas wszyscy. Najgorszy los czeka kobiety i dziewczynki”. Apel o modlitwę za Afgańczyków

Co pana zdaniem, jako lekarza, jest w pomocy humanitarnej najważniejsze? 

Najważniejsze moim zdaniem to pomóc osobom rzeczywiście potrzebującym. Pomoc humanitarna jest dwuczęściowa. Jest pomoc doraźna i pomoc rozwojowa.

Jak lecieliśmy do trzęsienia ziemi, to po prostu wyciągaliśmy żyjących spod gruzów. Ale jeśli chodzi o pomoc rozwojową – tu już potrzebne są pieniądze. I bardzo istotne jest, aby były one właściwie wydane i niosły za sobą jakiś długotrwały efekt. Jest szereg akcji, gdzie lekarze jadą, leczą na miejscu, robią zabiegi i wracają. To oczywiście jest ważne i ma ogromne znaczenie dla jednostek, które z takiej pomocy skorzystały, ale jeśli jest tak, że jednego dnia jest pomoc, a drugiego nie ma – to w takim miejscu niewiele się nie zmieni na lepsze. Tak samo z kupowaniem sprzętu. Ile razy były projekty, dzięki którym wysłano w dane miejsce kosztowny, świetny sprzęt medyczny, który był używany tylko przez ludzi, którzy go przywieźli i dopóki były na to pieniądze, a później stał i niszczał w budynku szpitala. I mieszkały w tym szpitalu kury i kozy.

Dobra pomoc powinna nieść trwałe efekty, dawać szansę, że ludzie na miejscu będą mogli dane działania podjąć później sami.  

Wiele organizacji charytatywnych wycofało się z pomocy w Afganistanie. Fundacja Redemptoris Missio alarmuje, że być może pomoc humanitarna wkrótce nie będzie w ogóle możliwa. Czy jesteśmy w stanie dzisiaj zrobić coś dla potrzebujących tam ludzi? 

Na pewno chrześcijańskim obowiązkiem będzie przyjąć uchodźców, którzy być może dotrą gdzieś do naszych granic, dać im schronienie na czas, dopóki sytuacja się wyjaśni i będzie wiadomo, czy mogą tam wrócić, czy nie. Na pewno będzie duża fala uciekinierów do sąsiednich krajów, np. do Iranu. Obozy uchodźców mogą się pojawiać też w Pakistanie – można tam na miejscu im pomagać. Pewnie potrzebna będzie też pomoc w różnych miejscowościach przy granicy. Nie znam obecnych liczb, ale uchodźców może być nawet setki tysięcy. Tylko nieliczni będą mieli luksus i przywilej bycia ewakuowanym np. samolotem. Większość będzie po prostu przedzierać się przez granicę i próbować gdzieś koczować w tych krajach sąsiednich.

Trzeba powiedzieć, że Afganistan to kraj, który niejako miał pecha – był popychany w kolejne konflikty przez duże mocarstwa, które robiły sobie tam poligony. Talibowie nie wzięli się znikąd. Mieli wyposażenie i szkolenia na miejscu. Ta siła, nie wiem czy to polityczna czy militarna, która teraz doszła do władzy, miała się tam dobrze przez te wszystkie lata. Jeśli więc chodzi o pomoc na miejscu, trzeba poczekać na ich zamiary i na bezpieczne warunki. Teraz byłoby bardzo ryzykowne jechać tam na miejsce. 


Jarosław Gucwa – Specjalista chirurgii ogólnej i medycyny ratunkowej. Związany z Polską Misją Medyczną od początku jej istnienia. Przez wiele lat Prezes Zarządu. Koordynator i uczestnik projektów m.in. w Albanii, Kosowie, Afganistanie, Iraku, Iranie, Pakistanie, Czadzie, Kenii, Ugandzie. Dyrektor polskiego oddziału ITLS, organizacji non-profit zajmującej się edukacją w zakresie pozaszpitalnych sytuacji urazowych.


Stowarzyszenie Polska Misja Medyczna pomaga ofiarom wojen, katastrof i kataklizmów. Działania PMM opierają się na pracy wolontariuszy: lekarzy, ratowników medycznych, pielęgniarzy, rehabilitantów, a także psychologów i analityków medycznych. To jedna z niewielu polskich organizacji pozarządowych, które udzielają pomocy medycznej. Pomagają tam, gdzie potrzeby są największe, długofalowo – ich pomoc przynosi trwałe zmiany w społecznościach, które wspierają.

Obecnie powracają z programem pomocy humanitarnej do Afganistanu – kraju, który był jednym z pierwszych, w których PMM zaczęła działać. Dzięki lokalnym organizacjom partnerskim są w stanie monitorować sytuację w Afganistanie i udzielać pilnego wsparcia medycznego. Można wesprzeć ich działania poprzez udział w zbiórce środków finansowych. Więcej informacji tutaj.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę