Nasze projekty
fot. Archiwum ks. Arkadiusza Nowaka

„Język jest ważny, ale ważniejsze jest świadectwo i obecność”. Ks. Arkadiusz Nowak o misjach w Afryce

"Nasza obecność przy nich i czas to klucz, żeby najpierw uczyć się od nich. Dopiero potem to oni mogą czerpać od nas" - mówi o misjach wśród Afrykańczyków ks. Arkadiusz Nowak. Połowę swojego życia przeżył w Afryce. W wywiadzie dla Stacji7 opowiada o swoim doświadczeniu pracy wśród Masajów.

Reklama

Ks. Arkadiusz Nowak jest kapłanem Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Jest to zgromadzenie, które w swój charyzmat ma wpisane misje właśnie na Czarnym Kontynencie.


Jak długo był ksiądz na misjach w Tanzanii?

W tym roku obchodzę 25-lecie kapłaństwa i na misjach w Afryce byłem też 25 lat. Ale nie od momentu święceń, tylko już wcześniej. W ramach przygotowania do kapłaństwa kilka lat spędzamy w Afryce. Najpierw tzw. rok pastoralny przeżywałem w Afryce Zachodniej, w Beninie, a później kończyłem teologię – czyli ostatnie 4 lata przed święceniami – na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Po święceniach 4 lata byłem w Polsce i w 2002 roku wyjechałem najpierw do Republiki Środkowej Afryki. Były to 2 lata misji wśród Pigmejów, bardzo ciekawy czas.

Reklama

Później z powodu wojny i grożącego nam niebezpieczeństwa przełożeni zdecydowali o przeniesieniu mnie i trafiłem do Tanzanii. Początkowo nie chciałem, bo nie znałem angielskiego. W czasie przygotowań do misji uczymy się francuskiego lub angielskiego i ja uczyłem się akurat francuskiego. I pocieszyli mnie, że w Tanzanii – mimo że językiem urzędowym jest angielski – to i tak wszyscy mówią w swahili. Czekała mnie więc nauka angielskiego i swahili. W całej Tanzanii tych języków jest… ponad 120. W urzędach rzeczywiście używany jest angielski, ale przede wszystkim trzeba znać swahili, który zresztą jest też tam językiem Kościoła. 

A do tego – ponieważ niemal 18 lat spędziłem wśród Masajów – uczyłem się też ich języka. Byłem w stanie sporo zrozumieć, prowadzić modlitwy, odprawić mszę w języku masajskim, ale żeby było to na wygodnym poziomie do swobodnej konwersacji – już niekoniecznie.

A jednak niemal połowa księdza życia to właśnie misje. Może więc język nie jest na najważniejszy?

Reklama

Tak właśnie jest. Kiedyś usłyszałem takie słowa jednego z misjonarzy: “Angielski znam, bo jestem z USA, swahili bardzo słabo, masajskiego w ogóle, ale ze wszystkimi się dogadam”. Oczywiście język jest ważny do komunikacji na co dzień, ale tam, dla ludów plemiennych najważniejsze jest świadectwo. Wśród Masajów zaledwie 5-6% ludności to chrześcijanie, a zdecydowana większość to animiści, ludzie o wierzeniach typowo afrykańskich i o Chrystusie w ogóle nie słyszeli. Nasza obecność przy nich i czas to klucz, żeby najpierw uczyć się od nich. Potem przychodzi moment, że to oni czerpią od nas.

fot. Archiwum ks. Arkadiusza Nowaka

Czego ksiądz nauczył się od Masajów?

Wielu rzeczy. Na przykład zamiłowania do koloru czarnego, który dla nas wydaje się kolorem żałobnym, smutnym. Tam jest to wręcz święty kolor. O Panu Bogu Masajowie mówią “Ona jest czarna”. “Ona” – dlatego że w gramatyce masajskiej w przypadku, gdy nie wie się, czy coś jest rodzaju męskiego czy żeńskiego, to używa się rodzaju żeńskiego. Czarne są chmury, które przynoszą deszcz, a dla Masajów, którzy są nomadami, pasterzami, ten deszcz jest bardzo ważny. Dla nich Pan Bóg jest jak kobieta, matka, która się o nich troszczy, błogosławi ich deszczem. Przypisują mu też wiele cech typowo kobiecych. Nasuwa się tu na myśl obraz Rembrandta “Syn marnotrawny”, gdzie widać, że ojciec witający syna ma wyraźnie różne dłonie – jedną męską i jedną kobiecą. Gdy zakładałem czarny ornat, dla nich, dla Masajów był to wyraźny znak, że dzieje się coś bardzo ważnego – nie musieli rozumieć słów, które wypowiadam.

Reklama

Masajowie nauczyli mnie też bardzo ciekawego rozumienia wdzięczności. Na początku mnie to wkurzało, bo zdarzało się, że kogoś gdzieś podwiozłem, a on wychodził z samochodu bez słowa. Kilka tygodni później ta osoba wracała do mnie z miodem, albo przynosiła mi kozę czy kurę – też nie oczekując ode mnie podziękowań. Dopiero później Masajowie wytłumaczyli mi, że dla nich słowo “dziękuję” jest w jakiś sposób zakończeniem relacji, oznaką, że nie będzie już nic między nami. Oni są wdzięczni, wrócą za jakiś czas, odwdzięczą się prezentem. Trzeba to też w cierpliwości zrozumieć. Afryka w ogóle uczy cierpliwości. 

Kolejna sprawa – coś o czym już dziś nierzadko zapominamy – wielka gościnność. Często, gdy przychodziłem do jakiejś wioski, częstowano mnie mlekiem, a trzeba powiedzieć, że nie wszyscy mogli je dostać, było ono bardzo cenne. Zdarzało się, że Masajowie przepraszali mnie, że nie mają mleka. A jeśli wziąć pod uwagę, że ktoś przez cały dzień nic innego poza tym kubkiem mleka nie miał do jedzenia, że naraża się na głód ze względu na mnie – to bardzo pobudza do myślenia nad naszą gościnnością.

POLECAMY TAKŻE: “Takiego scenariusza na życie bym sama nie wymyśliła”. S. Avila Grycman o misjach w Japonii

Do tego jeszcze optymizm. Jestem od kilku miesięcy w Polsce i mam wrażenie, że tutaj odbywają się jakieś niepisane zawody w narzekaniu, prześciganie się, kto ma gorzej. Masajowie są szczęśliwi tak po prostu, nie zastanawiają się, nie dywagują, czym jest szczęście. Wstają wcześnie rano, idą do swoich prac i zajęć, dzieci także, nie zawsze mając co jeść. Wracają wieczorem do swoich lepianek pokrytych strzechą, siadają przy ognisku. Być może mają jakiś posiłek, ale nie zawsze. I zaczynają śpiewać – cieszą się, że znów są razem, całą rodziną, nie szukają powodów do narzekania. Żyją dniem dzisiejszym. Można by powiedzieć, że aż do skrajności nie przejmują się jutrem, ale ta świadomość “tu i teraz” bardzo otwiera oczy.

Masajowie mają niezwykły szacunek do nowo narodzonych dzieci i do osób starszych. Wszystkie ważne decyzje konsultuje się właśnie z najstarszymi członkami plemienia, bo oni “poznali sekret życia”. Dzieci z kolei są dla Masajów ważne tak bardzo, że kobieta, która ich nie ma, uważana jest wręcz za przeklętą. A kobieta, która urodzi dziecko, przez pół roku ma zapewnioną opiekę w domu, w gospodarstwie, tak żeby móc zajmować się tylko noworodkiem.

Odwróciłbym też pytanie, czego się nauczyłem, mówiąc, że właściwie Afryka i tamtejsi ludzie pozwolili mi pozostać tym, kim jestem. Z moim charakterem, z moją wrażliwością, z moimi szaleństwami – takim mnie zaakceptowali i takim pozostałem, będąc wśród nich. Wiedziałem, że szanują mnie za to, kim jestem, a nie za to, co robię, co im przywożę.

fot. Archiwum ks. Arkadiusza Nowaka

Jak został ksiądz przyjęty przez Masajów?

Najważniejsza dla nich jest obecność. Po jakimś czasie można od nich otrzymać imię – masajskie imię. To bardzo ważne wydarzenie. Dzieci nowo narodzone, gdy po kilku miesiącach zaczynają jeść co innego niż mleko mamy, pokarmy stałe, dary tamtejszej ziemi, uroczyście otrzymują imię. Jest to piękny rytuał, uroczystość nadania imienia. Wtedy też dziecko uznane jest oficjalnie za człowieka, bo wcześniej traktuje się je trochę jak nieokreślony byt. Natomiast będąc dorosłym, żeby zostać przez Masajów przyjętym, trzeba przede wszystkim dużo słuchać i uczyć się od nich. 

ZOBACZ: Abp Ryś: Kościół jest dla misji, a nie dla siebie

Wielu misjonarzy przyznaje, że wyjeżdżali w różne miejsca z poczuciem misji, a okazywało się, że to oni najpierw musieli się wiele nauczyć od ludzi, do których zostali posłani.

Rzeczywiście tak jest, choć moim zdaniem chrześcijaństwo jest dla Masajów szansą. Są to plemiona zdominowane przez tradycyjną wiarę afrykańską, w większości opartą na strachu. Chrystus jest dla nich szansą na wyzwolenie od tego, na wolność od lęku. Ale w żadnym wypadku nie może być to kolonializm, narzucanie czegoś. Inicjatywa musi wyjść trochę od nich.

Najbardziej liczy się obecność. Odbiega to nieco może od powszechnych standardów misyjnych, żeby ochrzcić jak najwięcej osób, jak najwięcej mszy odprawić. Pewnie te statystyki są ważne, ale dla mnie, jeśli muzułmanin, protestant czy animista dzięki mnie staje się lepszym człowiekiem – to moja misja jest spełniona. Istotą bycia kapłanem nie są liczby.

Pewien misjonarz, będący dla mnie autorytetem, opowiadał że przez 3 lata żył z Afrykańczykami, owszem – także odprawiał msze, ale był z nimi, pracował na polu, świętował. Dopiero po 3 latach otrzymał imię, został uznany przez tamtejsze plemiona za jednego z mieszkańców wioski. Starszyzna przyszła do niego i usłyszał takie słowa: “Jesteś z innego świata, masz inny kolor skóry, ale zdecydowałeś się być jednym z nas. Na pewno chcesz nam coś ważnego powiedzieć. Z jaką wiadomością do nas przybyłeś?”. I wtedy mógł zacząć ewangelizację.

A jakie imię ksiądz otrzymał od Masajów?

“Arkadiusz” było dla nich od początku zbyt skomplikowane, dość szybko przemianowano mnie na “Arkado” – ale to jest prawdopodobnie tłumaczenie tego imienia w języku swahili.

Natomiast imię masajskie, które otrzymałem po jakimś czasie, nadał mi jeden ze starców plemienia. Było to po jednej z mszy w bardzo pięknym miejscu. Miałem można powiedzieć przywilej pracy na terenie parku narodowego Ngorongoro. Piękny krater, wokół masaje, ołtarz przy drzewie, w cieniu baobabu. Grupa ludzi tańczących, śpiewających, modlących się. Na koniec mszy jeden z Masajów wstał i powiedział “Ty nie jesteś Arkado, Ty jesteś Olodo”. Olodo to w języku masajów “duży, wysoki”. Ja rzeczywiście jestem wysoki, mam 1,88 m wzrostu. Ale “olodo” to też słowo używane w znaczeniu “wielki, ważny”.

Tego uczucia przyjęcia doświadczyłem też opuszczając misję. Pewna Masajka powiedziała mi niedługo przed wyjazdem: “My, Masaje, już płaczemy, że wyjeżdżasz”. Dla mnie było to potwierdzenie, że to, co robiłem, było czymś naprawdę dobrym. Na sam koniec mojego pobytu odbyło się spotkanie, na którym pojawili się ludzie z różnych wiosek i każdy mówił, za co jest mi wdzięczny. Był też z nami pewien katechista, który powiedział, że rzadko się zdarza, aby tyle dobrego można było usłyszeć o kimś, kto żyje – że raczej zdarza się tak wspominać zmarłego, ale nie żyjącego. To też pokazuje, jak często wydaje się, że jesteśmy zupełnie niezauważeni, a jednak ślad zostaje. 

Jakie jeszcze wydarzenia zapamięta ksiądz z tego czasu misji?

Z sensacyjnych historii na pewno zapadnie mi w pamięć czarna mamba w moim pokoju w nocy. Właściwie można powiedzieć, że 18 września obchodzę swoje drugie urodziny, Pan Bóg dał mi niejako nowe życie. W pokoju, który miał 4 metry kwadratowe, znalazłem się z najgroźniejszym wężem Afryki – który sam miał chyba 3 metry długości. To było jak zaglądanie śmierci w oczy.

Jedną z bardziej poruszających historii opowiadam w mojej książce “Opluty przez Boga”. Było to spotkanie z Ajszą, 12-letnią dziewczynką. Nauczyło mnie ono, żeby nie marnować momentów, gdy ktoś chce się do mnie uśmiechnąć, a ja mam ochotę odwrócić wzrok. Ona miała wszelkie podstawy, żeby nienawidzić, a mimo to obdarzyła mnie niezapomnianym uśmiechem. Można powiedzieć, że w jej oczach zobaczyłem uśmiech Boga do mnie. Na pewno zapamiętam też wioskę trędowatych – to z kolei było dla mnie doświadczenie dotykania Pana Boga.

Skoro pojawił się temat książki, zapytam księdza jeszcze o nią. “Opluty przez Boga” to mocny tytuł. O czym opowiada ta publikacja?

Na pomysł wydania tej książki wpadła jedna z misjonarek świeckich. Zebrała moje artykuły, listy z czasów formacji kapłańskiej – teksty, które pisałem do mojej rodziny z czasów wędrówki po Afryce. Jest tam więc czas Wybrzeża Kości Słoniowej, czas RŚA, czas Etiopii i czas Tanzanii.

Jeden z rozdziałów nosi właśnie taki tytuł – “Opluty przez Boga”. Jest z nim związana pewna historia, którą zachęcam, aby przeczytać w książce. Mogę podpowiedzieć, że wiąże się ona także z ewangeliczną opowieścią o Jezusie, który uzdrowił niewidomego, nakładając na jego oczy błoto utworzone z ziemi i śliny. Mocno ten tytuł związany jest też z pewnym rytuałem masajskim. 

fot. Archiwum ks. Arkadiusza Nowaka

Wróci ksiądz jeszcze na misje?

Mam taką nadzieję! Teraz otrzymałem nominację, by przez 3 lata zająć się animacją misyjno-powołaniową w Polsce, dzielić się moją pasją. To będzie też dla mnie ważny czas, bo mężczyzna chyba nigdy nie nudzi się, opowiadając o swojej ukochanej. A dzięki temu, że będę mówić o czymś, co jest dla mnie ważne, ta rozłąka z Afryką będzie lżejsza. Po tych 3 latach być może skorzystam z możliwości podjęcia “roku sabatycznego”. To taki swoisty czas na regenerację, odwiedzenie rodziny, znajomych, zajęcie się swoim zdrowiem, jeśli trzeba czy też swoimi pasjami, na które na misjach nie ma za bardzo możliwości. Po tych 4 latach mam nadzieję wrócić do Afryki.

Zdaję sobie sprawę, że to są tylko i aż 4 lata i Afryka będzie zupełnie inna. Mam więc nadzieję dobrze wykorzystać czas w Polsce, żeby też przygotować się do równie trudnego jak rozłąka powrotu. 

Przed księdzem nowe zadania, animacja misyjna. Prosimy księdza zatem o wskazówki, co możemy jeszcze zmienić w naszym myśleniu o misjach, co dobrego w dziele misji możemy w Polsce zdziałać.

Z jednej strony jest to powołanie dla nas wszystkich – “idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Nie dla wszystkich jest to od razu wyjazd na misje. Można powiedzieć, że w wielu miejscach Polska staje się krajem misyjnym – ale to już będzie reewangelizacja. A w Afryce ludzie nie mieli szansy nawet poznać Jezusa. My ją mieliśmy, a w niektórych przypadkach można powiedzieć, że nieco zatraciliśmy.

Chciałbym być optymistą, jeśli chodzi o większe zaangażowanie misyjne w Polsce. Na pewno dużo działań już jest w toku. Cieszymy się tym, że mamy prawie 1700 misjonarzy na całym świecie. Jest to duża liczba, ale gdy przełoży się ją na 40 mln Polaków, czy nawet na ponad 30 tys. kapłanów i zakonników i 17 tys. sióstr – to już ta liczba wygląda inaczej. Warto zwrócić uwagę, że z krajów o tradycjach kolonialnych, np. z Francji – gdzie w samej Francji trudno już znaleźć księdza, mówić o dużej liczbie powołań – jest kilka tysięcy, może nawet 5-10 tys. misjonarzy. 

CZYTAJ: Ks. Maciej Będziński: Najpierw musisz pokochać swoją wspólnotę, parafię, żeby tą miłością dzielić się aż po krańce świata

Mam nadzieję, że uda się nieco ożywić zaangażowanie misyjne na poziomie diecezji. Niedziela misyjna, obchodzona na poziomie ogólnopolskim, jest ważna, akcje Kolędników misyjnych też. Ale z tego, co się zorientowałem, nie jest łatwo trafić do parafii z misyjnym przekazem. Różnie jest to odbierane. Natomiast jestem w Polsce dość krótko, nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie, gdzie najbardziej będziemy potrzebni.

Na pewno Polsce potrzeba ducha misyjnego. Potrzeba dużo modlitwy w intencji misji i o nowych misjonarzy, o nowe powołania kapłańskie – których spadek wyraźnie jest już widoczny. Kościół jest misyjny z natury, u początków chrześcijaństwa jest nasze powołanie do misji. Może to być nawet już zmiana patrzenia na ludzi wokół mnie, ale też otwartość serca, ofiarność, którą mamy w sobie, dzielenie się sobą. Od tego zdecydowanie możemy zacząć, by Kościół był bardziej misyjny. Wcale nie trzeba wyjechać na misję, żeby stać się innym człowiekiem i żeby zmienić swoje serce.


Światowy Dzień Misyjny (Niedziela Misyjna) został ustanowiony 14 kwietnia 1926 r. przez papieża Piusa XI i każdego roku we wszystkich diecezjach i parafiach na świecie jest obchodzony w przedostatnią niedzielę października. Dzień ten jest również świętem patronalnym Papieskich Dzieł Misyjnych, a szczególnie Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary. W Polsce Światowy Dzień Misyjny, zwany również Niedzielą Misyjną, przedłuża się na cały tydzień.

CZYTAJ WIĘCEJ>>>

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę