video-jav.net

“Jesteśmy jak bezdomni pomagający bezdomnym”

Nie mają swojego miejsca, ale chcą pomagać tam, gdzie są potrzebujący. Dwa razy w tygodniu z torbą pełną bandaży i kompresów wyruszają na Planty, by opatrywać bezdomnych. - Wiemy, że jeśli my im tej pomocy nie damy, nigdzie indziej jej nie dostaną - mówi Mateusz Gajda, jeden z pomysłodawców założenia Fundacji Przystań Medyczna.

Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >
Mateusz Gajda
Mateusz
Gajda
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czym zajmuje się Fundacja Przystań Medyczna?

Fundacja działa dopiero od kilku miesięcy. Na co dzień zajmujemy się pomocą osobom ubogim i bezdomnym na terenie Krakowa, szczególnie osobom, które są nieubezpieczone i z tego względu nie mogą korzystać z różnych świadczeń medycznych. W naszej grupie docelowej są też osoby ubezpieczone, ale których nie stać np. na wykupienie leków czy systematyczne wizyty u specjalistów – a w wielu przypadkach takie długie leczenie jest konieczne. Głównie zajmujemy się opatrywaniem ran, ale pomagamy też przy zwykłych infekcjach – bezdomni tak samo jak my są narażeni na wirusy i przeziębienie.

 

Jesteście w stanie pomóc takiej osobie przez kupno leków?

Niestety nie, system prawny w Polsce nie pozwala nam na to, nie można rozdawać leków za darmo, nie mówiąc już o wtórnym obrocie leków. Na tyle, na ile możemy, staramy się pomagać. Czasem potrzebny jest antybiotyk i zdajemy sobie sprawę, że jeśli my danej osobie go nie wykupimy, to ona sama tego nie zrobi ze względu na brak własnych środków.

 

 

Dlaczego zdecydowaliście się pomóc akurat bezdomnym?

W szpitalach takie osoby są niechciane. Nie ma wielu miejsc, gdzie tacy ludzie, mogą uzyskać pomoc. Jeśli już trafią na SOR, to przez swoją sytuację bezdomności, nie mają szansy leczyć się skutecznie i po jakimś czasie wracają do szpitala, przez co obciążają też w jakiś sposób system zdrowotny. Mamy więc, nieskromnie mówiąc, nadzieję, że dzięki naszej działalności trochę wychodzimy tej sytuacji naprzeciw. Ministerstwo oszacowało, że w Małopolsce jest około 2000 bezdomnych, ale my wiemy, że tych osób jest o wiele, wiele więcej – nie da się ich tak dokładnie policzyć.

 

A jak wielu osobom udaje się Wam pomóc?

Wychodzimy na Planty w środy i niedziele. W niedzielę mamy okazję pomóc większej grupie, która przychodzi systematycznie na “Zupę na Plantach”. Współpracujemy także ze wspólnotą Sant’Egidio, która troszczy się o jedzenie dla bezdomnych głównie w środy. Wykorzystujemy ten czas kiedy zbierają się w większe grupy, tak abyśmy mogli pomóc jak największej liczbie potrzebujących. Każdorazowo udzielamy pomocy około 20 osobom. W skali miesiąca robi się z tego duża grupa, ale nie jest to liczba zamknięta, bo osób bezdomnych jest bardzo dużo – pomogliśmy już około 1700 osobom, a ja przechodząc Plantami w dalszym ciągu spotykam nowe twarze. Informacje o takiej bezpłatnej pomocy szybko się też rozchodzą, był nawet przypadek, że pewien bezdomny przyjechał do nas z Katowic, gdy dowiedział się o możliwości konsultacji z lekarzami.

 

Skala potrzeb wydaje się ogromna. Ile osób angażuje się w prace Fundacji?

Ta liczba stale rośnie. Póki co mamy 40 wolontariuszy zaangażowanych na stałe plus jeszcze około 30 okazjonalnie. Są to studenci medycyny i lekarze różnych specjalizacji – chirurdzy, ortopedzi, jest z nami też chirurg naczyniowy, nieoceniony jeśli chodzi o opatrywanie ran. Wszyscy przychodzą tutaj po swoich godzinach pracy i – trzeba to powiedzieć – jak do drugiej pracy, bo tak staramy się to traktować.

 

 

Jak bezdomni reagują na Waszą pomoc?

Są ogromnie wdzięczni. Przychodzą nierzadko ze łzami w oczach, przestraszeni, ale wzruszeni, że ktoś zechciał poświęcić im uwagę. Współpraca z nimi jest bardzo różna – nie zawsze zastosują się do naszych zaleceń odnośnie leczenia, wielu z nich nie pojawia się ponownie, byśmy mogli kontrolować proces leczenia, a niektórzy ze względu na problem z alkoholem nie dają rady być trzeźwi na czas brania leków. Zdecydowana większość jest wdzięczna, że poświęcamy im swój czas i uwagę, widzą, że nam zależy, że traktujemy ich poważnie. Wiele osób nas już zna z imienia, z nazwiska, cieszą się na nasz widok. Ale trzeba powiedzieć, że to wymagało czasu, zbudowania zaufania. Jest to bardzo potrzebne, szczególnie jeśli jest konieczność zastosowania się do jakichś zaleceń lekarskich.

Bezdomni tworzą w pewien sposób takie mikrospołeczeństwo – są tam osoby, które zastraszają i osoby, które stają w obronie słabszych, są osoby atakujące, ale i wspierające. Relacje między nimi są nierzadko bardzo silne, dzięki temu przekazują sobie też informacje o możliwości pomocy, ale i budują między sobą zaufanie do nas, mając dobre doświadczenia ze spotkania z nami.

 

Taka bezinteresowna pomoc bez stawiania wymagań nie jest często spotykana. Choćby w niektórych noclegowniach nie przyjmuje się osób nietrzeźwych, a Wy pomagacie wszystkim bezwarunkowo.

Nie do końca bezwarunkowo, bo bezdomni zdają sobie sprawę, że bez ich zaangażowania nie damy rady im pomóc. Najczęściej w tej kwestii chodzi o postawienie ultimatum w związku z alkoholem, ale z drugiej strony są osoby, które cierpią już na padaczkę poalkoholową. Przydałaby się dodatkowa organizacja, która by przeprowadziła takie osoby przez odwyk – dziś wszystkie miejsca na terapiach odwykowych są zajęte.

 

 

Wspomniałeś, że wykorzystujecie w jakiś sposób akcję “Zupa na Plantach”, która gromadzi bezdomnych w niedzielę oraz środowe spotkania wspólnoty Sant’Egidio. Z jakimi organizacjami jeszcze współpracujecie? Udaje Wam się udzielić pomocy innej niż medyczna?

Z naszej strony jeśli potrzebują odzieży, śpiworów – staramy się to zapewnić. Jesteśmy jednak otwarci na współpracę z każdą organizacją pomocową, tym bardziej że nie ma jakiegoś wspólnego systemu pomocy osobom bezdomnym. Nie mamy np. możliwości skierowania na nocleg kogoś z zapaleniem płuc, kto musi leżeć, by wyzdrowieć, bo do tego potrzebny jest np. pracownik socjalny, który musi ocenić, czy i w jakim zakresie dana osoba potrzebuje pomocy oraz gdzie ją uzyska, a to bardzo długa procedura.  Mamy taki pomysł, by w przyszłości stworzyć coś w rodzaju platformy, dzięki której będzie wiadomo, gdzie można wysłać kogoś na nocleg, na posiłek, na leczenie szpitalne. Przydałaby się lepsza współpraca na tym polu.

 

Bierzecie teraz udział w krakowskich obchodach Światowego Dnia Ubogich. Co tu robicie?

Prowadzimy punkt medyczny, mówiąc najprościej. Punkt znajduje się w Arcybractwie Miłosierdzia, współpracujemy tu z siostrami albertynkami. Można u nas zrobić podstawowe badania – zmierzyć ciśnienie, cukier, ale też oczywiście opatrujemy. Mamy pełen zestaw sterylnych narzędzi, ale w ogóle miejsce, które tu mamy (punkt medyczny znajduje się w Arcybractwie Miłosierdzia na ul. Siennej – przyp. red.) pozwala nam dokładniej zbadać pacjentów, osłuchać, skierować do szpitala jeśli byłoby to konieczne.

 

 

Spotkania z bezdomnymi są na pewno niezapomniane. Jaka historia Tobie zapadła w pamięć?

Przede wszystkim te spotkania nauczyły mnie nie wrzucania wszystkich bezdomnych do jednego worka. Ich historie są naprawdę przeróżne, to są ludzie w różnym wieku i różnych zawodów – są wśród nich nawet lekarze. Jest wiele przyczyn, które spowodowały, że dziś ci ludzie są na ulicy – od uzależnień po różne historie rodzinne. Jedna z najmocniejszych, z którą się spotkałem, to historia mężczyzny, któremu włamano się do mieszkania i zgwałcono jego żonę. Po tym wydarzeniu nie mógł się pozbierać, na sali sądowej pobił oskarżonego tak, że trafił do więzienia. Dziś mieszka na ulicy, nie jest w stanie wrócić do domu, z trudnością przyjmuje pomoc, którą mu się oferuje – mówię tu również o pomocy od rodziny – bo ma takie przekonanie, że nie chce nikomu robić problemu.

Większość bezdomnych ma takie poczucie i często widać to w naszych spotkaniach z nimi, że nie pchają się po pomoc, bo wiedzą, że może będzie ktoś bardziej potrzebujący. W tym całym przykrym zjawisku to jest chyba najpiękniejsze – że oni nie mając nic, potrafią jeszcze komuś ustąpić i pomóc, jak tylko mogą.

 

Może kiedyś i oni będą w stanie pomagać tak, jak Wy.

Już mamy takie przypadki Są bezdomni, którzy przynoszą nam opatrunki, choć jeszcze jakiś czas temu sami ich potrzebowali.

 

 

 

W jaki sposób można Wam pomóc?

Naszą największą trudnością jest to, że nie mamy “swojego miejsca” – można powiedzieć, że jesteśmy trochę jak bezdomni pomagający bezdomnym. Naszym stałym miejscem pracy są po prostu Planty. Może uda nam się zdobyć ambulans dzięki FundacjiNEUCA dla zdrowia”. Może uda się znaleźć jakiś lokal. Jest to problem tym pilniejszy, że zbliża się zima i jakkolwiek latem nie ma problemu, by pomóc komuś na powietrzu, tak na mrozie, czy na śniegu jest to bardzo trudne. Poza tym osoby bezdomne ubierają się na chłodne dni bardzo ciepło i opatrzenie ich jest wtedy ogromnym wyzwaniem. Żadne rany nie będą się też dobrze goić jeśli nie zostaną opatrzone w przyzwoitych warunkach.

Na pewno nie jest nam bardzo potrzebny rozgłos, nie robimy tego na pokaz. Raczej interesuje nas bardziej porządne zrobienie opatrunków, a trzeba powiedzieć wprost, że nie oszczędzamy na tym, staramy się o artykuły naprawdę dobre, a idą za tym duże koszta. Oczywiście mamy świadomość, że jak każdej młodej organizacji przyda nam się reklama, ale tylko dlatego, żeby właśnie – znaleźć jakieś stałe miejsce do udzielania pomocy, czy móc kupić opatrunki. Jeśli ktoś chciałby nas wspomóc finansowo – będziemy wdzięczni. To mogą być naprawdę niewielkie kwoty – każde 10 zł to już jeden opatrunek.

Przyda nam się też pomoc w wyjściu do ubogich – i wcale nie mówię tu o osobach związanych jakkolwiek z medycyną. Bezdomni w wielu przypadkach cierpią nie tylko biedę, ale również samotność. Każde spotkanie z nami to dla nich okazja do rozmowy, ale czasami bywa to bardzo absorbujące, co nie pozwala na pomoc większej liczbie osób. Zapraszamy więc wszystkich, którzy po prostu chcą poświęcić trochę swojego czasu na towarzyszenie nam na Plantach i rozmowy z potrzebującymi – jestem pewny, że w wielu przypadkach to właśnie obecność, rozmowa, zainteresowanie są tym, czego najbardziej im brakuje.

 

Zapraszamy na stronę Fundacji Przystań Medyczna

 

Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Mateusz Gajda

Mateusz Gajda

Inicjator i założyciel Fundacji Przystań Medyczna, student medycyny.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >
Mateusz Gajda
Mateusz
Gajda
zobacz artykuly tego autora >

Kard. Tagle: Kościół się nie zmienia, tylko odnawia

O wielokulturowości, migracji, papieżu Franciszku i modlitwie z kard. Luisem Antonio Tagle, przewodniczącym Caritas Internationalis rozmawiają o. Marcin Wrzos OMI oraz Michał Jóźwiak z portalu misyjne.pl

Polub nas na Facebooku!

Michał Jóźwiak: Często mówi się, że papież Franciszek zmienia Kościół. Myślę tutaj chociażby o adhortacji „Amoris Laetitia”. Czy rzeczywiście ten pontyfikat jest taki przełomowy?

Kard. Luis Antonio Tagle: Słowo „zmiana” tutaj nie pasuje. Myślę, że lepszym określeniem dla tego, co dzieje się w Kościele i właściwie ciągle się wydarza, jest „odnawianie”. Zaczęło się ono już w 1958 r., kiedy papieżem został Jan XXIII, który później zwołał Sobór Watykański II. To nie efekt papieża Franciszka, to się zaczęło dużo wcześniej, choć 50 lat to znowu nie aż tak wiele. Mam poczucie, że dopiero teraz w Kościele zaczynamy rozumieć postanowienia soborowe. Następni papieże, Paweł VI, Jan Paweł II i Benedykt XVI rozwijali różne aspekty tego, co zostało wypracowane podczas Soboru Watykańskiego II.

 

Michał Jóźwiak: Czyli nie ma przełomu i się na to nie zanosi?

– Ciągle będzie miało miejsce to „odnawianie”, bo świat się zmienia. Kościół musi mierzyć się z wciąż nową rzeczywistością. Przecież w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie było mowy o sztucznej inteligencji, a teraz jest ona bardzo realna. Nie możemy zamykać oczu na nowe zjawiska i powtarzać w kółko tego samego. Kościół powinien na te wyzwania odpowiadać.

 

Michał Jóźwiak: Jednym z takich wyzwań jest chyba migracja? Niedawno Caritas Internationalis zapoczątkowała akcję #ShareJourney, która ma być wyrazem solidarności z uchodźcami i migrantami.

– To rzeczywiście problem globalny, któremu Kościół powinien stawić czoła. Ale Kościół nie jest jedyną instytucją pochylającą się nad tą kwestią. Choć przyznam, że chcemy mieć tutaj swój istotny wkład, zwłaszcza przez nauczanie społeczne Kościoła. Ciągle przychodzi do nas nowa rzeczywistość i musimy na nią adekwatnie reagować. Migracja to niewątpliwie jedna z największych trosk współczesnego Kościoła. Wielu uchodźców ginie. Nie możemy udawać, że to się nie dzieje.

 

Michał Jóźwiak: Migracja wiąże się również z wielokulturowością. To pojęcie jest ostatnio bardzo modne i dla jednych jest szansą, a dla drugich przeciwnie – wielkim zagrożeniem.

– Całe stworzenie jest różnorodne – inaczej by nie przetrwało. Potrzebujemy słońca, gwiazd, powietrza. Bóg jest Bogiem różnorodności. Nie wiem jak ci, którzy domagają się jednorodności, chcą pogodzić swoje myśleniem z dziełem stworzenia. Wielokulturowość nie stoi w sprzeczności z Bożym planem. To my stanowimy problem – to, że postrzegamy wielokulturowość jako zagrożenie. Doszukujemy się w tym zagrożenia, nie widząc piękna i szans, jakie z sobą niesie. Najważniejsze jest niekoniecznie zjawisko samo w sobie, ale to jak je postrzegamy i to, czego się w nim chcemy doszukiwać. Mój dziadek był Chińczykiem, który wyemigrował z przyczyn ekonomicznych na Filipiny. Był buddystą, który później przeszedł na chrześcijaństwo. Kto by pomyślał, że wnuk chińskiego buddysty zostanie kardynałem? (śmiech). Czy można więc powiedzieć, że wielokulturowość ma w sobie coś złego? Bóg potrafi się tym posłużyć do zbudowania czegoś dobrego. I nie mówię tego na poziomie abstrakcji, bo sam doświadczam tego w swojej rodzinie. Różnorodność to nie tylko szansa, to błogosławieństwo.

 

Marcin Wrzos OMI: Papież Franciszek powiedział już jakiś czas temu, że Kościół sam w sobie jest misyjny. Dużo mówi się o pomocy materialnej niesionej przez misjonarzy, ale nie mniej ważna jest tu pomoc modlitewna, jak choćby zakonów kontemplacyjnych.

– Nie bez przyczyny jedną z patronek misji jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, karmelitka bosa. Misje to nie tylko aktywność, działalność czy praca. Misje to wyjście poza siebie także w sensie duchowym. Właściwie modlitwa sama w sobie jest misyjna. Jeśli modlimy się tylko za siebie, to nasza modlitwa jest w jakimś sensie niepełna. W naszej relacji z Bogiem musi być obecne „misyjne serce”, które pragnie dobra innych. Modlitwa rodziców za dzieci to także pewien rodzaj misji.

 

Marcin Wrzos OMI: Zatem mnisi, którzy nie budują studni czy szkół w krajach misyjnych, ale poświęcają się kontemplacji, również mogą być misjonarzami.

– Tak, bo ich modlitwa jest misją. Przez swoją ciszę i obejmowanie modlitwą tak wielu ludzi są bardziej obecni w świecie niż może nam się wydawać. To olbrzymi wkład, którego bardzo potrzebujemy.

 

Marcin Wrzos OMI: Jak modli się Ksiądz Kardynał?

– Trzeba rozróżnić momenty modlitwy formalnej i nieformalnej. Do tej formalnej wlicza się oczywiście to, że jako kapłan odmawiam brewiarz, odprawiam Mszę św., ale tego nie ma aż tak wiele. Gdyby policzyć, może wyszłyby dwie godzinny dziennie. Ważne jest jednak to, aby twoje serce przez cały dzień było otwarte na Boga i jego inspiracje. Twój umysł powinien poszukiwać odpowiedzi na to, gdzie On chce cię poprowadzić. Taka modlitwa nie wymaga pójścia do kaplicy – możesz być wśród ludzi, na spotkaniu, na spacerze, ale twoje serce może być połączone z Bogiem. Modlitwa to postawa, która nie ma końca. Ona wciąż trwa.


Rozmawiali o. Marcin Wrzos OMI i Michał Jóźwiak / Kraków

Katolicka Agencja Informacyjna