Godzina “W”. Godziny wiary

Podczas Powstania Warszawskiego wszyscy mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach.

Marcelina
Koprowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Godzina “W”. Godziny wiary
Podczas Powstania Warszawskiego wszyscy mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach.

Rozmowa z Marceliną Koprowską, historykiem i badaczką religijności w czasie Powstania Warszawskiego.

 

 

Jak się modliła powstańcza Warszawa? 

Jest kilka zjawisk, które są charakterystyczne dla całego walczącego miasta, niezależnie od dzielnicy. Pierwszym z nich jest to, że życie religijne przeprowadziło się z kościołów do miejsc, gdzie po prostu byli ludzie. W kościołach, póki się dało, póki nie były zburzone, chroniła się ludność cywilna i tam oczywiście trwało życie religijne: księża odprawiali msze, spowiadali, udzielali sakramentów, jak tylko długo mogli. Ale przychodził czas, że w końcu trzeba się było z kościoła ewakuować. Już wcześniej, zanim zaistniała taka konieczność, księża wychodzili z kościołów na ulice, podwórka, do piwnic i tam odprawiali Msze polowe dla ludności, która z powodu ostrzału nie mogła dotrzeć do kościoła. 

 

Dla nas to niewyobrażalne, że toczą się walki, a tu, na podwórku, Msza…

Na podstawie źródeł naliczyłam około trzystu miejsc, o których powstańcy i cywile wspominają, że byli w nich na Mszy Świętej. Z tego ponad 200 adresów jest dokładnych, to znaczy, można określić ulicę i numer domu.

 

Jakie to były miejsca? 

Tylko ok. 15% miejsc to były miejsca konsekrowane – kościoły, kaplice. Msze odprawiano po prostu wszędzie: w szpitalach, na podwórkach, w bramach domów, mieszkaniach, piwnicach, w kinie, w teatrze, w browarze, barze, kawiarni. Trudno mi sobie wyobrazić jakiś typ miejsca, które nie byłoby tym objęte. 

 

Dlatego, że tam byli ludzie?

Albo dlatego, że stacjonowały tam oddziały powstańcze. Musiały też istnieć odpowiednie warunki, bo np. dane miejsce było mniej ostrzeliwane, choć też wcale niekoniecznie. Tam, gdzie byli ludzie, gdzie mógł dotrzeć ksiądz i było w miarę bezpiecznie – odprawiane były Msze święte. 

 

Aby mogła zostać odprawiona Msza święta, potrzebna jest hostia, komunikanty, potrzebne jest wino…

Jeśli chodzi o paramenty liturgiczne jak kielich, patena, to księża albo nosili je ze sobą, albo zastępowali jakimiś zwykłymi naczyniami. Ze wspomnień wiemy, że największy problem to zdobyć odpowiednią liczbę komunikantów i hostii do konsekracji. Księża radzili sobie z tym w przeróżny sposób: dzielili komunikanty i hostie na malutkie kawałeczki. Wzruszające wspomnienia pozostawili ci, którzy taką Komunię św. przyjmowali. Jedna pani wspomina, że wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że Jezus jest obecny nawet w takim maleńkim kawałeczku, jeszcze mniejszym niż ten zwykły komunikant. Siostry zakonne miały specjalną maszynkę, w której wypiekały komunikanty, nawet w trakcie Powstania. Jeśli nie miały warunków do profesjonalnego wypiekania, to po prostu wyrabiały takie najprostsze ciasto na chleb. Wtedy te komunikanty były bardzo twarde, nie jesteśmy do takich przyzwyczajeni. Zdarzało, że nie starczało komunikantów i część osób obecnych na Mszy świętej przyjmowała komunię tylko w sposób duchowy.

Jest też wspomnienie o. Józefa Warszawskiego, jezuity, już z końca Powstania: kiedy miał odprawiać Mszę świętą w niedzielę i już myślał, że ją odwoła, bo nie było ani jednego kawałka hostii, by ją zakonsekrować. Zaczęło się poszukiwanie hostii, opłatka, chleba. Znaleziono rannego, którego tożsamości w ogóle nie znano. Domyślano się tylko, że może pochodzić ze Wschodu – było prawdopodobne, że jest prawosławny lub areligijny. Ale… znaleziono przy nim książeczkę do nabożeństwa, w której był schowany kawałek opłatka. Dzięki temu o. Józef mógł potem odprawić Mszę świętą…

 

🔷 PRZECZYTAJ: Reduta sakramentek

 

Udział w nabożeństwie dodawał powstańcom sił?

Ze wspomnień wynika, że Msze święte były dla powstańców i cywilów dosyć ważne. Jeśli niektóre z tych wspomnień to wywiady przeprowadzane 70 lat po Powstaniu i po siedemdziesięciu latach ludzie pamiętają, że 13 sierpnia byli na Mszy świętej w tym i w tym miejscu – to pokazuje, jak ważna to była chwila, która tak konkretnie utrwaliła się w pamięci. Czy ktoś z nas pamięta, gdzie był na Mszy św. 1 sierpnia 5 lat temu? Miałam okazję rozmawiać z kilkoma powstańcami. Gdy wspominałam im o temacie mojej pracy magisterskiej, mówili: “A ja spotkałem księdza tam i tam, udzielał mi rozgrzeszenia w obliczu śmierci”. Ktoś inny pamiętał, że służył do Mszy na Szpitalnej 12.

 

 

Przywołała pani postać jezuity, o. Warszawskiego. Kim byli kapłani, którzy w czasie Powstania służyli poszczególnym oddziałom i mieszkańcom Warszawy?

To byli “zwyczajni” księża, niektórzy wyświęceni już w czasie wojny, w 42 czy 43 roku. Część z nich była związana z konspiracją już wcześniej, jeszcze przed Powstaniem: ci byli oficjalnie kapelanami, przydzielonymi do konkretnych oddziałów. Nie zawsze udało im się dotrzeć do tych oddziałów. Tak samo jak nie wszystkim żołnierzom udało się dotrzeć na wyznaczone miejsce mobilizacji. Byli też tacy księża, którzy wcześniej się z konspiracją w ogóle nie łączyli, ale podczas Powstania zgłaszali się do dowódców, mówiąc, że jeżeli byłoby potrzeba kapelana, to oni mogą pełnić taką funkcję. Część z nich została, rozkazem Tadeusza Bora-Komorowskiego, mianowana kapelanami czasu wojny. Byli też księża, którzy nie łączyli się oficjalnie z konspiracją. Odprawiali Msze święte dla ludności, dla powstańców też, pozostając poza formalnymi, wojskowymi strukturami. 

 

W Powstaniu obok księży katolickich służyli też duchowni innych wyznań.

Ponieważ był niedobór jednych i drugich to warszawiacy cieszyli się z obecności jakiejkolwiek osoby duchownej. Modlili się razem, a gdy nie mieli możliwości pójść na Mszę św. czy nabożeństwo w swoim wyznaniu, chodzili tam, gdzie mogli. A czymś niezwykłym dla mnie było odkrycie, że w oddziale Lecha Grzybowskiego służyli Tatarzy – muzułmanie, którzy mieli swojego mułłę. Muzułmański duchowny zginął dosłownie dwa dni po kapelanie katolickim tego oddziału. Tatarzy uparli się, że  swojego mułłę muszą pochować obok księdza. Dowódca tego oddziału Wacław Zagórski wspomina, że były takie modlitwy, na które nikt nie musiał przychodzić, ale także wtedy cały oddział był razem – katolicy, protestanci, muzułmanie. Nawet jeśli się aktywnie nie modlili, po prostu byli.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Jutro już będziemy w niebie. Sakramentki w Powstaniu Warszawskim

 

A wracając do zwykłych ludzi, jak udawało się praktykować swoją wiarę w czasie Powstania?

Było kilka możliwości zależnie od rejonu Warszawy. Można było brać udział w Mszach świętych, jeśli były akurat w okolicy. Poza tym Armia Krajowa starała się zapewniać opiekę duszpasterską swoim oddziałom. Znamy rozkazy Antoniego Chruściela, pseudonim “Monter”, czyli dowódcy Okręgu Warszawskiego AK, które dotyczyły przeprowadzania modlitw porannych, wieczornych. W konkretne dni, zwłaszcza 15 i 26 sierpnia należało umożliwić wszystkim, w miarę możliwości, uczestnictwo we Mszy świętej. To oczywiście nie zawsze się udawało.

Były też takie dzielnice, gdzie księża nie dotarli. Najmniej Mszy świętych było na Woli i na Ochocie… co wynika z tragicznego dla tych dzielnic przebiegu Powstania. Akurat Wola i Ochota były na początku listy dzielnic, które były systematycznie “eliminowane”. Tam, gdzie zaczęła się rzeź, życie religijne i sakramentalne kończyło się, powoli znikali też ludzie… i ogólnie patrząc na całe Powstanie, życie religijne w danym rejonie trwało mniej więcej tak długo, jak powstańcy utrzymywali swoje pozycje. Wyjątkiem są niektóre klasztory i szpitale polowe, które były ewakuowane później, jak np. Szpital Wolski.

 

Była to wspólnota piwnicznego schronu, kotła z zupą i kawałka chleba, wspólnota niebezpieczeństwa, a bardzo często wspólnota śmierci i wspólnej mogiły.

Pozostawała modlitwa?

Nawet w takich miejscach, gdzie księdza nie było, ludzie modlili się sami w piwnicach, w miejscach, gdzie koczowali przez wiele dni. Tam trwały nieustanne modlitwy.

Jan Nowak Jeziorański w książce “Kurier z Warszawy” pozostawił piękne wspomnienie, w którym pisze, że “Przed wojną można było mieszkać przez dziesięć lat w tym samym domu, nie wiedząc, kim jest i jak się nazywa sąsiad o piętro wyżej. W czasie Powstania wszyscy mieszkańcy kamienicy stanowili jedną zwartą gromadę. (…) Była to wspólnota piwnicznego schronu, kotła z zupą i kawałka chleba, wspólnota niebezpieczeństwa, a bardzo często wspólnota śmierci i wspólnej mogiły. Jej zewnętrznym wyrazem był ołtarz ustawiony w sieni, na podwórku lub w piwnicy, przed którym gromadzili się do wspólnej modlitwy wszyscy domownicy – zarówno ci najpobożniejsi, jak i tacy, którzy od lat nie przekroczyli progu kościoła”.

Jeziorański pisze, że w tych wspólnych modlitwach brali udział również ci, którzy od lat nie postawili swojej stopy w kościele. “Wpatrzeni w postać Chrystusa albo Matki Boskiej powtarzali głośno: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie”. Modlono się szczególnie żarliwie o ocalenie właśnie ich domu. Nikt się nie zastanawiał, dlaczego Pan Bóg miałby okazać się szczególnie łaskawy, powiedzmy, dla kamienicy Piusa 21, gdy wokoło inne domy waliły się czy paliły”

Wszyscy po prostu modlili się o ocalenie. W wielu wspomnieniach pojawia się odwołanie do znanego przysłowia: “jak trwoga to do Boga”. Groza sytuacji sprawiała, że ludzie, chcąc nie chcąc, musieli podjąć tę refleksję, siłą rzeczy zająć się duchowością, modlitwą… 

 

Ludzie modlili się wspólnie. Nawet jeżeli byli różnych wyznań, znajdowali takie modlitwy, które wszyscy znali. Razem modlili się nawet katolicy i Żydzi – wyznawcy różnych religii – modlili się wspólnie psalmami.

Co krok spotykali się przecież ze śmiercią. Jak się modlili?

Trudno dokładnie odtworzyć przebieg modlitw. Często wspominają, że odmawiali modlitwy wszystkim znane, np. Ojcze nasz, pacierz, różaniec, litanie. Wtedy – jak niektórzy wspominają, co dziś dla nas jest trudne do wyobrażenia – wiele osób miało książeczkę do nabożeństwa (niektórzy w dzisiejszych rozmowach uważają, że każdy). Ludzie modlili się wspólnie. Nawet jeżeli byli różnych wyznań, znajdowali takie modlitwy, które wszyscy znali. Razem modlili się nawet katolicy i Żydzi – wyznawcy różnych religii – modlili się wspólnie psalmami.

Oczywiście nie jest to jednolity obraz, nie wszyscy byli tacy religijni, nie zawsze też udawało się mieć niezachwianą wiarę w obliczu takiego okrucieństwa… Trudny czas wojny sprawiał, że chyba każdy zadawał sobie pytanie: czy On się rzeczywiście nami opiekuje, czy On jest? 

Jest też bardzo ciekawe wspomnienie Stanisława Likiernika, który opowiada, że stracił wiarę w 42 czy 43 roku, jeszcze przed Powstaniem. W czasie Powstania został ranny, leżał w jakimś kościele zamienionym na szpital polowy. Przypuszczał, że zostało mu około godziny lub półtorej życia. Zastanawiał się wtedy, czy się pomodlić, czy nie. 

 

🔷 PRZECZYTAJ: Udział ks. Wyszyńskiego w Powstaniu Warszawskim

 

“Leżąc na nosidle do trumien w kościele, miałem, w moim przekonaniu, najwyżej godzinę życia. Pamiętam doskonale. Rozmyślałem, nie było nic innego do roboty, a miejsce się nadawało. Czy jak trwoga, to do Boga, czy nie? Gdzieś w 1942-43 straciłem wiarę w Boga, który pozwalał na potworności wojny, jakie oglądałem. Czy będę się modlił? Zdecydowałem, że nie. Jeśli się mylę, to Bóg powinien pogratulować mi odważnej postawy. Do spotkania z Nim jeszcze nie doszło. Dojdzie albo nie, ale tego już na pewno nie opiszę

Nie zawsze też udawało się mieć niezachwianą wiarę w obliczu takiego okrucieństwa… Trudny czas wojny sprawiał, że chyba każdy zadawał sobie pytanie: czy On się rzeczywiście nami opiekuje, czy On jest?

Wspomina też, że kilka dni później rozmawiał z jednym z kapelanów. Rozmawiali przez dwie godziny o sprawach duchowych, o Bogu, czy On istnieje, o różnych wątpliwościach… Ta rozmowa nie zmieniła jego postawy, on pozostał niewierzący. Ale zwróćmy uwagę na to, że człowiek niewierzący, ciężko ranny, świadomy tego, że została mu jedna godzina życia (choć ostatecznie przeżył wojnę i opisał później swoje doświadczenie), w obliczu śmierci myślał o tym, czy się pomodlić, czy nie. 

 

Wspomniała pani, że miejscami, w których się modliła ludność Warszawy były podwórkowe kapliczki. Jaka była rola tych miejsc?

Z tego co udało mi się ustalić, wynika, że większość tych kapliczek powstała w czasie okupacji, zwłaszcza po 42/43 roku. Zaczęły się pojawiać dosłownie wszędzie na podwórkach warszawskich. Wynikało to z tego, że ludzie chcieli się razem modlić, mieć własną wspólnotę. Ze względu na godzinę policyjną wieczorem nie można było wychodzić poza kamienicę, ale na podwórku można było się gromadzić, więc oni budowali własnym przemysłem te kapliczki na podwórkach, zamawiali u jakichś artystów rzeźby, część osób miała w domu święte obrazy, przynosili kwiaty. Te kapliczki były przeróżne. Udało mi się też dotrzeć do takich wspomnień, które mówią, że kapliczki zostały poświęcone przez księdza dopiero w czasie Powstania, na przykład gdy budowano ołtarze do Mszy Świętych polowych.

 

 

W czasie Powstania ludzie zawierali sakramentalne małżeństwa. Były śluby powstańcze, ale czy zdarzały się  też śluby cywilów? 

Ze ślubami wiążą się niesamowite historie. Śluby brali zarówno powstańcy jak i ludność cywilna. Wśród ludności cywilnej często były to śluby zaplanowane już wcześniej: na sierpień, na wrzesień. Jeżeli była taka możliwość, to podczas Powstania, mimo że trwały walki, ślub i tak się odbywał.

Śluby powstańcze też były i wydaje mi się, że w dużej części przypadków nie były wcześniej tak długo planowane. Oczywiście para młoda znała się już wcześniej, ale trudno powiedzieć jak długo. Dotarłam do kilku wspomnień ludzi, którzy o swoim ślubie zdecydowali dosłownie z dnia na dzień. Zamierzali się pobrać po wojnie, jak wszystko się uspokoi, ale podczas Powstania dochodzili do wniosku, że już na tyle się wypróbowali, na tyle się kochają i na tyle jest niebezpiecznie, że skoro mogą zginąć następnego dnia – to chcą już ginąć jako małżeństwo.

A wtedy, jeśli mieli dostęp do kapelana, prosili go pobłogosławienie ich ślubu. Wiązały się z tym formalności, gdyż zazwyczaj ślub kościelny powinien być poprzedzony zapowiedziami. Od tych zapowiedzi można było uzyskać dyspensę. Dowództwo Armii Krajowej, widząc, że zaczyna się “ruch ślubny”, wydało rozkaz, że jeśli powstańcy chcą zawrzeć małżeństwo to musi być na to zgoda dowódcy oraz ks. Stefana Kowalczyka ps. “Biblia”, dziekana polowego na całą Warszawę (a od 8 sierpnia 1944 r. naczelnego kapelana Armii Krajowej).

Tak więc kwestie formalne udało się zminimalizować: nie trzeba było zapowiedzi przedślubnych, a świadkowie zapewniali księdza o braku przeszkód do zawarcia małżeństwa sakramentalnego. I tak odbywały się śluby powstańcze. 

 

🔷 PRZECZYTAJ: Powstanie Warszawskie. Z kroniki klasztornej sióstr benedyktynek sakramentek

 

Który spośród takich ślubów zapadł szczególnie w Pani pamięci?

Opowiem o ślubie Marii Róży Nowotnej i Jana Walca. To bardzo ciekawa historia: ona była katoliczką, on ewangelik z Kościoła ewangelicko-reformowanego. Poznali się podczas okupacji, pokochali się i planowali wziąć ślub już po wojnie, bo nie mieli możliwości finansowych, żeby zorganizować przyjęcie weselne. W ogóle o tym nie myśleli. 

Oboje służyli w batalionie AK “Zaremba-Piorun” w Śródmieściu. Któregoś dnia zginął jeden z ich kolegów. To była pierwsza śmierć w oddziale, atmosfera była trudna. Ich dowódca pomyślał: trzeba zrobić coś, żeby ich podnieść na duchu, rozweselić. “Zróbmy Jasiom ślub!” – powiedział. Całe środowisko postarało się, żeby zorganizować młodym jakieś warunki do świętowania. To działo się w sierpniu, więc wtedy jeszcze było to możliwe. Narzeczeni musieli oczywiście uzyskać zgodę na ten ślub. Udało się wszystko przez znajomego księdza profesora i się pobrali.

Tuż przed tym ślubem siostra zakonna, przełożona szpitala polowego, w którym Róża była sanitariuszką, wzięła ją na rozmowę. Siostra była dosyć surowa, można się było tej rozmowy przestraszyć. Wzięła pannę młodą na rozmowę i z serca jej poradziła tak po prostu, żeby nie próbowała swojego męża nawracać. “Jeżeli będzie dawała świadectwo swoim życiem on, widząc jej życie się nawróci”. Ta rozmowa z siostrą Matyldą Getter na tyle zapadła pani Róży w pamięć, że pamiętała ją dziesiątki lat później. 

 

Bardzo zależało im na pojednaniu z Bogiem. Nawet jeśli nie byli ranni w czasie Powstania, to cały czas znajdowali się przecież w obliczu śmierci. Część tych osób te spowiedzi powstańcze doskonale pamięta. Zachowali np. pamiątkowe obrazki, które wtedy dostali od księdza. 

A jak było ze spowiedzią w czasie powstania? Czy ludzie myśleli wtedy, żeby się spowiadać? Czy miał im kto udzielić rozgrzeszania w obliczu śmierci?

Bardzo zależało im na pojednaniu z Bogiem. Nawet jeśli nie byli ranni w czasie Powstania, to cały czas znajdowali się przecież w obliczu śmierci. Część tych osób te spowiedzi powstańcze doskonale pamięta. Zachowali np. pamiątkowe obrazki, które wtedy dostali od księdza. 

Czymś bardzo charakterystycznym dla czasu Powstania były rozgrzeszenia zbiorowe “in articulo mortis” czyli “w obliczu śmierci” udzielane przez księży, gdyż oni po prostu nie mieli czasu i fizycznych możliwości, by wszystkich chętnych wyspowiadać. Udzielali zbiorowego rozgrzeszenia praktycznie przy każdej okazji: oddziałom wychodzącym do walki, ludności cywilnej, która się chroniła. Ksiądz gdzieś przechodził i po drodze rozgrzeszał wszystkich napotkanych, którzy o to prosili. Poza Mszami świętymi i modlitwami w piwnicach to jest najczęściej wspominana praktyka religijna: przyjmowanie rozgrzeszenia w obliczu śmierci. Ale spowiedzi indywidualne też jak najbardziej były, trwały godzinami. Niektórzy kapelani wspominają, że po prostu tym się zajmowali przez całe Powstanie. Nawet nie mieli kiedy spać. Siedzieli w schronach i spowiadali wszystkich, którzy tylko chcieli. 

 

W takich okolicznościach pewnie nie trzeba było nikogo zachęcać do spowiedzi czy modlitwy?

Wspomnę dwa dosyć ważne wydarzenia dla powstańczej rzeczywistości. Jedno – to Wielka Nowenna Marii Okońskiej, która w powojennej Polsce odegrała ważną rolę przy Prymasie Wyszyńskim. W czasie wojny ze swoimi towarzyszkami rozeznała, że swoje życie chce poświęcić dla Kościoła i służby Bogu. Tuż przed Powstaniem, gdy dowiedziały się, że ono może wybuchnąć “Ósemki” modliły się, żeby zdecydować czy mają pozostać w Warszawie i narazić się na to, że zginą i ich misja nie zostanie zrealizowana. Czy wyjechać i zrealizować tę misję później, po Powstaniu? Zdecydowały, że zostaną i ich misją na ten czas jest prowadzić walkę modlitewną. Powstańcy walczą, giną itd. a one mają trwać cały czas na modlitwie o powodzenie Powstania, o pokój, o zmiłowanie. Podczas modlitwy doszły do wniosku, że trzeba zaprosić do tego więcej osób. Wymyśliły “Nową Mobilizację Powstańczej Warszawy” – napisały tekst odezwy, uzgodniły to z kapelanami. Wydrukowano to w powstańczej drukarni, rozklejono w Śródmieściu, być może też w innych dzielnicach. Rozpoczęła się Wielka Nowenna, która trwała od 15 do 26 sierpnia, czyli między dwoma świętami maryjnymi. Polegała na tym, by modlić się w intencji Powstania i w intencji Ojczyzny. “Ósemki” zachęcały, by przyjmować Komunię świętą, spowiadać się i rzeczywiście wydaje się, że ta “akcja promocyjna” sakramentu spowiedzi sprawiła, że ludzie tym bardziej zgłaszali chęć wyspowiadania się. 

Duchowy oręż okazał się skuteczny.

Druga rzecz, zupełnie niespodziewana, którą odkryłam we wspomnieniach s. Kingi Strzeleckiej i wzmianki w kilku innych miejscach… W czasie Powstania, jeszcze wtedy nie była zakonnicą, dowiedziała się, że w Śródmieściu jest bp Stanisław Adamski. Biskup katowicki, wysiedlony podczas okupacji ze swojej diecezji przebywał w Warszawie, także w czasie Powstania. Posługiwał duszpastersko ludności. Strzelecka doszła do wniosku, że skoro jest biskup to może przeprowadzić rekolekcje. Pomysł zupełnie niespodziewany – rekolekcje w takich warunkach! Przeszła podwórkami do biskupa i spytała się czy jest taka możliwość? Biskup się zgodził i przez kilka kolejnych dni na podwórku kawiarni Bliklego przy Nowym Świecie trwały rekolekcje. Są nawet nagrane w “Kronikach Powstańczych” i zachowały się do dzisiejszych czasów. Widać na nich jak biskup stoi na środku podwórka, a naokoło, pod ścianami domów stoją słuchacze rekolekcji na Nowym Świecie. Na zakończenie tych rekolekcji też była spowiedź i tak jak siostra Strzelecka wspomina były do niej potężne kolejki.

Wydarzeniem bez precedensu było to, że siostry klauzurowe np. sakramentki na Nowym Mieście i wizytki przy Krakowskim Przedmieściu, otwierały klauzurę, żeby ludzie mogli się u nich schronić.

Skoro przywołujemy kolejną siostrę zakonną to rodzi się też pytanie o ich rolę w Powstaniu. Kim były? Sanitariuszkami? Opiekunkami chorych?

Wiemy, że siostry zakonne zajmowały się modlitwą – na tyle, na ile mogły. To wynika z ich powołania. Otwierały też szpitale polowe. Wydarzeniem bez precedensu było to, że siostry klauzurowe np. sakramentki na Nowym Mieście i wizytki przy Krakowskim Przedmieściu, otwierały klauzurę, żeby ludzie mogli się u nich schronić. To się nie zdarzyło nigdy dotąd, przez setki lat, odkąd przybyły do Warszawy!

Poza prowadzeniem szpitali, część zakonów prowadziła kuchnie, piekarnie, punkty pomocy dla ludności, nie tylko dla rannych ale też dla okolicznych mieszkańców.  

 

Klasztory i świątynie były więc miejscem schronienia.

Tak. Podczas Powstania Warszawskiego ludzie mieli pewien wspólny odruch: chronili się w kościołach. Łączniczka Zofia Kowalska ps. “Kora”  wspomina, że “w Warszawie panował mistyczny nastrój, czuło się obecność wyższą między nami – że Bóg jest z nami, czuliśmy to, Chrystus jest z nami. Po wojnie znalazłam w jednym sklepie w Warszawie pocztówkę przedstawiającą rannego żołnierza prowadzonego przez sanitariuszkę, a za nimi stoi Pan Jezus miłosierny i ich obejmuje ramionami. To było przy płonącym kościele Świętego Aleksandra na placu Trzech Krzyży”.

 

Z Marceliną Koprowską rozmawiała Anna Wojtas

Współpraca: Karolina Hołownia

 


Marcelina Koprowska

w 2019 r. ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie Warszawskim, autorka pracy magisterskiej pt. “Życie religijne podczas powstania warszawskiego“ napisanej pod kierunkiem dr hab. Pawła Skibińskiego. Instruktorka ZHR; wolontariuszka Muzeum Powstania Warszawskiego. “Nie spodziewałam się, że studiując i badając historię w sposób jak najbardziej naukowy, znajdę tyle śladów Bożej obecności” – mówi badaczka.

 

Zdjęcia pochodzą z archiwum magazynu „Stolica”

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Marcelina Koprowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina
Koprowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

“O Jezu, tylko nie ja”

Miała być historykiem, archeologiem, historykiem sztuki a nawet krytykiem teatralnym. Wybrała matematykę, po to, by i tak ostatecznie zostać benedyktynką-sakramentką. O swoich burzliwych losach i skomplikowanej drodze powołania matka Maria Blandyna Michniewicz opowiada Anecie Liberackiej.

Matka Maria Blandyna
Michniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

"O Jezu, tylko nie ja"
Miała być historykiem, archeologiem, historykiem sztuki a nawet krytykiem teatralnym. Wybrała matematykę, po to, by i tak ostatecznie zostać benedyktynką-sakramentką. O swoich burzliwych losach i skomplikowanej drodze powołania matka Maria Blandyna Michniewicz opowiada Anecie Liberackiej.

Warszawa, Rynek Nowego Miasta. Duszny lipcowy poranek. Dość ciche miejsce jak na stolicę, ale życie tętni i tu. Ludzie siedzą w kawiarniach pod parasolami, niektórzy biegną, śpieszą się. Wokół Rynku na ławeczkach siedzą osoby starsze. Choć jest tu ładnie, robię tylko kilka fotek, bo już dochodzi dziesiąta. Wprost z Rynku wchodzę do klasztoru, gdzie jestem umówiona z Matką Przełożoną Sióstr Benedyktynek – Sakramentek Marią Blandyną – Joanną Michniewicz.

Kiedy zamykam za sobą drzwi, czuję, że czas się zatrzymał, więcej, że cały świat mi się zmienił. Zmęczony mrużeniem od słońca wzrok przyzwyczajam do ciemności. Zewsząd owiewa mnie przyjemny chłód starych murów. Witam się z siostrą na furcie. Dostaję klucze, otwieram nimi trzy kolejne masywne drzwi, przez które docieram do pokoju rozmów (rozmównicy). Tam czeka na mnie Matka. Jest w czarnym habicie, na głowie czarny welon, jedynie pod welonem twarz owija biała chusta. Uśmiecha się pogodnie: zresztą często będzie wybuchała serdecznym śmiechem. Przez całą rozmowę będzie mnie dzieliła od niej krata. Sprawia mi to trudność na początku, dla niej jest codziennością. Ciasto i kawa, którą częstuje mnie Matka, podjeżdża do mnie poprzez wymyślny kołowrotek w ścianie.


 

 

 

Aneta Liberacka: Co czuje młoda dziewczyna, wchodząc tutaj z rynku tętniącego życiem miasta, kiedy zamykają się drzwi? To co ja? Że skończył się tamten świat i zostawiam wszystko za sobą?

Matka Maria Blandyna Michniewicz: Nie myślałam o tym, co za sobą zostawiam, ale o tym, co przede mną. Byłam nieopisanie szczęśliwa, że znalazłam swoje miejsce. Dla mnie prawdziwe życie tętni tutaj, w ciszy klauzury. Pamiętam swoje pierwsze noce w klasztorze, kiedy budziłam się (nie byłam przyzwyczajona do twardego materaca!) i dotykałam ściany, żeby się upewnić, że to nie sen, że naprawdę jestem w klasztorze.

 

Czyli prawdziwa pewność wyboru. Nie było żadnej myśli: co teraz?

Ja przede wszystkim bardzo się cieszyłam, że jestem już po tej drugiej stronie drzwi, bo można powiedzieć, że ja się do tego klasztoru włamałam siłą. Po prostu uciekłam z domu i chciałam, żeby ta furta zamknęła się za mną jak najszybciej.

 

Jak to “uciekłam z domu”? Rodzice nie chcieli się zgodzić?

Absolutnie nie.

 

To ma Matka historię podobną do Matki Magdaleny Mortęskiej. Dlaczego nie chcieli się zgodzić?

Jestem jedynaczką. Moja mama była osobą bardzo przedsiębiorczą, bardzo zaradną. Chciała, bym miała rodzinę. Nie chciała pogodzić się z taką moją drogą.

 

Rozmawiałyście o tym?

Bardzo chciałam załatwić to jak należy, po ludzku. Dzień wcześniej, gdy miałam wyjechać do Karmelu (pierwotnie to Karmel był moim planem), wieczorem usiadłam obok mamy i powiedziałam jej o tym, licząc, że może jednak to zrozumie, może się uda. Jednak nie. Awantura była do rana. Rano mama pojechała do pracy, a ja (skoro świt) pojechałam do mojego spowiednika, ks. Wiesława Niewęgłowskiego. Mieszkał wtedy na najwyższym piętrze dzwonnicy przy kościele św. Anny. Byłam tam bardzo wcześnie, więc w zasadzie wyciągnęłam go z łóżka. Opowiedziałam mu, że tak straszna rzecz mnie spotkała, i zapytałam, co mam robić w takiej sytuacji. Czułam wewnętrznie, że powinnam już być w Karmelu, a ciągle jestem tutaj.

W trakcie tej rozmowy w pewnym momencie zadzwonił dzwonek domofonu. Gdy ksiądz podszedł do domofonu, usłyszałam głos mojej mamy. Rozegrała się wtedy scena jak z filmu, mama jechała windą na górę, a ja schodami zbiegałam na dół, żeby się z nią nie spotkać.

 

To prawdziwa ucieczka do Pana Boga. Bardzo musiało być ciężko Wam obu… Ostatecznie jednak mama pogodziła się z takim wyborem?

Niestety, nigdy się z tym nie pogodziła. Było nawet tak, że mama udała się do Karmelu i zagroziła siostrom, że jeśli przyjmą mnie do klasztoru, to ona popełni samobójstwo.

 

To straszne…

Siostry się bardzo wystraszyły. Widocznie obiecały dyskrecję, bo nie powiedziały mi o tym. Dowiedziałam się później od księdza, któremu mama się przyznała.

Po wizycie mamy siostry postanowiły, że mnie nie przyjmą. Nie powiedziały mi tego wprost, poinformowały mnie, że nie znam łaciny i albo nauczę się w jakimś niemożliwym terminie, albo mam pójść do innego klasztoru. Wymieniły klasztor sakramentek. Byłam przygnębiona i zdenerwowana. Nie wiedziałam, czy to jest próba, czy rzeczywiście mam podjąć wyzwanie i nauczyć się w krótkim czasie tej łaciny, czy raczej to jest znak, że to jednak nie to zgromadzenie.

Stałam skołowana na przystanku tramwajowym i myślałam, że jak tylko tramwaj podjedzie, pojadę prosto do księdza i zapytam, co mam robić. Tramwaj nie podjeżdżał prawie godzinę – nigdy się tak nie zdarzało – stałam więc tak i biłam się z myślami, co mam zrobić. Kiedy tramwaj wreszcie przyjechał, wiedziałam, że już nie spotkam się z księdzem, ponieważ zaczął już zajęcia z katechumenami. Stwierdziłam więc ponad wszelką wątpliwość: pójdę do Sakramentek.

 

Pan Bóg zrobił mi też kawał. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja…

Skąd w ogóle pomysł na zamknięty klasztor? I kiedy przyszedł do głowy?

Powołanie wprost dopadło mnie na pierwszym roku studiów. Złożyło się na nie wiele wydarzeń oraz lektur. Pan Bóg zrobił mi też kawał, dlatego, że pierwsze wspomnienie, jakie mam z powołaniem, pochodzi z mojego dzieciństwa. Miałam wtedy 8-10 lat. Trwał Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie i Zakonne i pamiętam, że gdy stałam w kościele i ksiądz powiedział: modlimy się o powołania, poczułam paniczny lęk i pomyślałam: O Jezu, tylko nie ja… (śmiech).

 

 

 

Tak bardzo się Matka wzbraniała?

Bardzo… Miałam nawet potem taki etap, że w ogóle odeszłam od Kościoła. Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim, chociaż miałam w głowie wiele pomysłów na siebie, a moją główną pasją jest historia. Chciałam studiować historię, ale w tamtych czasach, w latach osiemdziesiątych, nie uczyłabym się prawdy.

 

A w samej matematyce co Matkę fascynowało?

W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność.

 

Czyli jednak piękna, głęboka wiara.

Tak. Nie ciągnęło mnie do fizyki, w której widziałam jakieś praktyczne zastosowania. Interesowała mnie, nie wiedzieć czemu, sama teoria. Potem na pierwszym roku odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam…

 

Czyli na drugim roku skończyła Matka studia matematyczne?

W zasadzie po pierwszym roku. I na tym właśnie polegał, ten kawał, który zrobił mi Pan Bóg. Od czasu, kiedy tak bardzo nie chciałam, by mnie powołał do stanu zakonnego, minęło tyle lat i nagle znów z wielką mocą mi o Sobie przypomniał. Dopadła mnie taka chęć wstąpienia do klasztoru, że zaczęłam naprawdę bardzo modlić się o powołanie. Wiedziałam, że ja chcę, ale nie wiedziałam, czy Pan Bóg też tego chce.

Po zakończeniu liceum, wybrałam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. W matematyce fascynował mnie rozmach, nieskończoność. Potem odkryłam, że nie tej nieskończoności szukałam… 

Tak pomiędzy analizą matematyczną i algebrą nagle poczuła Matka powołanie?

Dokładnie tak. Byłam nagle tak szaleńczo zakochana w Panu Bogu, że nie mogłam się  skupić na zajęciach. Siedziałam na ćwiczeniach i pisałam wiersze (śmiech).

 

Prawdziwe zakochanie. Tak właśnie robią wszyscy zakochani. Kiedy już trafiła Matka po tych trudach do sakramentek od razu było wiadomo, że to jest to?

Kiedy mistrzyni zaczęła opowiadać o duchowości i uwydatnił się ten rys wynagradzający tej duchowości, bardzo mnie to zaskoczyło i jednocześnie ujęło. W trakcie tej rozmowy byłam już pewna, że to jest to.

 

Jak teraz wygląda jeden dzień z życia Matki? Jak wygląda takie macierzyństwo? Czy Matka za furtą klasztorną ma podobne problemy jak inne matki, np. bunt młodzieńczy, kryzysy, problemy wychowawcze? Niektóre dziewczyny przychodzą przecież czasem po liceum.

Oczywiście, że są problemy, jesteśmy normalnymi ludźmi… W tej chwili już coraz rzadziej zdarza się, że przychodzi dziewczyna po liceum, raczej po studiach, czasem po dwóch fakultetach, więc przychodzą już raczej kobiety dojrzałe, wiedzące, czego chcą, czasem z przekonaniem o własnej wartości a czasem z pewnym bagażem doświadczeń.

 

 

Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność

Czy to powołanie daje radość, szczęście i spełnienie? Co jest największym blaskiem takiego życia?

Mimo różnych problemów, jakich i w naszym życiu nie brakuje, nic nie jest w stanie zgasić radości z tego, że żyjemy tu, w Domu Bożym, pod jednym dachem z Nim, że wybrał nas dla Siebie na wyłączność, że powierza nam swoje sprawy i troskę o swoje dzieci w jakiś sposób składa w nasze ręce. I że całe nasze życie może stawać się adoracją i uwielbieniem Boga.

 

Jest Matka osobą pełną pasji. Zrobiła Matka sama stronę internetową zgromadzenia, zresztą bardzo profesjonalną. Robi Matka piękne grafiki, filmy, kiedy tylko wspomnę, że przydałaby się jakaś funkcja na stronie, to następnego dnia już jest. Jak się realizuje takie pasje w zakonie klauzurowym? Czy w ogóle jest na to czas i możliwości?

Strony to nie jest wcale moja pasja, tylko po prostu ktoś musi to zrobić i nie bardzo widzę na ten moment, kto mógłby się tym zająć. Pierwszą stronę internetową zrobił nasz kapelan ówczesny, ale była napisana w HTML-u i ciężko było nanosić jakieś zmiany, poprawki.

 

Jest chyba Matka jedyną Przełożoną w Polsce, która posługuje się takim słownictwem programistycznym (śmiech)

Musiałam najpierw trochę się nauczyć.

 

Oczywiście, trzeba było sobie poradzić. Teraz nowa strona jest w WordPressie. Wszystko to Matka robiła sama, za zamkniętymi drzwiami klasztoru. Jak zdobywa się tu taką wiedzę i informacje o różnych nowinkach technologicznych?

Z Internetu. Przecież wiadomo, że to jest źródło wiedzy wszelakiej.

 

Czerpie Matka wiedzę z filmików na YouTube czy bardziej z czytania różnych artykułów? 

Jak zaczynałam, to jeszcze nie było tak dużo filmików, raczej kursy, WordPressa uczyłam się po prostu na własnych błędach. Przeczytałam tylko, jak zainstalować, a potem to już poszło.

 

Trochę nie chce mi się wierzyć, że Matka nie ma w tym pasji, bo jak oglądam stronę, zdjęcia, zrobione grafiki, to widać tam to “coś”: widać włożone serce i tę iskrę, która pokazuje, że człowiek, który siedział po drugiej stronie, bardzo to lubi. A inne Siostry realizują jakieś swoje pasje?

W miarę możliwości. Nie wszystko się da. Są siostry bardzo uzdolnione, ale czasem tak się zdarza, że nie mogą swoich umiejętności rozwijać. Mamy np. siostrę, która ma ogromny talent do rzeźby. Niestety, nigdy się nie uczyła tego. Teoretycznie możemy rozwijać swoje talenty, ale po prostu brakuje na to czasu.

 

A jak Matka znajduje czas na strony internetowe? To jest tak, że czasami się nie dosypia?

Czasem tak jest. Wiadomo, że najlepiej pracuje się w nocy. Wtedy jest cisza, spokój – telefony nie dzwonią, domofon nie dzwoni, nikt nie puka.

 

To prawda, a ma Matka konto na Twitterze?

Swojego nie mam, prowadzę klasztorne.

 

Na Facebooku też?

Chciałabym, aby mi ktoś pomógł, ale na razie jestem sama. Są młodsze siostry, niektóre są bardzo biegłe w tych sprawach. Nasza nowicjuszka miała nawet swój teologiczny kanał na YouTube.

 

Proszę, siostra klauzurowa, była vlogerka… Nam świeckim wydaje się, że kiedy człowiek idzie do klasztoru, ma święty spokój i dużo czasu na wszystko, a okazuje się, że cały dzień jest wypełniony. Jak wygląda taki jeden dzień Matki od rana do wieczora, czym jest wypełniony?

Moje dni są bardzo zróżnicowane, bo mam dużo spraw do załatwienia i w zależności od tego, co muszę załatwić, czasami nawet zdarza się, że muszę w jakichś sprawach wychodzić. Czasem da się załatwić na miejscu. Przede wszystkim ogrom administracyjnych spraw.

 

 

 

Jest też rytm życia klasztoru, rytm modlitwy… Zostaje tylko noc na pracę. Prowadzą siostry także opłatkarnię, dużo czasu pochłania siostrom ta praca? Jak wygląda rytm dnia?

U nas musi być inaczej poukładane. Nie da się zachować 8-godzinnego rytmu pracy, ponieważ mamy przede wszystkim modlitwy. Każda siostra ma w kolejce długą adorację wynagradzającą, którą nazywamy z francuska reparacją, czyli długą Adorację Wynagradzającą, która trwa od Mszy św. do godziny 14. Więc taka siostra wypada z obiegu pracy.

 

Sakramentki nazywają się tak samo jak paschalik, czyli świeca sakramentka. Czy jesteście takimi świecami dla nas, a jeśli tak to w jaki sposób? Czy nas ewangelizujecie?

Przede wszystkim to duchowe wsparcie, ale też znak nieustannej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

 

Czyli można powiedzieć, że światło od Was idzie wprost z Najświętszego Sakramentu. Dziękujemy.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony internetowej sióstr benedyktynek sakramentek

 


Ratujmy opłatkarnię!

Mniszki klauzurowe, kontemplacyjne, od 95 lat utrzymują się z wypiekania oraz sprzedaży opłatków i komunikantów. Żeby benedyktyńska opłatkarnia nadal funkcjonowała, siostry muszą zastąpić maszyny ręczne – automatycznymi. Koszt całego przedsięwzięcia to 160 000 zł. Zebranie tej sumy pozwoli na zakup maszyny nowoczesnej i profesjonalnej. Dzięki Twojemu wsparciu siostry będą piekły nadal! 

 

Dane do przelewów tradycyjnych:

Klasztor Benedyktynek-Sakramentek
Rynek Nowego Miasta 2, 00-229 Warszawa

Bank PEKAO S.A.

PLN: 70 1240 1138 1111 0000 0209 2241 (rachunek PLN)

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Matka Maria Blandyna Michniewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich miejscach jak Comarch, czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach: kobiet, dzieci, rodziny, edukacji. Bliska jej sercu jest nauka społeczna Jana Pawła II. Na Stacji 7 od kilku lat prowadzi cykl "Rozmowy z Janem Pawłem II" oraz podejmuje tematy społeczne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Matka Maria Blandyna
Michniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >