ROZMOWY

Donbas. Sześć lat w cieniu wojny – jak rozpada się świat

Co to znaczy żyć w cieniu wojny, dobrze wiedzą mieszańcy tysięcy małych miejscowości rozsianych w strefie frontu w Donbasie. Kto nie wyjechał – toczy nierówną i twardą walkę o przetrwanie. O sytuacji w Donbasie, pomocy humanitarnej i o nadziei – z dyrektorem Caritas Mariupol, o. Rościsławem Spryniukiem i wicedyrektorem Ewgenijem Chako rozmawia Paweł Kęska.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Paweł Kęska: Spotykamy się w siedzibie Caritas Mariupol w Mariupolu leżącym nad Morzem Azowskim, kilkanaście kilometrów od granicy z Doniecką Republiką Ludową. Wydaje się, że życie toczy się tu normalnie. W wielu miejscach widać jednak wojsko, przy wjeździe do miasta witają nas punkty kontrolne oraz informacje o zagrożeniu minowym. Ile osób mieszkało w tym mieście, zanim w 2014 roku zaczęły się działania wojenne?

O. Rościsław Spryniuk: Przed wojną mieszkało tu ok 500 tysięcy osób, teraz mieszka jakieś 400 tysięcy. Trudno to liczyć, bo na przełomie 2014 i 2015 roku z Doniecka przyjechało do nas 108 tys. uchodźców. To są dane oficjalne ONZ. Część z tych ludzi została, część pojechała dalej.

 

Co się działo w Mariupolu kiedy władze regionie zaczęli destabilizować separatyści?

RS: To było w 2014 roku. Była anarchia, strach, całkowite bezprawie, złodziejstwo. Ludzie z marginesu społecznego, kryminaliści, mieli broń, którą otrzymali od rosyjskich oficerów. Ludzie bali się wychodzić na ulice. Ten stan trwał dwa i pół miesiąca. Na ratuszu naszego miasta zmieniała się flaga – raz była ukraińska a raz ich! W całym Donbasie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wprowadzono więc działania antyterrorystyczne ale i tak wiele miast zostało zabranych.

 

Co oznacza określenie „Zona ATO”?

RS: ATO, to była właśnie antyterrorystyczna operacja prowadzona od 2014 roku, kiedy rosyjskie służby destabilizowały Donbas. Zona ATO – to strefa specjalnych działań antyterrorystycznych. Ta nazwa utrzymywała się przez trzy lata w strefie granicznej. W związku z tym, że sytuacja przekształciła się w wojnę to operacja nazywa się teraz Operacją Zjednoczonych Sił.

 

Życie w Mariupolu uspokoiło się, kiedy odeszli separatyści?

RS: Tak – ale pozornie. To w ogóle był bardzo trudny czas. Jedni ludzie uciekali w głąb Ukrainy, inni przyjeżdżali. Tych drugich trzeba było przyjąć, nakarmić, ubrać, zaspokoić ich elementarne potrzeby. Nie byliśmy na to gotowi. Nikt nie przygotowywał się na wojnę! Jeśli by ktoś zapytał w 2013 roku, kiedy był majdan, czy będzie wojna z Rosją… wszyscy by powiedzieli, że takiej wojny nie będzie. Zapłaciliśmy za to bardzo gorzką cenę. I chcemy ostrzec naszych przyjaciół, bliższych i dalszych, tych z Unii Europejskiej, że agresja na Ukrainę nie była pierwszą agresją rosyjską na sąsiada.

 

Całego dramatu Mariupola dopełnił ostrzał artyleryjski w 2015 r.

RS: Kiedy Rosja wprowadziła na teren Ukrainy swoje wojska, Mariupol pięć razy był ostrzelany przez rakiety. W sobotę, o dziesiątej rano, kiedy ludzie byli na bazarach, rozpoczął się ostrzał. Zginęło 31 osób a ponad 100 było ciężko rannych. Cała dzielnica wschodnia została zniszczona. Po tych wydarzeniach powstały schrony, żeby ludzie mogli się schować. Uczono dzieci w szkołach co robić kiedy będzie ostrzał. Wiele wiosek, które znajdują się wzdłuż linii frontu, zostało całkowicie zniszczonych. Na przykład Szerokina albo Pieski. Ludzie każdej nocy, do dziś, słyszą wystrzały. Czasem mocniej, czasem słabiej, ale słychać.

 

fot. Paweł Kęska

 

Jak teraz żyje Mariupol?

RS: To nasze rodzinne miasto, nasz kraj, gdzie się urodziliśmy i gdzie mieszkamy. Nie możemy się bez przerwy chować, bo życie toczy się dalej niezależnie od tego, że Mariupol znajduje się blisko linii frontu, blisko wojny. Miasto żyje swoim życiem, działają sklepy, szkoły, przemysły, uczelnie. Wszyscy wiedzą gdzie się schować, gdzie się udać w sytuacji ataku. Od kilku lat trzymamy w domu walizkę z niezbędnym rzeczami potrzebnymi podczas ewakuacji. Musimy być gotowi na najgorszy scenariusz.

 

Ten konflikt gaśnie czy przybiera na sile, jak to widzicie?

Ewgenij Chako: Wielu mówi, że konflikt gaśnie. Chcemy powiedzieć coś zupełnie odwrotnego, on trwa. Codziennie giną ludzie i codziennie są ranni. Także cywile. Są ranni od min, ludzie giną od strzałów snajperów. W ciągu sześciu lat zginęło 13 tysięcy osób – cywili i żołnierzy. My nie dzielimy na cywili i żołnierzy ponieważ wszystko to są Ukraińcy.

 

Mariupol znajduje się w „buforna zonie”, co to znaczy?

EC: Buforną zonę wyznaczyli specjaliści z ONZ. Szerokość zony to 20 km od linii frontu bo taki jest zasięg broni artyleryjskiej. Linia frontu od Morza Azowskiego do granicy z Rosją na północy to ok 500 km. W tej strefie żyje ok 2,5 mln osób. Najgorzej mają ludzie żyjący w wioskach na terenie zony.

 

Zaraz porozmawiamy o sytuacji w wioskach… Chciałem jeszcze zapytać o to, jak zaczęła się historia Caritas Mariupol?

R.S.: Caritas Mariupol to młoda organizacja. Powstała w 2015 roku właśnie w odpowiedzi na kryzys spowodowany wojną. Mamy 5 lat. Pomagaliśmy ludziom. Ewgenij był wolontariuszem, a ja księdzem. Nasza pomoc była chaotyczna, nie wiedzieliśmy jeszcze dobrze co to jest Caritas. Przyszedł czas, w którym trzeba było ustrukturyzować pomoc, znaleźć darczyńców, którzy by nam pomogli, bo własnych sił już nam brakowało.

 

Ewgenij Chako / fot. Paweł Kęska

 

Ewgenij, jak to się stało, że zostałeś wolontariuszem?

Moja historia jest typowa dla wielu ludzi na Ukrainie w 2014 i 2015 roku. Zaczęło się na Majdanie w Kijowie. To był wielki narodowy zryw. Potem zaczął się konflikt na wschodzie. W Kijowie było najwięcej uchodźców z Doniecka więc zbieraliśmy dla nich rzeczy, pomagaliśmy im znaleźć miejsce zamieszkania. To było ogromne zjednoczenie społeczne. Potem z przyjaciółmi pojechaliśmy do Donbasu. Jeździliśmy starą karetką i wywoziliśmy ludzi ze strefy wojennej, bo uciekli wszyscy lekarze i zamknięte były wszystkie szpitale. Ja byłem kierowcą a mój kolega lekarzem. Woziliśmy ludzi 50 – 100 kilometrów. Jeździliśmy wiele razy. Połowa Ukrainy pomagała wtedy w tej strefie. Ktoś zbierał żywność, ktoś ubrania, ktoś inny przewoził je w strefę wojny, ktoś inny pracował z uchodźcami i znajdował im miejsce do życia. I tak poznaliśmy się z ojcem Rościsławem. On był wolontariuszem i ja byłem wolontariuszem. Ten wolontariat przekształcił się w Caritas, staliśmy się organizacją humanitarną, żebyśmy mogli lepiej pomagać tym, którzy ucierpieli. To była odpowiedź serca na ekstremalnie trudną sytuację.

 

Jak to się stało, że ksiądz zaczął pomagać? Księży grekokatolickich pewnie w tym czasie w Mariupolu było więcej…

RS: Kiedy trwa wojna, kiedy widzisz ból, łzy, chrześcijanin nie może się tylko modlić. Tak jak powiedział Ewgenij – trzeba działać. Pierwsi chrześcijanie zasłynęli nie ze sposobu modlitwy ale z tego, co robili.

 

Co ojciec robił?

RS: Byłem takim logistycznym centrum. Miałem bardzo wielu przyjaciół w centralnej i zachodniej Ukrainie. Również w Unii Europejskiej, a kiedyś studiowałem w Polsce. Miałem w Mariupolu dom, który dostałem od diecezji, żeby w nim mieszkać. Przywożono więc do mnie ubrania, jedzenie i inne rzeczy, które dalej były przekazywane potrzebującym. Tak się poznaliśmy z Ewgenijem. To był jego pomysł, żeby założyć Caritas.

 

O. Rościsław Spryniuk / fot. Paweł Kęska

 

Jaka jest sytuacja w małych miasteczkach i w wioskach w bufornej zonie?

EC: Wiele miasteczek i wsi zostało całkowicie opuszczonych. Dobrym przykładem będą dwa miasta pod Donieckiem przez które przychodzi linia frontu: Marinka i Krasnachorowka. Tam nikt już nie mieszka. Wszystkie domy są zburzone i opuszczone. Widać tam co może zrobić wojna z miastem. Jednak w wielu miejscach wciąż żyją ludzie. Ci, którzy żyją przy linii frontu, są najbardziej narażeni na ryzyko.

RS: Z wiosek i miasteczek wyemigrowała inteligencja. Wyjechali nauczyciele, urzędnicy, inżynierowie, rodzice z dziećmi. W tych wioskach nie ma gazu i zimą ludzie cierpią z powodu chłodu. Nie ma lekarzy, nie ma leków i aptek, jest problem z czystą wodą. Nie ma pracowników socjalnych, którzy mogliby pomagać osobom w podeszłym wieku i inwalidom. Ten kryzys socjalny, humanitarny trwa już 6 lat. Najgorsze jest to, że nie ma tam pracy. Najbogatszymi ludźmi są emeryci ponieważ dostają emeryturę.

 

Jak wysoka jest ta emerytura?

RS: 3000 – 4000 hrywni. To będzie jakieś 500 – 600 zł. Na miesiąc.

 

Jaka jest sytuacja dzieci?

EC: Znaczna większość dzieci wyjechała. W niektórych wioskach są jeszcze dzieci a nawet gdzieniegdzie działają szkoły. To jednak zawsze jest ryzyko bo były takie przypadki, że ostrzelano szkołę. Tak jak w miasteczku Marinka. Pocisk wpadł przez dach do sali gimnastycznej, obok szkoły jest boisko szkolne i tam też spadły pociski. Caritas prowadzi tam teraz odbudowę. Najczęściej rodzice starają się przenieść dzieci jak najdalej od linii frontu.

 

A kto został w wioskach? 

EC: Zostały najczęściej osoby starsze, samotne, niepełnosprawne, młodzi ludzie którzy muszą opiekować się swoimi rodzicami a także ci, którzy mają jeszcze jakąś pracę. Największym problemem jest brak pomocy państwowej która mogłaby zabezpieczyć życie tych ludzi.

 

fot. Paweł Kęska

 

Co dla nich robicie?

RS: Właśnie. Pomoc dla nich jest najważniejsza. Walczymy o to, żeby mogli godnie żyć i żeby nie wyjeżdżali bo od nich zależy los tych wiosek i miasteczek. Caritas Mariupol nie jest dużą organizacją, ale robimy co możemy. Prowadzimy wiele projektów pomocy, mamy cennych partnerów zza granicy. Zabezpieczamy ludzi w czystą wodę. Rozwozimy leki. Stale monitorujemy sytuację w naszym regionie. Już drugi rok z polską fundacją Most Solidarności, dzięki wsparciu Polskiej Pomocy Ministerstwa Spraw Zagranicznych prowadzimy duży i ważny projekt pomocy.

 

Na czym on polega?

EC: Znaleźliśmy pięćdziesięciu mieszkańców małych miejscowości strefy buforowej i przeszkoliliśmy ich w pomocy socjalnej. Oni już od ponad roku opiekują się stu pięćdziesięcioma starszymi, samotnymi osobami, które same by sobie nie poradziły. Do tego regularnie jeżdżą tam patrole medyczne z lekarzem i pielęgniarką. Stale do pomocy jest też prawnik i psycholog. Ludzie w najtrudniejszych miejscach mają zatrudnienie, zawiązują się relacje, ludzie sobie pomagają, myślą o przyszłości. To dzięki wam. To bezcenne.

 

fot. Paweł Kęska

 

A co będzie kiedy projekt się skończy? 

RS: Szkolimy ich, chcemy, żeby zakładali własne organizacje. Aktualnie pracuje z nimi prawnik i psycholog. Na Ukrainie mamy problem z aktywnością społeczną… Może Donbas będzie przodował w takich działaniach. Bardzo tego tu potrzeba. Wiele uczymy się od Polaków i jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc. Pracujemy teraz nad wolontariatem, nad samopomocą. Wiele wam zawdzięczamy. Dobrze wiedzieć, że nie jesteśmy sami.

 

Czego się obawiacie ze strony separatystów czy też ze strony Rosjan?

RS: Tego, że wojna przejdzie w bardziej aktywną fazę, że na terytorium Ukrainy zostaną wprowadzone wojska lądowe, powietrzne, rakiety średniego i dalekiego zasięgu. I chociaż Ukraina okrzepła w tej wojnie to tego nie wytrzyma. To może być druga Syria, tylko w centrum Europy.

 

Jak zmieniła was ta wojna?

RS: Zmieniła nas… ludzie, którzy żyją w stresie wojennym się zmieniają, szczególnie dzieci. Powiem taki przykład. Słyszałem rozmowę dwóch chłopców, którzy mówili o tym, co zrobią kiedy zacznie się ostrzał… gdzie będą uciekać. Drugi przykład jest taki, że wszyscy rozpoznajemy po dźwięku rodzaj wystrzałów. Z jakiej broni strzelają. Potrafią to starsi i dzieci. To straszne, że dzieci to wiedzą. Nasi psychologowie pracują dużo z dziećmi żeby wiedziały, że jest inny świat, świat, gdzie jest pokój nie ma wojny, tak jak u was…

 

 


Fundacja Most Solidarności istnieje od 2017 roku. Aktualnie fundacja prowadzi działania w zakresie pomocy rozwojowej we wschodniej Europie aplikując również o projekty w zakresie pomocy humanitarnej w innych obszarach świata. Fundacja korzysta ze środków Polskiej Pomocy MSZ.

Działania fundacji można wesprzeć TUTAJ.

 

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Z kryzysu już wychodzimy

– Największy szok ekonomiczny, spowodowany zamknięciem gospodarki już minął. Teraz zaczynamy powoli z kryzysu wychodzić, choć ci, którzy stracili już pracę, powinni raczej nastawić się na przebranżowienie – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Odkąd zaczęła się narodowa kwarantanna, wiele osób zaczęła trapić jedna myśl: jak duży będzie kryzys wywołany pandemią koronawirusa? Czy stracę pracę od razu, czy dopiero później? Czy stać mnie będzie na mieszkanie i jedzenie?

Po odpowiedzi na te pytania zwracamy się do Jakuba Sawulskiego, kierownika zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym – publicznym think tanku, zajmującym się analizowaniem sytuacji gospodarczej.

 

Anna Druś: Jaki jest ten kryzys wywołany pandemią: czy już trwa, czy dopiero na dobre się zacznie?

Jakub Sawulski: W zasadzie to już zaczynamy fazę wychodzenia z kryzysu, ponieważ w najcięższej fazie miał miejsce od marca do maja, w czasie narodowego lockdownu, kiedy wiele branż nie mogło funkcjonować i wytwarzało znacznie mniej. Tak zresztą rozumie się kryzys w ogóle: tym terminem określamy znaczący spadek tego, co zwykle wytwarzamy w gospodarce. Epidemia i związane z nią restrykcje czy ludzkie obawy konsumowania niektórych rzeczy spowodowały nagłe zatrzymanie gospodarcze. Ale dziś zaczynamy już z niego wychodzić. Jesteśmy w fazie, w której konsumenci częściowo wracają do normalnego konsumowania. Korzystanie z niektórych usług jest jeszcze ograniczone, np. mamy jeszcze sporą awersję do tego, żeby chodzić do kina czy teatru, albo na jakieś duże imprezy. Mimo to powoli wracamy do normalności.

 

We wszystkich dziedzinach gospodarki?

Na razie głównie w konsumpcji, ponieważ ciągle jest problem z dwoma innymi silnikami, na których funkcjonuje gospodarka, czyli z inwestycjami firm i handlem zagranicznym. Zawsze w czasach niepewnych, kryzysowych firmy niechętnie inwestują, bo nie wiedzą, co będzie za rok czy dwa, ani nawet za parę miesięcy. Nie podejmują dużych zobowiązań finansowych. To się przekłada na handel zagraniczny: ponieważ wytwarzamy mniej, mniej też sprzedajemy za granicę. To zresztą nie tylko problem Polski, ale całej Europy: z powodu pandemii cały handel międzynarodowy znacząco przysiadł. Ponieważ za granicą kupuje się teraz znacznie mniej naszych towarów i usług – w ogólnym rozrachunku też mniej wytwarzamy. Jesteśmy jednak w fazie, w której wszystkie te trzy silniki powoli zaczynają wracać do normalności. Najgłębsza faza kryzysu już za nami, chyba, że nadejdzie druga fala epidemii i powrót takiego lockdownu, jaki był wiosną. Ale takiego scenariusza wolę na razie nie rozważać.

 

Dla gospodarki najważniejsze jest teraz to, żeby konsument się nie bał, żeby spokojnie konsumował, aby gospodarka dalej mogła zaspokajać jego potrzeby. Jedna z kluczowych rzeczy to ta, żebyśmy wrócili do wcześniejszego “optymizmu konsumenckiego” czyli do zwykłego funkcjonowania.

Wiele osób obawia się, że to, co przeżywamy teraz czy przeżywaliśmy wiosną, jest tylko początkiem długofalowego spowolnienia gospodarki. Czy tego typu kryzysy nie mają kilku etapów?

Kryzysy zawsze zmieniają strukturę gospodarki, zmieniają choćby to, gdzie pracujemy – zwolnieni z jednych miejsc zatrudniamy się w nowych. Na pewno tak będzie i tym razem. Zmiany, które nastąpią dla jednych będą dotkliwe, dla innych korzystne, i to zarówno dla ludzi jak i dla przedsiębiorstw. Jeśli jednak nie będzie konieczne ponowne zamknięcie, takie, jakie miało miejsce wiosną, to raczej przewiduje się, że stopniowo z kryzysu będziemy wychodzić.

To oczywiście będzie trwało długo, co najmniej pół roku, a może nawet rok czy dwa, ale stopniowo będziemy wracać do normalnego funkcjonowania, normalnego tempa rozwoju, powiększania produkcji, które do tej pory obserwowaliśmy. Właśnie taki scenariusz wskazują właściwie wszystkie prognozy standardowe, czyli nie takie kasandryczne. Mówią, że już w przyszłym roku czyli 2021 polska gospodarka i europejskie gospodarki wrócą do normalnego poziomu rozwoju.

 

A co z osobami pracującymi w branżach podnoszących się po wiosennym lockdownie najwolniej? Powinni uzbroić się w cierpliwość i optymizm, czy raczej nastawić na głęboką zmianę, którą spowoduje obecna sytuacja?

Takie kryzysy zawsze mocno uderzają w pracowników i miejsca pracy, odbudowa trwa dłużej. Dla przeciętnego Kowalskiego kryzys oznacza, że jeśli w gospodarce firmy wytwarzają mniej, to do produkcji potrzebują mniej ludzi. Więc albo ich zwalniają, albo obcinają wynagrodzenia, albo nie dają podwyżek. Oczywiście w największym kłopocie są te osoby, które zostaną lub już zostały zwolnione. Jednak należy pamiętać, że zatrudnienie w gospodarce będzie się odbudowywało, ale będzie się odbudowywało bardzo powoli. Doświadczenie poprzednich kryzysów pokazuje, że odbudowa miejsc pracy trwa dłużej niż odbudowa produkcji czyli sytuacji gospodarczej jako takiej. Powiedziałem, że w 2021 roku gospodarka wróci już na w miarę normalne tory, więc liczba miejsc pracy w Polsce na normalne tory może wrócić dopiero w 2022 albo w 2023 roku. Uderzenie obecnego kryzysu było bardzo różne w różnych sektorach gospodarki, niektóre ucierpiały bardziej, a inne mniej. Istnieje takie ryzyko, że niektórzy pracodawcy zauważą, że mimo zwolnienia części pracowników udaje im się tym zespołem, jaki mają wrócić do poprzedniego poziomu produkcji. To oznacza, że mogą uznać, iż część pracowników zatrudniana przed kryzysem była po prostu zbędna, a da się tyle samo produkować obecnym zespołem, albo zwiększając liczbę godzin pracy, albo naciskając na większą efektywność.

 

Rozumiem więc, że jeśli taki przeciętny Kowalski już stracił pracę, to powinien raczej nastawić się na przebranżowienie?

W zasadzie tak, choć to zależy od tego, w jakim sektorze pracuje, bo różne sektory będą odbudowywały się w różnym tempie. Na pewno w czasie wychodzenia z kryzysu wszyscy pracownicy powinni wykazać się większą elastycznością, otwartością na pracę w innych miejscach czy branżach. Znów bowiem pojawia się tzw. rynek pracodawcy – w odróżnieniu od rynku pracownika, który dominował w ciągu ostatnich 3-4 lat, przynajmniej w dużych miastach. To oznacza, że tak jak przed lockdownem to pracownicy mogli przebierać w ofertach, tak teraz – raczej pracodawcy mogą przebierać w pracownikach. Aby teraz znaleźć pracę pracownicy będą musieli zgodzić się na większą elastyczność czyli składać CV już nie tylko w zgodzie ze swoim wykształceniem czy doświadczeniem zawodowym, ale myśleć w kierunku przebranżowienia się oraz podniesienia swoich kwalifikacji robiąc dodatkowe szkolenia – nawet online, ucząc się nowych języków. Innymi słowy: poprawić swoją atrakcyjność na rynku pracy, bo o nią będzie po prostu trudniej w najbliższych miesiącach czy nawet latach.

 

 

Jak zatem interpretować informacje, że właśnie teraz rynek pracy zalany jest nowymi ofertami? Czy to efekt odłożonego popytu z wiosny, gdy było zamknięcie, czy też prognoza optymistyczna, że z pracą nie będzie tak źle i nie ma żadnego kryzysu?

Kryzys jest, bezrobocie w Polsce rośnie i będzie rosło przez najbliższych kilka miesięcy. Natomiast rzeczywiście ofert pracy teraz jest więcej. Prawdopodobnie wynika to z tego, że część firm wręczyła wypowiedzenia swoim pracownikom z końcem marca albo w kwietniu, czyli w momencie gdy nie było jeszcze wiadomo, jak długo potrwa zamrożenie gospodarki.

Firmy nie chciały wypłacać wynagrodzeń w warunkach najgorszego kryzysu więc wolały zwolnić część załogi. Za to teraz, kiedy zorientowały się, że powoli wracamy do normalnego funkcjonowania – chcą z powrotem chcą odbudować zatrudnienie, które mieli. To jednak nie będzie pełna odbudowa i to przez co najmniej kilka, kilkanaście miesięcy. Wszystko wskazuje na to, że tych miejsc pracy nie będzie tyle samo, co przed kryzysem.

 

Podsumowując: można być raczej optymistą, mimo że wiele osób spodziewało się raczej wieloletnich przestojów?

Tak, byłbym optymistą, ponieważ to jest bardzo specyficzny kryzys, spowodowany czynnikami z zewnątrz gospodarki, nie tak, jak wcześniej się zdarzało – od środka. Tu mieliśmy tylko krótkoterminowy szok w postaci zamknięcia gospodarek na około dwa miesiące. Teraz stopniowo wszystko będzie się odbudowywać, a sytuacja poprawiać.

 

Kryzys nie jest dobrym momentem na oszczędzanie.

Czy w historii gospodarczej świata były już podobne sytuacje? I jeśli tak, to czego nas mogą nauczyć?

Z jednej strony możemy porównywać to do grypy hiszpanki, która miała miejsce w Europie lekko ponad 100 lat temu, jednak wówczas gospodarka na świecie funkcjonowała zupełnie inaczej, więc z tego powodu trudno postawić te wydarzenia obok siebie. Z kolei szok wywołany zamknięciem gospodarki można porównać do sytuacji wojennej, ale również tylko pod pewnymi względami. Z taką sytuacją nie mieliśmy do czynienia od bardzo wielu dziesięcioleci, dlatego obecny kryzys raczej trudno porównywać do któregokolwiek z wcześniejszych.. On jest bardzo, bardzo specyficzny.

 

Co zwykły Kowalski może zrobić aby przyspieszyć wychodzenie z tego obecnego kryzysu, albo przynajmniej go nie pogłębiać? Więcej kupować, wyjeżdżać na wakacje, chodzić na koncerty w skrócie czy większa konsumpcja wystarczy?

Dla gospodarki najważniejsze jest to, żeby przeciętny Kowalski – czyli konsument – nie bał się, żeby spokojnie konsumował, aby gospodarka dalej mogła zaspokajać jego potrzeby. Jedna z kluczowych rzeczy to ta, żebyśmy wrócili do wcześniejszego “optymizmu konsumenckiego” czyli do zwykłego funkcjonowania. Właśnie ten czynnik bardzo nam pomógł w poprzednim kryzysie lat 2008-9. “Zieloną wyspą” czyli krajem, gdzie gospodarka ciągle rosła, zamiast się zmniejszać, byliśmy dzięki optymizmowi. Po prostu Polacy nie przestraszyli się tamtego kryzysu i nadal “kupowali” tak jak wcześniej. To samo jest teraz pożądane z punktu widzenia gospodarki, choć oczywiście trudno przewidzieć, czy tak się stanie.

 

Czyli jeśli oszczędzać to umiarkowanie?

Kryzys w ogóle nie jest dobrym momentem na oszczędzanie. Z punktu widzenia całej gospodarki to jest raczej moment na to, żeby konsumować, bo to gospodarce pomoże się odbudować. Oszczędności lepiej budować wtedy, kiedy koniunktura jest dobra.

 

Rozmawiała Anna Druś


Jakub Sawulski – Kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. Doktor nauk ekonomicznych, wykładowca w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Wcześniej związany z Uniwersytetem Ekonomicznym w Poznaniu. Doświadczenie zawodowe zdobywał między innymi w Deloitte Polska, Instytucie Badań Strukturalnych oraz Kancelarii Sejmu. Specjalizuje się w finansach publicznych oraz polityce energetycznej i innowacyjnej państwa. Autor publikacji naukowych z tych obszarów oraz licznych artykułów popularnonaukowych o polskiej i światowej gospodarce

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap