Nasze projekty
Paweł Kęska

Donbas. Sześć lat w cieniu wojny – jak rozpada się świat

Co to znaczy żyć w cieniu wojny, dobrze wiedzą mieszańcy tysięcy małych miejscowości rozsianych w strefie frontu w Donbasie. Kto nie wyjechał – toczy nierówną i twardą walkę o przetrwanie. O sytuacji w Donbasie, pomocy humanitarnej i o nadziei – z dyrektorem Caritas Mariupol, o. Rościsławem Spryniukiem i wicedyrektorem Ewgenijem Chako rozmawia Paweł Kęska.

Reklama

Paweł Kęska: Spotykamy się w siedzibie Caritas Mariupol w Mariupolu leżącym nad Morzem Azowskim, kilkanaście kilometrów od granicy z Doniecką Republiką Ludową. Wydaje się, że życie toczy się tu normalnie. W wielu miejscach widać jednak wojsko, przy wjeździe do miasta witają nas punkty kontrolne oraz informacje o zagrożeniu minowym. Ile osób mieszkało w tym mieście, zanim w 2014 roku zaczęły się działania wojenne?

O. Rościsław Spryniuk: Przed wojną mieszkało tu ok 500 tysięcy osób, teraz mieszka jakieś 400 tysięcy. Trudno to liczyć, bo na przełomie 2014 i 2015 roku z Doniecka przyjechało do nas 108 tys. uchodźców. To są dane oficjalne ONZ. Część z tych ludzi została, część pojechała dalej.

Reklama

Co się działo w Mariupolu kiedy władze regionie zaczęli destabilizować separatyści?

RS: To było w 2014 roku. Była anarchia, strach, całkowite bezprawie, złodziejstwo. Ludzie z marginesu społecznego, kryminaliści, mieli broń, którą otrzymali od rosyjskich oficerów. Ludzie bali się wychodzić na ulice. Ten stan trwał dwa i pół miesiąca. Na ratuszu naszego miasta zmieniała się flaga – raz była ukraińska a raz ich! W całym Donbasie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Wprowadzono więc działania antyterrorystyczne ale i tak wiele miast zostało zabranych.

Reklama

Co oznacza określenie „Zona ATO”?

RS: ATO, to była właśnie antyterrorystyczna operacja prowadzona od 2014 roku, kiedy rosyjskie służby destabilizowały Donbas. Zona ATO – to strefa specjalnych działań antyterrorystycznych. Ta nazwa utrzymywała się przez trzy lata w strefie granicznej. W związku z tym, że sytuacja przekształciła się w wojnę to operacja nazywa się teraz Operacją Zjednoczonych Sił.

Reklama

Życie w Mariupolu uspokoiło się, kiedy odeszli separatyści?

RS: Tak – ale pozornie. To w ogóle był bardzo trudny czas. Jedni ludzie uciekali w głąb Ukrainy, inni przyjeżdżali. Tych drugich trzeba było przyjąć, nakarmić, ubrać, zaspokoić ich elementarne potrzeby. Nie byliśmy na to gotowi. Nikt nie przygotowywał się na wojnę! Jeśli by ktoś zapytał w 2013 roku, kiedy był majdan, czy będzie wojna z Rosją… wszyscy by powiedzieli, że takiej wojny nie będzie. Zapłaciliśmy za to bardzo gorzką cenę. I chcemy ostrzec naszych przyjaciół, bliższych i dalszych, tych z Unii Europejskiej, że agresja na Ukrainę nie była pierwszą agresją rosyjską na sąsiada.

Całego dramatu Mariupola dopełnił ostrzał artyleryjski w 2015 r.

RS: Kiedy Rosja wprowadziła na teren Ukrainy swoje wojska, Mariupol pięć razy był ostrzelany przez rakiety. W sobotę, o dziesiątej rano, kiedy ludzie byli na bazarach, rozpoczął się ostrzał. Zginęło 31 osób a ponad 100 było ciężko rannych. Cała dzielnica wschodnia została zniszczona. Po tych wydarzeniach powstały schrony, żeby ludzie mogli się schować. Uczono dzieci w szkołach co robić kiedy będzie ostrzał. Wiele wiosek, które znajdują się wzdłuż linii frontu, zostało całkowicie zniszczonych. Na przykład Szerokina albo Pieski. Ludzie każdej nocy, do dziś, słyszą wystrzały. Czasem mocniej, czasem słabiej, ale słychać.

fot. Paweł Kęska

Jak teraz żyje Mariupol?

RS: To nasze rodzinne miasto, nasz kraj, gdzie się urodziliśmy i gdzie mieszkamy. Nie możemy się bez przerwy chować, bo życie toczy się dalej niezależnie od tego, że Mariupol znajduje się blisko linii frontu, blisko wojny. Miasto żyje swoim życiem, działają sklepy, szkoły, przemysły, uczelnie. Wszyscy wiedzą gdzie się schować, gdzie się udać w sytuacji ataku. Od kilku lat trzymamy w domu walizkę z niezbędnym rzeczami potrzebnymi podczas ewakuacji. Musimy być gotowi na najgorszy scenariusz.

Ten konflikt gaśnie czy przybiera na sile, jak to widzicie?

Ewgenij Chako: Wielu mówi, że konflikt gaśnie. Chcemy powiedzieć coś zupełnie odwrotnego, on trwa. Codziennie giną ludzie i codziennie są ranni. Także cywile. Są ranni od min, ludzie giną od strzałów snajperów. W ciągu sześciu lat zginęło 13 tysięcy osób – cywili i żołnierzy. My nie dzielimy na cywili i żołnierzy ponieważ wszystko to są Ukraińcy.

Mariupol znajduje się w „buforna zonie”, co to znaczy?

EC: Buforną zonę wyznaczyli specjaliści z ONZ. Szerokość zony to 20 km od linii frontu bo taki jest zasięg broni artyleryjskiej. Linia frontu od Morza Azowskiego do granicy z Rosją na północy to ok 500 km. W tej strefie żyje ok 2,5 mln osób. Najgorzej mają ludzie żyjący w wioskach na terenie zony.

Zaraz porozmawiamy o sytuacji w wioskach… Chciałem jeszcze zapytać o to, jak zaczęła się historia Caritas Mariupol?

R.S.: Caritas Mariupol to młoda organizacja. Powstała w 2015 roku właśnie w odpowiedzi na kryzys spowodowany wojną. Mamy 5 lat. Pomagaliśmy ludziom. Ewgenij był wolontariuszem, a ja księdzem. Nasza pomoc była chaotyczna, nie wiedzieliśmy jeszcze dobrze co to jest Caritas. Przyszedł czas, w którym trzeba było ustrukturyzować pomoc, znaleźć darczyńców, którzy by nam pomogli, bo własnych sił już nam brakowało.

Ewgenij Chako / fot. Paweł Kęska

Ewgenij, jak to się stało, że zostałeś wolontariuszem?

Moja historia jest typowa dla wielu ludzi na Ukrainie w 2014 i 2015 roku. Zaczęło się na Majdanie w Kijowie. To był wielki narodowy zryw. Potem zaczął się konflikt na wschodzie. W Kijowie było najwięcej uchodźców z Doniecka więc zbieraliśmy dla nich rzeczy, pomagaliśmy im znaleźć miejsce zamieszkania. To było ogromne zjednoczenie społeczne. Potem z przyjaciółmi pojechaliśmy do Donbasu. Jeździliśmy starą karetką i wywoziliśmy ludzi ze strefy wojennej, bo uciekli wszyscy lekarze i zamknięte były wszystkie szpitale. Ja byłem kierowcą a mój kolega lekarzem. Woziliśmy ludzi 50 – 100 kilometrów. Jeździliśmy wiele razy. Połowa Ukrainy pomagała wtedy w tej strefie. Ktoś zbierał żywność, ktoś ubrania, ktoś inny przewoził je w strefę wojny, ktoś inny pracował z uchodźcami i znajdował im miejsce do życia. I tak poznaliśmy się z ojcem Rościsławem. On był wolontariuszem i ja byłem wolontariuszem. Ten wolontariat przekształcił się w Caritas, staliśmy się organizacją humanitarną, żebyśmy mogli lepiej pomagać tym, którzy ucierpieli. To była odpowiedź serca na ekstremalnie trudną sytuację.

Jak to się stało, że ksiądz zaczął pomagać? Księży grekokatolickich pewnie w tym czasie w Mariupolu było więcej…

RS: Kiedy trwa wojna, kiedy widzisz ból, łzy, chrześcijanin nie może się tylko modlić. Tak jak powiedział Ewgenij – trzeba działać. Pierwsi chrześcijanie zasłynęli nie ze sposobu modlitwy ale z tego, co robili.

Co ojciec robił?

RS: Byłem takim logistycznym centrum. Miałem bardzo wielu przyjaciół w centralnej i zachodniej Ukrainie. Również w Unii Europejskiej, a kiedyś studiowałem w Polsce. Miałem w Mariupolu dom, który dostałem od diecezji, żeby w nim mieszkać. Przywożono więc do mnie ubrania, jedzenie i inne rzeczy, które dalej były przekazywane potrzebującym. Tak się poznaliśmy z Ewgenijem. To był jego pomysł, żeby założyć Caritas.

O. Rościsław Spryniuk / fot. Paweł Kęska

Jaka jest sytuacja w małych miasteczkach i w wioskach w bufornej zonie?

EC: Wiele miasteczek i wsi zostało całkowicie opuszczonych. Dobrym przykładem będą dwa miasta pod Donieckiem przez które przychodzi linia frontu: Marinka i Krasnachorowka. Tam nikt już nie mieszka. Wszystkie domy są zburzone i opuszczone. Widać tam co może zrobić wojna z miastem. Jednak w wielu miejscach wciąż żyją ludzie. Ci, którzy żyją przy linii frontu, są najbardziej narażeni na ryzyko.

RS: Z wiosek i miasteczek wyemigrowała inteligencja. Wyjechali nauczyciele, urzędnicy, inżynierowie, rodzice z dziećmi. W tych wioskach nie ma gazu i zimą ludzie cierpią z powodu chłodu. Nie ma lekarzy, nie ma leków i aptek, jest problem z czystą wodą. Nie ma pracowników socjalnych, którzy mogliby pomagać osobom w podeszłym wieku i inwalidom. Ten kryzys socjalny, humanitarny trwa już 6 lat. Najgorsze jest to, że nie ma tam pracy. Najbogatszymi ludźmi są emeryci ponieważ dostają emeryturę.

Jak wysoka jest ta emerytura?

RS: 3000 – 4000 hrywni. To będzie jakieś 500 – 600 zł. Na miesiąc.

Jaka jest sytuacja dzieci?

EC: Znaczna większość dzieci wyjechała. W niektórych wioskach są jeszcze dzieci a nawet gdzieniegdzie działają szkoły. To jednak zawsze jest ryzyko bo były takie przypadki, że ostrzelano szkołę. Tak jak w miasteczku Marinka. Pocisk wpadł przez dach do sali gimnastycznej, obok szkoły jest boisko szkolne i tam też spadły pociski. Caritas prowadzi tam teraz odbudowę. Najczęściej rodzice starają się przenieść dzieci jak najdalej od linii frontu.

A kto został w wioskach? 

EC: Zostały najczęściej osoby starsze, samotne, niepełnosprawne, młodzi ludzie którzy muszą opiekować się swoimi rodzicami a także ci, którzy mają jeszcze jakąś pracę. Największym problemem jest brak pomocy państwowej która mogłaby zabezpieczyć życie tych ludzi.

fot. Paweł Kęska

Co dla nich robicie?

RS: Właśnie. Pomoc dla nich jest najważniejsza. Walczymy o to, żeby mogli godnie żyć i żeby nie wyjeżdżali bo od nich zależy los tych wiosek i miasteczek. Caritas Mariupol nie jest dużą organizacją, ale robimy co możemy. Prowadzimy wiele projektów pomocy, mamy cennych partnerów zza granicy. Zabezpieczamy ludzi w czystą wodę. Rozwozimy leki. Stale monitorujemy sytuację w naszym regionie. Już drugi rok z polską fundacją Most Solidarności, dzięki wsparciu Polskiej Pomocy Ministerstwa Spraw Zagranicznych prowadzimy duży i ważny projekt pomocy.

Na czym on polega?

EC: Znaleźliśmy pięćdziesięciu mieszkańców małych miejscowości strefy buforowej i przeszkoliliśmy ich w pomocy socjalnej. Oni już od ponad roku opiekują się stu pięćdziesięcioma starszymi, samotnymi osobami, które same by sobie nie poradziły. Do tego regularnie jeżdżą tam patrole medyczne z lekarzem i pielęgniarką. Stale do pomocy jest też prawnik i psycholog. Ludzie w najtrudniejszych miejscach mają zatrudnienie, zawiązują się relacje, ludzie sobie pomagają, myślą o przyszłości. To dzięki wam. To bezcenne.

fot. Paweł Kęska

A co będzie kiedy projekt się skończy? 

RS: Szkolimy ich, chcemy, żeby zakładali własne organizacje. Aktualnie pracuje z nimi prawnik i psycholog. Na Ukrainie mamy problem z aktywnością społeczną… Może Donbas będzie przodował w takich działaniach. Bardzo tego tu potrzeba. Wiele uczymy się od Polaków i jesteśmy bardzo wdzięczni za pomoc. Pracujemy teraz nad wolontariatem, nad samopomocą. Wiele wam zawdzięczamy. Dobrze wiedzieć, że nie jesteśmy sami.

Czego się obawiacie ze strony separatystów czy też ze strony Rosjan?

RS: Tego, że wojna przejdzie w bardziej aktywną fazę, że na terytorium Ukrainy zostaną wprowadzone wojska lądowe, powietrzne, rakiety średniego i dalekiego zasięgu. I chociaż Ukraina okrzepła w tej wojnie to tego nie wytrzyma. To może być druga Syria, tylko w centrum Europy.

Jak zmieniła was ta wojna?

RS: Zmieniła nas… ludzie, którzy żyją w stresie wojennym się zmieniają, szczególnie dzieci. Powiem taki przykład. Słyszałem rozmowę dwóch chłopców, którzy mówili o tym, co zrobią kiedy zacznie się ostrzał… gdzie będą uciekać. Drugi przykład jest taki, że wszyscy rozpoznajemy po dźwięku rodzaj wystrzałów. Z jakiej broni strzelają. Potrafią to starsi i dzieci. To straszne, że dzieci to wiedzą. Nasi psychologowie pracują dużo z dziećmi żeby wiedziały, że jest inny świat, świat, gdzie jest pokój nie ma wojny, tak jak u was…


Fundacja Most Solidarności istnieje od 2017 roku. Aktualnie fundacja prowadzi działania w zakresie pomocy rozwojowej we wschodniej Europie aplikując również o projekty w zakresie pomocy humanitarnej w innych obszarach świata. Fundacja korzysta ze środków Polskiej Pomocy MSZ.

Działania fundacji można wesprzeć TUTAJ.

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite