video-jav.net

Dlaczego Polacy noszą obrączki na prawej ręce?

– Jeszcze w średniowieczu ślubny pierścień nakładał wyłącznie mężczyzna swojej współmałżonce na znak wzięcia opieki nad nią. Ręka lewa lub prawa do kwestia tradycji rzymskiej lub egipskiej – wyjaśnia ks. dr hab. Dominik Ostrowski, liturgista, wykładowca akademicki i konsultor Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski.

ks. Dominik Ostrowski
ks. Dominik
Ostrowski
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego tylko Polacy, w przeciwieństwie do innych narodowości, np. Francuzów czy Włochów, noszą obrączki ślubne na prawej dłoni?
Przede wszystkim nie tylko Polacy tak robią. Na prawej ręce obrączki na ile mi wiadomo noszą również Rosjanie, Niemcy, Hiszpanie i Grecy. Przekonanie, że to nasza cecha narodowa jest jednym z mitów, w które obrosła ta tradycja. Takim mitem może być również wyjaśnienie jej za pomocą historii powstania styczniowego.

 

Powstania styczniowego?
Według tej teorii Polki do wybuchu powstania w 1861 r. nosiły obrączki na lewej dłoni, podobnie jak Angielki czy Francuzki przekładając je na prawą po śmierci współmałżonka. Po upadku powstania owo przekładanie miało się stać niemal masowym zjawiskiem, ponieważ wiele pań straciło mężów właśnie wskutek zaangażowania w walkę o wolną Polskę. Te, których mężowie przeżyli miały zacząć również przekładać obrączki na prawą rękę na znak solidarności oraz ogólnej żałoby narodowej. Według tej interpretacji zwyczaj miał po prostu pozostać i przetrwać do naszych czasów.

 

Brzmi przekonująco, czemu więc to mit?
Bo zwyczaj noszenia obrączki na prawej dłoni to stara rzymska tradycja, upowszechniona w całej Europie. Początkowo zresztą zupełnie niezwiązana z liturgią sakramentu małżeństwa. Przypomnę tu, że śluby pierwotnie zawierano głównie w domach. Na dziedzińce kościołów zaczęto je przenosić we wczesnym średniowieczu aby zapobiec praktykom zmuszania kobiet do małżeństwa poprzez „sprzedaż” praw do nich przez rodziców. Liczono wtedy, że zarówno bliskość świątyni jak i publiczny charakter uroczystości zapewni pannie młodej bezpieczeństwo, gdyby okazała się zmuszona do zamążpójścia. W niektórych świątyniach budowano nawet specjalne drzwi ślubne, przy których odbywał się rytuał małżeński.

 

Czyli śluby nie odbywały się w kościołach?!
Na początku nie, ponieważ małżeństwo było ściśle świeckim obrzędem, jak zresztą zwyczaj nakładania pierścienia jako znaku przynależności, bycia dziedzicem, bycia kimś ważnym i objętym opieką. Pamiętajmy, że przez wiele wieków to nie były obrączki we współczesnym rozumieniu, ale właśnie pierścienie. I nie wymieniano ich wzajemnie, a jedynie mąż nakładał żonie. Mężczyźni zresztą i tak nosili je na palcach niezależnie od stanu cywilnego bo sygnety czy pierścienie oznaczały pozycję społeczną. Nakładanie obrączki żonie – znak wzięcia jej pod opiekę – nie był elementem liturgii, ale świeckim zwyczajem, któremu Kościół się po prostu nie sprzeciwiał. Liturgicznym elementem ślubu było początkowo tylko nakrycie głowy welonem.

 

Chodziło o znak ukrycia małżonki przed innymi mężczyznami i światem?
Nie, chodziło o obłok.

 

Obłok?!
Nakrywanie głowy już w obrzędowości żydowskiej oznaczało pozostawanie pod „obłokiem Bożym” – obłokiem symbolizującym Bożą opiekę i opatrzność. Obrzęd ten wprowadzony do liturgii ślubnej oznaczał bycie dwojga pod jednym obłokiem Bożej obecności i opieki. Echo tego znaczenia widzimy nawet we włoskim słowie „małżeństwo” – connubio, którego źródłosłów to con nubi – „razem pod jednym obłokiem, pod jednym namiotem”.

 

Wróćmy do prawej i lewej dłoni jako miejsca noszenia obrączki. Powiedział ksiądz, że stara rzymska tradycja, dominująca od średniowiecza w Europie kazała nakładać ją na prawą rękę….
Dokładnie, prawa ręka miała tam szczególne znaczenie: władzy, wolności, decyzyjności…

 

Czemu więc kraje romańskie, takie jak Francja czy Włochy, nakładają dziś obrączki na lewą rękę, a na prawą – dopiero na znak wdowieństwa?
Źródła podają, że to rozróżnienie zwyczajów pojawiło się najpierw we Francji w XIV w., a potem od XVII w. zaczęło się upowszechniać w innych krajach: Anglii, Irlandii, Włoszech, Szwecji, Czechach, na Słowacji, jeszcze później w USA, Kanadzie, Meksyku. Nie wiemy na pewno z czego wynikło, ale znaczenie mogły mieć starożytne zwyczaje egipskie, odkryte ponownie w epoce renesansu. Już 6 tys. lat przed Chrystusem Egipcjanie nosili pierścienie na czwartym palcu lewej dłoni bo według nich to tam biegła tzw. vena amoris – żyła miłości, bezpośrednio połączona z sercem.

 

ks. Dominik Ostrowski

ks. Dominik Ostrowski

liturgista, wykładowca akademicki i konsultor Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Dominik Ostrowski
ks. Dominik
Ostrowski
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Świętość na etat

Wielki Post to specjalny czas, kiedy mówi się i pisze o nawracaniu – o zmianie myślenia, zmianie kierunku, o powrocie do Źródła. Jest wiele sfer, w których podejmujemy postanowienia. Może warto zrobić rachunek sumienia z tego, jakim jestem pracownikiem?

Agata Rujner
Agata
Rujner
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Klasyczna etyka cnót (znana już od starożytności) często przedstawiana jest jako ideał, niemożliwy do osiągnięcia, w dodatku ideał niemodny, nieprzystający do współczesnych czasów. Zamiast niego cichutko, niepostrzeżenie wkrada się etyka sytuacyjna – głosząca, że dobre jest to, co w danej chwili jest pożyteczne. Dobre jest to, co jest legalne. Dobre jest to, co jest technicznie możliwe. Koniec końców dobre jest to, co uznamy za dobre. W krótkim artykule nie da się zaprezentować niuansów każdego z tych systemów, nie da się ich nawet w pełni zdefiniować ani opisać. Prawdopodobnie nie byłoby to dla czytelnika wystarczająco ciekawe. Siłą rzeczy trzeba będzie pewne sprawy uprościć i uogólnić, jednak to nie oznacza, że nie warto się tym tematem zająć. Punktem odniesienia dla naszych refleksji jest człowiek – pracownik.

 

 

Praca – drugi dom

Spędzamy w pracy wiele godzin. Niezależnie od tego, czy jest to praca w korporacji, w dużej firmie, w szkole, w sklepie czy pracuje się w wolnym zawodzie – pochłania to niezliczoną liczbę godzin. Niekiedy więcej czasu spędza się w pracy niż we własnym domu. Zwłaszcza, gdy doliczy się dojazdy, załatwianie spraw „po drodze”, albo czynności związane z obowiązkami rodzinno-domowymi. Niewątpliwie sfera pracy zajmuje istotne miejsce w życiu człowieka. Jan Paweł II w encyklice poświęconej temu tematowi napisał, że przez pracę człowiek staje się bardziej człowiekiem. Dzięki pracy ma możliwość głęboko doświadczać swojego człowieczeństwa, przeżywać je, kształtować, rozwijać kulturę, budować cywilizację, czynić świat lepszym. Niezależnie od tego, czy jest się odkrywcą leku na nieuleczalną chorobę, inżynierem, mechanikiem czy szewcem.

W wielkiej machinie świata wykonywana przez nas praca staje się potrzebna. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest to, że przestrzeń pracy staje się polem do naszego rozwoju (intelektualnego, duchowego, ludzkiego) albo do degeneracji (umysłowej, wewnętrznej, osobistej). Innymi słowy – praca jest sferą do dawania świadectwa albo do bycia antyświadectwem.

 

 

Drobne rzeczy wiele znaczą

Prawdą jest, że niewiele rzeczy w życiu jest czarnych albo białych. Otacza nas mnóstwo barw, wielość kolorów, życie jest pełne niespodziewanych zwrotów i przenikających się splotów, z których można by ułożyć ciąg przyczynowo skutkowy. Równocześnie jednak nie można wpaść w pułapkę relatywizmu, stwierdzając, że w takim razie nic nie możemy powiedzieć „na pewno”. Bez wątpienia do czasów eschatologii wszyscy jesteśmy grzesznikami z przebłyskami świętości, a każde dobro w nas, to odbicie dobra z Boga. Mimo to Jezus zaprasza, żebyśmy chcieli być i byli doskonali jak Jego Ojciec. Skoro dostajemy taką propozycję, to znaczy, że mamy w sobie wszystko co jest potrzebne, aby jej sprostać. Pytanie, czy zechcemy z tego skorzystać? Pytanie, czy pociąga nas Jego wizja?

Skoro praca jest przestrzenią do dawania świadectwa, to w jaki sposób może się to wyrażać? Czy to oznacza, że mamy się obnosić ze swoją wiarą i pobożnością? Postawić na biurku krzyż albo święte obrazki? A może mamy manifestować swój post, opowiadać o nabożeństwach, w których bierzemy udział i krytykować każdego, kto żyje inaczej? Może mamy stać się inspektorem, który rozpozna każde niegodziwe zachowanie i ze szczerą dezaprobatą ogłosi, co na ten temat myśli?

Jezus w Ewangelii mówi uczniom, że ten, kto jest wierny w rzeczach małych, będzie wierny w rzeczach wielkich. W innym miejscu daje jasny przykład, by rzucać kamieniem tylko, gdy się jest bez grzechu. Poleca też zajmowanie się belką we własnym oku. Wydaje się zatem, że perspektywa Dobrej Nowiny jest najlepszą wskazówką do odkrywania, na czym polega „moralność w pracy”.

 

 

Rachunek sumienia

Codziennie przed snem przeglądamy swój dzień w odniesieniu do woli Boga. Widzimy rzeczy, które były dobre, udane i te, gdzie okazaliśmy się słabi. Może warto zapytać siebie, czy uczciwie spełniam swoje obowiązki? Czy jestem dobrym pracownikiem? Czy nie marnuję w pracy czasu na rzeczy niepotrzebne? Czy nie przywłaszczam sobie własności pracodawcy (długopisy, papier, xero itp.)? Czy nie uczestniczę w niewłaściwych rozmowach? Czy nie oszukuję klientów, żeby uzyskać lepsze wyniki? Czy nie utrudniam innym ich rozwoju? Czy jestem wdzięczny za pracę? Czy dobrze wypowiadam się o swojej firmie/osobach w niej pracujących? Czy reaguję na dziejącą się krzywdę? Czy dostrzegam innych pracowników? Czy widzę w nich Chrystusa? Takich i podobnych pytań można postawić wiele. Myślę, że w zależności od specyfiki pracy każdy postawi sobie własne. To co wydaje się ważne, to zauważenie, że w miejscu pracy również ma się odzwierciedlać codzienna świętość, w tych zwykłych, niepozornych sprawach. Choćby w tym, że nie wykorzystam samochodu służbowego do prywatnych spraw (chyba, że dzieje się to za wiedzą i zgodą przełożonych). Choćby w tym, że nie będę „naginać” rzeczywistości do własnych korzyści, tłumacząc tym, że mam zbyt niskie wynagrodzenie, więc „mi wolno”. Choćby tym, że stanę w obronie wyśmiewanego kolegi albo pomogę temu, komu dane zadanie nie najlepiej wychodzi. Okazji do kształtowania swojej świętości jest nieskończenie wiele. Wszystko zależy od osobistej wrażliwości i wyczulenia. Jeśli wpatrujemy się w Chrystusa, w Jego krzyż i czerpiemy siłę z Jego zmartwychwstania, to nasze oczy widzą ostrzej i jaśniej.

 

Projekt Niebo

Świętość nie jest przereklamowana. Świętość to normalność. I nie da się od niej odpocząć, zrezygnować z niej ani odstawić na bok. To nasze pierwsze powołanie. Pierwsze zaproszenie, jakie Bóg do nas kieruje. I nie zostawia nas z tym samych. Bez względu na okoliczności życia i pracy jest ona w zasięgu naszych możliwości. Bóg przyjmuje nas z całym bogactwem inwentarza – z zaletami i z wadami. Przed Nim możemy być w pełni sobą. To z relacji z Nim można czerpać siłę do zmian. To On jest Źródłem, gdzie należy weryfikować, czy moje postępowanie jest dobre i cnotliwe. To On jest Drogą, i Prawdą i Życiem.

Jeśli zmienię w sobie na lepsze choć jedno zachowanie, to mikro- i makro- świat stanie się lepszy. Jeśli powstrzymam krzywdzące słowo; jeśli spojrzę na kogoś życzliwie; jeśli nie ustąpię w fałszywym rozliczaniu podatków; jeśli wykonam zadanie zgodnie z zobowiązaniem; jeśli odkupię wykorzystaną do celów własnych ryzę papieru; jeśli przyznam się do błędu; jeśli nie pójdę na „lewe” zwolnienie; jeśli… .

Może ten Wielki Post będzie okazją do zaangażowania się w nowy projekt – w projekt Niebo, gdzie świętość nie będzie dzielona na etat, na te chwile, gdy jest wygodna i pożądana, ale stanie się pomysłem 24h?

Agata Rujner

Agata Rujner

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agata Rujner
Agata
Rujner
zobacz artykuly tego autora >